{jcomments on}

Wiersze Tygodnia - Bohdan Urbankowski

 

Bogumiła Wrocławska
Bogumiła Wrocławska


28...

Nie broń się
to będzie
to będzie tylko
jakby pierwszy raz

Na zrzuconej pośpiesznie sukni
pachnące do bólu kwiaty
koszula zdarta z ciała wraz z naskórkiem
twój cichy krzyk i ręce
stulone mocno

kwiat
z kropelką krwi we wnętrzu

Odwracasz oczy
jakby pierwszy raz
jakbyś to mnie oddawała
na zawstydzonej dłoni
tę pierwszą kroplę krwi



5.30

Krzyk ptaka? Płacz dziecka za ścianą?
śmiech pijaków witających dzień?
Nie wiem
nie wiem dlaczego
zbudziliśmy się dokładnie o 5.30
ani skąd nasze ciała
wiedziały, że to już
już ta godzina

Zresztą – nie myśleliśmy o niej
odnalazły się nasze ręce
i ciała zagubione w różnych snach
odnalazły się tak,
jakby się chciały zrosnąć

Potem, ach potem
pijąc kawę –
przypadkiem
między spojrzeniem w oczy i dotknięciem włosów
spojrzenie na zegarek
czy widzisz to co ja?
jest nadal 5. 30
co wcale nas nie dziwi
i raczej skłania do pieszczot
wciąż mamy tyle czasu

Po - nie wiem – kwadransie, czy godzinie
w każdym razie cudownie spoceni
po najbardziej słonecznej kąpieli
z niedowierzaniem podajemy sobie
zadyszany zegarek – jakby biegł
i wskazuje 5. 30

Jakby do zwykłych minut
Bóg dosypał trochę niezwykłych

I tak to jest i będzie
dopóki się kochamy
będzie 5. 30, wschód słońca,
gorący smak poranka
i chłodny smak wieczności
na rozpalonych ustach



Wigilia

Wigilia kochanków
gałęzie świerkowe na stole
ciepły, zielony ogień
który oznacza dom.

Wigilia kochanków: szepty
i prezenty
tak małe
że można ukryć je w jednej
zaciśniętej dłoni
w jednym kłamstwie.

życzenia niepewne siebie
jak uśmiech przez łzy

drżący
opłatek języka na wargach
cień kołyski, cień uśmiechu
dziecka
któremu nie wolno było
przyjść na świat.
Wigilia kochanków
nie wypada nigdy w wigilię. I tylko
tylko ona
tylko ona jedna
jest prawdziwa.


Dlaczego

*

Jak żyjesz, Kochana?

Jak żyjesz
wśród coraz zimniejszych ścian
ulatnia się z nich wilgotna
woń naszych ciał

Czy Ci nie chłodno?

Jak zasypiasz
nie na mojej
piersi
nie opleciona gałęziami
moich rąk, moich nóg
kto poprawi
opadającą rękę – nim zemdleje

Jak wracasz z niespokojnych snów
bez pocałunków, które jeszcze się śnią
a już budzą
każde włókienko Twego ciała
każdą żyłkę

Jak wędrujesz labiryntem głuchych ulic
nie trzymając się mojej ręki

Jak wchodzisz po zmęczonych schodach

Jak żyjesz kochana
beze mnie?

Dlaczego żyjesz?




Sen. Orfeusz

Patrzymy sobie w oczy
wypluwamy gorzkie słowa
ale nasze ręce na obrusie
przywarły jak ciała kochanków

Wyliczamy sobie zdrady, zmarszczki
każdą kłótnię i każdą krostę
ale nasze ręce splecione
wciąż razem
jak tonący

Szarpią się wyrywają drapią
ale ściskamy je
mocno
aż wchodzą jedna w drugą

Zdyszani, spustoszeni
już nic do powiedzenia
już brak słów

Tylko ręce
ściskają się spocone
na obrusie zgniecionym jak pościel




***

Powrót

Po każdym długim rozstaniu
a wszystkie rozstania są długie, za długie

wracam
jak pies nie poznaję sprawdzam węchem
czy to Twój zapach
językiem próbuję
każde zgięcie nóg, rąk
uważnie nadgryzam sutki
liżę
ze skomleniem liżę pot na Twym brzuchu
coraz niżej coraz podejrzliwiej
z bólem
wpełzam, powracam w Ciebie
i wyję



Dawna fotografia

Dotykam fotografii
jakbym widział palcami

Twoja twarz, dłonie
na pewno Twoje -
pamiętam
ich dobre ciepło

Nawet w nocy potrafiły odnaleźć
moje ręce
uspokoić
głaskały moje oczy
zdążyły

W tle zdjęcia
raczej Indie, niż rzeczywiste kraje.
Zapylonymi drogami
wędrują ludzie. Palcami słyszę
śpiewy pielgrzymów, którzy
odnaleźli swych bogów
gwar bazaru
przekupnie zachwalają kolorowe owoce
i same kolory – bez owoców

Słyszę też nasze głosy
nie rozpoznaję słów
wiem tylko,
że mówią je ludzie szczęśliwi
zaskoczeni znów pięknem świata

 



A MOJE 88 URODZINY

Miasto gęste od krytych pasaży, wąskich
placyków, arkad,
schodzące tarasami ku morskiej zatoce.

I ja, zapatrzony w młode piękno,
cielesne i nietrwałe,
jego ruch taneczny wśród starych kamieni.

Kolory sukien według letniej mody,
stuk pantofelka na dallach sprzed stuleci,
cieszą mnie swoim obrzędem powrotu.

Dawno zostawiłem za sobą
zwiedzania katedr i wież warownych.
Jestem jak ten, kto widzi, a jednak sam nie przemija,
duch lotny mimo siwizny i chorób starości.

Ocalony, bo z nim wieczne i boskie zdziwienie.



POD KONIEC DWUDZIESTEGO WIEKU

Pod koniec dwudziestego wieku, urodzony na jego początku,
po napisaniu książek, złych czy dobrych, ale pracowitych,
po zdobywaniu, traceniu i odzyskiwaniu,

Jestem tutaj z nadzieją, że można zaczynać na nowo
i własne życie uleczyć myśląc mocno o rzeczach poznanych,
tak mocno, że miejsc i ludzi nie odejmie czas
i wszystko będzie trwało prawdziwiej niż było.

Nie rozumiejąc skąd lata ekstazy i razem udręki,
przyjmując swój los i błagając o inny,
nie pobłażałem sobie, zaciskałem usta.

Dumny z jednej tylko, mnie wiadomej, cnoty:
smagania się wieloramienną dyscypliną.

Ciągle zaczynam na nowo, ponieważ co złożę w opowieść
okazuje się fikcją, dla innych, nie dla mnie, czytelną,
i oplątuje mnie, i zakrywa mnie,
i z pożądania prawdy jestem nieuczciwy.

Wtedy myślę o prawidłach wysokiego stylu
i o ludziach, którym nigdy nie były potrzebne.
Jak i o tym, że całe życie zwodzi mnie nadzieja.



W WARSZAWIE

Co czynisz na gruzach katedry
Świętego Jana, poeto,
W ten ciepły, wiosenny dzień?

Co myślisz tutaj, gdzie wiatr
Od Wisły wiejąc rozwiewa
Czerwony pył rumowiska?

Przysięgałeś, że nigdy nie będziesz
Płaczką żałobną.
Przysięgałeś, że nigdy nie dotkniesz
Ran wielkich swego narodu,
Aby nie zmienić ich w świętość,
Przeklętą świętość, co ściga
Przez dalsze wieki potomnych.

Ale ten płacz Antygony,
Co szuka swojego brata,
To jest zaiste nad miarę
Wytrzymałości. A serce
To kamień, w którym jak owad
Zamknięta jest ciemna miłość
Najnieszczęśliwszej ziemi.

Nie chciałem kochać tak,
Nie było to moim zamiarem.
Nie chciałem litować się tak,
Nie było to moim zamiarem.
Moje pióro jest lżejsze
Niż pióro kolibra. To brzemię
Nie jest na moje siły.
Jakże mam mieszkać w tym kraju,

Gdzie noga potrąca o kości
Nie pogrzebane najbliższych?
Słyszę głosy, widzę uśmiechy. Nie mogę
Nic napisać, bo pięcioro rąk
Chwyta mi moje pióro
I każe pisać ich dzieje,
Dzieje ich życia i śmierci.
Czyż na to jestem stworzony,
By zostać płaczką żałobną?
Ja chcę opiewać festyny,
Radosne gaje, do których
Wprowadzał mnie Szekspir. Zostawcie
Poetom chwilę radości,
Bo zginie wasz świat.

Szaleństwo tak żyć bez uśmiechu
I dwa powtarzać wyrazy
Zwrócone do was, umarli,
Do was, których udziałem
Miało być wesele
Czynów myśli i ciała, pieśni, uczt.
Dwa ocalone wyrazy:
Prawda i sprawiedliwość.



ARS POETICA?

Zawsze tęskniłem do formy bardziej pojemnej,
która nie byłaby zanadto poezją ani zanadto prozą
i pozwoliłaby się porozumieć nie narażając nikogo,
autora ni czytelnika, na męki wyższego rzędu.

W samej istocie poezji jest coś nieprzystojnego:
powstaje z nas rzecz, o której nie wiedzieliśmy,

/ że w nas jest,

więc mrugamy oczami, jakby wyskoczył z nas tygrys
i stał w świetle, ogonem bijąc się po bokach.

Dlatego słusznie się mówi, że dyktuje poezję dajmonion,
choć przesadza się utrzymując, że jest na pewno aniołem.
Trudno pojąć skąd się bierze ta duma poetów
jeżeli wstyd im nieraz, że widać ich słabość.

Jaki rozumny człowiek zechce być państwem demonów,
które rządzą się w nim jak u siebie, przemawiają mnóstwem

/ języków,

a jakby nie dosyć im było skraść jego usta i rękę
próbują dla swojej wygody zmieniać jego los?

Ponieważ co chorobliwe jest dzisiaj cenione,
ktoś może myśleć, że tylko żartuję
albo że wynalazłem jeszcze jeden sposób
żeby wychwalać Sztukę z pomocą ironii.

Był czas, kiedy czytano tylko mądre książki
pomagające znosić ból oraz nieszczęście.
To jednak nie to samo co zaglądać w tysiąc
dzieł pochodzących prosto z psychiatrycznej kliniki.

A przecie świat jest inny niż się nam wydaje
i my jesteśmy inni niż w naszym bredzeniu.
Ludzie więc zachowują milczącą uczciwość,
tak zyskując szacunek krewnych i sąsiadów.

Ten pożytek z poezji, że nam przypomina
jak trudno jest pozostać tą samą osobą,
bo dom nasz jest otwarty, we drzwiach nie ma klucza
a niewidzialni goście wchodzą i wychodzą.

Co tutaj opowiadam, poezją, zgoda, nie jest.
Bo wiersze wolno pisać rzadko i niechętnie,
pod nieznośnym przymusem i tylko z nadzieją,
że dobre, nie złe duchy, mają w nas instrument.

Berkeley, 1968

Pin It