ANTOLOGIA


POETÓW POLSKICH

---------------------------------------------
2 0 1 6



antologia

Joanna Babiarz

 

 

Może zdążysz

 

a kiedy wyskoczę z okna

wprost pod koła

pędzącego pociągu

być może zdążysz

zapytać mnie

jak mi się wiedzie

 

bufetowa

poda nam wódkę

więc łyczek po łyczku

wykrwawię się

do wewnątrz

 

 

Wróbel

 

niewinnie zasłaniamy oczy

między rzęsami

przenika strach

 

tak niewiele zostało

by przeczekać do końca

 

za dużo milczenia

za mało deszczu

a znaki na niebie

zakryła mgła niedomówień

 

nawet wróżba z lotu ptaka

nie była pomyślna

wiatr rozwiał sens

strach na wróble

zgubił kapelusz

słomiane włosy porwał wiatr

 

między połami płaszcza

drży niespokojnie młody wróbel

 

jak serce

 

 

Ten wiersz

 

ten wiersz

dodawanie kolejnych

pomysłów

rzucanie słów

klejenie wątków

 

te skreślenia

smagnięcie batem

jak je nazwać

 

czy zrezygnować

z tego tonu

innego wątku nie znajdziemy

trzeba zaufać

tylko komu

 

kto umiejętnie połączy

punkt z punktem

zainstalowane w pamięci

wyrwane z trzewi

 

tę pustkę

trzeba wypełnić

 

snujesz swoje wariacje

z kropek

kilku słów

wyprowadzasz wiersz

na atramentowej smyczy

 

i tylko łańcuch przykuwa

co drga

lub chce się urwać

 

ale to uwięzienie

tak cudownie zniewalające

że aż się chce

oddać do końca

do ostatniego tchnienia

do ostatniego zgrzytu stalówki

ostatniej kropli

 

czarnego atramentu

 

 

 

Budzenie manekina

 

tak napisać wiersz

aby manekin usłyszał

 

tak wymilczeć

aby człowiek się w nim

obudził

 

jakim słowem

przebić się przez mur

obojętności

a jakim zanurzyć

w pęknięte serce

 

 

Serce kamieni

 

nie tylko w nas

bije ciemne źródło

jest ono w środku

każdej rzeczy

w sercu słońca

na dnie jeziora

w pięści wiatru

na brzegu rozpaczy

 

świat jest wykuty z kamienia

lecz musisz wiedzieć

serce kamieni drży

jak serce leśnych zwierząt

i czasem

trzeba je oswoić

lub zamknąć w dłoni

jak kamień

 

wtedy ciepło

rozbudzi się

rozkwitnie w nas łagodnie

i trwać będzie

dopóki nie skończy się świat

 

 

znaczek1

 

 

Wojciech Baran-Adalbert

 

 

Mój statek odpływa

 

Mój statek odpływa rzeczywistość się sypie.

Czy Ciebie odnajdę? … tak mało wiem.

Znów uziemiony w świetle księżyca …

I choć noc taka młoda … ja tęsknię za dniem …

 

Czasie przeklęty wstrzymaj powozy.

Otwarcie ci mówię … nie zmierzam gdzie ty …

Zostaw mój umysł młodością zmęczony

Zostaw me życie, ono ledwie już lśni.

 

Zabrane marzenia nie czekają już na mnie.

Znów zapomniałem – nie było mnie w nich

Odebrane z łatwością, stracone na starcie

 

Gdzie duma w milczeniu sypała się w pył.

 

 

Cisza przepaścią w szczęście się wpiła

 

Cisza przepaścią w szczęście się wpiła

Cieniem okryła pejzaże słoneczne

Moją bliskość do ciebie ot sobie zniszczyła.

Życie czy miłość; … nic nie jest wieczne

 

Wszystko w przemianie kołami turkocze

Kradnąc przywilej posiadania winnego

W pośpiechu na ucho, czas coś mamrocze

„Od początku nie było nic pisanego”

 

Uśnij więc duszo – przeszłość nie wróci

Na wietrze istnienia uczucia wyblakły

 

Chwil nie cenionych nikt ci nie zwróci

Jej dłonie tak piękne na wieki przepadły

 

 

A, co gdy złą decyzję podjąłes?

 

A co gdy złą decyzję podjąłes?

W świecie gdzie milimetr dzieli piekło od nieba.

Tych tysiąc nocy w jeden smutek zaklętych

W blasku tęsknoty na smyczy sumienia.

I ile warta ta waga miłości?

Sunąca bezwiednie po kątach istnienia

Chwytana w pazury, szarpana na boki

 

Bezkresny krajobraz ludzkiego pragnienia.

 

Gdzie postawione – te kroki do przodu?

 

 

Gdzie postawione – te kroki do przodu?

 

Znów to odczucie, znów po omacku

W mgle niepewności, mroku i chłodu

Wciąż w wielkiej mocy ślepego przypadku

 

Pozostawieni samopas w krwawych uśmiechach

Gdzie szczęście na ostrzu noża spoczywa

Wciąż omamieni w przyziemnych uciechach

 

W głupiej nadziei, że życie nie mija.

 

 

Czy miałeś kiedyś może to dziwne uczucie?

 

Czy miałeś kiedyś może to dziwne uczucie?

Które z łatwością zawiodło cię w strachu kąt ślepy.

Na początku to przecież ledwie przeczucie

Nie zapowiada upadku w spirali podniety

 

W końcu nie twoja to wina, że radość tak kusi

Że wciśnięto cię w imadło; ty albo oni.

Od wieków wiadomo; ktoś cierpieć musi

A cudze cierpienie zawsze mniej boli.

 

Tracąc więc duszę od brzasku pierwszego

Wyciskając sumienie z kropel boskości

Uczysz się w życiu nie widzieć bliźniego

 

Miłość to kpina! A nie krok do bliskości!

 

znaczek1 


Marta Berowska

 

 

Wyklęci z Łączki

 

Motto: „A gdy otworzył pieczęć piątą, ujrzałem

pod ołtarzem dusze zabitych dla Słowa Bożego

i dla świadectwa, jakie mieli…”

 

(„Nilowi”,”Ince”, „Zaporze”, „Łupaszce”

i wszystkim z Łączki Powązkowskiej)

 

I.

I dano każdemu białą szatę

i powiedziano byśmy jeszcze czekali

na tych co jak my będą tu zabici

 

Białą szatę – ależ skąd!

Żeby choć poplamione prześcieradło po kimś

co by pachniało jak dalekie kraje

dalekim człowiekiem

 

Ale nam dali worki po cukrze

z resztkami słodkich kryształków

w załamaniach tam gdzie nasze ręce

 

Gdyby nie ta opuchlizna po śledztwie

potem z głodu

gdyby nie to że palce sztywne jak patyki

moglibyśmy wydłubać kilka kryształków

tak na spróbowanie – raz na ząb

ach co ja plotę – zębów też już nie było

 

Jeden z nas w ostatniej chwili

połknął medalik taki zwykły od matki

mówił coś niewyraźnie jak gdyby

śpiewał swoje ostatnie jeszcze Polska…

 

A to była modlitwa o nadzieję

o wskazanie tego miejsca naszym dzieciom

wnukom naszym tu czekamy…

 

II.

 

„I widziałem, gdy zdjął szóstą pieczęć,

że powstało trzęsienie ziemi i słońce pociemniało

jak czarny wór…”

 

Ale to było we śnie. Gdy już mogłem

przespać tę darowaną godzinę

w głowie huczało jak we wnętrzu bębna

z piwnicy gdzieś głęboko pode mną

dobiegały odgłosy wystrzałów

 

Nie było słońca nie widać było światła

bo oczy zaklejone gęstą mazią

krwią pewnie

choć nie czułem jej zapachu – pozwalały tylko spać

 

Pieczęcie przesuwały się jak klocki domina

czy to było drżenie ziemi

czy konwulsje kogoś

kto konał obok mnie?

 

Wreszcie i nade mną zarżał siwy koń.

Moja kochana

och najdroższa moja

jeśli ten co obiecał przyniesie ci list

czytaj spokojnie zaproś na herbatę

i zapamiętaj wyraz jego oczu.

 

Takie oczy ma ten co się boi

to wielka bojaźń

na wieczne nieprzebaczenie

 

kwiecień 2014 r.

 

 

Kabul 2009 (cykl wierszy)

 

Motto: „A jednak przyszłe huragany

nie były tak straszne, skoro jeszcze

mogliśmy iść, trzymać się za ręce...”

Eugenio Montale

 

I.

 

Powiedziałeś pójdziemy na wojnę

piach nam cicho zachrzęści pod butami

jakbyśmy tylko odchodzili w góry

w tę nieznaną treść naszego losu

 

Czyjaś siostra otrze kropelkę z policzka

jakby budziła cię ze snu

daleka matka może moja

pośle ci uśmiech i będzie wiedziała

że ostatni

 

Mówiłeś że pustynia przyjmie nasze skargi

o nic nie spyta nikomu nie powie

mamy jeszcze kwadrans możemy się modlić

płakać albo zjeść kanapkę

 

A teraz trzeba przypiąć pas

ten najeżony kosteczkami

z ciężkim zapachem magazynu z bronią

opiłków zmieszanych ze smarem

i kłębkiem drucików – małym gniazdem węży

gdy zasyczą już nie usłyszysz

 

II.

 

Drażniący zapach wyciska spod powiek

strużkę łez tak mi żal mój miły

bo to nie jest takie jak nam obiecano

lekkie i postanowione

to jest takie że chce się wracać

 

Obiecywali że pewnego dnia

na tej dalekiej gwieździe nasze oczy

spotkają się jak węgle żeby razem spłonąć

stać się wiatrem i pyłem

ale nie popiołem bez zapachu

 

Jeszcze mi motyl usiadł na dłoni

w milczeniu szary jak pustynia

dobry Boże ostatni zachód słońca wszystkim

co umierają zabierając jeszcze

inne dusze z sobą i inne motyle

w cichy lot

pod niebem jak ognisko

 

 znaczek1

 

Paweł Biliński

 

 

Przeszłość

 

szarpnięcie, pług zahacza o kamień

wspomnienia nabiegają krwią

horyzont zawija się i wsiąka w łąkę

 

przeszłość zaczaiła się pod warstwą darni

nocą wbija we mnie swoje zardzewiałe odłamki i zbielałe kości

w dzień rozsypują się dawne lęki

 

gdy zgarniam je garściami z jasnych sosnowych desek

w palcu pozostaje drzazga

to dobrze, opowiem ci kiedyś o niej

o tym, że była jak ukłucie rzeczywistości

 

teraz już wiem, że czekanie ma wiele wspólnego z rzeką

można się zanurzyć albo dać ponieść donikąd

na razie piję mleko, myślę o chmurach i obserwuję

mój koniec linii pomiędzy domem a nieskończonością

 

 

Tłum wielki, piątek w hipermarkecie

 

zaparkować w taki dzień to cud

wewnątrz tłum gęsty, hałaśliwy

jak na wiecu czy publicznej egzekucji

półki wznoszą się wyżej niż niebo

 

dzisiaj dzień niezwykłych atrakcji

jakiś uczeń przed chwilą wygrał

trzydzieści srebrnych monet

za podanie właściwej odpowiedzi

 

podobno jest wśród nas człowiek

którego ogłoszą królem zakupów

ale to raczej nie ten, co stoi za mną

koszyk ma prawie pusty, w nim tylko

ocet, gąbka, parę gałązek z kolcami

 

trzeba wracać, niedługo zamykają

kupiłem chleb i czerwone wino

kilku klientów wyrywa sobie

ostatnie przecenione ubrania

 

gdy wychodziłem na dworze pociemniało

drzwi hipermarketu rozwarły się na dwoje

 

 

Algo-rytmy

 

„This is a wide world we travel

And our paths rarely cross

And we do a whole lot of living

In between”

 

– The Waterboys

 

start początek drogi

 

był niby taniec niewinny radosny

jak pierwsze kroki nowej podróży

zbyt łatwe gdy je wspominam teraz

 

coraz częściej budzę się i nasłuchuję

w śródnocnym zaniemyśleniu samotna

wskazówka zegara boleśnie nakłuwa ciszę

leżące obok ciało śni nieznane sny

 

pytasz co jeszcze może się wydarzyć

dziś lub za tydzień i ile pozostało

do końca nie wiesz że aby przejść dalej

trzeba spełnić kolejny warunek

 

czy ten cichy rytm to bicie serca

czy raczej jednostajne uderzenia fal

podobno chciałeś pogładzić moje włosy

a znalazłeś tylko zielone nitki glonów

 

ale nie rezygnuj bądź cierpliwy jeszcze

parę kroków i poznasz moje imię w końcu

przekonasz się na ile udało ci się zbliżyć

 

do pola z napisem stop

 

 

Przy krojeniu chleba

 

rysuje deskę ostry nóż

kiedy odkrajam kromkę chleba

z płyty poeta śpiewa znów

o tym że świat spojrzenia niewart

 

a jednak coś mnie trzyma tu

nadal z uporem wznoszę głowę

aż się okaże że to już

trzeba pożegnać się i odejść

 

nie pozostanie po mnie nic

prócz gratów które cisną w śmieci

oprócz tych słów grobowych płyt

i kilku rys w ludzkiej pamięci

 

 

Ulica Bożego Ciała

 

podobno na ulicy Bożego Ciała

żyje się inaczej niż na zwykłych ulicach

drzewa na wiosnę sypią tam kwiaty pod nogi

ludziom w procesji śpieszącym do pracy

sprzedawcy oszukują na korzyść klienta

a w pubie upić się można tylko na wesoło

tam wszystkie dziewczyny mają boskie ciała

którymi obdarzają hojnie i miłosiernie

mężczyźni mało klną i piją głównie oranżadę

a swoje żony zdradzają tylko w dni parzyste

tam legowisko kloszarda w zaułku

jest wygodniejsze od łóżka z Ikei

obłoki nad głową płyną jasne i złote

jak gdyby otworzyło się Niebo

zimą śnieg prawie nie jest zimny

a zmierzch zapada godzinę później

 

podobno z ulicy Bożego Ciała

jest o dwa kroki bliżej do Raju


Joanna Babiarz

Publikacje książkowe – poezje: Kobieta podobna do zwierzęcia, Nowy Sącz: Sądecka Oficyna Wydawnicza, 1984; Miłość bezdrożna, Kraków: Wydawnictwo Miniatura, 1991; Nie stało się nic, Kraków: Wydawnictwo Miniatura, 1998; Piąta pora roku, Nowy Sącz: Katolickie Stowarzyszenie „Civitas Christiana”, 2000; Tak być bez końca, Kraków: Wydawnictwo Miniatura, 2004; W cieniu skrzydeł, Kraków: Wydawnictwo Krytyki Artystycznej, 2005; Już, Kraków: K.S.Civitas Christiana Oddział Małopolski, 2008; Historia Pewnego Domu, Kraków: Małopolska Okręgowa Izba Architektów, 2011; książki dla dzieci: Tu i Teraz, Kraków: Wydawnictwo Krytyki Artystycznej, 2012; Być obok, Zelów: Wydawnictwo Autorskie Andrzej Dębkowski, 2015. Utwory na płytach CD: „Powroty”, Papaya Studio, 2010 – poezja śpiewana w wykonaniu zespołu Ostatnia Wieczerza w Karczmie Przeznaczonej do Rozbiórki (teksty „Miasto”, „Beskidy”, „Powroty”, „Agata”, „Góral podwodny”); „Pastorałki z Nowego Sącza”, Stowarzyszenie „Wszystko gra”, 2014 - płyta autorska.


Wojciech Baran-Adalbert

 

Urodził się w Rzeszowie w 1982 roku. Z wykształcenia informatyk, z zamiłowania prozaik, poeta oraz iluminator. W roku 2008 została wydana po raz pierwszy jego powieść pt. Minione życia, w której zawarte są wiersze jego autorstwa. Powieść ta po raz drugi doczekała się edycji w 2013 r. Więcej informacji na temat jego twórczości można odnaleźć na stronie internetowej: http://www.wojciechbaran.8p.pl/


Marta Berowska

Jestem autorką baśni, legend i wierszy dla dzieci, ale przede wszystkim poetką i autorką pięciu tomików poetyckich, z których pierwszy, Za kurtyną z koralu (Iskry, 1981) został uznany za najlepszy debiut roku. Następne zbiory to: Ścieżki polskie (1986, II obieg); Szczury Pana Boga (Warszawa, 1991); Róże Augusta Rodina (Warszawa, 1995) i Pieśń o Ziemi (Warszawa, 2005). Jestem laureatką nagród poetyckich, m.in.: „O laur Jana z Czarnolasu”, nagrody im. Kraszewskiego za poezję poświęconą Podlasiu, nagrody im. Krasińskiego w dziedzinie poezji miłosnej, „Miedzianego Amora”, nagrody im. Conrada oraz dwukrotną zwyciężczynią konkursu „O Laur Posła Prawdy” (Gołotczyzna, 1994, 1995). Jako autorka licznych reportaży i artykułów o tematyce społecznej, kulturalnej i politycznej, współpracowałam z prasą podziemną, z miesięcznikiem „Wiara i Odpowiedzialność” oraz z tygodnikami: „Opinia”, „Razem” i „Gazeta Polska”. Zajmowałam się problematyką młodzieżową w salezjańskim miesięczniku „Ziarna”.


Paweł Biliński

Laureat konkursu poetyckiego „Kołatka” w 2008 roku. W latach 2014- 2015 jego wiersze dość regularnie ukazywały się w Przeglądzie Piaseczyńskim. W 2015 roku publikacja w „Wierszach Tygodnia” w „e-Tygodniku Literacko-Artystycznym Pisarze.pl”. W 2016 roku publikacja na „Salonie Literackim” (salonliteracki.pl). Wielokrotnie nagradzany i wyróżniany w turniejach jednego wiersza. Od 2012 roku związany z portalem poetyckim „Poema.pl”, gdzie publikuje pod pseudonimem Contigo.


Pin It