Wiersze Roberto Juarroza w przekładzie Krystyny Rodowskiej

 

[Umrzemy wszyscy]

 

Umrzemy wszyscy,

ktokolwiek przyjrzał się sobie, otwarcie lub z ukosa,

ktokolwiek stykał się, rozmawiał z innymi czy zapomniał o tym.

Umrzemy jedno po drugim, oczywiście,

na to wielkie niepodobieństwo jakim jest śmierć.

Tak samo umrze czarny kolor sierści mego psa,

biała barwa twojego głosu,

barwa pustki dzisiejszego dnia.

A tymczasem

zrobimy jeszcze to i owo,

co nie jest oczywiste,

ale czy to ważne?

Może nawet nie jest ważne,

czy mój pies miał sierść białą,

czy twój głos był czarny,

czy ten dzień zabarwił nas boskością.

A może jednak wszystko to jest ważne

i tu właśnie zaczyna się problem.

 

 

 

 

 [Sieć spojrzenia]

 

Sieć spojrzenia

sprawia, że świat się jakoś trzyma

i nie rozpada.

I chociaż nie wiem, jak to jest

nic nie widzieć,

będę się wpatrywał w te plecy,

które mogą należeć do boga.

Mimo wszystko

wypatrujemy innej sieci, innych powiązań,

co zasłonią nam oczy pożyczonym suknem

i rozwieszą deszcz bez ziemi i nieba.

Moje oczy szukają tego czegoś,

co każe zdejmować buty,

żeby zobaczyć, co naprawdę nam daje oparcie,

wymyślać ptaka,

żeby sprawdzić, czy istnieje powietrze,

stwarzać światy,

żeby zobaczyć, czy istnieje bóg,

i wkładać na głowę kapelusz,

żeby doświadczyć własnego istnienia.

 

[Myślę, że w tej chwili]

 

Myślę, że w tej chwili

nikt we wszechświecie nie myśli o mnie,

tylko ja o sobie,

i gdybym nagle umarł,

nikt, nawet ja sam, nie pomyśli o mnie.

 

I w tym miejscu otwiera się przepaść,

jak wtedy, gdy się zasypia.

Jestem własną podporą i sam ją odrzucam.

Przyczyniam się do zamalowania wszystkiego nieobecnością.

 

Może właśnie dlatego

pomyśleć o kimś

to jakby go zbawić.

 

 

 

 

 [Niebo także ma zmarszczki]

 

Niebo także ma zmarszczki

i to je wcale nie czyni myślącym.

 

Niebo się marszczy,

żeby zostawić na boku trochę cienia,

chronić go

i mieć święty spokój.

 

Kiedy się wszystko wygładza,

tam w górze zostają zmarszczki

dla podtrzymania wiary wszechświata.

 

I nawet samo niebo

chroni się czasem w swoje zmarszczki,

aby móc uwierzyć.

 

 

 

 

[Czasem nie mogę się już ruszyć z miejsca]

 

Czasem nie mogę się już ruszyć z miejsca.

 

Wszędzie natrafiam na swoje korzenie,

jakby wszystkie rzeczy rodziły się ze mnie,

lub jakbym ja rodził się ze wszystkich rzeczy.

 

Pozostaje mi wtedy tylko zachować spokój,

z otwartymi oczyma, jakby dwie twarze wyrosły mi naraz,

z garstką miłości w jednej

i szczyptą chłodu w drugiej dłoni.

 

A temu, kto obok mnie przejdzie,

mogę dać tylko tę nieobecność w bezruchu,

wraz z korzeniem; także i w tym kimś.

 

 

 

[Ponieważ tej nocy śpisz daleko stąd]

 

Ponieważ tej nocy śpisz daleko stąd,

w łóżku, za bardzo już senna,

ja czuwam tutaj,

z jedną ręką moją, a drugą twoją.

 

I będziesz tam leżała

naga, jak tylko ty potrafisz,

a ja wyciągnę się tutaj,

nagi, jak nikt oprócz mnie.

 

Moje usta się dłużą i myślą.

Twoje włosy są krótkie i senne.

 

Nie czas na leżenie nago

tak osobno, a przecież

we dwoje.

 

 

 

 

[Kiedyś znajdę nareszcie słowo]

 

Kiedyś znajdę nareszcie słowo,

co przeniknie twe łono i je zapłodni,

spocznie na twojej piersi

niczym dłoń równocześnie otwarta i zamknięta.

 

Znajdę takie słowo,

które wstrzyma twe ciało i wprawi je w obrót,

które zawrze w sobie twoje ciało

i rozszerzy twe oczy jak bezchmurny bóg,

i wypije twą ślinę,

i rozchyli twe nogi.

Może nic nie usłyszysz

ani nie zrozumiesz.

To nie będzie potrzebne.

Ono będzie się toczyć w tobie niczym koło,

przemierzając cię od krańca do krańca,

kobieto moja i nie moja,

i nie powstrzyma go nawet twoja śmierć.

 

 

 

[Włókienko cieńsze niż myśl]

 

Włókienko cieńsze niż myśl,

niteczka, co nic nie waży,

wiąże twoje oczy z moimi, gdy tracimy się z oczu.

 

Bo w chwili, gdy patrzymy na siebie,

wiążą nas wszystkie nici świata

i tylko brakuje tej jednej,

która w cieniu swym ukryć potrafi

najskrytsze światełko miłości.

 

I kiedy już nas nie będzie,

być może zostanie ta nić

między miejscem po tobie i po mnie.

 

 

 

[Zatrzymujemy się czasem]

 

Zatrzymujemy się czasem

pośrodku ulicy,

słowa

lub pocałunku,

z oczami nieruchomymi

jak wysokie szklanki z nietkniętą wodą,

z życiem znieruchomiałym,

z rękami zastygłymi między gestem poprzednim a następnym,

jakby już nigdzie nie miały się znaleźć.

Nasze wspomnienia są własnością kogoś,

kogo zaledwie pamiętamy.

 

To tak, jakby na chwilę pożyczyć swe życie,

bez żadnej pewności, że będzie zwrócone

i choć nikt nas o nic nie prosił,

wierzymy jednak, że wciąż służy czemuś,

co nas dotyczy najbardziej na świecie.

 

Czy śmierć będzie też taką pożyczką

pośrodku ulicy,

słowa,

pocałunku?

 

 

 

[Myśli opadają niczym liście]

 

Myśli opadają niczym liście,

gniją jak owoc bezzębny,

czasami użyczą cienia,

niektóre wyglądają jak spierzchnięta warga

nagiej gałęzi.

 

Są ciała, od których rysuje się przestrzeń,

pęka pod ich ciężarem,

poraniona jak usta od suchego chleba.

I są cienie tych ciał, które goją przestrzeń,

zabliźniają jej rany,

lecząc także te ciała

w ich najintymniejszych zakamarkach.

 

Myśli opadają niczym liście

i gniją jak owoc,

lecz nie mają korzeni

i nie drżą na wietrze.

Szczuplejsze niż ciała i ich cienie,

nie rysują i nie goją przestrzeni.

Są drzewem przestrzeni

rosnącym bez korzeni w jej środku.

 

 

 

 [Tyle rzeczy kochaliśmy razem]

 

Tyle rzeczy kochaliśmy razem,

że bardzo trudno kochać je osobno.

To tak jakby znalazły się nagle daleko

albo miłość stała się mrówką

wspinającą się po zboczach nieba.

 

Wskakiwaliśmy razem do tylu przepaści,

że wszystko bez ciebie zdaje się powierzchnią,

wirowaniem pękających iluzji,

napięciem bez rozpięcia przestrzeni,

czujnością ciał nieobecnych.

 

Schodziliśmy tyle światów, zostając na miejscu,

że podróże teraz spadają z wieszaków

jak niepotrzebne ubrania.

Ruch i spokój skłóciły się z sobą

jak stopnie dwóch różnych temperatur.

 

Straciliśmy razem tak dużo z niczego,

że został nawyk, który wciąż powraca,

i teraz wszystko zarabia na nicość.

Czas staje się antyczasem,

bo ty już o nim nie myślisz.

 

Zmilczeliśmy i przegadaliśmy tyle rzeczy wspólnie,

że milczenie i gadanie stało się zdradzieckie:

dwie substancje nieusprawiedliwione,

dwa substytuty.

 

Przeszukaliśmy razem wszystko,

znaleźliśmy wszystko,

wszystko porzuciliśmy.

Nie dano nam tylko czasu,

by spotkać się oko w oko z twoją śmiercią,

chociażby tylko po to, by i to zarzucić.

 

 

 

 

 [Brzegi błękitu rozrywają kamień]

 

Brzegi błękitu rozrywają kamień.

 

Motyle śpią,

ale nie śpią ich barwy.

Kochankowie zasnęli,

lecz ich miłość nie śpi.

Marginesy boga są zapisane.

 

Jak nałożyć rzeczy na rzeczy?

Jak zrównać życie z pamięcią życia?

Jak wyostrzyć moje oczy w twoich?

 

Geometria bytu nie zna przestrzeni.

 

 

 

 

 [Przychodzi dzień]

 

Przychodzi dzień,

kiedy ręka natyka się na granicę stronic

i czuje, że cienie napisanych liter

wyskakują z papieru.

 

Poza cienie

wyprawia się więc, by pisać w ciałach rozproszonych po świecie,

w ramionach wyciągniętych,

w pustym kieliszku,

w resztkach po czymś.

 

Przychodzi jednak dzień,

kiedy ręka czuje, że wszelkie ciało

pochłania zawczasu i pośpiesznie

ciemne jadło znaków.

 

Przychodzi więc chwila,

kiedy trzeba pisać w powietrzu

i prawie pogodzić się z tą czynnością.

Cóż, kiedy powietrze jest takie żarłoczne,

że w jego granicach robi się za ciasno.

 

Ręka chwyta się więc ostatniej chytrości:

zaczyna skromnie

pisać o sobie samej.

 

 

 

 [W szklance wody]

 

Szklanka wody sprawia,

że zagęszcza się inny wieczór we wnętrzu wieczoru,

stan skupienia innego czasu.

Na chwilę uchyla się furtka,

co nie pchnięta przez nikogo,

zatrzaśnie się sama.

 

Dwa razy piję

z tej samej szklanki.

 

 

 

[Przekroczyć granice nocy]

 

Przekroczyć granice nocy

ale nie po to by iść w stronę dnia.

 

Wymazać tę niejasną historię co traktuje o nas

w formie krótkich opowieści,

usunąć epizod który nas dotyczy,

wyskoczyć ze scenariusza

bez pomocy inspicjenta i tekstu

i bez dalszych już machinacji

zdać się na fakt naturalny

a może i sztuczny

że się przyszło na świat.

 

Bo nie ma innej alternatywy

jak nacisnąć guzik który jest w środku.

Chociażby rzeczywistość miała się roztrzaskać.

Lub choćby nic się nie miało wydarzyć.



 [Pozostaje nam tylko sporządzić kilka lakonicznych zapisków]

 

dla Guillermo Sucre

 

 

Pozostaje nam tylko sporządzić kilka lakonicznych zapisków

o piekle i niebie,

a zwłaszcza o niektórych drobnych gestach ziemi,

gdzie pewne zagubione przesłania

zdają się tworzyć dziwną partię szachów.

 

Odnotować na przykład

antypody twarzy,

antynazwy rzeczy,

nieruchome upadki,

samobójstwa zasługujące na współpracę,

pulsowanie telegrafu miłości,

książki, z których wyciekają litery

jak owoce wezbrane własną dojrzałością,

drobną katastrofę lub niezauważalną zbrodnię,

gdy przestaje się myśleć o tym, co się kocha.

 

I chociażby poligon namiętności

znów na próżno mnożył swe kąty

w nadziei na lepszy ostateczny wynik,

my być może którzy się paramy

owym podejrzanym rzemiosłem,

sprawimy, że suma kątów będzie mniejsza,

aby móc się stąd wymknąć

przez szczelinę prowizorycznej różnicy.

 

 

 

 

[Sytuacje które kaleczą czyjeś życie]

 

Sytuacje , które kaleczą czyjeś życie,

sprawiają, że wieczność także ponosi uszczerbek.

 

Nie wiemy, czy wieczność ma pamięć,

lecz jeśli nawet iluzja czasu

bezpowrotnie wpadnie w jej sieci,

nadgniłe dotknięcie życia

zostawi na tej kanwie

swoje odciski palców.

 

Wieczność nie zna rytmu,

w jakiś sposób jednak się zaraża

akcentami i cezurą.



[Co zabiera drzewo spojrzeniu?]

 

Co zabiera drzewo spojrzeniu?

Co bierze spojrzenie z drzewa?

Co zostaje z jednego w drugim?

 

Nie potrafimy nawet

zebrać pyłku z tego,

co otarło się o nas.

Z drugiej jednak strony,

czy istnieje ktoś, kto zapamięta

cokolwiek z nas, przechodzących

obojętnie obok wszystkiego?

 

Patrzymy na siebie:

my i rzeczy,

i nawet się rozpoznajemy,

niczym słupy soli.

Dziedziczne odruchy

osadzają nas blisko siebie.

Przemijamy wszyscy.

Ale nikt nie potrafi

uchronić w sobie barwy, jakiegoś zapachu,

drżenia liścia czy powieki,

zachować choćby do jutra

kiełkowania maleńkiej harmonii.

 

Nikt niczego nie zatrzymuje,

także w sobie.

A przecież od zawsze marzymy:

niech ktoś lub coś nas zachowa.

 

Nawet śmierć nas nie chce zachować.

Ona potrafi tylko niszczyć.

 

 

 

 [Zapamiętać figury snu]

 

Zapamiętać figury snu,

to jakby wyrwać morzu jakiś skrawek lądu

i na samym brzegu

zasadzić oddech najmniejszego wiersza.

 

Lecz zaraz

oddać śnieniu to, co jest ze snu,

po czym zamknąć obwód,

albowiem sen nie może być długo

poza snem.

I tak prawie bez naszego udziału

zostanie wśród słów wiersza

coś z zapachu głębin.

 

 

 

 

 [Zmilczeć niektóre wiersze]

 

Zmilczeć niektóre wiersze,

nie tłumaczyć ich z ciszy,

nie wcielać się w ich postacie,

niech nawet ich kształt nie zamajaczy;

niech się gromadzą jak uśpione ptaki

na zakopanej gałęzi.

 

Tylko wtedy zakwitną inne wiersze.

Tylko wtedy kres sobie utoruje przejście.

Tylko wtedy widzenie, które nas rozżarza,

rozmnoży się niczym chleb.

 

Zamilczane wiersze

świadczą o tym, że cud jest zawsze młody.

I na koniec, kiedy wszystko oniemieje,

może właśnie z tych wierszy

wyjdzie na jaw znowu jakiś wiersz.

 

 

 

 

[Mógłbym zapomnieć o czymś co pisałem]

 

Mógłbym zapomnieć o czymś, co pisałem,

i powtórnie napisać to tak samo.

 

Mógłbym zapomnieć o życiu, którym żyłem,

i znów je przeżywać tak samo.

 

Mógłbym zapomnieć o śmierci, którą jutro umrę,

i znów na nią umierać tak samo.

 

Ale zawsze się trafi jakaś grudka światła,

która wkręci się w mechanizm powtórek:

mógłbym zapomnieć o czymś, co kochałem,

lecz nie sposób znów kochać tak samo.

 

 

 

[Czasem wydaje się nam]

 

Czasem wydaje się nam,

że znaleźliśmy się w samym środku święta.

A przecież

w środku święta nie ma nikogo.

W środku święta jest pustka.

 

Lecz w samym środku pustki jest inne święto.

 

 

 

[Liczba jeden zastępuje mi inne liczby]

 

Liczba jeden zastępuje mi inne liczby.

Jedna ludzka istota zastępuje mi całą resztę.

Jedno życie starczy mi za inne,

te możliwe i niemożliwe.

 

Raz ujrzeć światło

to tak, jakby widziało się je zawsze.

Wystarczy mi raz ujrzeć światło,

by pogodzić się z tym, że więcej

już go nie zobaczę.

 

Jedna miłość zastępuje mi wszystkie miłości,

które były lub nie były mi dane.

Jedna ręka zastępuje mi mnóstwo rąk

i nawet pies, jeden, zastąpi mi psiarnię.

 

Boję się tylko jednego:

że jutro nie jeden, lecz zero

zastąpi mi inne liczby.

 

 

 

 

Białe przestrzenie

 

Między linijkami wiersza,

w życiu,

może także i w śmierci

 

ważą więcej niż cokolwiek innego.

 

Czyżby kolor biały

był ważniejszy niż inne kolory?

 

A może białe przestrzenie

wcale nie są białe?

 

 

 

 

 [Nieobecność boga umacnia mnie]

 

Nieobecność boga umacnia mnie.

Łatwiej przywołać jego nieobecność,

niż gdybym miał mówić o obecności.

 

Milczenie boga

pozwala mi mówić.

Gdyby on nie był niemy,

nie potrafiłbym wypowiedzieć słowa.

 

Toteż każde słowo

kładę w miejscu milczenia boga,

wypełniam lukę

jego nieobecności.

 

 

 

 

[Gubią się gdzieś namiętności]

 

Gubią się gdzieś namiętności,

z wyjątkiem być może tej jednej:

namiętności utraty.

 

I cała reszta także się zatraca:

róża, humory zmienne, twoja twarz,

życie, okno, śmierć.

Także i to słowo się zatraci,

jego odczytanie, jego dźwięk.

 

Jeden sposób pozostał:

przeobrazić utratę w namiętność.

 

 

 

 

 

 [Na górze]

 

Na górze

jest zamknięty pokój,

do którego nikt nie ma prawa wstępu.

 

Być może w środku

są plany domu,

wykazy,

znak, którego szukamy.

A może tylko to jedno:

klucz do szczelnie zamkniętego pokoju.

 

Lecz choćbyśmy podjęli ryzyko

zdemolowania domu,

nocowania pod gołym niebem,

gdziekolwiek,

ten pokój na górze

pozostanie zamknięty.

 

 

 

 

 

 [Pozwólmy by drzwi się otwierały same]

 

Pozwólmy, by drzwi otwierały się same.

A także by się zamykały.

 

Trzeba wychodzić lub wchodzić

przez otwarte lub zamknięte drzwi,

bez różnicy.

 

I wybierać tylko takie,

które nie miały służyć

do wchodzenia czy wychodzenia.

 

Albowiem wszystko jest drzwiami,

nawet ten, co przed nimi stoi.

Po jednej stronie czy po drugiej.

 

 

 

 

 [Chodzę już tylko w starych butach]

 

Chodzę już tylko w starych butach.

Droga, którą idę

zużywa je od pierwszego kroku.

 

Ale tylko te stare buty

nie lekceważą drogi

i tylko one dojść mogą

tam, dokąd ona dochodzi.

 

Dalej

trzeba iść pieszo.

 

 

 

 

 

 [Bóg stracił imię]

 

Bóg stracił imię

Ale to nieważne:

największe z marzeń obejdzie się bez imienia

 

A jednak to nasze marzenie

wciąż będzie szukać dla siebie imienia

Lecz jeśli nie znajdzie tego jedynego

straci wszystkie inne

 

Aby bogu nadać imię

wystarczy mieć puste miejsce po imionach

 

Bo tylko pustką

można nazwać pustkę

i otrzymać odpowiedź

 

 

 

 

 

 [Zagęścić chwile ciszy]

 

Zagęścić chwile ciszy,

tak aby między nimi coś na coś czekało.

Zagęścićsłowa,

jakby to miały być ptaki bez powietrza.

Zagęścić także ptaki,

jakby musiały latać w oczach ślepca.

Zagęścić myśli,

jakby trzeba było pomyśleć najcieniej

to co nigdy nie było myślą.

 

Być może postępy w tym ćwiczeniu

pozwolą nam później zgęścić wieczność.

 

A wieczność zgęszczona

może zmieści się w czasie.

 

 

 

 

 

[Podróż zwraca się czasem do wewnątrz]

 

Podróż zwraca się czasem do wewnątrz

i odnajduje tamwszystkie podróże

które zarysowałaprzeszłość

także te do których nigdy nie doszło

 

A wtedy odkrywamy że jakaś inna podróż

na którą złożyły się czyjeś kroki

dojrzewała w nas potajemnie

a teraz nas wciąga i zabiera

tam gdzie nigdy się nie wybieraliśmy.

 

Podróże spełnione i podróże niespełnione

są tylko pretekstem i matrycą

dla podróży co nie zna zmęczenia i chwili przybycia

i wymyśla wciąż dla siebie wędrowca

a także trasę i metę

 

 

 

 

[Nie istnieje skok w pustkę]

 

Nie istnieje skok w pustkę.

 

Choćbynie było aniołów co nas podtrzymają,

ani szczebla dla stopy na drabinach myśli,

ani względności, ani absolutów,

które mogłyby nas chwycić za ramiona.

 

Trzeba zawłaszczyć pustkę dużo wcześniej,

pozyskać tym, że się jej oddamy,

jakby to był zagrabiony teren

lub nowa wolność nigdy nie zaznana.

I chronić w sobie jej prześwitywanie

migotliwe w rzeczach,

które oswaja z niebytem.

I niemal bezwiednie

w końcu pokochać pustkę.

To,co kochamy, podtrzymuje nas,

choć równocześnie pcha w stronę przepaści.

 

Pustka pokochana

nie może nas porzucić.

Wpustkę, której się nie kocha,

nie można nawet skoczyć.

 

 

 

 

 [Wszelka asymetria jest tęsknotą]

 

Wszelka asymetria jest tęsknotą

za symetrią.

 

Tak jak drzewo jest tęsknotą ptaka,

ptak tęskni za doskonałym obłokiem

a chmura za bezchmurnym niebem.

 

Ale każda symetria

przywołujeasymetrię.

 

Nawet byt jest wołaniem i tęsknotą

tego czego nie ma,

tego co jest w tym czego nie ma,

za tym czego nie ma w tym co jest.

 

Albowiem symetria i asymetria

to tylko stany prowizoryczne.

 

 

 

 

 [Nie ma szczęśliwego zakończenia]

 

Nie ma szczęśliwego zakończenia.

 

W samym środku historii

nic nie wskazuje na szczęście,

a jeśli już się pokaże,

ma zazwyczaj opaskę na oczach.

 

Pod koniec

oczy nie potrzebują zasłony,

aby zaniewidzieć.

 

Nie widzieć i nie być szczęśliwym

składa się na ostatnie równanie.

Inne możliwe równania

wpadają gdzieś poza obszar myśli,

jakby tam miały natrafić

na żyźniejszą glebę.

 

Nie ma szczęśliwego zakończenia.

Miejsce szczęścia

zajęło wołanie.

I nawet nie wiemy, czy słychać je aż do końca.

 

 

 

 [Jakikolwiek czas albo przestrzeń]

 

Jakikolwiek czas albo przestrzeń

pozwala spotkać się naszym dłoniom.

 

Ale przestrzeń i noc

są jakby do tego stworzone.

 

Ciemność nie jest ciemnością

dla moich dłoni.

 

Ciemność jest światłem

dla twoich.

 

 

 

 

 

[Jak wysoko może się wspiąć]

 

Jak wysoko może się wspiąć

powój wsparty o powietrze?

 

Tam w górze też są granice.

 

Także powietrze

opiera się na powoju.

 

 

 

 

[Przychodzi chwila]

 

Przychodzi chwila,

Gdy człowiek uwalnia się od własnej biografii

i zostawia za sobą ten przygnębiający cień,

to coś nieprawdziwego, czym jest przeszłość.

 

Nie ma co wykładać na stół

tej przyciasnej formułki na siebie samego,

wciąż przymierzać tamte podboje,

lub jęczeć na minionych rozdrożach.

 

Odrzucić własną biografię,

nie rozpoznawać nawet faktów;

o ileż lżejszy nasz bagaż na drogę!

 

To jakby pustą ramkę powiesić na ścianie,

by uwięziony pejzaż nie znużył się sobą.

 

 

 

[Niechcący ułamałem palcami]

 

Niechcący ułamałem palcami

Gałązkę.

Dotykam złamanego miejsca

i moje palce doznają olśnienia:

nietknięta gałązka

przeszła w moje palce

i w nich już zostanie,

chociaż i one mogą być złamane,

lecz wtedy nietknięte

przejdą w coś innego.

 

 

 

Wszystkie zamieszczone tu wiersze Roberto Juarroza zostały przetłumaczone i opublikowane w latach 80-tych i 90-tych  przez Krystynę Rodowską, lecz tylko 6 z nich znalazło się w jej autorskiej antologii poezji Ameryki Łacińskiej Umocz wargi w kamieniu, 2011, Biuro Literackie, z powodu braku porozumienia z wdową po poecie.

roberto-juarrozRoberto Juarroz (1925–1995) – poeta, eseista, tłumacz literatury, krytyk argentyński. Ukończył studia na wydziale bibliotekarstwa na Uniwersytecie w Buenos Aires. W latach 1961–1963 kontynuował studia jako stypendysta na Sorbonie, na której później uzyskał tytuł profesora. W ciągu wielu lat wykonywał zawód bibliotekarza, łącząc go z wykładami i z funkcją dziekana Wydziału Bibliotekarstwa i Dokumentacji na uniwersytecie w Buenos Aires (1971–1984). W latach 1958–1965 był redaktorem naczelnym stworzonego przez siebie pisma „Poesía = Poesía”, gdzie dał się poznać również jako finezyjny tłumacz poezji z innych języków (tłumaczył na hiszpański i komentował twórczość Samuela Becketta)

Swój pierwszy zbiór wierszy zatytułował Poesía Vertical (1958, Poezja pionowa) i odtądd wydawał kolejne tomy poetyckie wciąż pod tym samym enigmatycznym i suchym tytułem: Poesía Vertical I, Poesía Vertical II itd. Za życia poety ukazały się dwa grube tomy jego poezji zebranych: Poesía Vertical 1958/1982 i Poesía Vertical 1983/1993. Trzeci tom, Decimocuarta Poesía vertical – Fragmentos Verticales (Czternasta Poezja Pionowa – Fragmenty Pionowe) ukazał się już pośmiertnie, w roku 1997, zredagowany i opracowany przez wdowę po Juarrozie, poetkę Laurę Cerrato.

W latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych jego wiersze ukazywały się często w meksykańskim miesięczniku literackim „Vuelta”, redagowanym przez Octavio Paza, a także na łamach pełniącego funkcję pomostu kulturalnego między Hiszpanią a Ameryką Łacińską miesięcznika „Cuadernos Hispanoamericanos”. W roku 1984 Juarroz został członkiem Argentyńskiej Akademii Literatury. Obecnie poezja Juarroza, tłumaczona na wiele języków, publikowana w obu Amerykach, w Hiszpanii i we Francji, doczekała się światowego uznania, czego dowodem była otrzymana w 1992 roku główna nagroda Międzynarodowego Biennale Poezji w Liège (Belgia).

Stosunkowo późne uznanie i rozgłos tłumaczyć należy przede wszystkim faktem, że wiersze Juarroza są na terenie poezji hiszpańskiego obszaru językowego zjawiskiem całkowicie osobnym i oryginalnym, nieporównywalnym z żadnym innym.. W centrum uwagi poety znajduje się przede wszystkim życie duchowe człowieka. Jedną z osobliwości poezji Juarroza jest to, że najwyraźniej kuszona przez metafizykę (wyczuwa się tu wpływ Rilkego) nie daje się jej do końca uwieść, utrzymując się na pograniczu agnostycyzmu i płodnej dla twórcy słów – jak wyznaje – nieobecności Boga. Aspiracje poznawcze tej poezji zdają się niewyczerpane. Sam Juarroz charakteryzuje ją jako „eksplozję Bytu poprzez język”, dodając: „w sercu mojej poezji jest wiara w to, że myśl jest czymś bardziej konkretnym niż cała reszta materii świata”. Swoista, niemal monotonna kombinatoryka wierszy Juarroza, zakorzeniona jest, paradoksalnie, w doświadczeniach jego poprzedników – awangardystów z lat dwudziestych, trzydziestych i czterdziestych. Toteż nic dziwnego, że Octavio Paz uważał się za odkrywcę osobowości poetyckiej Juarroza, nazywając go „wielkim poetą przebłysków absolutu”. I jeszcze jedna Pazowska definicja zjawiskowości tej poezji: „ Poezja skondensowana w kropli światła”.

Juarroz, podziwiany od dawna także przez Julio Cortázara, należy do czołówki mistrzów współczesnej wrażliwości wśród nowych pokoleń poetów latynoamerykańskich.

W Polsce wiersze Juarroza pojawiały się dość często w latach 1993–1995 na łamach „Literatury na Świecie”, „Odry”, „Kresów”, „Kwartalnika Artystycznego”, „Arkusza”, w tłumaczeniu i z komentarzami Krystyny Rodowskiej. Duży blok jej przekładów wierszy Juarroza ukazał się, po dłuższej przerwie, w numerze 7-8/2000 „Literatury na Świecie”. Swoją antologię poezji Juarroza wydała także krakowska poetka , iberystka Marta Cichocka.


Pin It