ANTONIO COLINAS

Przełożyła  Krystyna Rodowska

shulz mz63
Bruno Schulz

                              

                                     Z głową bogini w dłoniach

                   

               Z ciemnej gliny ulepiono ci twarz,

               w której zastygł bieg czasu.

               Być człowiekiem czy bogiem, co za różnica;

               to tylko garść zwilgotniałej ziemi,

               której słońce pradawne nadało twardość,

               piękno śmiertelne i dojrzałe światło.

               Ale wszystko, czym była owa głowa,

               jakże krucha, patrząca poprzez wieki,

               przez niezliczone śmierci, głowa co w moich dłoniach

               dziś spoczywa, staje się ulotną wiecznością.

               W jej śniadym obliczu noc zapada,

               na wargach błyszczy gęste światło zmierzchu

               I znowu o dzień jest krótsze nasze życie.

               Niepojętą tajemnicą jest widzieć,

               jak jej cialo karmi się wiekami,

               podczas gdy nasze przestaje być młode.

               Tajemnica dwóch kawałków gliny: z tej samej

               wyszły studni, ten sam żar je trawił.

               Ale tylko jednemu z nich przyznała Sztuka

               rangę boskiej istoty,

              i tylko jeden nie będzie śmiertelny.

 

 

 

 

       

                                   Pałacowe schody

 

                Od bardzo dawna mieszkam w tym pałacu.

                Śpię na frontowych schodach, u stóp cyprysów.

                Mówią, że słońce kąpie w złocie te kolumny,

                pancerze w kolorze żółwi, kwiaty.

                Mam własne skrzypce, oraz kilka łachów.

                Bajdurzę o śmierci, więc wszyscy ode mnie stronią.

                Kościoły i pałace, miasteczka i lasy

                są moje, zawłaszcza je moja muzyka, rozpala.

                Wyszedłem z morza. Pewien człowiek utopił mnie,

                                                        gdy byłem dzieckiem.

                 Piękna ryba błękitna wyżarła mi oczy,

                 a w pustych oczodołach gnieżdżą się skorpiony.

                 Chciałem kiedyś powiesić się na konarze drzewa.

                 Innym razem owinąłem sobie żmiję wokół szyi.

                 Ale zawsze w końcu zasypiam wśród kwiatów,

                 pijany pośród kwiatów, zatopiony w dźwiękach,

                 rozsiewanych przez skrzypce, które mam w ramionach.

                Rosa jest moją siostrą. Lubię do jeziora

                wrzucać diamenty, topazy, człowiecze drobiazgi.

                Czasami, kiedy płaczę, podchodzi do mnie dziecko.

                Całuje moje rany i kradnie mi serce.

 

 

                                         Comillas, 1969

 

                 Nad ruinami czuwa anioł srogi.

                 Ogarnia spojrzeniem swych siarkowych oczu

                 pałace, lasy, gorzką zieleń morza.

                 Miecz płomienny w jego dłoni rysuje

                 znak przedziwny między niebem a ziemią.

                 Smak piękna osiadł na jego wargach.,

                 strzaskanych, tak jak i fale, na piasku.

                 Jego kamienne serce  wydziela woń śmierci,

                 tyle kwiatów niebieskich wciąż tutaj zakwita.

                 Kiedy zmierzch zamyka mu oczy,

                 gromka burza gołębi zakrywa słońce.

 

 

 

                     Giacomo Casanova przyjmuje posadę bibliotekarza,

                  którą ofiarowuje mu w Czechach hrabia Waldstein

 

                   Posłuchajcie mnie, Panie, smutne są moje członki.

                   Rewolucja Francuska pozbawiła życia

                   kilku moich przyjaciół. Spójrzcie, przemierzyłem

                   wiele krajów na świecie, więzienia tej ziemi,

                   łóżka, ogrody, morza, a także klasztory,

                   i doświadczyłem, że nie ceni się nigdzie mojej dobrej woli.

                   Byłem opatem w murach Rzymu, jakże piekna

                   była wojaczka podczas nocy gorących w Corfú.

                   Czasami, od niechcenia, brzęknąłem na skrzypcach,

                   a Ty wiesz, Panie, jak się pali Wenecja

                   do muzyki, az płoną wyspy i kopuły.

                   Posłuchaj, Panie, z Madrytu do Moskwy

                   uchodziłem na próżno, ścigały mnie wilki

                   Świętego Oficjum, huragan języków

                   jadowitych mnie gonił, zaciekłych języków.

                   A ja pragnę już tylko ustrzec w sobie światło,

                   uśmiechać się, gdy wstaje każdy nowy dzień

                   i odrzucać ze wstrętem wszystko, co umiera.

                    Panie, zostaję tutaj, w Pańskiej bibliotece,

                    tłumaczę Homera, spisuję wspomnienia,

                    marząc o błękitnych serajach Stambułu.

 

 

                         Spotkanie z Ezrą Poundem

 

                    Musisz pójść tam w niedzielne popołudnie,

                    gdy Wenecja  nie za bardzo umiera,

                    mimo dzieci samotnych, opuszczonych,

                    mimo niezdrowej różowości murów,

                    ogrodów wytrawionych przez cienie,

                    musisz odszukać go, choćby nie chciał być rozmowny

                    ( zapomnij, że morze za twymi plecami

                    zatapia wyspy, kościoły, pałace,

                    najpiękniejsze kopuły na tej ziemi,

                    niech nie zwiedzie cię morze ani syreny),

                   pamiętaj: Fundamenta Cabalá,

                   gdzieś tutaj jest warsztat szklarza

                   i bar z bardzo wyciszoną muzyką,

                   zapytaj w pensjonacie o nazwie Cici,

                   gdzie mieszka ten człowiek, co przyjechal

                   tylko po to, by zobaczyć Wenecjan,

                   ten lekko zwariowany Amerykanin,

                   wyprostowany sztywno, z ośnieżoną brodą,

                   miniesz kamienny most, po drodze kałuże,

                   zobaczysz czarne koty i rybitwy

                   tam, nad kanałem o wodach mocno zielonych,

                   w których gniją owoce, kwiaty pomarańczy,

                   a gdy posłyszysz skrzypce Vivaldiego,

                   zatrzymaj się przez chwilę w milczeniu i popatrz:

                    tam zyje Ezra Pound. Ramo Corte Querina, bo tak się nazywa

                    uliczka, gdzie są donice z kwiatami,

                    z której wyjście jest tylko w stronę śmierci.

 

 

 

 

                                Idziemy, idziemy do Europy

 

                   I rzekli: idziemy, idziemy do Europy,

                   do strzelistej Genewy i jej konstrukcji z grubego szkła,

                   do kamiennych kafejek z czerwonym oświetleniem,

                                                                           oh, Kalwinie,

                   to zatrzęsienie jezior i katedr, Fryburg, Salzburg,

                   z szalonym Nietzchem na przechadzkach w lasach Sils-Maria,

                   wygląda na to, że trochę już się zdarła

                   płyta Paryża, ale ten  przepych jego złoceń...

                   i rzekliśmy: dalej, chociażby nas piekła

                   skóra i wciąż  siąpił deszcz w Lasku Bulońskim,

                  pośród dwóch anarchistów Irlandka

                  śpiewała, samoloty nad ociekającymi wilgocią

                  łąkami Welwyns Gardens, niebo koloru piwa,

                  Sieno, Sieno, ufryzowana jak panienka,

                  o wargach gładszych niż oliwa,

                   noc się budzi z orszakiem magnolii

                   nad lupanarami Pompeji,

                   śpieszmy się, jeszcze zdążymy

                   objąć dłońmi piersi greckiej muzy

 

 

 

                                 Listopad w Anglii

                                    Happy is England...

                                   Yet do I sometimes feel a languishment

                                   For skies Italian

                                                    Wiem, John Keats

 

         już wiem że tam w Anglii jest teraz listopad,

         noce są niebieskie i rojne od gwiazd,

         rzecz dziwna, jako że w górach Szkocji

        śnieg już pada, ogień pożera zachłannie

        gałęzie głogu, obnażone konary cedzą

        promienie słońca, które wnika przez smutne zasłony i kładzie

        swe stare złoto na książkach w waszych bibliotekach,

        w głębi łąk oszronionych jeszcze można dostrzec

        światło wewnątrz cieplarni;

        to pora roku najczystsza, bo ani muzyka,

        ani sztuka, ani pocałunki jej nie naruszą, jest tylko

        jakiś bezmiar oczekiwania pozbawiony ptaków,

        milczenie księżyców i słońc bardzo zimnych,

        przemawiające jednak do serc, które marzą

        o innych ziemiach: słuchaj, tu świat się kończy,

        apoteoza dobrych manier, róże.

        Nie schodź ku morzu w oparach wilgoci,

        w jego ciemnościach wszelka śmierć przebywa.

 

 

 

 

 

 

                               Czuwanie

 

        Czytałeś az do świtu poemat Homera,

        z rozproszonym umysłem, gdyż w płomieniach zmierzchu

        mieniących się fioletowo, spostrzegłeś dwie dziewczyny

       zajęte sobą, nerwowe, namiętne.

       Okno na wpół otwarte, na wpół też otwarta

       była noc, jak obity owoc i zapachy

       wodorostów, kwiatów pomarańczy wchodziły do środka

       ( znikną wraz z pierwszą rosą

        i z ostatnią gwiazdą)

        Zapomnieć o wszystkim: jakaż pełnia doznań,

        jaka to rozkosz czuć, że trwasz zawieszony

        między świtem a nocą, w samym środku

        koła o niewidzialnych konturach,

       pusty, zanurzony w dźwiękach muzyki

       nigdy dotąd nie słyszanej, rozmarzony,

       jak statek strzaskany na brzegu

 

 

                                                  *

 

           Wleczony przez wichurę gwiazd

           powracał statek nocą

           w świetle księżyca na nowiu

           i zdawało się

           jakby cisza,

           bezmiar wód

           kładły pieczęć na naszych wargach,

           jednych dla drugich czyniły obcymi.

 

 

                                              *

            Zapomnisz, jak mam na imię,

            a wtedy, ostatecznie

            przestaniesz o mnie marzyć.

            Miłość, którą dla ciebie żywię,

            stanie się w samotności

            mojego zimowego ogrodu

           tylko zgorzkniałym owocem.

           Zapomnij, podpal żywopłot

            Z ciernistych krzewów.

            Gdy przestaniesz już  o mnie marzyć,

            gdy umrę w twoim marzeniu,

             tej nocy możesz

             zakopać w ziemi swoje noże.

 

 

 

                                     Nekropolia

 

               oto strażnik pilnujący nekropolii,

               oto kamienne bramy otwarte tylko dla brzasku poranka,

               oto sala , gdzie czekają niewolnicy,

               sól i drewno gotowe, by spełnić ofiarę,

               oto zapach oliwy i dzikich kwiatów,

               oto grota rześka w pełni lata i ciepłe

               schronienie dla wilków w zimie, czy zajęcy,

               oto miejsce, gdzie noc jest tak nieprzenikniona,

               że naruszą ją tylko lampy oraz bębny,

               terakota, co nigdy nie widziała śniegu,

               gliniana misa, gdzie tłuszcz się uciera,

               amfory z pszenicą, skażoną przez wołka

               i ostatni dzień sierpnia w złocistej łupinie

               i świeży odcisk czułości na wilgotnej ziemi,

               oto trup pierwszy, wielki, niepokorny,

               rzymski wojownik z oddziałów Augusta,

               obok laska i grób  zazdrosnego barbarzyńcy,

               oto bożki kamienne bezgłowe,

               nietknięte nigdy wargami niewiasty,

               oto krzyk i modlitwy do boga ciemności,

               oto ołtarz i krew, nie wiemy, czy ludzka,

               oto siedzisko wygłodniałych gwiazd,

                oto sala olbrzymia wraz z tysiącem nisz.

                pieśni ciśnięte w przestrzeń bezimienną ręką,

                niepocieszenie popękanych kadzi,

                hekatomba straszliwa tych świętych popiołów

 

      

 

 

 

Antonio Colinas

(ur. 1946 r). Hiszpański poeta, prozaik, tłumacz literatury włoskiej i katalońskiej, literaturoznawca. Jako poeta zadebiutował na początku lat 60-tych, mniej więcej w tym samym czasie co poeci z głośnej grupy Novisimos; w przeciwieństwie jednak do nich, nie skłaniał się ku eksperymentom formalnym. Jego twórczość poetycką cechuje klasycystyczne dążenie do połączenia w harmonijną całość emocji i medytacji, wyobraźni i troski o realia, autentyzmu przeżycia i stylizacji, co nadaje jego wierszom specyficzny, nieco staroświecki klimat, podkreślony jeszcze przez „ styl wysoki”, który konsekwentnie uprawia.  Jest autorem wielu  zbiorów wierszy o ekspresyjnych tytułach, takich jak  Amor que enciende mas amor ( 1999, Miłość, która rozpala miłość), Tiempo y abismo ( 2002, Czas i otchłań). Napisał pięć książek prozatorskich, ma także na swoim koncie liczne eseje krytyczno-literackie i przekłady, między innymi Piera Paola Pasoliniego i Giacomo Leopardiego.


Pin It