Wiersze José Emilio Pacheco w przekładzie Krystyny Rodowskiej

 

jose emilio pacheco



 

                        Inskrypcje na czaszce

 

 

Za życia różnimy się

          ale za to

wszystkie czaszki są do siebie podobne

każda obrazem i owocem śmierci

 

Czaszka co nieomal przypomina marmur

wpatruje się uważnie w ciemność

a zobaczona ukosem w zwierciadle

wygląda jak skorupka jajka z którego uleciał

ktoś kto oddychał w życiodajnym wnętrzu

 

Jest pusta

   Jest pustką

      lecz bez niej

nie byłoby istnienia

Nic nie mówiąc chce o coś zapytać

Zadawać na nowo odwieczne pytania

 

Czy człowiek w sobie nosi własną śmierć

czy ( wbrew Rilkemu) –

              to szkielet dźwiga

uciążliwe ciało

Czy to co skazane na zepsucie

powleka niezniszczalną czaszkę?

Otoczak wygładzony przez morze

którego nie widać

Znamy je tylko poprzez jego dzieła

Przeraźliwym grymasem przestraszył nas czas

ten który rzeźbi

swoim przepływem piękno wszystkich rzeczy

 

Słusznie wyryto na jej czole

zatartą inskrypcję:

 

               Ta czaszka widziała siebie jak nas dziś ogląda

                Jak my w nią wpatrzeni – siebie zobaczymy

 

 

 

 

 

                 Niezgoda na elegię

 

 

Moim jedynym tematem jest to co minęło

Obsesja moja nazywa się utrata

Mój dokuczliwy refren mówi nigdy więcej

A jednak kocham ustawiczną zmienność

Te odmiany z sekundy  na sekundę

gdyż bez nich

to co uważamy za życie

byłoby z kamienia

 

 

 

 

         Veracruz, 1955

 

 

Z daleka nadciąga bury kłąb powietrza,

wiatr w słonym wnętrzu, ciało przeciw ciału,

ciemne ząb za ząb.

Słońce pogrąża się w nieobecności.

Biczowanie bez pamięci po grzbietach:

           każda fala żyje

śmiercią swej poprzedniczki. Zbiera wszystkie siły,

by ją rozbić doszczętnie. Perfekcja zniszczenia

w tym trzęsieniu wód.

                    Kruchy jest kamień

Wobec ich ślepej siły. W zasiekach piasku

tonie dom, a wiatr

wdziera się wszędzie, podrywa do góry

ląd podobno stały. Domaga się morze

zwrotu swojego mienia. Wściekłe i uparte.

Wkrótce

Wszystko ulega burzy i wichrem się staje.

Bryzgi wybrzeża fruwają w potopie.

Pulsuje śmierć. Nie ma ukojenia.

Ni pyłku wśród wody.

Wciąż tylko

spopiela się morze. Całun. I okrywa

sobą masyw ziemi.

               Huragan się pastwi

by świat był nadal światem,

by ziemia wydała owoc,

by morze przycichło raz jeszcze,

warując – poskromiona groza.

 

              Tacubaya, 1949.

 

 

Tam  w głębi zamierzchłego dzieciństwa

były ongiś drzewa

                         i coś na kształt rzeki

dom skryty w ogrodzie

                        Wichrowe słońce

zwęgliło owe lata

                        Ta pustynia do dzisiaj zwie się Tacubaya

Nic się nie ostało

                        Albowiem w pamięci

ruiny także ustępują miejsca

                        kolejnym ruinom

 

 

 

 

 

              Wyspa świętego Ludwika

 

 

Z balkonu

widać most de Tournelle

 

Jakaś dziewczyna przystaje i patrzy

 

Płynie Sekwana

Wyspa rozrywa chwilę

biegnącą na spotkanie

swoich własnych wód

 

Wody z zieloną rzęsą

rozzielenione

zielenią tysięcy pór lata

 

Dziewczyna odchodzi

Skręca

Tracę ją z oczu

na zawsze

 

Płonie ta sama róża

w każdej róży

Wody są zbieżne i biegną po sobie

Przyszłość minęła

Czas się rodzi

z jakiejś wieczności która się rozmraża

 

 

 

 

         Przeciwko Kodakowi

 

 

Straszną rzeczą są fotografie

I pomyśleć że w tych kwadracikach

zamarła jakaś chwila z roku 1959

Twarze których już nie ma

Nie istniejąca aura

Bowiem czas bierze odwet

na tych co gwałcą porządek natury

wstrzymując go w ruchu

Te zdjęcia naderwane pożółkłe

nie są muzyką przeszłości

raczej łoskotem

z jakim walą się nasze wewnętrzne ruiny

To nie poemat

lecz trzaski

nieuleczalnej naszej kakofonii

 

 

 

 

                Cisza

 

Noc bezszelestna. W lesie

nic nie słychać, żadnych odgłosów.

Robactwo pracuje.

Ptaki drapieżne pełnią swą powinność

z pewnością,

lecz ja nic nie słyszę.

Boję się tylko ciszy. Przedziwnej,

prawie niespotykanej na tym świecie,

gdzie n ikt nie wie, jak dźwięczy jego własny głos,

nikt nie pragnie

zostać przez chwilę sam na sam ze sobą.

Jutro,

Znów odłóżmy na jutro autentyczne życie.

Nie dręczy mnie fakt, że istnieję,

lecz niezwykłość

tego tutaj i teraz o tak niemej porze.

 

Cisza w tym domu,

pod bandażem lasu.

Czyżby nastał koniec świata?

 

 

 

 

         Przepowiednia

 

 

Wzeszło słońce

               Rozjarzyły się góry

Wielki Tlatoani wkroczył na pokoje

W nocy nie zmrużył oka

               Szedł w Czarne Komnaty

swojego pałacu   przeznaczone

do praktyk magicznych  do siedziby

mądrości swych przodków

Spojrzał na jezioro

                            barwy jadeitu pod kopułą nocy

na miasto tętniące światłem i wodą kanałów

I rzekł mu posłaniec: „ Chcą cię widzieć władco

dwaj rybacy      Znaleźli

osobliwego ptaka  Nalegają

by go obejrzał sam Moctezuma”

 

Weszli dwaj mężczyźni

z ptakiem w sieci

                    Wielki Tlatoani

stwierdził że w miejsce głowy

miał on lustro

                W nim dostrzegł odbite

„ domy na morzu

                jakieś jelenie

pokryte żelazem

               wielkie i bezrogie”

„Powracają bogowie”

               orzekł Moctezuma

„ Proroctwa się spełniają

               I nie masz złota

co by ich wstrzymało

               Po Aztekach

płacz tylko zostanie

              i pamięć”

 

 

 

 

 

                  Ceremonia

 

 

Spośród  wziętych do niewoli w czas Kwietnej Wojny

Wybierzemy jednego

                                 Dla niego będą

dziewice świątyni

                                i ofiarne jadło

Wszystkimi honorami darzy miasto Meksyk

tego którego upatrzyły bóstwa

 

Po trzech miesiącach będzie obleczony

w skórę boga żywego

i przez kilka chwil

będzie żywym bogiem

 

Potem wspinać się zacznie po stopniach

wśród woni copalu

                      i złowieszczo

                                   tętniących bębnów

 

Aż na samym szczycie piramidy

otworzą mu serce

by krwią poświęconą bryzgającą

odżywiło się słońce jasne

między wulkanami

 

 

 

                Głowa olmecka

 

Bryła lub góra

Sama twarz

Planeta

upadła

z głębi niezbadanej historii

 

Gąszcz w pełni bezruchu

Skamieniały ojciec

 

Ślad jakiegoś bóstwa

Ściętego

 

 

          Kronika

 

 

Wojna się skończyła

lub być może jeszcze nie zaczęła

Nasze ściany runęły w ogniu

Stoimy na straży

                      pośród szczątków broni

 

W powietrzu można dotknąć odgłosów deszczu

co jeszcze nie zstąpił

                    lecz już jest splamiony

naszą krwią

Jesteśmy niewinni a może obciążeni

                    Zabijaniem

Kto zdezerterował

                    a kto zginął

jak bohater

                    Nigdy się nie dowiemy

 

Tej nocy

                   która stała się przeznaczeniem

cały nasz los się streszcza

w czekaniu

                   na tę wojnę

która się jeszcze nie zdążyła zacząć

                albo  toczyła się już przed wiekami

 

 

 

 

 

  Traduttori, traditori

 

 

Jerónimo de Aguilar i Gonzalo Guerrero

 

                     rozbitkowie

nauczyli się języka Majów

połączyli swe losy z plemieniem

                  Gonzalo

pojął żonę i spłodził synów

                  Jerónimo

 

odżegnał się od wszelkich kontaktów   odmawiał różaniec

by odstraszyć pokusy

                asceta

zżarty mistyczną gorączką

 

Przybył Cortés  wkrótce się dowiedział

 

               Gonzalo

wyrzekł się Hiszpanii

i walczył jako Maja pośród braci Majów

               Jerónimo

 

przystał do najeźdźców

              Znał język

Mógł się dogadać z Malinche

             która mówiła

także językiem Majów i po meksykańsku

 

Tym tłumaczom

zawdzięczamy w dużej mierze kondycję Metysów

                         konkwistę i kolonializm

i tę niemiłosierną gmatwaninę

                        która zwie się Meksykiem

i walkę

                      mentalności tubylczej z dziedzictwem Hiszpanii

 

 

 

 

                Sekta Dobra

 

 

Może to był tylko wiejski proboszcz

Kreol albo Metys

któremu nagle

otworzyły się oczy na grozę świata

Ujrzał trosk nieskończoność

i cierpień

na ziemi  wodzie i powietrzu

 

I powiedział do innego proboszcza że Bóg

nie jest odpowiedzialny za to wszystko

Świat dostał się w ręce diabła

a wielki uzurpator któremu hołd składa

zaślepienie chrześcijan

Boga jedynego więzi w głębi piekieł

 

Ksiądz wysłuchał spowiedzi

Święte Oficjum przeczytało donos

Zdradzony płonął razem z żywym drewnem

aby połączyć się

ze swoim Bogiem

-       który jest miłością –

w piekle

 

 

 

          Poeta Nowej Hiszpanii

 

 

Ponieważ dusił się w kraju i nie mógł

wyrzec słowa bez narażenia życia

Ponieważ życie jego było w rękach

podejrzenia  donosu  procesu

                                   poeta

zagmatwał swój język niczym dżunglę

                                  Rozświeciły się

stalaktyty Bizancjum w jego wierszach

 

Czyżby się był zbuntował  czyżby pojął

haniebną dwuznaczność swojego żywota

On – Kreol  rozjątrzony dworak czyhający

na chwilę w której ziemię tę nazwie ojczyzną

podbitą przez ludzi pokroju swych ojców

                                   zatem coraz bardziej

obcych i cudzoziemskich coraz to jawniej po prostu najeźdźców

 

Czyżby mu tak dopiekła ta publiczna służba

panegiryków  poematów dworskich

Prawdziwym głosem przemówi w sonetach

W nich to osiągnie szczyty nowej sztuki

na które wprawdzie pada cień Góngory

 

lecz coś w nich dźwięczy co nie jest hiszpańskie

 

Noc po nocy rzuca ziarno w popiół

Minęły wieki jego wiersze karmią

niewidomy dział rękopisów

 

 

 

 

 

               Legendarna moralność

 

 

Nienawidzą Cezara

                         i władzy rzymskiej

Odejmują sobie  od ust winogronko

na myśl o niewolnikach zdychających

w kopalniach soli

                     lub na galerach

Mówią o okrucieństwie wojsk

w Galii czy Ilirii

                   Obżarci

Dziczyzną  kuropatwami  i mięsem cielęcym

pociągają łyk

                 sycylijskiego wina

aby wysunąć wargę przy wymawianiu

najpiękniejszych słów

luuuudz-kooość  człoo-wieeek

okrągłych  wielkich i jakże spiżowych

przy których gaśnie skromność

                               innych słów bez echa

powiedzmy takich

                             jak na przykład

                                                      „ ludzie”

 

Skończone przedstawienie

Służba odchodzi

                           unosząc z sobą resztki uczty

A wtedy patrycjusze otulają się

w swoje cypryjskie płaszcze

i z błyskiem rozkoszy w oczach

jak gladiatorzy wbijający trójząb

wyliczają radośnie skrobanki

Klaudii z Toskanii

Impotencje Liwiusza

                          Postępy

Raka w ciele Witeliusza

Wyrokują że stary Klaudiusz jest rogaczem

a Flawiusz to osobnik pospolity

wyzwolony niewolnik  arywista

 

Wychodząc

budzą kopniakami

spalonego od słońca woźnicę

i dziarsko śpieszą na Palatyn

by potulnie usłużyć

swoim smętnym tyłkiem

wielkodusznemu Cezarow

 

 

 

 

 

        Ptaki

 

 

Moim pierwszym dziecięcym wspomnieniem z Veracruz

Był gęstniejący tumult

czarnych ptaków co jakby niosły noc w swoich skrzydłach

To są dziobacze – usłyszałem –

pewno drozdy  czy raszki lub jakaś odmiana

Zresztą nazwa nieważna: pozostał

ich świergot pociemniały  mój stracdh

ten rwetes tajemniczy z jakim ptaki

obsiadały – wielkie robactwo czy szarańcza –

wszystkie drzewa

Spadały jak odpryski gzymsów, elektrycznych drutów,

bezbronny tłum co na próżno

próbuje zażegnać katastrofę

 

Zmierzch uduszony wykrwawił się z barw

Światło bez żaru na wierzchołkach liści

Niebo także było czarnym ptakiem

i cisza nagle stanęła w powietrzu

 

Poszliśmy

                 do hoteliku po długiej podroży

Dziadek

                 kupił stołeczną gazetę

i przeczytał mi doniesienie o bombie

która wybuchła w miejscu o dziwacznej nazwie

o śmierci co zapadła jak noc i jak ptaki

żywych ciał miotających się pośród płomieni


 

 

               Wielka zdrada

 

 

Nie kocham mojej ojczyzny. Jej

                      abstrakcyjny blask

nic mi nie mówi.

Natomiast ( choć to brzmi głupio)

                     oddałbym życie

za dziesięć jej zakątków, za niektórych ludzi,

za porty, lasy sosnowe, zamki,

za jedno sponiewierane miasto, szare,

                     wręcz potworne,

za kilka historycznych postaci,

za jej góry

i trzy lub cztery rzeki.

 

 

 

 

         Ukryty świat

 

 

Królestwo komputerów

i nauk niechybnych.

Ale nagle gdzieś się ulotniłaś

i wierzę w rzeczy niewidzialne.

 

 

 

 

           Wokół oryginalnej myśli

 

 

Wokół każdej oryginalnej myśli

plenią się chwasty retoryki

jej zastarzałą rdzą są ciągłe powtórki

jej zadyszką jest słowny niewypał

 

Wokół każdej oryginalnej myśli

aż kłębi się od banałów

zdań źle skonstruowanych wyrażeń

nie przylegających wcale do pomysłu

 

Oryginalna myśl

cieniem zarasta

i jałowizna ma ostatnie słowo

 

 

 

 

          Lives of the poets

 

 

W poezji nie ma happy endów

Poeci kończą

przeżywając obłęd

A potem ich poćwiartują jak mięso bydlęce

( jak stało się z Darío)

 

lub cisną w nich kamieniem   czasem się rzucają

do morza

z kryształkiem cyjanku w ustach

zdychają z pijaństwa

z narkomanii  z nędzy

Albo jeszcze gorzej

umierają jako poeci uznani

żałośni mieszkańcy grobowca

zwanego Dziełami Zebranymi

 

 

 

                     Hiob 18, 2

 

Kiedy wreszcie skończycie ze słowami?

Pyta

w Księdze Hioba

Bóg – albo jego skryba

 

       A my nicujemy w nieskończoność

       wytarty język

eksperymenty

doprawdy nędzne pod względem technicznym

 

       a wszystko tylko po to

       by na pustyni

       trysnęła woda

 

 

 

            Nasza noc nieskończona

 

 

Stroniczko moja, aniele stróżu, wiaro

warującego w nas skrycie dzieciństwa,

nie możesz, nie przeważysz na swej wadze

rosnącego horroru tego świata.

Ileż katastrof zdołałem już przeżyć,

ilu zmarłych przyjaciół, ile bólu

w niezgłębionej nocy udręczeń.

 

Co robić, cóż ja mogę zrobić.

Ja, co tak wczuwam się w cierpienia innych, zaledwie

usiłuję zażegnać je przez sekundę

tą stroniczką, której nie przeczytają  zainteresowani

zmarli, skrzywdzeni,  a tym bardziej

głęboko nieszczęśliwa dziewczyna. Jakiż Bóg

mógłby pozostać obojętny

na tyle trzęsień duszy, na inwazję piekła.

I gdzie szukać nadziei, skąd wstanie

to światło najjaśniejsze, co pochłonie

naszą noc nieskończenie bolesną.

 

 

 

     Hand C

 

W starych domach tego miasta inaczej

          wyglądają urządzenia z bieżącą wodą

Hydraulicy zainstalowali krany

          wykonane w Ameryce Północnej

Literą C ( od Cold) oznaczyli wodę ciepłą

H ( od Hot ) wskazywać miało wodę zimną

 

Jaki stąd wniosek?

-       Nic nie jest tym na co wygląda

-       Między przedmiot a słowo

     pada cień

     ( dostrzeżony już przez Eliota)

 

By nie wspomnieć o rzeczach oczywistych:

Gdy imperium dostarcza nam jakąś rzeczywistość

którą nie potrafimy nawet się posłużyć

postęp staje się obosieczny / zatem twórczy

a zarazem niszczący jak czas/

niełatwo zeń zrezygnować

 

Nikt kto korzysta z przywileju / tutaj

Mieć ciepłą wodę to przywilej/

Nie zacznie kopać studni ani czerpać

zanieczyszczonej wody z jakiegoś strumienia

 

Skądinąd

każde działanie jest przekładem

Lekceważąc to prawo

poparzy się ten co szuka

w ranie C wody lodowatej

Przejdą lata  nie ociepli się strumień

Wypływający z kranu H

 

 

 

  Przyśpieszenie historii

 

Piszę słowa

        które po chwili

znaczą co innego

       odsłaniają

całkiem inny zamysł

       podatny na badania

węglem 14

       Kryptogramy

Jakiegoś ludu z zamierzchłej historii

       co poszukiwał pisma

w ciemnościach

 

 

 

     Ogień

 

Wpatrzony w drewno trawione iskrami

                    niknące w rozbłyskach

a potem w dym coraz lżejszy

ujrzałeś własne życie w trzaskającej ciszy

 

Zapytałeś siebie czy kogoś ogrzało

Czy poznało jakiś przejaw ognia

Czy płonęło i czy było mu danym

objawić się komuś w całej płomienności

 

Inaczej wszystko byłoby na próżno

 

Nie będzie przebaczenia dla dymu  popiołów

gdyż nic nie wskórały przeciwko ciemności

 

-       jak drewienko co tli się w opuszczonym domu

lub w jamie zamieszkałej przez umarły

 

 

     Kamień

 

To co mówi kamień

tylko noc może zrozumieć

 

Patrzy na nas swym ciałem

                pokrytym oczami

Wyzywająco nieruchomy

nieubłaganie potrafi być czymś co najtrwalsze

 

Jest światem

w który się wdzieramy

-       jakże odmienni

 

 

 

 

        Muchy

 

Ja na tobie

Ty na mnie

A obok para

skrzydlatych wiruje owadów

 

Lubieżnie nad łóżkiem polata

Przygląda się z bzyczeniem

                          czyżby w podnieceniu

 

Dla niego z pewnością

nie jesteś najpiękniejszą

godną pożądania

( Jako lilia między cierniami

jest muszka jego pośród gnoju

jako klejnot błyszczy jej trąbka

jej kosmatość jak królewska purpura)

 

Czy pogardę

w ich wielościennych oczkach budzą nasze ciała

manewry niezgrabne

nasze ramiona co nie są skrzydłami?

Unoszą się nad nami jak zorza poranna

w majestacie niczym dwie armie podczas bitwy

Postawiły na głowie pełzające piekło

i mają wreszcie swe przyziemne niebo

Na pewno tam dyszą

Zawieszone łapkami nad przepaścią

 

I robią swoje nie myśląc o śmierci

 

 

 

 

   Ułaskawienie

 

   Jestem wspaniałomyślny. Przezwyciężyłem odruch instynktu i poskromiłem w sobie

bestię, którą i tak obnoszę wszędzie w kagańcu. Ubezwłasnowolniłem  swoją żyłkę myśliwską, w której pulsuje wciąż  krew pradawnej hordy moich przodków. Spostrzegłem karalucha, który zamiast rzucić się do ucieczki, co dyktuje mu przecież prawo gatunku, wpatrywał się we mnie, zdrętwiały ze zgrozy. Już miałem go rozdeptać – co zawsze czynię – lecz jego przerażenie powstrzymało mnie. Pozwoliłem mu ruszyć w dalszą drogę.

 

 

 

 

            Mechanizm zabijania

 

 

   Pająk kolonizuje to, co mu zostawiasz. Buduje swój sklep lub pałac na twoich ruinach. Ciemności dla pająka są promiennymi ogrodami. Zużywając sam siebie, wysnuwa z własnej substancji królestwa bezbronne wobec ręki. Niczym bujna roślinność, rozrastają się tkaniny jego nocy: mieszkanie, cytadela, miejsce straceń.

   Przedzierając się przez tereny, których mu dobrowolnie ustąpiłeś, natykasz się na owoc jego czyhań: na ciało owada,, jego pancerzyk, złowiony w sieć niczym klejnot. Pająk wyssał zeń życie i teraz wystawia na widok publiczny zwłoki, by przerazić swoich poddanych. Władcy szubienicy i noża postępowali tak samo, zostawiając na placu egzekucji szczątki buntownika. I wciąż nowi oprawcy czekają, aż światło brzasku odsłoni trupy ich ofiar , rozkładające się na ulicach lub w cuchnących wodach rzek.

 

 

 

                 Ośmiornica

 

Mroczne bóstwo na głębokościach:

rozczapierzona paproć, grzyb lub kwiat hiacyntu

wśród skał okiem nietkniętych, tu, w sercu otchłani,

gdzie o świcie, pobita słonecznym promieniem,

spływa noc na  dno morza – ośmiornica pije

ssawkami swoich ramion jej ciemny atrament.

Jakże piękna jest noc, w której ona świeci,

żeglując w słonym gąszczu macierzystych głębin,

które dla niej są przejrzyste i słodkie.

Lecz na plaży skażonej śmietnikiem po ludziach,

ten klejnot mięsisty, to lepkie zjawisko

wydaje się potworem; ginie od uderzeń

kija, bezbronna jak wrak na mieliźnie.

Ktoś harpun rzucił, ośmiornica wdycha

śmierć, po raz wtóry dławiąc się, raniona.

I nie krew z niej wypływa, lecz najgłębsza

żałoba, kryjąc morze i wchłaniając ziemię

nieznośnie wolno, gdy ona umiera.

 

 

 

         Ręce

 

Jeśli dobrze się przyjrzeć

spostrzegamy że ręce to potwory

Czymś przedziwnym jest kciuk

zawistny

sługa tamtych czterech

żałosny błazen niepomny przeszłości

Dzięki niemu

( lub z jego winy)

tworzymy historię

 

 

            Ropucha

 

Z natury jest niepożądana

Ponieważ trwa w błędzie

swej pulsującej lepkości

mamy ochotę ją rozdeptać

 

Tragiczny impuls człowieka:

zniszczyć

zarówno podobnego

jak odmieńca

 

Ropucha

urodziwa na swój sposób

patrzy na wszystko

z pogodą

kogoś kto wie że zginie męczeńsko

 

 

 

   Prehistoria

      ( fragment)

                         dla Jaime Sabinesa

 

 

1.

Na ścianach jaskini

maluję jelenia,

aby posiąść na własność jego ciało,

żeby stać się nim,

żeby jego siła i zwinność stały się moimi

i abym był pierwszym

wśród myśliwych mojego plemienia.

 

W tym sanktuarium

boskimi czynię siły których nie rozumiem.

Wymyślam Boga

Na podobieństwo Wielkiego Ojca którym chciałbym być,

Aby rządzić niepodzielnie plemieniem.

 

Na cegle

piszę pierwsze litery

alfabetu, dzięki któremu zdobywam na własność świat

symbolizując go.

W jest wieżą, z jej wysokości czuwam i władam okolicą,

M jest morzem, nieznanym i groźnym.

Dzięki tobie, alfabecie, sporządzony moją ręką,

będzie tylko jeden Bóg: mój.

Nie będę tolerował innych bogów.

Będzie jedna jedyna prawda : moja.

A kto się jej przeciwstawi, odbierze zasłużoną karę

Będą hierarchie, pamięć i prawo-

moje prawo: prawo silniejszego

aby trwała na zawsze moja władza nad światem

 

                     2

 

Kontemplując po raz pierwszy noc,

zapytałem sam siebie: czy będzie wieczna?

( chciałem zbadać rację bytu słońca, kapryśną

ruchliwość księżyca,

tajemniczą armadę gwiazd,

które żeglują, nie idąc na dno.

 

Następnie pomyślałem, że Bóg jest dwójcą:

księżycem i słońcem, ziemią i morzem, powietrzem i ogniem,

albo jest dwojgiem w jednym:

deszczem/rośliną, błyskawicą/piorunem.

 

Skąd bierze się światło na niebie?

Czy wytwarza je huk? Czy  to może płomień

wydaje dźwięk, rozdzierając przestrzeń?

( jak szczelina w murze, nim  mur się zawali,

jak konwulsje planety, która wciąż się staje).

 

Czy Bóg jest dobry, albowiem zsyła deszcz?

Czy Bóg jest zły, albowiem jest kamieniem, co zabija?

Czy Bóg jest wodą, której brak nas unicestwia,

nadmiar zaś porywa nas z sobą, zatapia?

 

Tę część siebie, która mnie przeraża,

nazwę Demonem.

A może jest to sobowtór Boga, jego olbrzymi cień?

Albowiem bez cierpienia i zła

nie istniałoby dobro ani przyjemność,

tak, jak dla istnienia światła

są potrzebne ciemności.

 

Nigdy, przenigdy nie znajdę odpowiedzi.

Nie mam czasu. Zgubiłem się w czasie.

Skończył się czas, który mi przyznano.

 

                  4

 

 

Kobieto, nie jesteś taka jak ja,

ale brakuje mi ciebie.

 

Bez ciebie byłbym koroną bez pnia,

lub pniem bez korony. Nie byłbym drzewem,

lecz kamieniem, który się stacza.

A ponieważ jesteś połową, której nie posiadam

i zazdroszczę ci mocy budowania życia w twoim ciele,

powiem tak: zrodziłaś się ze mnie, byłaś tym, co się oderwało,

toteż musisz pozostać przywiązana do mnie

niewidzialną pępowiną.

Twoja siła budzi we mnie strach.

Muszę cię ujarzmić

jak dzikie zwierzęta z przeszłości.

Dzisiaj, dzięki memu okrucieństwu i przebiegłości,

uprawiacie pola, czuwacie nade mną, przewozicie,

dajecie mi mleko i nawet własne ciało.

 

Jeżeli nie zgodzisz się być ujarzmiona,

jeżeli w popiołach przetrwał jeszcze rozżarzony węgiel

tamtych czasów, kiedy to byłaś królową wszystkiego,

policzę cię między demony, które sam stworzyłem,

aby nazwać cię Złem wcielonym, które mi staje na drodze

do absolutnej władzy.

 

Ewa albo Lilith:

Masz do wyboru między schyłkiem dnia a nocą.

 

Ewa – to wieczór, czuwanie przy ogniu.

W niej wypoczywam, ona pomnaża gatunek

i broni go przed wielkim zamętem świata.

 

Natomiast Lilith, to rozkosz tajemna,

magnes i przepaść, stos, na którym płonę.

Za tyle pożądania obwiniam ją przeto,

obrzucam kamieniami, hańbą, posyłam na szafot.

 

Ewo albo Lilith: nie płacz nad moim zwycięstwem.

Zwyciężając ciebie, sam poniosłem klęskę.

 

 

 

                  Ojciec Narodów

 

Nie pojmujcie mnie, proszę, opacznie.

Zastanówcie się, zanim wydacie osąd.

 

Nie jestem krwiożerczym wilkiem,

lecz ojcem  przezornym i mądrym,

który dla dobra stada

musi mieć twardą rękę.

 

Porządek utrzymuje się strachem.

Jeżeli wam pofolguję,

pozjadacie wkrótce jedni drugich.

 

Zawdzięczacie mi nawet powietrze, którym nie umiecie oddychać.

Zamiast rzucać we mnie kamieniem

lub rozprawiać o „ wolności”, która jest białym krukiem

( nikt go nie widział)

dziękujcie mi

 

i śpiewajcie na moją chwałę  jak na Anioł Pański

 

 

     Nawiasem mówiąc

 

 

Spełniam, jak każe powinność, wolę przyjaciela:

Rozsiewam popioły tam, gdzie gęstniał las

z jego wspomnień.

Teraz drzewa

to tylko wykrzykniki, dekoracja

między chaotycznymi domami.

Usiłują mi wcisnąć złudzenie,

że są jak tamte,

że pokonały piętno

stwierdzenia „ to już nie Meksyk”.

Ale każdy jest tym, kim jest, a nie innym.

 

Urna z prochami daje pojęcie o tym,

że przyszliśmy wypełnić nawias ( 1927 – 90).

Nie ma przedtem ani potem.

Tylko te żelazne uchwyty,

a między nimi otwarta gardziel (        -      ):

wyglądają jak kontury kołyski,

jak jej falowanie, jak tam i z powrotem

niepowstrzymanej ludzkości, która

nieustannie się rodzi i umiera.

 

Już jest ciemno. Odchodzę.. Już jest późno.

I nie zostanie mi nawet pociecha,

że  ta śmierć  przekaże życie drzewom

jego dzieciństwa, które dziś nie do pojęcia ( 1929 – 40).,

lub  młodości, o której nic nie wiemy ( 1948 – 60).

Albowiem kępa lasu, jeszcze nie wycięta,

już wkrótce będzie cegłą, asfaltem, konkretem

 

wypełnionym innymi nawiasami

 

 

 

           Titanik

 

Nasz okręt tyle razy osiadał na mieliźnie,

że nie boimy się pójść aż na samo dno.

Nie robi na nas wrażenia słowo „ katastrofa”.

Śmiejemy się z tych co wieszczą największe nieszczęścia.

Widmowi żeglarze,  płyniemy bez końca

ku zjawie portu, co wciąż się oddala.

Brzeg, skąd odpłynęliśmy,  zniknął w odległościach.

Od dawna wiemy, że nie ma powrotu.

Jeśli zacumujemy w odmętach nicości,

pochłoną nas żarłoczne wodorosty.

Jedyny cel nasz: żeglować bez końca

w spokoju ducha, aby znów zatonąć.

 

 

 

       Cykady

 

 

Szlifują stopy nocy,

która rozpadnie się, jeśli zamilkną.

 

Przegryzają bezczelną ciemność,

wykuwają światło pośród traw.

 

Wychodzą z  głębi życia

i rozmawiają z ziemią.

 

 

 

Z antologii poezji Ameryki Łacińskiej  Umocz wargi w kamieniu, 2011, Biuro Literackie. Wybór wierszy, przekłady i opracowanie krytyczne :Krystyna Rodowska

 


 

José Emilio Pacheco (ur. 1939- 2013) – poeta, prozaik, eseista, krytyk literacki i filmowy, tłumacz literatury i wykładowca uniwersytecki. Debiutował jako poeta na początku lat sześćdziesiątych, w orbicie twórczości poetyckiej i eseistycznej Octavio Paza, stanowiącej dla niego, podobnie jak dla większości ówczesnych młodych twórców meksykańskich, bezpośredni i ważny punkt odniesienia. W głośnej antologii poezji meksykańskiej Poesia en movimiento (1966, Poezja w ruchu) Paz przedstawia Pacheco jako jednego z najbardziej obiecujących poetów nowej generacji. Obietnicę tę spełnił Pacheco z nawiązką, odchodząc stopniowo od Pazowskiej koncepcji poezji i realizując własną. Podczas gdy dla Paza poezja stanowi realną możliwość przekroczenia uwarunkowań historii, „skok w Absolut” i błyskawiczne objawienie istoty Bytu, dla Pacheco jest już tylko rodzajem „pracy ludzkiej, nietrwałym produktem historii, który właśnie dlatego może być ulepszony”. Na tle wybujałej emocjonalności poezji meksykańskiej lat siedemdziesiątych – pod wpływem nieskrępowanej ekspresji młodzieżowych buntów i tęsknot, wyrażanych przez beat generation – poezja Pacheco ujawnia duże poczucie odrębności i samotności. W kolejnych tomach wierszy Pacheco kultywuje model poezji erudycyjnej, intelektualnej, korzystającej z inspiracji wielu kultur i wszystkich epok, podtrzymującej dialog zarówno z poezją starożytnej Grecji, Rzymu i Dalekiego Wschodu, jak i z utworami Baudelaire’a, Rimbauda, Eliota, Pounda czy Kawafisa. Predestynacja do dialogu wraz z przekonaniem, że literatura jest grą, sprawiają, że granica między przekładem a własną twórczością jawi się poecie jako nieostra, co przynosi w efekcie oryginalne cykle „imitacji” i „przybliżeń” wierszy najwybitniejszych poetów światowych, czyli „wierszy, wyrosłych z pnia innych wierszy”. Obsesją tej poezji jest pamięć i czas, który – wbrew Pazowi – nigdy nie oznacza wieczności. W ujęciu Pacheco historyczne wydarzenia są w gruncie rzeczy spiralą nawrotów, reminiscencji, pastiszy i zapożyczeń, podobnie jak dzieje literatury. W jednym ze swoich najbardziej znanych cykli, „Antiguedades mexicanas” (Starożytności meksykańskie), Pacheco – poeta masek i cudzych głosów – sięga po fakty i legendy dotyczące podboju Meksyku przez Hiszpanów, uwiecznione przez literaturę i dawne kroniki, wypowiadając się za ich pośrednictwem na temat współczesności (podobnie, jak to czynił w polskiej poezji Zbigniew Herbert).

Jest autorem wielu tomów i wyborów wierszy, w tym: Los elementos de la noche (1963, Żywioły nocy), El reposo del fuego (1966, Spoczynek ognia), Irás y no volverás (1973, Odejdziesz i nie powrócisz), No me preguntes como pasa el tiempo (1977, Nie pytaj mnie, jak przemija czas), Islas a la deriva (1976, Dryfujące wyspy), Los trabajos del mar (1983, Prace morza). W roku 1980 ukazał się obszerny wybór jego wierszy Tarde o temprano (Późno lub wcześnie), w ślad za którym poszły kolejne, m.in. El silencio de la luna (1996, Milczenie księżyca) Ostatnio opublikowane tomy poetyckie to: La edad de las tinieblas (2009, Wiek ciemności) i Como la lluvia (2009, Tak jak deszcz). Pacheco jest także autorem zbiorów opowiadań m.in.: El viento distante y otros relatos (1963, Odległy wiatr i inne opowiadania), El principio del placer (1972, Zasada przyjemności) i Batallas en el desierto (1981, Bitwy na pustyni). Osobną pozycję w jego twórczości zajmuje powieść Morirás lejos (1967, Umrzesz daleko stąd), wykorzystująca doświadczenia nouveau roman i prozy Borgesowskiej.

Wiersze José Emilio Pacheco przetłumaczono na wiele języków, a on sam należy do poetów obsypanych wszelkimi możliwymi w Ameryce Łacińskiej nagrodami (m.in. Pablo Nerudy, Octavio Paza, Federico Garcia Lorki), których zwieńczeniem jest przyznana mu w roku 2009 najbardziej prestiżowa w świecie hiszpańskojęzycznym – Nagroda Cervantesa.

W Polsce, nakładem Wydawnictwa Literackiego, ukazała się w roku 1986 antologia jego wierszy i poematów Proza czaszki, w wyborze, przekładach i z obszernym posłowiem Krystyny Rodowskiej.


Pin It