Mirosław Mrozek - Wiersze



czychowski-typtyk-iii
Mieczysław Czychowski



Kamień

 

Odpoczywam na tej ziemi - dla okrutnego żartu

nazwanej obiecaną. Dwa tysiące lat dobiega od

czasu, gdy ściskał mnie w dłoni wierny prawu

Żyd. Przywiązania do okrutnej litery chciał

dowieść, ciskając mną w jawnogrzesznicę. Jednak

 

wypuścił mnie z ręki, odwiedziony od zamysłu

przez, słyszącego głos Pana, Proroka. A gdyby

mną rzucił, wszystko mogło być inaczej: Proroka

uznano by za nieszkodliwego szaleńca. Nieznane

 

byłoby imię pewnego mordercy, który nie uszedłby

sprawiedliwej karze. Cesarstwo upadłoby później

i z innych powodów. Inne sztandary prowadziłyby

wojska na bój, który usprawiedliwiano by innymi

kłamstwami. Znany uczony nie spłonąłby na stosie.

Kilka pojęć i symboli nie istniałoby w świadomości

zbiorowej - pustkę wypełniłyby nowe. Poza tym:

 

Słońce wschodziłoby na wschodzie, a zachodziło

na zachodzie. Kobiety w bólach rodziłyby dzieci,

mężczyźni zabijali - bez różnicy - mężczyzn, kobiety

i dzieci. Rolnik czuwałby przy ziarnie, poeta przy

poemacie. Mądrzy byliby tak samo smętni, a głupi

ani odrobinę mądrzejsi. Natomiast ja, leżałbym

 

kilka metrów dalej, brudny od krwi, która z czasem

wyblakłaby, a w końcu całkowicie wyparowała.

Odpoczywałbym - tak samo - spokojny i obojętny.

 

 


 

W cieniu

 

Szedłem pośpiesznie jedną ze ścieżek wielkiego, miejskiego

mrowiska. Mrówka, sześcionoga metafora losu jednostki,

wracała do swojego owadziego miasta. Niosła źdźbło trawy,

zielony sens swojej egzystencji. Nasze drogi przecięły się.

Cień mojej stopy już zaczynał przygniatać ją do ziemi, lecz

wciąż mogłem okazać swą wspaniałomyślność, ocalić istnienie,

wobec którego byłem wszechmocny. Nie zrobiłem tego, nie

dlatego, że musiałbym zwolnić albo przyśpieszyć. Nie dlatego,

iż wyglądałbym głupio w oczach przechodniów, nieoczekiwanie

zmieniając swą trasę. Nie, wcale nie dlatego i nie dla innych

praktycznych względów, o których wtedy nawet nie pomyślałem.

Nie wynikało to też z chęci ukrócenia cierpienia, jakim jest

niewątpliwie każde życie. Jej los po prostu w ogóle mnie nie

obchodził. I nawet nie zapamiętałbym tej błahostki, gdybym

nie znalazł się wtedy w cieniu, rzucanym przez chmurę, której

obrys do złudzenia przypominał wielką stopę kogoś nade mną,

kto, z niepojętych przeze mnie powodów, mnie nie zadeptał.

 

 


 

Do ciebie

 

Która to czytasz, który to czytasz – wiedz,

że nie dbam o ciebie wcale, nie interesuje

mnie kim jesteś, co robisz i czy wierzysz

w Boga. Nie chcę cię nigdy spotkać

ani poznać twojej opinii. Ty też nie myśl o mnie,

jestem najnudniejszym z ludzi. Bądźmy

szczerzy, nie istniejesz dla mnie, jak ja

nie istnieję dla ciebie. Jak nie istnieje pewnie

ten Bóg, który czyta twoimi uważnymi oczyma

i przemawia moimi nieporadnymi słowami.

 

 


 

Trójca

 

Oto tajemnica największa mojego istnienia:

Że jestem dziś kimś innym niż byłem wczoraj,

że, jeśli będę jutro, będę znowu kimś innym.

I nie pamiętam, by ci trzej obcy sobie mężczyźni

spotkali się kiedykolwiek. A przecież myślą

o sobie nieustannie. Ten przyszły nazywa zwykle

przeszłego głupcem. Przeszły natomiast

ma zbyt wysokie mniemanie o przyszłym.

Teraźniejszy wciąż ogląda się za siebie, to znów

wypatruje niecierpliwie przed sobą, przez to

nieustannie potyka się na swojej drodze.

Nie pojmuje, że on jedynie ma władzę

nad wszystkimi trzema i moc ich unicestwienia.

On jedyny wierzy w dogmat, że trzy osoby

są jednym bytem o identycznej naturze.

 

Ale kiedy ty czytasz te słowa, jego czas

minął już dawno. Ale kiedy ty czytasz,

nie wiem zupełnie, w co my teraz wierzymy.


 

Wyrzutek Kariotu

 

To drzewo rzuca cień na dwa tysiąclecia,

ja rzucam promienie rentgena na ludzką naturę.

 

Przerażony odblaskiem wiedzy o sobie

rzucam się w dół z innego drzewa,

i nie udźwignie sznur ciężaru tej winy,

co ją porzucę, jak ten dzienny blask,

który rzucały na mnie jego źrenice.

 

Nie rzucam się w oczy, gdy rzucam precz

monety i stoję pośród srebra, które on

rzuca na mnie z góry. Jeszcze się nie boję.

 

 


 

Klęska

 

Jestem nieprzystosowany, a trzeba być przystosowanym,

najlepiej najlepiej przystosowanym. Stosować się trzeba

do grawitacji, pór roku, fizjologii, praw ludzkich i boskich.

Jestem ślepą uliczką ewolucji, nigdy się nie powtórzę,

nigdy już nie powtórzę tych samych błędów, które

mnie wyeliminowały, te błędy powtórzą się na pewno.

Moja klęska została skalkulowana i wliczona w koszt

przedsięwzięcia, jestem nieistotnym błędem statystycznym.

Nie liczę się w grze, gra nie liczy się ze mną, cóż z tego,

że rozszyfrowałem reguły, skoro nie potrafię ich zmienić.

Poniosłem klęskę i mam tego świadomość, skoro istnieje

świadomość, nie istnieje możliwość jakiejkolwiek klęski.

 

 


 

wiersz wisielczy

 

ze wszystkich samobójców najbardziej nieżyciowi

są wisielcy. są tacy wzniośli, że aż próbują chodzić

w powietrzu. tymczasem dościga ich nieubłagana

przyziemność. puszczają zwieracze, twarz staje się

groteskowo czerwona, język zwisa z jamy ustnej,

przekrwione oczy usiłują wypaść z oczodołów.

mimo wszystko, dochodzą przecież, gdzie zmierzali.


 

poeta

 

wydłubał sobie oczy kuchennym nożem, by widzieć

wyraźniej, sączące się z ran, światło bólu. i krzyczał,

krzyczał z zachwytu. nim wyrwał sobie język,

by słowo stało się przesłaniem boga, który mieszkał w nim,

i którego wyraźnie usłyszał, gdy pozbawił się uszu.

 

wtedy wreszcie zrozumiał, dokąd zmierza –

brak dróg nie był przeszkodą.

 

 


 

czarownica

 

o ty która wróżyłaś z popielniczki pełnej petów

wyrocznio szaleńców obłąkana wieszczko

która tańczyłaś nago pogański taniec

na parapecie szpitalnej palarni

 

jakże brzydka byłaś i jaka piękna zarazem

jedyna prawdziwie wolna z nas wszystkich

 

nie imały się ciebie kolorowe tabletki

i igły strzykawek zatrute rozsądkiem

 

zbliża się północ twoja godzina

skąd do mnie wołasz jakie pasy rozrywasz

na jakim stosie teraz płoniesz jak urągasz bogu

 

podczas gdy ja gaszę starannie papierosa

pochylam głowę i jak zawsze posłuszny

zaczynam pisać sprawozdanie z procesu

 

 

Pin It