Pablo Antonio Cuadra - wiersze w tłumaczeniu Krystyny Rodowskiej 

 


caudra


Stworzenie Andów

 

Z jednej łzy krokodyla może Nil wypłynąć.

Na mojej ziemi ze strumyczka

moczu bożka zwanego Cocijo

powstała rzeka.

Płatek śniegu – jak siwy włos na wietrze

mógł spaść ze skroni Boga kiedy wprawiał w ruch

swoje dłonie biblijnego garncarza i wygładzał

                                             wierzchołki gór.

                             Indianin przywołuje imię Wirakoczy

podczas gdy stary wiejski proboszcz myśli że w ogrodzie

                                                        owianym rześką bryzą 

zaskoczył postać ogromną wśród drzew.

Lecz zabrzmiał głos:NIECH SIĘ STANIE ŚNIEG.    

Kiedyś wierzyłem że śnieg jest cmentarzem aniołów 

ale teraz już wiem że ogień i ból są tylko słowami.

                           W słowniku Boga

woda jest innym słowem

a wiatr brzmi jakby ktoś powiedział Miłość 

                                                             i zajęczał

To pasmo gór jest modlitwą Boga której składnię

                   zgłębili jedynie tajemniczy

Ajmara 

I przemierzał Bóg w owym czasie szlak od szczytów

Hualcalá

                        aż do Ziemi Ognistej

i rozmawiał ze swoim Synem o tym jak ważna jest ziemia.

„Być człowiekiem to rzecz poważna”,  rzekł Pan i niełatwo

jest wznieść góry zdolne natchnąć serce

bohatera.

Stwórzmy Andy takimi by mogli się tutaj zrodzić  

ludzie tacy jak Túpac Amaru i Simón Bolivar.

Te miary i rozległości spłodzą marzenia wzniosłe 

                jak lot Kondora

Na tej ziemi

jest możliweże człowiek będzie ze mną rozmawiał.

 Chcę znaleźć sobie miejsce tak trudne jak poezja ,  

rzekł Bóg, chcę wymówić rzeczy :

Wulkany

                                               Wąwozy

                                               Chmury

                                               Wiatry stające w ordynku jak

wojska      

                                               Równiki

wespół z aniołami szły z tyłu pisząc

z piór szelestem

              rzecz o stworzeniu Andów.

 

Noc jest nieznajomą kobietą

 

Zapytała dziewczyna cudzoziemca:

– Może wstąpisz do mnie? W domu

rozpaliłam ogień.

 

Odpowiedział wędrowiec: Jestem poetą,

pragnę tylko poznać, czym jest noc.  

 

Wtedy ona sypnęła popiołem w ognisko

i w ciemnościach podeszła bliżej.

Dotknij mnie! – rzekła. Poznasz noc!  

 

 

 

Urna z profilem politycznym

 

 

Wódz jest milczący

( rysuję jego twarz milczącą).

Wódz jest potężny

( rysuję jego mocarną rękę).

Wódz dowodzi uzbrojonymi ludźmi

( rysuję czaszki martwych ludzi).

 

 

 

Lament dziewczyny nad martwym wojownikiem

 

Od najdawniejszych czasów

deszcz płacze.

A jednak

młoda jest łza na policzku

i młoda jest rosa.

Od najdawniejszych czasów

śmierć chodzi za nami.

A jednak

nowe jest twoje milczenie,

nowy jest mój ból.

 

 

 

Rękopis znaleziony w butelce

 

Patrzyłem na drzewa kokosowe, na tamaryszki,

mangowce                       

na białe żagle suszące się w słońcu,

na dym pierwszej strawy idący prosto w niebo

o poranku

na ryby szamoczące się w sieci

i na dziewczynę w czerwonej sukience    

któraschodziła na brzeg z dzbanem i odchodziła stromą ścieżką,

nurzała się między drzewami   

pojawiając się i znikając              

a ja potem przez dłuższy czas

nie mogłem żeglować bez tego obrazu

dziewczyny w czerwonej sukience

bez drzew kokosowychtamaryszków i mangowców,

wydawało mi się, że istnieję tylko dlatego,

że ona istnieje    

że białe żagle bieleją tylko wtedy.

gdy ona się pochyla

w swej czerwonej sukience i dym był niebiański

szczęśliwe ryby i szczęśliwe odbicia ryb w wodzie,

i od dawna chciałem napisać wiersz

o dziewczynie w czerwonej sukience

lecz nie znajdowałem sposobu by opisać 

coś tak bardzo niezwykłego.

i  kiedy opowiadałem o tym przyjaciołom, oni się zaśmiewali,

lecz gdy znowu zaczynałem żeglować 

przepływałem zawsze koło wyspy dziewczyny w czerwonej sukience,

aż któregoś dnia wpłynąłem do zatokiprzy brzegu  

zarzuciłem kotwicę i wyskoczyłem na ląd   

i piszę teraz te słowa i powierzam je falom w butelce,

bo to jest moja historia 

bo wciąż patrzę na drzewa kokosowe tamaryszki i mangowce 

na białe żagle suszące się w słońcu

i dym pierwszej strawy na niebie 

upływa czas  

czekamy wciąż czekamy zrzędzimy    

bo nie nadchodzi z kolbą kukurydzy w ręku

dziewczyna w czerwonej sukience.

 

 

Wyspa żebraczki

 

Nechoca-tename – wyspą krzyku nazwali

Indianie niewielką wyspę La Zanata,

gdzie od lat żyła samotna żebraczka.

Wyglądała na starą jak świat 

chociaż nikt nie wiedział skąd się wzięła. 

Raz tylko jeden słyszeliśmy że córki Celsa 

przypłynęły na wyspę i podchodząc do staruchy zapytały: 

kim jesteśiskąd pochodzisz babciu?

Dlaczego porzuciła cię rodzina?

Dlaczego żyjesz z dala od ludzi 

nie wypływasz łodzią i nie przybijasz do naszych brzegów?

Po powrocie stamtąd córki Celsa opowiadały 

że zwróciła sięw ich stronę i ujrzały

piękną kobietę o gładkiej twarzy i długich włosach    

urodziwą dziewczynę o złotych oczach przymglonych od płaczu.

Nikt nie uwierzył w opowieść córek Celsa.

Nikt nie powtarzał ich słów  

albowiem ci z nas co żeglowali pomiędzy wyspami  

po wielekroć słyszeli krzyki żebraczki

i widzieli jak starucha wymachiwała łachmanami    

prosząc zbliżających się do brzegu o jałmużnę.

W nieprzeniknione noce widywaliśmy ognisko na skarpie  

rzucające blask na jej drżącą twarz z mierzwą włosów na głowie.

Sternicy wiedzieli że obszarpana postać wyła z głodu  

i chwytali się z trwogą za serce nadkładając drogi.

podczas gdy inni, odważniejsi, podpływali z lękiem

i ze współczuciem, rzucając jej pożywienie na brzeg.

Cristobál rozbił swą łódź o głazy wokół wyspy  

i wyszedł na ląd nagi ciężko ranny. 

Nigdy już nie usłyszeliśmy o Cristobalu.

Przestała wymachiwać szmatami żebraczka.

Jedynie kiedyś doszło do nas że córki Celsa 

popłynęły na wyspę i schodząc na ląd zapytały:

Dziewczyno, co się stało z Cristobálem? 

Czy nie wiesz że jest naszym bratem? 

Już po powrocie córki Celsa opowiadały 

że na te słowa zwróciła się w ich stronę

bezzębna starucha z zapadniętą twarzą

i suchymi oczyma w których znieruchomiał czas

 

 

Lament dziewczyny nad martwym wojownikiem

 

Od najdawniejszych czasów

deszcz płacze.

A jednak

młoda jest łza na policzku

i młoda jest rosa.

Od najdawniejszych czasów

śmierć chodzi za nami.

A jednak

nowe jest twoje milczenie,

nowy jest mój ból.

 

 

 

Indianin i skrzypce

 

Gdy Mondoy gra na skrzypcach  grudniowe chmury

rozszczepiają się na pióra

i na Wschodzie wzbijają się ławice niebiańskie

skowronków, ptaków piłodziobych,

         szczygłów i drozdów.

Mondoy przeciera oczy, kręcąc głową jak

niewidomi                            

albowiem muzyka jest jak słodka ślepota, 

laguna o błękitnych wodach.

 

Do jej portu zawija

siedem dziewcząt czuwających o świcie, 

by złowić w swoje sieci gwiazdę zaranną

co trzepoce się wśród nadbrzeżnego sitowia   

a Tonantzin ją chwyta za skrzela i zapala na niebie.

 

Oddech Tonantzin to kraina bez granic,

gdzie skrzypce Mondoya dostają skrzydeł i krążą

jak ptak w upierzeniu ze słów tajemnych.

 

Słuchałem dźwięku kantyczek w ceramice Indian Czarotegów,

w księżycowych okarynach wiatrów rysujących

fale na lagunie jakłuski rybie,

lecz ten deszcz jest niezwykły, ta czułość gdy Mondoy gra na skrzypcach, a deszcz pada, pada

w Diriomo, w Diriá, w Dirita, w Nindiri.

(Czy nigdy, pod strugami muzyki,    

nie tuliłeś do piersi płaczącej kobiety?)

 

Powróci tu zapewne Sierpień ciemiężyciel  

i poszczuje nas psami ognia w czas kanikuły

Będąwęszyć na drogach snu. One wiedzą,

że wolność jest lotem. Albo myślą.

Albo pieśnią, gdy Mondoy gra na skrzypcach.

 

Lecz nic nie umiera. W powietrzu

zasialiśmy nasze gwiazdy, potrafimy

wznieść się myślą i utrzymać się

w czystym błękicie. Mondoy

wykreśla krzyż muzyki w konstelacji

Południa. Mondoy gra na skrzypcach

i nasze ludy indiańskie pielgrzymują

do miejsca obietnicy.

 

Biała linia zaznacza delikatny

          brzeg horyzontu    

o tej godzinie zstępują dziewczyny

– marzycielki nadstawiając białe prześcieradła

by złowić w nie gwiazdę zaranną

 Tonantzin bierze ją w ramiona

i  słychać płacz dziecka

gdy Mondoy gra na skrzypcach.

 

Emigracje

 

Stefanowi Bacciu

 

Gdy kogut zapieje wstaję i patrzę jak świta ojczyzna.

Jest piękna i promienna a moje serce jest królem którego osadza na tronie..

Nie. Nie opuszczę mej ojczyzny. Tutaj umrę.

 

Lecz oto słońce zachodzi a ja obracam oczy ku krajom mych marzeń

i wszystek popiół świata zakrywa jej twarz.

W takiej chwili chciałbym być cudzoziemcem

by powrócić do mojej ojczyzny.

W takiej chwili mam w uszach radosny zgiełk miast

które nie są moimi miastami 

słyszę noc zamieszkałą przez wygnańców.

Muszę jechać, myślę. 

I marzę o podróży pod osłoną gwiazd.

 

Aż znów zapieje kogut

i świt powtórnie zagości w mej pieśni.

 

Nie. Nie odjadę. Powrócę

wznosić ściany z rozsypanych kamieni

 

 

Testament

 

Nadeszła babka,

kołysząc się rytmicznie jak statek na wodach.

Gdy tak stąpała

z chrzęstem halek,

wkraczała Historia z fru-fru swoich niezliczonych stronic.

 

Jej oczy patrzyły władczo;

z milkliwą słodyczą

i matczyną surowością,

lecz tym razem wyraz dobroduszności

przyćmiło znużenie.

Usiadła z westchnieniem

na swym fotelu królewskich napomnień,

u stóp jego stawiając koszyczek z robótką.

 

– Córko moja, Juliano – szepnęła –

włóż ten fartuszek z falbankami

i zatańcz, proszę, przed doktorem Jerónimo

w imieniu swej rasy.

Wiem że lubisz taniec i szumne zabawy.

Tańcz więc, dziewczyno! Niech nasz lud nie zatraci

rytmu tańca! Bowiem w dniu  

w którym ogłuchniemy na muzykę

miejsce nasze zajmą cudzoziemcy.

 

– Tobie, Celedonie, zostawiam rękojeść

srebrnej ojcowskiej laski.

Jesteś najstarszy i już od lat czekam,

byś objął Urząd Miasta

i został burmistrzem. Lecz co z tobą, chłopcze?

Czy w twoich wodzowskich żyłach płynie zsiadłemleko?

Do domu twego ojca ludzie zachodzili

i wychodzili, spijając mu z ust słowa!

 

Powiedzcie Dámaso, że powierzam mu strzelbę dziadka.

Wisi na gwoździu.

Nigdy nie wyjmowałam jej z futerału, ponieważ chłopak jest

niespokojnym duchem

i często ściąga na siebie kłopoty..

Nie mam mu tego za złe. Dámaso

bywa nieobliczalny, lecz to nie on

chciałby narzucić jarzmo mojemu narodowi.

 

– A tobie, gryzipiórku, co ślęczysz nad literkami,

powierzam księgę pieśni,  

którą stworzyli twoi przodkowie.

Niech ta nić się nie zerwie! Pisz!

Biedaku, gdy twój ojciec siał ziarno

i oddawał pług w twoje ręce,

nigdy nie wyorałeś w ziemi prostej bruzdy!

Zostawiam cię

bezbronnego wobec głodu,

lecz mój naród potrzebuje marzycieli!

 

– A tobie, Lupito, co snujesz mi się po domu

bez celu

zostawiam mój koszyk z robótką i trochę oszczędności

które tam schowałam.

Przypudruj się zmieńuczesanie , weź

się za siebie, Lupito!

Nie możesz być tak bezwolna, córko!

Niech rozbłysną lilie, śpiew ptaków,

niech rozpali się noc pod twymi palcami;

powołaniem kobiety jest skrzesać niebo

gwiaździste w oku mężczyzny.

Dokąd zajdziemy jeśli zgaśnie smak przygody?

 

Znużona przemawianiem opadła na fotel  

i łagodnie zasnęła.

 

I nigdy już się nie obudziła.

 

 

Thallassa

(dziennik pokładowy)

(fragment)

 

Voyage qui n’en finissait pas,

Qui se tenait toujours à distance

Henri Michaux

I

 

Tej nocy popijaliśmy piwo w zgiełkliwej otchłani listopada.

Niebieska żarówka przyciągała mewy do jaskrawo oświetlonego szyldu

„Perły Wielkiego Jeziora”.

Nas trzech: Joaquin, Luis i Octavio, byliśmy czytelnikami

                                 Cendrarsa, Moranda i Valery’ego

Larbaud

Otwieraliśmy noc kluczem Huidobra:

„a wiersz niech będzie kluczem co tysiąc drzwi otworzy”

Pękały bąbelki w szklankach piwa

i każdy poeta zapisywał wers na karcie do gry 

tasowaliśmy wszystkie i muza tajemna dyktowała nam przepowiednię

wiersza 

Wszystko było możliwe. „Port -mówił Pessoa - to upojenie

różnorodnością”

 Luis spotka się niebawem z Barnabootem w pewnej

kwiaciarni w Oslo.

Octavio zacznie przypominać słowaEkelofa:

„Chcę być daleko

chcę odległości

chcę czegoś innego”.

Lecz księżyc oświetla niekiedy ukosem

nieprzejednane strefy nocy:

fragment mola skradziony obrazom samotności Giorgio de Chirico

i żebraczkę z dzieckiem w ramionach otulonym rebozo

wiatr co rozwiewa jej brudną halkęi głos tej kobiety.

ponadczasowy, żałosny, powtarzający jak uliczną śpiewkę:

Dzisiaj powrócił z wojny! Powrócił do portu!

I wyliczała blizny jego ran

i czyny jego odważne na wojnie domowej co o szaleństwo przyprawiała 

Nikaraguę.

Dlaczego ten obraz, ten polip krwawiący

wraca do mnie

wspomnieniem wersów Wizjonera:

„młoda matka nieboszczka zstępuje po schodach”?

Albowiem tej nocy rybak niosąc wiosła i sieci, 

zbliżył się do kobiety, uniósł rąbek okrycia

i ujrzawszy twarz noworodka zsiniałą we śnie bezpowrotnym,

powiedział swym towarzyszom: To dziecko nie żyje!

Krzyknęła matka jak ranna rybitwa

i weszła po schodach na molo powtarzając swoje:

„Dzisiaj powrócił z wysp prosto w me ramiona!”,

a wiatr szarpał jej włosy niczym ciemną chmurę.

Joaquín milcząc nalał rumu do szklanki

i wróciliśmy do Homera. Szukaliśmy

naszych współczesnych w ulotnościach czasu:

w dawności tego co nowe. Oto Dante ogarniający obszary lamentu

czy niewymowność ekstazy. Morze

uwięzione w królewskich oktawach Camõesa.

List Penelopy do Odysa napisany przez Horacego. 

ten co zaśpiewał:

Era gia l’ora che volge il disio al naviganti.

- Ta kobieta jest matką Ulissesa,  

rzekł Joaquín powstając i zapatrzył się w gniewny księżyc tej żebraczki:

„Tylko ona i Joyce dali nam Odysa w ciągu jednego dnia.

I mówiliśmy o Joyce’ie, krótkowzrocznym i jezuickim,

o dwóch ostrzach jego chirurgicznego pióra

docierającego do niejasnej granicy

między aniołem a bestią.

Mówiliśmy o morzu. Mówiliśmy:

młodość jest porą burzy w której ciało staje się słowem.

Przyjaciele żegnali się ze mną ponieważ wyruszałem na Południe.

Joaquín podróżował jedynie w snach lub w alkoholowym transie

natomiast Luis wpadł w pułapkę – jak Apollinaire – i

wylądował w Normandii.

Artyleria nadwyrężyła jego słabą odporność nerwową

i odtąd życie pędził między kliniką a poezją,

i człowieczek błękitny jak płomyk acetylenu

                                                               

wyskakiwał mu ze źrenic, wabiony przez horyzonty.

Przysiągłem sobie w sercu: ja muszę wyruszyć!

Och ,Tallasso! Zerwij ze mnie rutynę!

Zawieś moje odzienie na wantach twych statków!

Będę pił wino które się staje substancją języka,

będę się żywił karmą tajemnic mej rasy.

Zbożem Kastylii  której czerwona gleba zdaje się wymarzona

by w niej zasiać miecze!

I na moście nad rzeką Arno będę pił prosto z butelki

Chianti de Boticelli

„Paryż jest  jego kuchnią”.

 „Twoje menus są nową poezją” śpiewa Cendrars.

Lecz tym razem to nie był Atlantyk

– zielonobrody starzec co wypluł ongiś profil mojej ojczyzny –

ani szkolna historia karaweli

przenoszących tutaj słowo po słowie język kastylijski

aż cała Hiszpania zamieniła się w daleką prowincję Ameryki.

Teraz przede mną rozpościerał się kosmiczny ogrom Pacyfiku,

obrócony tyłem do Ameryki ocean indiańskiej samotności.

I ujrzałem andyjskie stado olbrzymich ośnieżonych wulkanów

i wysłuchałem naszych słów codziennych

w dźwiękach okaryny czy queny,

jakby dyftong był szałamają 

a jedno „l” raniło gardło kochanej kobiety  (...)

 

II

 

W dzielnicy Sur, z polecenia Guiraldesów

jadłem asado wraz z gauchos którzy mówili mi

o don Segundo Sombra.

W ciągu jednej nocy – z jej tysiącletnim zapachem barbacoa,

z pampą czarną przezierającą spoza chciwych płomieni

przeżywałem Martina Fierro, gościłem w sercu Sarmiento

i odnalazłem dzielnicę Sur wraz z Borgesem

z drugiej strony Rivadavia,

ulicy która cię przeprowadzi 

„do świata dawnego co wciąż trwa”

 

Lecz moją pierwszą książkę opublikowałem w Santiago de Chile (...)

gdzie cień Huidobra wciąż jeszcze wygrywał bitwy jak Cyd-

Altazor

„To burza nad naszymi słowami – głosi wers Rosamela –

ilekroć otwieramy usta, wyskakuje z nich długowłosa planeta”.

 

Tamtej nocy nad jeziorem rozmawialiśmy o Chilijczyku Angelu Cruchaga,

jedynym który stworzył Apokalipsis łagodną i pokojową

z Lucyferem zmęczonym jej straszliwą monotonią.

ja zaś naśladowałem głos Juvencio Valle,

gdy czytał mi szeptem brulionowy zapis „Syna leśnika”.

 

Lecz w Santiago największe podniecenie

wywołał pierwszy „Pobyt na ziemi” Nerudy

– edycja nieosiągalna: tylko sto egzemplarzy! –

która mimo to wzbudziła zaskoczenie i zawiść.

Z wielu ust słyszałem, że to akt założycielski języka:

„Angela Adonica”.

I tak tej nocy odkryliśmy styl w którym doszły do głosu uśpione       

substancjejęzyka 

w utworach dwóch Valle, Gonzalo Rojasa,

od Diaza Casanueva, Pablo de Rokha

do Nerudy – dzioba tej nowej łodzi romantycznej i onirycznej.

To Pabla „pobyt na ziemi” komentował

José Coronel Urtecho:

„Neruda we śnie powtarza to co Whitman powiedział na jawie”. Bez przecinka

Następnie wdrapałem się na Andy

w starym i rozklekotanym pociągu kolei zębatej.

 

III

 

Nasze marzenie o Południu nazywało się wówczas Buenos Aires.

Wszyscy podróżowaliśmy aby odkryć Buenos Aires.

Dlatego nie raz mi się zlewa

moje odkrywanie Buenos Aires ze wspomnieniem Buenos Aires.

Joaquín tej nocy nie znał wyroków swego przeznaczenia.

Odbył tylko jedną podróż bo na maszcie jego pijanego statku

usiadł kruk Poego.

Snem wyprzedził swój kres w topieli wód

i nie mógł już się zakotwiczyć w porcie tanga.

Ja przybyłem z Marcelo Sanchezem Sorondo na ulicę Alsinagdzie

byli już poeci słuchający odczytu doktora Pico.

Młodzi poeci dzięki którym młodniało wówczas miasto

Buenos Aires:

Francisco Luis Bernárdez który znalazł sposób

odzyskania zdobyczy Złotego Wieku

dla nowych wcieleń i uniesień języka Ameryki,

czy Marechal, teninny rodzaj strategii; on również nie pragnął

rozsiąść się w wierszu jak na profesorskiej katedrze

(albowiem celem poezji

            i jej sednem

            nie jest poznanie, lecz tworzenie)...

 

Któregoś wieczoru zaproszono mnie do teatru na spektakl.

Słynna Lola Membrives ścinała księżycowe lilie

            „nożem  

              nożykiem co zaledwie mieści się w dłoni

i po burzy oklasków przyszedł Federico przywitać się z nami.

Ukazały się właśnie jego Romance cygańskie

wydane przez „Sur”; uderzył się dłonią po nodze i powiedział:

„jestem z brązu”, po czym zagrał na fortepianie w barze.

Odezwała się daleka Hiszpania jak skowronek

z głębi jego muzyki.

I nie wydawałby się aż tak bardzo andaluzyjski,

gdyby nie księżyc znad gajów oliwnych

który świecił mu prosto w twarz,

świecił mu prosto w twarz aż do śmierci.

 

IV

 

We wszystkich krajach szukałem poezji mojego pokolenia

i spotykałem poetów bez sztandarów bez wichury włosów

inaugurujących normalność.

Nie rozprawialiśmy o odnawianiu języka.

Szukaliśmy radości z języka.

Nie słów ze słownika  

lecz słów „w stanie łaski”.

Nie nowobogackiej i akademickiej poprawności z marmurowej wieży,

nie mówiąc już o „znikczemniałej rewolucyjności” słów z wieży Babel.

Wszyscy przeczuwaliśmy – wraz z Demianem –

zmierzch obecnego świata i jakąś nową jutrzenkę”.

Ale pewnego popołudnia w hallu Hotel City w Buenos Aires,

Dario II, lekarz i pianista, zawołał mnie:

– Przedstawiam ci Leopoldo Lugonesa.

(Mojego podziwu dla Lugonesa nie zniweczył nawet sam Lugones

ze swoimi sztuczkami)

Spojrzałem na poetę (...)

tego z Poemas solariegos

tworzącego pod argentyńskim słońcem swych 60 lat

wiersze których Dario nie mógł już napisać

pod nikaraguańskim słońcem swojego przedwczesnego zmierzchu.

– Niech pan je napisze! – rzucił mi na odchodnym,

nie domyślając się że zachęca mnie do podążania za gwiazdą poezji.

Rozmawialiśmy o Sandino. Mówił mi o Einsteinie,

rozwijając teorie i hipotezy.

Następnie zaatakował moje pokolenie wlokące za kometą wersów

świetlisty ogon rymów.

Ja mówiłem mu o naszej pampie,

mniej dostojnej lecz także przemierzanej

przez tajemniczych, improwizujących śpiewaków – analfabetów

Nie odważyłem się pokazać mu moich wierszy.

Nie udało mi się wtedy poznać Borgesa –

jego młodszego i genialnego antagonisty –

lecz poznałem uliczka po uliczce ferwor Buenos Aires

z wizji Borgesa. (...)

 

VI

     

„Morze, niebezpieczne morze żeglarzy”

które opiewał Molinari.

Morze Bernardeza:

„olbrzymi samotnik, ocean,

który dopytuje o nas w języku swych fal najciemniejszych”

Morze Joaquina Pasosa, gdzie „marynarze są trochę

podekscytowani”.

                        „Marynarze chcą zarzucić kotwicę,

                        marynarze chcą wiedzieć co się dzieje...

                        Ale to nic. Są trochę podekscytowani.

                        Morska woda ma smak dosyć gorzki.

                        Ale to nic. Są trochę podekscytowani.

                        Nic więcej się nie stanie. Nie zarzucą nigdy kotwicy.”

Na tym morzu -które w Coquimbo

mierząc się z wysokością wulkanu Aconcagua

osiąga swoją największą głębię -

pasażerowie są trochę podekscytowani:

czy w odmętach wodnej otchłani

unosi się jeszcze ciało tej pięknej dziewczyny

która tak niedawno ucztowała w swojej kajucie

a jej nieustraszone serce skoczyło z rufy statku prosto w śmierć?

Zapytali telefonicznie rodzinę czy zapłaci za jej powrót w trumnie

i wydało się nam wszystkim że słyszymy śpiew muzyka z Saint-Merry:

            „Śpiewam o radości włóczęgi

                        o rozkoszy umierania w czas wędrówki

To była prześliczna ptaszyna, Amerykanka z Północy

rudowłosa o fiołkowych oczach.

Z ciężarem uwiązanym do stóp skoczyła z pochylni

i zanurzyła się w królestwie syren.

I tam „gdzie słyszało się ptaki, teraz słychać wiatr.

               i jest ciemność tam, gdzie były ryby.

I w samotnej otchłani wszystkie kształty

zapomnienia są przecież obecne”

 

                        Z antologii poezji Ameryki Łacińskiej Umocz wargi w kamieniu,

Wybór, przekłady i opracowanie krytyczne : Krystyna Rodowska.

 

 


ukazał się w dodatku „ Europa” do „ Dziennika” w r. 2009.

 

 

Pin It