{jcomments on}

Wiersze Tygodnia - Jolanta Baziak

 

Bogumiła Wrocławska
Bogumiła Wrocławska


Katharsis

Najpierw pojednanie z moim psem
którego znałam jako agresora
– wilk
ale co wiem o wilkach?
ich nierównych prawach  p o w o ł a n i a 

dalej –
patrzę na malowane wcześniej obrazy
– woda
woda i ziemia z krzyżem w tle
ukrytym w fakturze świadomości

spotykam sygnały
ludzi-sygnaly
że oto już czas
na d o b r o

nieznane mi z ulicy portrety kobiet
a w każdym (każdej) łza

czarna madonna
z długą szyją jak butelka
madonna z kokardą zapłakana
skąd to
jestem kobietą
i cóż to znaczy

– sprzeciw natury?

biologia krzyczy
o brzydkiej starości
tak  – jeden siwy włos to wyszukany skarb
kilka – to oceany wszechświata




Niepokój a wielka cisza

Wielki niepokój a cisza
wielki
niepokój
ciszy

szczęście że dusza i niebo mają wiele pokładów
otwierających się wzajemnie

wielkie i małe
w sam przestwór

o tym szepczą obrazy romantyków
o tym mówi zwykła tęcza
i o tym nie mówi nikt

wiatr przesuwa ziemię
wicher porywa prawa w zaświaty

o czym głosi prawda
ta przed nami ukryta?

jednak –
gwiazd opadanie
ruch
energia
daty narodzin i śmierci

i kilka ich zaledwie
nadal płonie na firmamencie




Powrót do liszki


Człowiek przyrządza kaczkę
karmi resztkami ptaki

Bóg przewidział i tłustą kaczkę
i wychudzonego ptaka
i tego martwego w seledynowym kirze
kałuż

– uprawiamy ziemię
śmietnik doskonały
w ruchu much karaluchów
mrówek komarów moskitów
całej armii trudzącej się brudem

ten wibrujący wir życia
wyjaśnia nową gatunkowo ziemię
nie będzie potopu
innego oczyszczenia

perpetuum mobile
materii Boga

w nowym raju
z radioaktywnych sadzonek
wyrosną drzewa

zerwiemy owoce
z długą tłustą liszką



Filip Wrocławski
Filip Wrocławski

Nic nie chcieć

Niech ci się przydarza
dusza majowa deszcz
światło i ciemność w harmonii
dom-przystań łoże
lepiej niewygodne
by życia nie przespać

nic-nie-chcieć to dojść do celu
daleko od szczytów
tracąc jedynie ciało
i tak nierealne

ulica
pada słodko
na kartkę
może zmyje słowa
coraz ich więcej jak kropel
na odwrocie jakaś ważna informacja
a sens wszystkiego zapisany
w przestrzeni

mam w kieszeni jeszcze inną kartkę
to będę robić jutro
ale dziś
sen prawdy

tęsknota i deszcz



O spójnym paradoksie


Czy jednak szarość
nie jest paradoksem?

podobnie świt widziany z ziemi

nagle
ktoś podrzuca słońce spod horyzontu
chowa się
bawi
w niewidzialnego
przestaje mówić NIE
dopuszcza TAK
paradoksem jest
śmiercionośny krzyż
i zmartwychwstanie
i to
że krzyżuje się ulice
w arterie świata

nie pytaj
bo ważne jest  jednoznaczne i jednoczesne
c a ł o ś ć
która rozszerza się lub kurczy
do kolejnych narodzin
w paradoksalnym – przyznasz – ziarnie

oto bałtycka mewa szarpie to „coś”
pod oknem wiele mil od ostatniej fali
dzieci odleciały do zimnych krajów
by przysiąść na chwilę
„za chlebem”

Jahwe odsłania pismem sympatycznym
w umysłach sprawiedliwych natchniony tekst:
Natychmiast Święty

komunia życia
wymaga wyniesienia  ponad ołtarze
to tylko odsłona kolejnej pieczęci Janowej
Paweł zmierza do gmin chrześcijańskich
po raz drugi rozniecić list
do Miłości

katharsis dla świata




Materia dotknięcia

Niebo pochyla się nad śmiertelnością
rozumie i dotyka
jest taki prześwit-przejście

bez rejestru
płynie i się dopełnia
w ciszy ostatniego anioła

oto stróżowie biali na czarnym błękicie
jednak
nie podchodzą

Niebo przenika do rzeczy
z lęku przed słowem
a ono się staje

zapis chwil
pozostaje materią
tajemnicy

 



Książęta

Struny światła
napinasz w lesie i gdziekolwiek
Herbert staje się tu kulą po słońcu
Miłosz pociskiem do gwiazd

nie ważnym jest
że ich osobna prawda
sięgnęła niebios
nie ważnym jest kto kiedy miał „to”
i od kogo otrzymał

pytanie: dlaczego się krzyżowali
w imię racji tej Ziemi
cywilizacji
Biblioteki?


walka walka
wśród pasterzy i królów
obrót na nitce
obrót w nice
liturgia dla nowych mas

czujesz swąd przemijalności Dante?
– gdziekolwiek jesteś



A MOJE 88 URODZINY

Miasto gęste od krytych pasaży, wąskich
placyków, arkad,
schodzące tarasami ku morskiej zatoce.

I ja, zapatrzony w młode piękno,
cielesne i nietrwałe,
jego ruch taneczny wśród starych kamieni.

Kolory sukien według letniej mody,
stuk pantofelka na dallach sprzed stuleci,
cieszą mnie swoim obrzędem powrotu.

Dawno zostawiłem za sobą
zwiedzania katedr i wież warownych.
Jestem jak ten, kto widzi, a jednak sam nie przemija,
duch lotny mimo siwizny i chorób starości.

Ocalony, bo z nim wieczne i boskie zdziwienie.



POD KONIEC DWUDZIESTEGO WIEKU

Pod koniec dwudziestego wieku, urodzony na jego początku,
po napisaniu książek, złych czy dobrych, ale pracowitych,
po zdobywaniu, traceniu i odzyskiwaniu,

Jestem tutaj z nadzieją, że można zaczynać na nowo
i własne życie uleczyć myśląc mocno o rzeczach poznanych,
tak mocno, że miejsc i ludzi nie odejmie czas
i wszystko będzie trwało prawdziwiej niż było.

Nie rozumiejąc skąd lata ekstazy i razem udręki,
przyjmując swój los i błagając o inny,
nie pobłażałem sobie, zaciskałem usta.

Dumny z jednej tylko, mnie wiadomej, cnoty:
smagania się wieloramienną dyscypliną.

Ciągle zaczynam na nowo, ponieważ co złożę w opowieść
okazuje się fikcją, dla innych, nie dla mnie, czytelną,
i oplątuje mnie, i zakrywa mnie,
i z pożądania prawdy jestem nieuczciwy.

Wtedy myślę o prawidłach wysokiego stylu
i o ludziach, którym nigdy nie były potrzebne.
Jak i o tym, że całe życie zwodzi mnie nadzieja.



W WARSZAWIE

Co czynisz na gruzach katedry
Świętego Jana, poeto,
W ten ciepły, wiosenny dzień?

Co myślisz tutaj, gdzie wiatr
Od Wisły wiejąc rozwiewa
Czerwony pył rumowiska?

Przysięgałeś, że nigdy nie będziesz
Płaczką żałobną.
Przysięgałeś, że nigdy nie dotkniesz
Ran wielkich swego narodu,
Aby nie zmienić ich w świętość,
Przeklętą świętość, co ściga
Przez dalsze wieki potomnych.

Ale ten płacz Antygony,
Co szuka swojego brata,
To jest zaiste nad miarę
Wytrzymałości. A serce
To kamień, w którym jak owad
Zamknięta jest ciemna miłość
Najnieszczęśliwszej ziemi.

Nie chciałem kochać tak,
Nie było to moim zamiarem.
Nie chciałem litować się tak,
Nie było to moim zamiarem.
Moje pióro jest lżejsze
Niż pióro kolibra. To brzemię
Nie jest na moje siły.
Jakże mam mieszkać w tym kraju,

Gdzie noga potrąca o kości
Nie pogrzebane najbliższych?
Słyszę głosy, widzę uśmiechy. Nie mogę
Nic napisać, bo pięcioro rąk
Chwyta mi moje pióro
I każe pisać ich dzieje,
Dzieje ich życia i śmierci.
Czyż na to jestem stworzony,
By zostać płaczką żałobną?
Ja chcę opiewać festyny,
Radosne gaje, do których
Wprowadzał mnie Szekspir. Zostawcie
Poetom chwilę radości,
Bo zginie wasz świat.

Szaleństwo tak żyć bez uśmiechu
I dwa powtarzać wyrazy
Zwrócone do was, umarli,
Do was, których udziałem
Miało być wesele
Czynów myśli i ciała, pieśni, uczt.
Dwa ocalone wyrazy:
Prawda i sprawiedliwość.



ARS POETICA?

Zawsze tęskniłem do formy bardziej pojemnej,
która nie byłaby zanadto poezją ani zanadto prozą
i pozwoliłaby się porozumieć nie narażając nikogo,
autora ni czytelnika, na męki wyższego rzędu.

W samej istocie poezji jest coś nieprzystojnego:
powstaje z nas rzecz, o której nie wiedzieliśmy,

/ że w nas jest,

więc mrugamy oczami, jakby wyskoczył z nas tygrys
i stał w świetle, ogonem bijąc się po bokach.

Dlatego słusznie się mówi, że dyktuje poezję dajmonion,
choć przesadza się utrzymując, że jest na pewno aniołem.
Trudno pojąć skąd się bierze ta duma poetów
jeżeli wstyd im nieraz, że widać ich słabość.

Jaki rozumny człowiek zechce być państwem demonów,
które rządzą się w nim jak u siebie, przemawiają mnóstwem

/ języków,

a jakby nie dosyć im było skraść jego usta i rękę
próbują dla swojej wygody zmieniać jego los?

Ponieważ co chorobliwe jest dzisiaj cenione,
ktoś może myśleć, że tylko żartuję
albo że wynalazłem jeszcze jeden sposób
żeby wychwalać Sztukę z pomocą ironii.

Był czas, kiedy czytano tylko mądre książki
pomagające znosić ból oraz nieszczęście.
To jednak nie to samo co zaglądać w tysiąc
dzieł pochodzących prosto z psychiatrycznej kliniki.

A przecie świat jest inny niż się nam wydaje
i my jesteśmy inni niż w naszym bredzeniu.
Ludzie więc zachowują milczącą uczciwość,
tak zyskując szacunek krewnych i sąsiadów.

Ten pożytek z poezji, że nam przypomina
jak trudno jest pozostać tą samą osobą,
bo dom nasz jest otwarty, we drzwiach nie ma klucza
a niewidzialni goście wchodzą i wychodzą.

Co tutaj opowiadam, poezją, zgoda, nie jest.
Bo wiersze wolno pisać rzadko i niechętnie,
pod nieznośnym przymusem i tylko z nadzieją,
że dobre, nie złe duchy, mają w nas instrument.

Berkeley, 1968

Pin It