Stanisław Stanik - Wiersze

 

 

Aleksander Kobzdej
Aleksander Kobzdej




wrzesień na wsi

 

nieci się dym nad polami

ziemia wchłonąć go nie chce

z nieba przyjąć w swoje sfery

 

ciemny dym staje w gardle

ością stężałego powietrza

ognie tnąc językami badyle

puszczają w ruch nowe kłęby

ciemnych sadzy smug

 

pustoszeją kartofliska

teraz pług położy na nich dłoń

przewracając ziemię z wierzchu na nice

tylko czerń weżre się w oczy

gdy nie spłynie deszczem

ostatnim przed pogodą na sannę

zrywającą więzi babiego lata

pod słońcem jak palto watowane


 

znowu

 

przez mgłę niepamięci przedostałem się oto

znowu do Małoszyc z widokiem na lasy

słońce kręciło głowę nad polami

od strugi bił chłodek tonujący lato

w pełni świadomości stanąłem przed domem

wybrałem się ufnie teraz do kąpieli

zastawiłem ręce chcąc znów łapać płotki

z trofeum poszedłem w gonitwę po trawie

powróciłem do domu wypędziłem krowy

w olszynie strugałem gwizdki i fujarki

pięknie było a wieczorem przypędziłem trzodę

wybrałem się znów do ogrodu po warzywa

zmęczony gdy wypocząłem pod niebem

zasnąłem w Małoszycach utulony ciszą

lecz kiedy się zbudziłem łóżko stało w mieście

ja przedzierałem się w nim przez złoża niepamięci

nie wiedząc co znowu nasuną mi dzisiaj

 

 

na wszystkich schodach świata

 

jam jest proch moje serce z lessu

i kwarcu we śnie krążą wody nad których brzegami

odkłada się żwir pełno tu kamieni

i głazów narzutowych otom padół ziemi

co rozsadza lód

 

jam jest tymotka jak kafar korzenie

moje drążą ziarenka lessu i kwarcu

wpijam się w nie i sączę z mezonów

wodę która płynie spodem tajnymi nurtami

biorę to co popadnie lecz je układam

aby ponieść wyżej dać mu barwę woń

a oddalić zbędne otom smukła zwiewna

nad ziemią roślina

 

jam jest jak sarna która pobiegła na wypas

by zanurzyć mordkę w kobiercu zieleni

mam wielkie pragnienie które ugasić może

tylko tymotka szukam jej kibici

i ścinam zębami we mnie w całym środku

robi się ciepło i radośnie mogę śmigać w słońcu

prężyć się i lizać lśniącą skórę która

zwykła marszczyć się płoszona

chrzęstem gałęzi i poszumem wiatru

 

jam jest myśliwy na moim ramieniu

mam przewieszoną broń przed nią nie ustrzeże

się ani kuropatwa ani sokół ani nawet wilk

poluję na sarnę w skoku abym był tak samo

rączy a pieczeń z niej jadł z mlaskaniem języka

gdy będę pełny urosnę jak dąb a moja w tym głowa

jak uprzyjemnić noce w jakie towarzystwo

wdać się z czego ciągnąć zysk otom człowiek

a moje dni są policzone

jak obrócę się w proch

 

 

jest we mnie less tymotka i sarna

myśliwy co zamknął erupcję zagłady

w żadnym stopniu nic z tego nie zginęło we mnie

jam jest ze wszystkich stopni świata

 ten z którego kwi i kości

 mój anioł biały płynie na chmurami

a wywyższenie jego wieczne nie zna granic

 

 

plantacja

 

moje wiersze kiełkują na polach i lasach

są dzikie lecz na co dzień kryją się pod kluczem

w domu mieszczańskim nie dopatrywane więdną

nie mogą zaufać teściowej staruszce

co czerpie z piotrkowskich zamulonych wód

nie mogę unieść kielichów pod kułakiem szwagra

co rozbił niejedną doniczkę z amarylisem

żona baronowa nie zniża się do plebejskich sfer

co nisko się płożą lubi gotowy towar i w folii

tak to się dzieje w moim gospodarstwie

muszę w tajemnicy doglądać swoich roślinek

co wystrzeliwują z głębiny tęsknoty

nawozić je opielać przycinać gdy trzeba

w skryciu przed cudzymi oczyma doglądać ostrożnie

i dodawać im sił do wzrostu we mnie tkwi energia

jakaś niewidzialna co podnosi plantację do góry

potem nadchodzi żniwo szumią srebrne łany

zbóż jarzyn i owoców co dojrzałe jak dmuchawce

podrywają się do lotu teściowa szwagier ani żona

nie mają takich ostrzy by podciąć im skrzydła

więc lecą w górę jak duch do wieczności

a kiedy w kropli spadną na grunt urodzajny

chmura przemknie tęcza się rozwinie

raczej świat przepada niż ich witraż pryska

 

 

powoje

 

płoży się po ziemi powój przy powoju

i gdy jeden z drugim zbliży się na oddech

rzucają się sobie radośnie w objęcia

całują aż szyja u szyi się skręca

zaczyna się taniec w serdecznym uścisku

i ruch obrotowy wokół własnych ciał

co jeden odchynie się na bok w pół kroku

drugi się wygnie na gorący dotyk

co drugi się wygina w słodkiej grze uników

pierwszy listek wsuwa w szczelinę odskoku

 

miłośnicy nie braćmi ni słońcem i ziemią

flirtują pod niebem lecz blisko we dwoje

niosąc światu czułość i rozweselenie

dlatego narcyzie zostań też powojem

 

 

śmiech

 

patrzę na ręce i nie widzę

w nich orchidei

przecież dotykały ją muskuły

a z rąk nawet zapach się rozwiał

 

czy w ogóle potrafię

utrzymać powidok tego kwiatu

skoro piękno w cieple paruje

a na chłodzie pozostawia rosę

 

pewnie nie ręce mogą go ocalić

nie oczy i usta

orchidea jest po to

by śmiała się do mnie

pusto

 

 

 

moja ziemia

 

Las szypułkowy zatoczył krąg światu;

w chmurach ze słońcem starły się wierzchołki,

z podglebiem walczy suchy korzeń.

Jest cisza. Drzewa wznoszą się do nieba

i kołysze się na wietrze serce opuszczone.

Bór śni. Kto ukołysał go, nikt nie wie.

Ja z borem jak dwaj starcy rozłączeni,

on siwiejący, ja zgięty w sobie –

                                                           oto nasz komponent

 

Wchodzę w świat lasu, a on cichy, utulony,

pod kołdrą igieł śpiewa pieśń półszeptem,

muzyka sfer nad nami, a przede mną – droga,

która wije się wśród pni, przebijając złotem,

co kapie jak przebiśnieg z nieba nad chmurami.

Idę z chrzęstem liści, przemierzając w krokach

równych posuwistych przestrzeń, co leży pokotem

nieodgadniona, święta, nie tknięta stopami.

 

Bór jest ciemny. Niezmącona jego równowaga,

jak przypływ i odpływ czuwa nad planetą.

Jak dobrze zanurzyć się w nim, wejść,

                                                                       wstąpić do niego!

 

 

 

zjazd w Małoszycach

 

zjechałem jak stara chabeta

kundel żółtasek żabki rechoczące

pasikoniki motyl spod jabłoni

mnóstwo mnóstwo drobnych muchówek

a mama z tatą postawili obiad

na popitkę dali zsiadłe mleko

i tak jedliśmy po latach w milczeniu

ile to czasu upłynęło zapytała żabka

nikt nie potrafi powiedzieć

chciałabym być taka zadziora jak kiedyś

to było westchnienie chabety

dziwiliśmy się i zapadali w milczenie

a sprawca tego zdarzenia poeta

tajemniczo przerwał nie smućcie się wcale

spotkacie się tu za lat dziesięć i sto

na stronach moich wierszy

bo zetknęła was moja tęsknota

czytelnik mu na to zostań moim przyjacielem

bez ciebie nie sposób przejść przez życie

 i w chwilach natchnienia

chciałbym zostać tobą



 

co jest możliwe


to jest możliwe

że powstałaś z pieśni

i weszłaś w skalę głosu

bez niego i nad nim

 

to jest możliwe

jak cisza sfer niebieskich

 

pieśń cię tłumaczy

od każdego słowa

kiedy go podnosisz

i zniżasz

 

usprawiedliwia kanony

i materię

z których rozbrzmiewa

i którymi milczy

 

stały motyw rozwijasz

od niepamiętnego czasu do zapomnienia

ale jest tylko możliwe

że pieśń się zaczyna i odchodzi

 

i kiedy nieuchwytna w zaprzeczenie wpada

czasem powraca

z żółtej partytury

cicha i naga

tak naga jak prawda

 

 

 

szukanie

 

miała oczy spłoszonego liścia

jak w wierszu liść szeleści do rymu

miała pazury na kocięcych łapkach

z prześwitu nagości

tak rozpowiadali

 

szła miękko znikając po plaży

gęby po śladach skręcało ona całowała

ziarna bosymi piętami

przemykała cieniem w blasku słońca odbitym

wypalona ze krwi z ust z ostu

jak cień szukający ciała



dytyramb na cześć Izy

 

byłaś

krynicą rozszczepioną ze światła

które po włosach spłynęło po łzy

a te splotły w naszyjnik ramiona

które przeżegnane

z piersi złożyły westchnienie na ręce

do stóp

co zmartwiałe idą w wieczność wreszcie

i jesteś

biała i niewyjaśniona

jak wszeptany sennik Jasnorzewskiej

przede mną jeszcze




*   *    *

                  Siostrze

Korono drzewa z igliwiem co nie więdnie

z piętnastu słojów*)

od piersi we wnętrzności

nieba żywą wodą skropiona –

rośnij

 

Przydzielą tobie wcześnie rąbek ziemi

a w rąbek owiną pazury korzeni –

więc rośnij

 

Twoje ręce dotkną koron innych

i przez nie rosnąc będziesz ogłuszona

może skarlała znikniesz z odległości

ale rośnij

                                         1968

 

*) słój – roczny przyrost niektórych drzew, który odznacza się na pniu osobną warstwą.

 

 

 

dłoń

                        Matce

 

na twojej dłoni zaorane pole

radlinami żył zatknięte kolce

ostów zaszczepione

pędy dziczek i róż

 

nie ma takiego ptaka takich drzew

które nie mieszkałyby na twej dłoni

 

kiedy otwierasz ją żeby pogładzić

mnie po głowie wtedy podnoszą się ptaki

do lotu kwitną róże a ziemia

obraca się wokół mnie zamiast słońca


 

rozmowa z nieobecną

 

                                   Córce nienarodzonej

 

jesteś podobna do ziarna gorczycy

które rzucone pod cierń nie wschodzi

podobna do gwiazdy co nigdy nie świeci

bo pod nią jeszcze żywy nie urodził

 

obrysowuję cię swoim oddechem

coraz mniej pełnym swoim pulsem

co rok śpieszniejszym swoim opuszczeniem

w rozpędzonym tłumie

 

noszę cię w sobie lecz przecież dopóki

mnie nie opuścisz aby stać się sobą

będziesz mną tylko ale nigdy ze mną

 

 

poezja jest kobietą

 

używa perfum i pomadek do ust

odziewa się wytwornie,

trzyma bone tone pomimo

trywialności punktu widzenia

płci przeciwnej.

 

taka jest poezja

 

a kobieta? nie da się przykroić

w odpowiedź na pytanie

jaka jest

czasem mieści się w słowach,

pomimo

że rozgrywa się częściej poza nimi

w niedopowiedzeniu

ciszy

ma prolog rozwinięcie finał

lecz nigdy nie spełnia się do końca

żyje po ostatniej kropce

w uśmiechu bądź zaskoczeniu

a nawet we łzach czułych

 

ludzie mówią

że poezja jest większa od kobiety

ale to nie tak –

poezja jest kobietą

a kobieta to znów więcej niż poezja


 

poezja jest kobietą

 

używa perfum i pomadek do ust

odziewa się wytwornie,

trzyma bone tone pomimo

trywialności punktu widzenia

płci przeciwnej.

 

taka jest poezja

 

a kobieta? nie da się przykroić

w odpowiedź na pytanie

jaka jest

czasem mieści się w słowach,

pomimo

że rozgrywa się częściej poza nimi

w niedopowiedzeniu

ciszy

ma prolog rozwinięcie finał

lecz nigdy nie spełnia się do końca

żyje po ostatniej kropce

w uśmiechu bądź zaskoczeniu

a nawet we łzach czułych

 

ludzie mówią

że poezja jest większa od kobiety

ale to nie tak –

poezja jest kobietą

a kobieta to znów więcej niż poezja


 

 

powoje

 

płoży się po ziemi powój przy powoju

i gdy jeden z drugim zbliży się na oddech

rzucają się sobie radośnie w objęcia

całują aż szyja u szyi się skręca

zaczyna się taniec w serdecznym uścisku

i ruch obrotowy wokół własnych ciał

co jeden odchynie się na bok w pół kroku

drugi się wygnie na gorący dotyk

co drugi się wygina w słodkiej grze uników

pierwszy listek wsuwa w szczelinę odskoku

 

miłośnicy nie braćmi ni słońcem i ziemią

flirtują pod niebem lecz blisko we dwoje

niosąc światu czułość i rozweselenie

dlatego narcyzie zostań też powojem


 

 

duża dziewczynka

 

                                   Annie Wernerowej

 

na rondzie kapelusza siadają fantazje

tak rozmaite jak ścięgna uśmiechu

jedne podskakują w skowronkach do góry

inne podtrzymują ton swój na uwięzi

reszta zastyga w humorze angielskim

 

radość idzie z bardzo wąskich wstążek

które ten kapelusz sztywno podtrzymują

niżej są falbanki na spódnicy w kratkę

z torbą podróżną chowającą szminkę

 

zdąża na spacerze pachnidło z nasturcji

w małej osóbce co wierszami gada

nie bardzo mogącą rozmówić się z chłopcem

którego kocha a który jej nie chce

do ołtarza zabrać

 

tak płynie wiersz wolny przez ostatnie lata


 

 

chcę żebyś ostatnia złożyła pocałunek

 

                                   Karinie Miękus

gdyby moje ciało stało się zimne

a to nastąpi

ucałuj mnie ostatnia

 

jeśli przez ciebie ocaleję

wystarczy

bo jesteś całym światem

będącym ledwo w wyobraźni

chcącym być

utrwalonym

 

dostarczałaś mi energię

na życie

jak mężczyźnie rajski owoc

 

poślij na wieczność

requiescat In pace

usta utrwalą jak słowo

powietrze i woda


 

 

hiacynt Gosi

 

kto dał kwiat fioletowy Gosi

kwiat o płatkach wielu

 

kto dał hiacynta rudowłosej

o boskich kształtach

w spodniach i bluzce czarnej

kto dał Gosi

 

przecież Gosia nie jest w żałobie

kolory dobiera do karnacji

do oczu ułożonych w lot

jaskółek

 

fiolet odbija się na twarzy

bladym cieniem

zapach roznosi się po pokoju

 

nie moja w tym zasługa

że piękna jest Gosia z hiacyntem

choć to pewne

że ja dałem jej ten kwiat

 

 

 

prośba w spojrzeniach

 

Stelli Grecie Szymaniak

 

mieszczę  się w Tobie cały

ponieważ posiadasz wysoką świadomość

i nie ograniczasz mojej

 

pozwalasz być małym

a póżniej rosnąć

gdyż nie mierzysz według perigeum

lecz zwykłej frazy

 

mówiłem do ściany

słowa nawet nie odbijały się

tak więzły w gardle

nadałaś im stereofonię

i pofrunęły

 

po to jest poezja

by nie ranić mową

znasz moje wiersze na pamięć

i prowadzisz recytację

 

 

 

dłoń

 

na twojej dłoni zaorane pole

radlinami żył zatknięte kolce

ostów zaszczepione

pędy dziczek i róż

 

nie ma takiego ptaka takich drzew

które nie mieszkałyby na twej dłoni

 

kiedy otwierasz ją żeby pogładzić

mnie po głowie wtedy podnoszą się ptaki

do lotu kwitną róże a ziemia

obraca się wokół mnie zamiast słońca

 

 

obrazek z ojcem*

 

od świtu pukającego do gasnących gwiazd

gdy jasność się rusza tak jeszcze niezdarnie

i przechyla na stronę pąsowego blasku

ojcze na podwórku chodzisz po omacku

 

o ty który stawiałeś zręby mego domu

i wykuwałeś młotem gwoździami i piłą

najmniejszy szczebel wiodący do góry

zobacz ile potrzeba tu jeszcze do szczęścia

 

przechodzisz ojcze z drewutni do szopy

stamtąd pod stodołę opodal stojącą

pracowitą ręką dasz rację zwierzętom

a mnie wzrastanie po świat coraz większy

 

 

*Napisałem wiele wierszy, bardzo różnych wierszy, w tym kilka z kręgu rodzinnego, o matce, bracie Tadeuszu, stryju Stanisławie. O ojcu moim nie napisałem jeszcze żadnego wiersza, więc tę lukę zapełniam. W pełni na to zasługuje, gdyż wiele mu zawdzięczam.

 

 

spotkanie

 

            pamięci brata Tadeusza

 

z kolonii szczapy smolne

buzują pod kuchnią

aż strach

 

ognisko domowe

rozgrzewa nas do białości

 

tylko Tadeusz

brat marznie pod ziemią

bo odszedł wczesną wiosną

w letnim ubranku


 

requiem dla wujka

 

                        pamięci Stanisława Krakowiaka

 

kopiec na dwa łokcie

usypany z trzewi ziemi

koloru złotego

 

a złoto

nie przystaje

do powagi chwili

która w takich wypadkach ma kolor nocy

 

tak

krótki i ciasny

masz dom

miejsce spoczynku

mimo wielu zasług

i licznego potomstwa

 

na tym kopcu

sztuczne kwiaty z szarfami

bardziej chwalą

ofiarodawców

niż ciebie

 

także lampki wieczne

zgasły po obchodzie

twojego zaśnięcia

może tylko światło nieci

twój duch nieśmiertelny

majakiem

w dalszej przestrzeni

 

 

 

brzydoty

 

żona nie kocha cię od dawna

bo masz swoje lata

a starzejąc się brzydniesz – nie piękniejesz

 

wbrew niechęci do ciebie żona jest taktowna

nie mówi że masz nadwagę i to znaczną

że na twej twarzy w miejsce promieni śmiechu

wyżłobiły się zmarszczki

że na czubku głowy jak kleryk z tonsurą

wyleniałeś

że… że… sporo przypadłości

nie pozwala cię kochać

jak byłeś kochany

 

cóż przeżyłeś swoje lata

wzloty młodość górną i szczęście

które się uśmiechało kiedyś do ciebie

teraz jesteś przejrzały żona mówi nieapetyczny

pocałunki jej dla ciebie skończyły się

parę lat wcześniej

 

zrozumienie też dawno się skończyło

i tylko nadzieja że bezwładność ciała

skieruje cię we właściwym kierunku

na ziemi po której chodzić można

do tajnych skrytek serc do ostoi sensu

pozwala utrzymać ci postawę wyprostowaną

 

minęły piękne dni

nie zachowało się w tobie nic z dzieciństwa

gdyż podobno co siedem lat wymieniają się

wszystkie komórki w człowieku

a ty siedem lat przeżyłeś ośmiokrotnie

co może znaczyć że było cię ośmiu

aż ustaliłeś się w stadium brzydoty

 

powiesz tak

zanikły twoje wdzięki i żywości

ale i przejrzała uroda twojej żony

wspomniałeś jednak że masz takt

żona twoja o niczym nie wie

co w niej i po niej widać

powiesz to ona wie wszystko jak jest

i nie potrafi upadłego podnieść

pozostawiając cię samemu sobie

tak jesteś wolny możesz pójść na pogrzeb

starszego pana którym jesteś ty

 

 

sierota

 

mam sześćdziesiąt lat

zostałem sierotą

jestem bez pocałunku i dotknięcia

 

uśmiechy i westchnienia

nie wymieniają się nie podnoszą

 

jest tak jakby coś żyło

ale nieważne

bo i jest jak by nic nie żyło

 

milczenie

ucisk powiek

nie widać łez

jak płyną

 

Stanisław Stanik, urodził się 7 sierpnia 1949 roku w Małoszycach, powiat Opoczno z ojca Antoniego Stanika i matki Anieli z Krakowiaków. Uczył się w Szkole Podstawowej w Poświętnem n/Pilicą, następnie w XXVIII Liceum Ogólnokształcącym w Łodzi, studiował polonistykę w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, specjalizując się w teatrologii. Był przewodniczącym Sekcji Twórczości Własnej przy Kole Polonistów. Pełnił funkcję redaktora pisma „Polonista”. Prowadził grupę poetycką „Quinarius” (łac. Pięciu). Magisterium uzyskał za pracę „Zestaw inscenizacji sztuk Jerzego Szaniawskiego w latach 1917-1939”. Otrzymał za nią Nagrodę Rektorską. Od 1974 roku pracował w popołudniówce „Echo Dnia” w Kielcach, w Wojewódzkim Domu Kultury w Radomiu, następnie od 1976 roku w Warszawie w Ochotniczych Hufcach Pracy, w redakcji „Kierunki” i w Państwowym Wydawnictwie Naukowym, gdzie pełnił funkcję sekretarza technicznego w kwartalniku naukowym „Archiwum Termodynamiki”. Miał kontakt ze środowiskiem zajmującym się badaniami nad bronią atomową. Odszedłszy z PWN w sierpniu 1980 roku na propozycję Jerzego Leszina o przyjęcie do pisma „Integracje” odpowiedział odmownie, mając na względzie nie najlepsze doświadczenia młodego ruchu literackiego. Zatrudnił się potem w Technikum Mechaniki Precyzyjnej na warszawskiej Pradze i w Szkole Podstawowej na Saskiej Kępie. Należał do Stowarzyszenia Artystycznego „ZA” z siedzibą w Rawce koło Skierniewic, kierowanego przez Wiesława Sokołowskiego. W latach 1993-1994 był prezesem Oddziału Warszawskiego Związku Twórczego Pisarzy Polskich, pełniąc równocześnie funkcję sekretarza Zarządu Głównego tej organizacji, uchodzącej za alternatywny trzeci związek zawodowy pisarzy obok ZLP i SPP. Współdziałał wkrótce potem z warszawską grupą artystyczną „Świat”, zrzeszającą twórców wielu dyscyplin sztuki.  Po okresie kłopotów zdrowotnych został redaktorem w „Inspiracjach”, wydawanych przez „Civitas Christiana”, następnie w „Myśli Polskiej” i w „Nowej Myśli Polskiej”, organie Stronnictwa Narodowego, i ponownie w „Myśli Polskiej”, do dzisiaj. Od kilkunastu lat jest także kierownikiem działu w redakcji „Własnym Głosem” i członkiem Rady Programowej „Sekretów ŻARu”. Za twórczość w dziedzinie poezji otrzymał nagrodę Stowarzyszenia Artystycznego „ZA” oraz w dziedzinie krytyki literackiej nagrodę im. Hulewicza (2008) i im. Herlinga Grudzińskiego za najlepszą książkę roku 2014. Wydał 18 książek (ostatnio wybór poezji „Na wszystkich schodach świata”) oraz blisko 2 tysiące artykułów, recenzji i omówień. Osamotniony po śmierci najbliższych mieszka pod Warszawą.

Pin It