César Vallejo

Przełożyła Krystyna Rodowska

 

vallejo cesar


Enereida

 

Mego ojca zaledwie

mogę dostrzec w ten ptasi poranek,

gdy wystawia swych siedemdziesiąt osiem lat,

siedemdziesiąt osiem gałęzi zimowych na słońce.

Cmentarz w Santiago, namaszczony

noworoczną radością, właśnie się odsłania.

Ileż razy on kroki kierował w tę stronę

lub  powracał z jakiegoś skromnego pogrzebu!

 

 

Dziś już od dawna ojciec nie wychodzi.

Dziecięce śmiechy pierzchają w powietrzu.

 

Opowiadał w on czas mojej matce

o tym, co się działo w mieście i w polityce,

a dzisiaj, wsparty na swej sławnej lasce,

która dźwięczniej stukała w czasach jego „rządów”,

 

mój ojciec jest nikomu nieznany, ulotny,

mój ojciec jest cały oczekiwaniem.

Wyrwany z życia, znosi relikwie, przedmioty,

wspomnienia i sugestie.

Towarzyszy mu tchnący spokojem poranek

pod białymi skrzydłami siostry miłosierdzia.

 

Ten dzień jest wiecznością: dzień naiwny, chłopiec

śpiewający w kościelnym chórze, rozmodlony.

Na skroniach czasu lśni wieniec gołębi

i przyszłość się zaludnia

procesjami róż białych, nieśmiertelnych.

Ojcze, tu jeszcze wszystko budzi się do życia;

śpiewa styczeń i twoja miłość,

wtórując mu, odchodzi do wieczności.

Jeszcze będziesz zaśmiewał się ze swych małych dzieci,

będzie wrzawa triumfalna rozbrzmiewać w Nicościach.

 

Nowy Rok jeszcze przyjdzie. Będą empanadas

i będę znowu głodny, gdy na mszę zadzwoni

w świątobliwej dzwonnicy

poczciwy ślepiec, z którym gawędziły

lirycznie szkolne głosy mojej niewinności.

I gdy łaski pełen ów poranek

z głębi piersi czasu,

piersi-wdechów miłosnych i wydechów,

co proszą o nieskończoność i o życie wieczne,

zacznie śpiewać i pofrunie na wiatr w liczbie mnogiej

nikły strzęp twojego istnienia,

ocieniony białymi skrzydłami

siostry miłosierdzia; ach! ojcze!

 

 

[Kiedy nareszcie wrócą]

 

Kiedy nareszcie wrócą

ci wszyscy dorośli?

U ślepego Jakuba bije szósta

i jest już bardzo ciemno.

 

Mama powiedziała, że szybko wróci.

 

Aguedita, Nativa, Miguél,

uważajcie, nie chodźcie tamtędy,  

gdzie przed chwilą z chrapliwym westchnieniem

podreptały na ciche podwórko

przygarbione duchy/pokutne, tam gdzie kury

które kładą się dopiero spać,        

 podniosły alarm ze strachu.

Lepiej zostańmy tam, gdzie jesteśmy.

Mama powiedziała, że szybko wróci

 

Przestańmy się bać. Popatrzmy

lepiej na okręty – mój najładniejszy ze wszystkich! –

którymi bawiliśmy się przez cały boży dzień

bez kłótni, tak jak być powinno:

czekają w pogotowiu, w kałuży,

z ładunkiem cukierków na jutro.

 

Czekajmy więc posłusznie, nie ma rady,

aż wrócą dorośli, niech nam wynagrodzą

krzywdę, bo przecież zostawili nas tu samych

i takich małych, jakbyśmy i my także

nie mogli sobie pójść gdzieś daleko

 

Aguedita, Nativa, Miguél!

Wołam was, szukam na oślep, w ciemności.

Nie widzicie, że zostałem całkiem sam,       

i że tylko ja wciąż jestem więźniem?

 

             Z cyklu  Wiersze prozą

 

Godziny przemocy

 

Wszyscy pomarli.

 

Umarła doña Antonia, wiecznie zachrypnięta, ta  co piekła tani chleb w miasteczku.

 

Umarł proboszcz Santiago, który cieszył się, gdy pozdrawiali go chłopcy i

 

Umarła jasnowłosa młódka Carlota, osierociwszy trzymiesięcznego synka, który wkrótce potem, w tydzień po matce, także umarł.

 

Umarła moja ciotka Albina, która szyjąc na korytarzach, lubiła śpiewać o dawnych czasach i obyczajach dla sprzątaczki biurowej, Isidory, kobiety bardzo szacownej.

 

Umarł jednooki staruszek, nie pamiętam jego imienia; zasypiał w promieniach porannego słońca, siedząc przed drzwiami blacharza na rogu ulicy.

 

Umarł Piorun, pies równego ze mną wzrostu, postrzelony przez nie wiadomo

kogo. Umarł Lucas, mój spokojnobiodry krewniak, którego wspominam, gdy pada deszcz i nie doświadczam niczyjej obecności...

 

Umarła w otworze mego rewolweru matka, w mojej pięści siostra, w krwawiących wnętrznościach umarł brat; cała trójka złączona jakimś smutnym rodzajem smutku, umierała zawsze w sierpniu, rok po roku.

 

Umarł muzyk Mendez, wysoki, zwykle mocno zawiany, solmizujący na klarnecie melancholijne toccaty, od których to dźwięków okoliczne kury usypiały o wiele wcześniej, nim zaszło słońce.  

 

Umarła moja wieczność i czuwam nad jej zwłokami.

 

 

Najgroźniejsza chwila w życiu

 

Pewien człowiek rzekł:

– Najgroźniejszą chwilę przeżyłem podczas bitwy nad Marną, gdy zostałem ranny w klatkę piersiową.

 

Inny człowiek rzekł:

– Najgroźniejszą chwilę przeżyłem w czasie wstrząsów podmorskich koło Yokohamy; uratowałem się cudem, schroniwszy się pod okapem sklepu z lakierami.

 

Jeszcze inny rzekł:

– Najgroźniejsza chwila w moim życiu jest wtedy, gdy zasnę w ciągu dnia.

 

I jeszcze inny:

– Najgroźniejszą chwilę w moim życiu przeżyłem w absolutnej samotności.

 

Jeszcze inny:

– Najgroźniejszą chwilę mego życia przeżyłem w więzieniu w Peru.

 

Jeszcze inny:

– Najgroźniejsza chwila w moim życiu: gdy zobaczyłem nagle własnego ojca z profilu.

 

A ostatni rzekł:

– Najgroźniejsza chwila w moim życiu jeszcze nie nadeszła.

 

 

 

[Chodzi po świecie pewien kaleka]

 

Chodzi po świecie pewien kaleka; nie z powodu bijatyki, lecz nadmiaru uścisków. Inwalidą został nie na wojnie, lecz w czasie pokoju. Utracił twarz z miłości, nie z nienawiści. W trakcie zwyczajnego życia, nie wskutek wypadku. Wydarzenie to zostało wpisane w porządek natury, a nie w chaos zawiniony przez człowieka. Pułkownik Piccot, prezes stowarzyszenia „Rozbitych głów”, ma twarz zmasakrowaną od wybuchu armatniego z 1914 roku. Natomiast rysy twarzy kaleki, którego ja znam, zdeformowało powietrze: nieśmiertelne i niepamiętne.

 

Martwe oblicze na żywym pniu. Twarz o zesztywniałych rysach, przybita gwoździami do żywej głowy. Twarz, która jest odwrotną stroną czaszki. Widziałem kiedyś drzewo, które obróciło się do mnie tyłem. Innym razem drogę, która pokazała mi plecy. Drzewo, obrócone tyłem do patrzącego, rośnie jedynie w miejscach, gdzie nikt się nie urodził ani nie umarł. Droga, obrócona tyłem, przemierza wyłącznie obszar, na którym wszyscy wymarli i nikt się nie narodził. Kaleka czasu pokoju i miłości, uścisków i naturalnego porządku rzeczy, ten, który ma twarz martwą, osadzoną na żywym pniu, urodził się w cieniu drzewa obróconego tyłem, zaś życie jego toczy się przy drodze zwróconej plecami do patrzących.

 

Ponieważ rysy twarzy znieruchomiały w śmiertelnym stężeniu, całe życie psychiczne i cała zwierzęca ekspresja tego człowieka, widoczna na zewnątrz, skupiły się w pokrytej włosami czaszce, w klatce piersiowej i w kończynach. Impulsy jego głębokiej jaźni objawiają się na zewnątrz, wychodząc ruchem wstecznym od twarzy, oddychanie zaś i funkcjonowanie zmysłów węchu, wzroku, słuchu i mowy, całe na wskroś ludzkie promieniowanie jego istoty, wyraża się poprzez poruszenia piersi i ramion, poprzez włosy, kości, nogi i stopy.

 

Człowiek ten, z okaleczoną, zamkniętą i zakrytą twarzą, jest mimo to całością, niczego mu nie brakuje. Nie ma oczu, ale słyszy i słucha. Nie ma ust, lecz mówi, a nawet się uśmiecha. Nie ma czoła, lecz myśli i zagłębia się w sobie. Nie ma podbródka, lecz potrafi chcieć i trwać przy życiu. Jezus znał kalekę ze swojego seansu, który miał oczy a nie widział, miał uszy, a nie słyszał. Ja znam kalekę organicznego, takiego, który widzi bez oczu i słyszy bez uszu.

 

 

[Ustaje ochota na cokolwiek]

 

Ustaje ochota na cokolwiek, z ogonem znieruchomiałym w powietrzu. Nagle życie ulega amputacji, bez powodu. Jestem zbryzgany swoją własną krwią, która kreśli mi na skórze kobiece linie i cała aglomeracja miasta wylega zobaczyć to, co nagle stanęło w miejscu.

– Co się stało z tym synem człowieczym? – woła całe miasto i w którejś sali Luwru jakieś dziecko wybucha płaczem na widok portretu innego dziecka.

– Co się stało z tym synem niewiasty? – woła miasto i na dłoni jakiegoś posągu z epoki Ludwików wyrasta widoczne źdźbło trawy.

 

Ustaje ochota, na wysokości znarowionej dłoni.

A ja chowam się gdzieś za sobą samym, czyhając na chwilę, gdy będę mógł przemknąć dołem lub pomarudzić na górze.

 

 

 [ Cos każe ci utożsamić się z tym, który]

 

Coś każe ci utożsamić się z tym, który oddala się od ciebie, i jest to wspólna wam zdolność do zawracania z drogi; stąd twoja największa zgryzota. 

 

Coś cię oddziela od tego, który z tobą zostaje i jest to wspólny wam obu przymus wyruszenia w nieznane; stąd twoje nieśmiałe rozradowanie. 

Zwracam się w tej formie zarówno do indywidualności zbiorowych jak do zbiorowości indywidualnych i do tych, którzy między jednymi i drugimi nieruchomieją w marszu na wieść o granicach lub po prostu zaznaczają swoje nieruchome przejście na krawędzi świata.

 

Coś zwyczajnie neutralnego, nieodwołalnie neutralnego, wchodzi między złodzieja a ofiarę. Podobne rozróżnienie może zachodzić między chirurgiem a pacjentem. Straszliwy półksiężyc, wypukły i słoneczny, osłania jednych i drugich. Albowiem skradziony przedmiot posiada swój obojętny ciężar, zaś organ, w który się ingeruje, ma także smętną warstwę tłuszczu.

 

Czy jest coś bardziej rozpaczliwego na świecie, jak niemożność, z którą boryka się człowiek szczęśliwy dzięki swojemu nieszczęściu i człowiek dobry – zadowolony z bycia złoczyńcą?

 

Odejść! Zostać! Wrócić! Wyruszyć! Cała mechanika społeczna mieści się w tych słowach.

         24.11.1937

 

 

Czarny kamień na białym kamieniu

 

Umrę w Paryżu, gdy deszcz się rozpada,

w dzień, który dzisiaj wspominam przedwcześnie.

Umrę w Paryżu – i ja nie przesadzam,

być może w czwartek, tak jak dziś jesienny

W czwartek, ponieważ w ten czwartek ja wiersze

układam prozą, choć bolą mnie kości

ramion od trudów i zdrożony wielce,

nigdy nie czułem większej samotności.

 

César Vallejo umarł: biją go tym zdaniem

wszyscy – choć on im nic złego nie zrobił –

kijem po grzbiecie, z całej siły smagnie

 

go szorstki powróz; świadkami zebrane

czwartki i ramion obolałe kości,

samotność, deszcze i drogi rozwiane...

 

 

[Przechodzi człowiek z chlebem na ramieniu]

 

Przechodzi człowiek z chlebem na ramieniu;

Czy mam pisać o swoim sobowtórze?

 

Inny siada, zaczyna się drapać, wyciąga wesz spod pazuchy i zabija;

Czy jest sens mówić tu o psychoanalizie?

 

Jeszcze inny obił mnie do krwi kijem;

Czy rozprawiać potem z lekarzem o Sokratesie?

 

Przychodzi kulawy z dłonią w dłoni dziecka;

Czy zacznę potem czytać André Bretona?

 

Ktoś inny drży z zimna, kaszle, pluje krwią;

Czy wspomnisz przy nim o głębokiej jaźni?

 

Ktoś jeszcze z błota wyciąga kości, jak skorupki;

Jak po czymś takim pisać o nieskończoności?

 

Murarz spadł z dachu, już nigdy nie wstanie;

Czy potem obmyślać nowe metafory?

 

Kupiec o gram oszukał swojego klienta;

Czy da się rozprawiać o czwartym wymiarze?

 

Bankier sfałszował taryfy;

Jak tu później płakać w teatrze?

 

Parias, śpiąc, nogę założył na plecy;

Komu chcesz potem prawić o Picassie?

 

Ktoś idzie na pogrzeb, łzami się zalewa;

I jak tu świętować przyjęcie do Akademii?

 

Ktoś czyści fuzję w kuchni;

Z jakim czołem medytować o zaświatach?

 

Ktoś przechodzi, licząc na palcach;

Jak o nie-ja głosić bez krzyku?

 

 

[Zawierzam okularom, ale nie oku]

 

Zawierzam okularom, ale nie oku,

zawierzam schodom, ale nie stopniowi,

zawierzam skrzydłu, ale nie ptakowi,

i tylko tobie, tylko tobie, tylko tobie.

 

Zawierzam złu, ale nie złoczyńcy,

kieliszkowi, ale nigdy likierowi,

nieboszczykowi, lecz nie człowiekowi,

i tylko tobie, tylko tobie, tylko tobie.

 

Zawierzam wielu, lecz już nie jednemu,

łożysku rzeki, lecz nie jej biegowi,

krótkim spodniom, ale już nie nogom,

i tylko tobie, tylko tobie, tylko tobie.

 

Zawierzam oknu, lecz drzwiom ani myślę,

zawierzam matce, nie miesiącom ciąży,

zawierzam losowi, ale nie grze w kości,

i tylko tobie, tylko tobie, tylko tobie.

 

 

Namiętnie i podniośle

 

Chcę pisać, a tu bełkot jak piana wypływa.

Chcąc najwięcej wyrazić, zapadam się w ciszy.

Ledwie wymówię cyfrę, już sumą się wzbija

piramid bez wierzchołków nie sięgnę w zapisie.

 

Chcę pisać, ale rosną mi pumy pazury.

Laurów pragnę, lecz w łuskach jestem, jak cebula.

Co tylko się wypowie, zachodzi za chmury,

każdy bóg, czy syn boży, w niebożę się stula.

 

Ruszajmy przeto napaść się do syta,

ciało żałosne, w jękach nieustannych,

melancholijna duszo, w konserwę ubita.

 

Ruszajmy! Żwawo! Jestem przecież ranny.

Wypijmy zatem to, co już wypite.

Ruszajmy, kruku, zapładniać kruczyce.

 

 

[A jeżeli po tylu słowach]

 

A jeżeli po tylu słowach

nie przeżyje ani jedno słowo!

Jeśli po tylu ptasich skrzydłach

nie zostanie przy życiu ani jeden ptak!

To już lepiej, naprawdę,

niech to wszystko diabli wezmą i kwita!

 

Urodzić się po to, by żyć swoją śmiercią!

Urwać się z nieba na ziemię

przez nieszczęścia, które sami sobie ściągamy na głowę

i czyhać na chwilę, gdy własnym cieniem zgasimy ciemności!

Szczerze mówiąc, nie ma co, niech to wszystko

diabli wezmą i kwita!

 

A jeśli, po tylu przejściach ulegniemy,

nie tyle pod ciężarem wieczności,

co rzeczy najzwyczajniejszych, ot choćby

łamania sobie w domu nad czymś głowy!

Po czym dokonamy odkrycia,

ni z tego ni z owego, że żyjemy   

– zważywszy, jak wysoko nad nami są gwiazdy –

dla grzebienia we włosach i plam na chusteczce!

Szkoda gadać, niech to wszystko

diabli wezmą i kwita!

 

Można rzec, że jedno nasze oko

patrzy bardzo smutno

i że drugie także patrzy bardzo smutno,

że w spojrzeniu obojga oczu

jest samo cierpienie!

A więc... Jasne!... A więc... Szkoda gadać!


Pożegnanie na modłę adiós

 

Koniec końców, nareszcie, ostatecznie,

zawracam, wykańczam się, przekazując z jękiem wam

klucze, kapelusz i ten list do wszystkich.

Metalowa końcówka u kluczy ma nas nauczyć

jak odzłocić złoto, u spodu zaś kapelusza

znajdziecie ten biedny mózg nieuczesany

i ostatni haust dymu w dramatycznej roli;

tu spoczywa praktyczne marzenie duszy.

 

Adiós, bracia święci piotrowie,

 

Heraklici, erazmusy, spinozy.

Adiós, smutni biskupi bolszewiccy!

Adiós, zarządcy nierządni.

Adiós, wino z wodą, marki wino!

Adiós, wódko w deszczówce!

 

Adiós, także samemu sobie,

Adiós, formalny wzlocie miligramów!

Tak samo mówię adiós,

mrozom zimna i mrozom upału!

Koniec końców, nareszcie, ostatecznie, logicznie,

pograniczom ognia

pożegnanie na modłę tego adios

                    12.10.1937.

 

                     [ ]

 

  Pokój, osa, taco, zbocza gór,

nieboszczyk, decylitry, puchacz,

miejsca, wanna, sarkofagi, szklanka,

moreny, niewiedza, sagan, ministrant,

krople, zapomnienie,

władza, kuzyni, archanioły, igła,

proboszczowie, heban, zniewaga,

część, typ, stupor, dusza...

 

Daktyl, szafran, zewnętrzny, lśniący,

przenośny, stary, trzynaście, pokrwawiony,

sfotografowane, gotowe, spuchnięte,

połączone, długie, zasznurowane, perfidne...

 

Płonąc, porównując,

żyjąc, wpadając w furię,

boksując, analizując, słuchając, wzdrygając się,

obumierając, wstrzymując się, sytuując, szlochając....

 

Później, ci tutaj,

później, powyżej,

być może, podczas gdy, poza, tak bardzo, tak bardzo nigdy,

pod spodem, a może, daleko,

zawsze, to, jutro, ileż, ileż...

 

Straszliwe, uroczyste, powłóczyste ,

boskie, bezowocne,

zgubne, spazmatyczne, wilgotne , fatalne,

to wszystko, najczystsze, posępne,

surowe, sataniczne, dotykalne, głębokie...

 

     

             [ ]

 

Gniew, który rozbija człowieka na dzieci,

dziecko rozbija na jednakowe ptaki,

ptaka zaś na jajeczka;

gniew biedaka

ma jedną oliwę na dwa octy.

 

Gniew, który drzewo rozmienia na liście,

liść na nierówne pąki,

a pąk na rowki telekoskopowe;

gniew biedaka

ma dwie rzeki przeciw wielu oceanom.

 

Gniew, co rozszczepia dobro na wątpliwości,

wątpliwości na trzy jednakowe łuki,

a łuk z kolei na nieprzewidziane groby;

gniew biedaka

ma jedną stal przeciw dwóm sztyletom.

 

Gniew, który duszę rozbija na ciała,

ciało na niepodobne do siebie organy,

organ zaś na osiem zamyśleń;

gniew biedaka

ma ogień z wnętrza  przeciw  dwóm kraterom.

.

 

Wszyscy ludzie

 

Pod koniec bitwy,

gdy padł trupem bojownik, zbliżył się doń pewien człowiek

i rzekł mu: „Nie umieraj, kocham cię tak bardzo!”

Lecz nieboszczyk, niestety! ani drgnie.

Przyszło do niego dwóch i powtarzają:

„Nie zostawiaj nas!” „Odwagi!” „Wróć do życia”

Lecz nieboszczyk, niestety! ani drgnie.

 

Przybiegło doń dwudziestu, stu, tysiąc, pięćset tysięcy,

Wołając: „Tyle miłości i nie móc sobie poradzić ze śmiercią!”

Lecz nieboszczyk, niestety! ani drgnie.

 

Otoczyły go miliony ludzi,

prosząc pospołu: „Zostań z nami, bracie!”

Lecz nieboszczyk, niestety! ani drgnie.

 

I wówczas wszyscy ludzie tej ziemi

otoczyli go: wejrzał na nich nieboszczyk smutny i wzruszony,

podniósł się powoli,

uścisnął pierwszego człowieka i ruszył z miejsca...

 

 

      Z antologii Umocz wargi w kamieniu , Biuro Literackie, 2011 – wybór, przekłady i opracowanie krytyczne: Krystyna Rodowska.

 


 

César Vallejo (1892–1938) – poeta i prozaik peruwiański. Urodził się w chłopskiej rodzinie wielodzietnej, w andyjskiej części Peru, skąd przybył do Limy, gdzie studiował prawo na uniwersytecie. Oderwanie od najbliższych i życie w snobistycznym środowisku wielkiego miasta (także później, podczas długiego pobytu w Paryżu) spowodowało frustrację i nieprzystosowanie, co wpłynęło na ukształtowanie się osobowości poety. Debiutował zbiorem wierszy Los heraldos negros (1919, Czarni heroldzi), zauważonym i docenionym przez krytykę, który nosił na sobie jeszcze piętno poetyki modernistycznej spod znaku Rubena Darío. Znalazły się w nim utwory, będące nostalgicznym przywołaniem świata dzieciństwa. Drugi zbiór wierszy, Trilce – wydany w 1922 roku, a uznany znacznie później za przełomowy w twórczości poety – nie wzbudził zainteresowania krytyków, co boleśnie dotknęło autora. W wierszach tych, uważanych za najbardziej hermetyczne utwory Vallejo („dzieło konwulsyjnego piękna”), poeta zrywa z tradycyjnym odczuciem porządku i harmonii, akceptując konflikt i dysonans, rezygnując z gwarancji rozumu na rzecz poszukiwania wewnętrznej prawdy, choćby za cenę konfrontacji z „ciemną nocą duszy”. W roku 1923 Vallejo wyjechał do Europy, skąd nigdy już nie wrócił do ojczyzny. Odbył dwie podróże do Związku Radzieckiego, pod wpływem których skłaniał się coraz bardziej ku marksistowskiej interpretacji rzeczywistości. Wydalony z Francji za sympatyzowanie z komunizmem, udał się do Hiszpanii, gdzie powstał opublikowany pośmiertnie cykl Poemas humanos (1939, Wiersze człowiecze) – świadectwo postępującej radykalizacji światopoglądu autora, długa medytacja o losie, ludzkim cierpieniu i marzeniu o wszechobejmującej solidarności. W głośnym poemacie „España, aparta de mi este caliz” (Hiszpanio, oddal ode mnie ten kielich) humanistyczną wymowę tekstu pogłębia odcień chrześcijański.

Vallejo jest nazywany często „poetą tragizmu egzystencji”, przede wszystkim własnej, przeżywanej niezwykle dramatycznie. Należy do kategorii poetów trudnych i „ciemnych”. W obszarze literackiej hiszpańszczyzny stworzył całkiem własną, oryginalną dykcję, z charakterystyczną dla niej erupcją brzydoty, nawet wulgarności, odpowiadającą jego wizjom rzeczywistości zdezintegrowanej. Vallejo wyróżnia się spośród innych odnowicieli poezji latynoamerykańskiej arbitralnym traktowaniem składni, wykręcanej, szarpanej, poddanej zawsze wysokiemu ciśnieniu emocji, choć równocześnie trzyma się mocno konkretu.

Vallejo uprawiał także prozę, związaną tematycznie z indiańską rzeczywistością Peru. Za najbardziej reprezentatywną dla tego nurtu twórczości uchodzi powieść El Tugsteno (1931). Pisarz pozostawił też sporo prozatorskich ineditów, wśród których na uwagę zasługuje krótka powieść „Fabla salvaje” (Dzika opowieść) – psychologiczne studium zazdrości prowincjonalnego Otella.

Fragmenty poematu „España, aparta de mi este caliz” przełożyła Zofia Szleyen. Jeden z najgłośniejszych wierszy Vallejo „ Biały kamień na czarnym kamieniu”we własnym przekładzie opublikował  Krzysztof Karasek ( „ Topos” 4-5, 2003). Prozę poetycką „Godziny przemocy” tłumaczyli z hiszpańskiego na polski, litewski, angielski i parafrazowali w łódzkim kwartalniku „Tygiel Kultury” (nr 10–12/ 2005) Alina Kuzborska, Gerardo Beltrán, Leszek Engelking, Sigitas Parulskis i Kerry S. Keys.

 

Pin It