Wiersze Lucyny Mamczur rekomenduje Marek Piechocki

 

 

xxx

 

mówisz że w barwie odlotów 

hosanna

i gwiazdy rodzą się pod skórą

w anapestach i daktylach  

bez pamięci 

 

kiedy na szczytach umiem niejesiennie

przylgnij

choć uśmiech w biegu

a święty spokój

coraz częściej czołem w dłoniach 

 

szepnij jeszcze słowo nabrzmiałe

ukradkiem wersów

 

niech zamarzę 

 

nie pokochał mnie poeta

 

znam na pamięć

wiatr z zaklęciem polnej gruszy

zimowe nonsensy

listy

po których nie ma śladu

 

choć nie piszesz mi wierszy

i dbam nie o twoje koszule

czasem śnisz się niespiesznie

 

tkliwszy od innych

 

na bezchmurność

kruchą jak księżycowe rachunki sumienia

na wiosny warte grzechu

 

kiedy niepewne wróżę na dwoje

kamieniem z serca

 

uciekam na krótko w zamyślenia 

 

przylgnąłeś do mnie

nieoswojonym szeptem

i zamknąłeś szczerością palców

po swojej stronie

 

więc uciekam w zamyślenia 

echem dawnych obietnic

choć wrześnie chłodne

a czas odlotów wzdycha chmurnością  

 

zakwitam na krótko

kiedy wołasz mnie po imieniu 

dosyceniem ciepłych barw

w jesiennej ramie 

 

z upoważnienia letniej sukienki 

niech się dzieje

 

xxx

 

zapowiedzieli złotą jesień

jak na złość

bo czas wciąż nie leczy

dzikich róż pod skórą 

 

gdzieś tam popołudnia z szelestem 

i substytuty szczęść

pomiędzy

 

może jednak wyśnię drugie dno

a ty pozwolisz zakwitnąć

pogubionym wrzosom  

znów

 

xxx

zmarszczką wokół ust

utrwaliłam że byłeś

jak smyczki albinoniego

i niepokój   

 

o jeden oddech dłużej

w porze akacji

 

mówisz

że nie do twarzy mi w półtonach 

na własne żądanie 

 

więc jestem

z jasnozieloną plamką nad czołem 

póki niebo pozwala na pełnię

 

 

xxx

 

w samotne wieczory jesteś bardziej a – moll

smakujesz koncertem skrzypcowym

nienowocześnie  

 

ironią losu

w środku uporządkowanego

razem 

 

kilka późnojesiennych wierszy   

oswajam

paradoksalnym to nic  

 

 

xxx

 

odpowiadam za ślady szminki  

źdźbło we włosach

dotyk pachnący pokusą  

 

wiesz że wiem

 

chociaż mówią że łatwiej odejść 

kiedy pęknięte boli nie naszym

wtulasz się w szósty zmysł  

na miłość i na grzech

 

znów z każdym wersem 

pęcznieją chwile 

nienasyceniem wytrawne

 

 

nie umiem głośno o kochaniu

 

mówisz

inne usta nie smakują nieważkim

gdy barwami słów zmieniam odcienie

jak kolor włosów

 

boję się

że nie zdążę zebrać dotknięć

z krawędzi

 

więc pod prąd uczę się spełnień

od zachodniego wiatru

 

i szemrzę jutrem

jeszcze raz bez tchu

 

 

xxx

 

mówiłeś że pachnę zakazanym

bo jest we mnie szept

niepierwszych żon

marii magdalen 

i bliźniaczej duszy

 

niegotowa zapominać

kiedy zanosi się na zmierzch

zamykam powieki 

z podszewką

 

przecież wiem

amor vincit omnia

106701 cybis jan domki
Jan Cybis


xxx

 

listopad gubi się w  nastrojach

i jesień  tego roku mocniej pachnie

zapominaniem

 

między allegro con fuoco

a szczyptą rozumu

uciekam z niespełnień w szepty

 

ścieżką gdzie serca 

zmarszczki

i wskrzeszenie  

 

zamiast złotych krążków

do ostatniego półtonu

cantabile 

na skrzypce wiolonczelę i fortepian

  

okoliczności łagodzące

 

 

xxx

 

gdy kalendarze wciąż pełne czekania

znaczysz gwiazdozbiory

miękkością zapomnień

 

choć mówisz że to eskapizm

 

jak kirke

wróżę z północnego nieba  

miłości nie w porę   

i zacieram kolejne granice

magią polluksa    

 

a ty tulisz jasność polnych bratków 

minus dwadzieścia sześć

w skali magnitudo

i ślad lema pod powieką 

 

na czas nieoswojony 

 

xxx

 

draśnięta tobą i dzikością głogów 

mrużę pragnienia skrótem myśli  

nim samotność zapachnie 

niebłękitem rozstań

 

połoniny i madonny na wysokościach

jeszcze uczą mnie milczeć       

urodą bizantyjskich artefaktów    

 

więc dopóki w spojrzeniach   

ślad wczorajszych obietnic

mierzy czekanie

 

dopełnij pory śnień

kantatą na dwoje ust  

bo brzaski wciąż niesyte   

 

 

bez retuszu  

 

mówią że nie dzieje się nic

gdy skrajem września

miękkość wije się 

na granicy przedawkowania

 

dni pachną szlakiem na tarnicę 

a wiatr od połonin

rozbiela prześcieradła

ugłaskaniem ciszy

 

biorę za prawdę  

wróżbę spadających gwiazd

i smak wschodów

na przetrwanie 

 

chwilę od wstydliwych myśli

znów umiem czuć

drżenie dereniowych zaklęć

bez retuszu   

 

xxx

 

wiesz co mam na myśli

przed śniadaniem

kiedy błękitnieje niepowszednim    

 

nawet jeśli milczymy osobno

a czas

znaczony skalą mohsa  

 

między śniegiem a kaczeńcami

gubię rytm    

w poprzek oddechu 

 

a ty wpisujesz w spojrzenia poranki

z piętnem obecności

 

na gdzieś i kiedyś  

 

 

kilka wersów od północnego zachodu

 

noc ocieka pełnią

i wodzi na pokuszenie suitą francuską

gdy płoniesz 

wgłębieniem na poduszce 

 

przy cabernet sauvignon 

smakuję niedopowiedziane

nadbagażem zachwytu 

 

i plączę się w metaforach

kilka wersów od północnego zachodu

 

 

gdy płaczę szeptem

 

no woman no cry

bolą słowa które dajesz mi

zamiast

 

chociaż mówią

że po trudno przychodzi słońce

czas nabrzmiały jak żal 

wciąż nie koi

 

w goryczy wrzosów

nucę prośbę o zapomnienie   

 

i płaczę szeptem


brzeg morza 1959
Jan Cybis



Wiersze „Lucy”, bo taki ma pseudonim na forum literackim POSTsriptum, czytam, właśnie tam, od lutego 2008 roku. I fascynuję się nimi do dzisiaj. Ich dykcją, sposobem narracji, stosowaniem wszystkich przymiotów poetyckich w sposób niezwykle swobodny a przecież w jakiś sposób kontrolowany, nieprzejaskrawiony.

To poezja intymna, zawoalowana, nienarzucająca się. Czyta się i bezwiednie wchodzi w świat Poetki, w świat przyrody – jej znaczenia dla każdego z nas, świat relacji dwojga ludzi, sposobu ogarniania rzeczywistości. A wszystko to zapisane nadzwyczaj delikatnie. Żeby nikogo nie urazić. A siebie ułagodzić, pogodzić z tym co życie przynosi. Te wiersze nie krzyczą, one szepczą. Są jak szemranie górskiego potoku, w które wsłuchujemy się czerpiąc spokój – może wtedy  mówimy sobie, do kogoś „…szepnij jeszcze słowo nabrzmiałe/ukradkiem wersów/ /niech zamarzę”. Bez patosu, desperacji, podnoszenia głosu – „…szepnij...”. I żeby było to słowo ważne, ważkie, żeby było można z niego wysnuć marzenia.

 

Lucyna Mamczur

 

Z pochodzenia i w sercu - Bielszczanka. Życie dorosłe związała z Rzeszowem, gdzie założyła rodzinę. Z wykształcenia pedagog, autorka opracowań metodycznych i wierszy. Jej utwory publikowano w Antologiach forum poetyckiego POSTscriptum. Kocha Beskidy, muzykę  i romantyczne dusze. Fascynuje ją człowiek i jego relacje ze światem. Twierdzi, że urodziła się kilkaset lat za późno. Wiersze pisze głównie dla siebie i niewielkiego grona przyjaciół. Marzy o podróży Orient Ekspresem.

Pin It