Małgorzata Köhler - wiersze


tomasz-alen-kopera-11l
Tomasz Alen Kopera - 11L



Persja  - czyli pomyłka Peipera*

 

 

-          ale, Jerzy, pomyśl –

czym byłaby róża bez słomy, bez otuliny

na zimy, zbyt ciężkie w tym klimacie.

Istota delikatna, egzotyczna, perska,

i trochę z przymrużeniem oka

należy ją traktować

jak ten inny świat, z którego tu pachnie

i kłuje, przywleczona do nas przez krzyżowców –

bajeczny, wonny, krwawy, trudny do pojęcia dla Europy;

już nawet Herodot mylił się w datach i interpretacji

perskich wojen. Niekwestionowany jest tylko Maraton,

bo klęska zawsze lepiej się pamięta.

 

Długowieczna,

a w porównaniu z nami nieśmiertelna,

bez ciepła jednak trudno jest jej przeżyć,

bez pielęgnacji rozpełza się, pęta,

dziczy na kartofliskach w łapczywych wędrówkach

za obornikiem; bez światła wspina się po byle czym

i rodząc coraz mniejsze kwiaty,

pachnie wciąż piekielnie

na byle gównie.

 

Pozostaje jeszcze kwestia kolców i skóry –

ludzkiej, ślepej jak kocię, która niedotknięta,

nie poczułaby całej jej istoty Piękna

i Bestii w jednym.

Co według Peipera jest niedopuszczalne

-          naruszenie dystansu ust od róży,

biorę za błąd,

za relikt tej śmiesznej epoki, widzącej w kosmosie

odległość dla człowieka niepojętą,

czemu dzisiaj zaprzeczy byle jaki kwark.

 

 

----

* Resp. do wiersza Jerzego Beniamina Zimnego „Przypisek do zawartości kosza na plaży“

Rejtan czyli raport historii

 

                           Torso

 

Czy ktoś pomyślał, przekraczając ciało, że ono wstanie?

I jak wyjdzie z sali, w której mocarstwa, król i ambasador

patrzyli przez nie, ale nie tykali

nawet trzewikiem?

Państwo tak skakało, jak na łowach przez bagno,

wymijając zręcznie upadłego.

 

Bo widok był w istocie przykry –

rysy w konwulsjach, i było go czuć

bezsennością i strachem, i dwiema dobami w sejmie.

Każdy wzrok odwracał

od obnażenia i od zmian na skórze.

 

Co myślał, kiedy kij otwierał etap

historii,  jakiej jeszcze nie znał, i znać nie chciał –

o lasce, którą ukrył, nie pojąwszy jednak

roli symbolu?

 

Zmierzch liberum veta, koniec licencji; ciężki zawrót głowy,

od trzech dni nie jadł – przecież miał posłanie.

 

Gest, w swej prostocie czysty choć wulgarny,

nie zrobił jednak wrażenia, bo nawet

                 - jeżeli spojrzeć

                 i jakby nie patrzeć –

tylko gest, i sprawę minięto przy wyjściu.

 

Czy ktoś pomyślał, czy instynkt, za niego,

że wyszedł jednak z gwarancją Prusaka,

że von Lentulus przydzielił dragonów,

by go chronili, póki był w Warszawie?

 

Aż utkwił w krajobrazie, na ganku Hruszówki,

ze zbyt wysoką, grecką kolumnadą;

w polu żyznym, nieczułym.

Nie takie już wojny pole widziało.

 

Nie ożenił się, uciekł  w węwnetrzny areszt,

przytył i z głową ogoloną snuł się,

tuż u progu legendy. Szukano pod grabem

kości – coś znaleziono, według chłopskich wskazań.

Pewności nie ma, w rodzinnych annałach,

wzmianka zaledwie, że na prośbę bliskich oddał licencję,

i że szkłem się naciął.

 

Ten gest, tak gruby, aż w swojej prostocie piękny,

a bezskuteczny, dopiero po śmierci

zmieniono w chwałę, na użytek władzy.

 

                           Ten gest

 

w napadzie genialnej histerii,

może mógłby ocalić przed watahą serbską

kobietę z dzieckiem, z filmu reportera, który też zginął.

Ale ta, wiedziona prostszym instynktem,

przytuliła dziecko.

 

 

Szalona Małgorzata (Breugel Starszy)

 

 

W szaleństwie tej kobiety sznur i nóż i blask.

 

Orszak zmierza w zatratę, tak twierdzą uczeni

– ja widzę: prosto w szkarłat. Wariatka, wśród cieni

i pomniejszych demonów. Mówią: „Istny rozbój,

przed wrotami piekła“ - ja widzę: punk,

strój szkocki, półpancerzyk, kolczyk,

koszyki, worki w rękach rozbuchanych chłopek.

Łódź, niegdyś niebieska, pełna dóbr, pod złotem

                        r o z r z u t n o ś ć ;

człowiek – bankier? - przed naporem kobiet

broni się łyżką.

 

Dokąd idą pomylone,

dokąd w krajobrazie ruin i zgliszcz, gdzie są

ich dzieci, ich mężczyźni, psy, świnie;

co tkwi poza obrazem i co jeszcze zginie

na tym statku szaleńców?

Co stało się w bitwie,

 

której ona jest ostatnim pociągnięciem, co zostało jeszcze

na tyłach? Z jakiej większej pożogi ruszyła

z ocaloną patelnią i mężowskim mieczem?

 

Czego pragnie tłuszcza?

 

Nikt nie zrozumiał, wszystko się przypuszcza

i dozwala. W detalach schwytana, dostrzegam w pysku suma:

                                  n o g ę,

 

chudą, samotną, czyjąś. Jak ogon rzuconą

na pożarcie demonom i smokom. Bezgłowe

ptaki dopełniają nieba.

 

Mdli od nadmiaru szczegółów, ta bitwa

dopiero się zaczyna, a już nie ma końca.

 

Zamykam obraz; otwiera się strona:

Dwie Małpy, piękne w swojej bezbronności

i prostocie, przykute do widoku w oknie

na płynące i wolne okręty, uchodźcze.

 

 

 

Armenia

 

 

Musiał mieć w sobie nonszalancję kozła,

skaczącego po górach - twój pradziad, Ormianin,

z kraju długiego życia – z tym warto coś zrobić,

ocalić, wywieźć, choćby i do obcych.

 

Mój armeński przodek przywlókł rytm odrzeczny

- tęsknotę za śnieżnym szczytem i za zejściem –

są w nas emigranci, są w nas ci uchodźcy

przed wyrokiem góry.

 

Przed sklepem jubilera żebrak, nic nie mówi

tylko zdejmuje czapkę przed pieniądzem,

na palcu ruskie złoto, obrączka. Ktoś obok:

"Panie, on u siebie ma dwa domy, żonę,

co chodzi w futrach, i bandę nierobów.

Co mu pan tu dajesz, pójdzie zaraz w świat.“

 

Patrzę na jego czapkę, pod nogami,

w którą wrzuciłeś piątkę

- z barankiem, z Armenii.

 

Nadal nie mówi, modli się - za żonę,

za obcych,

za nas.

i za jubilera.

Za obrączki, pierścionek dla córki, najmłodszej, bo nie ma.

i za toster, za szkołę, za prąd i lekarstwo.

za tytoń. za bilet,

za bilet.

 

A potem odchodzimy, prędko, bo wstyd

dawać jest większy niż brać.

Nad górami śnieg, w aucie ciepło.

Zaczynasz śpiewać i zaraz lepiej.

 

I krew w nas gra to samo: pieprzyć terytoria,

okna są do wybicia, do śpiewania morda.

 

 

 

 

Plaster

 

 

Po zburzeniu połowy domu na wprost okien,

mam mieszkanie z widokiem na przekrój poprzeczny,

dokonany na cudzej przestrzeni.

W tym pierwszym pomieszczeniu musiała być kuchnia,

z której nie pozostało nic, nic poza płytkami na wysokości blatu.

 

To era Bauhaus; bezduszna redukcja przedmiotu do funkcji

nie sprzyjała historii. W łazience przynajmniej są miejsca znaczone,

ślady przyczepu kurków, lustra, mydelniczki, wystawionej na wiatr.

Sypialnia w zieleni, pusta jak wygolony trawnik.

 

Więc dlaczego widzę fantomy, poświaty,

blask ich kulistych, mlecznych żyrandoli?

Dlaczego kos na dachu naśladuje gong?

Bez zagląda w nieistniejący witraż klatki - widma,

na miejscu pokoi goła, twarda ziemia,

ani chwasta, gdzie salon, jakby śmierć tam przeszła.

A to tylko tragarz.

 

Dopiero w dużym holu wraca życie – widzę

wyraźnie małą, w czarnych balerinach, typ: trumniaczek –

złości się, płacze, nie chce wyjść za drzwi.

 

 

 

Wieża


Przez ten rażący w niebo, lśniący absurd, wieńczący schyłek wieku,

chciał Chamberlain wyrazić nie zmierzch cywilizacji, lecz to,

czemu czuję się winna: konstrukcję i dekonstrukcję, tworzenie i psucie.

(Er hasst mich.)

 

 

Nie mróz ale wigilia wymiotła ulice

i w trzewiach Friedrichstrasse niezmącony glanc

pustej, drzemiącej sali porodowej. Galeriia Lafayette:

spójrz, to tu przed rokiem spadł mi na głowę Mercedes Benz,

jak wiersz.

 

(Od wystaw blask platyny, a my tylko czapkę.)

 

Patrzę dziś z perspektywy piętra prosto w oko wieży,

w wygięty reflektor, i rozumiem wyraz.

 

To wyniosłe dasein, metalik jej powłok, pawie oka kierownic

- rozpaczliwy pozór. Ona ledwie stoi, spętana siatką wiązań.

 

Pod nią błyszcząca, lustrzana podłoga,

z niedotkniętym odbiciem foczych futer, pereł,

mirażem pirackiego złota.

 

Nienasycona głębia Morza Klythie.

 

Drży w jarzeniowym świetle, odpycha i wciąga

To ono rusza obeliskiem, wypiętrza.

Im wyżej go wyniesie, tym mocniej go pragnie.

Falują oboje, w kurczach rodzi się metal.

 

 

Trinity

 

Leżałam mokrym chłopcem, do którego nie przyszli

na czas

         - wyspa, podmywana dzielącym nas potem.

 

*

Od śmierci i wszelkich innych plag uciekłam

na wyspę; miała kształt zgubionej u wybrzezy Evii gitary,

nikt nie grał na niej, chociaż ją posiadał.

 

Wystawiona na sprzedaż, niedroga, bo kryzys,

zawiesiła się w sieci, leżała po prostu

na drodze do innej Itaki – oliwna

i płodna, pełna miejsc,

opuszczonych przez ptaki w tranzycie.

 

Dla mnie – z gorączką, szukającej cienia

miała w sobie coś z matki, królowej ogrodu, lub siostry:

nagość białych, kamienistych zatok odpychała mnie w morze,

duszny azyl poduch dzikiego oregano obiecywał sen.

 

Im dłużej się błąkałam, nie wchodząc do domu,

na ścieżkach płosząc jaszczurki i węże,

poznając zakamarki, skorupy, skorpiony,

jej muzykę – chrzęszczące, niezebrane pestki

w sadzie, w którym od dawnaj uż się nie zbierało,

przypływy i odpływy,

 

tym mocniej jej chciałam, bo stawała się obca jak ja; już nie była

matką czy siostrą, lecz kobietą z portu, dotkniętą  w środku,

albo samym portem, a jej dziwaczna mowa wypływała ze mnie;

i czułam, jak ona mnie bierze i chce,

aż w końcu byłem wyspą, razem z nią, na sprzedaż.

 

 

 

La Miccia, Polka z Bogiem

 

 

Pomyliła adresy, rozdarła pończochę, obcas w kratce ściekowej –

i jeszcze ten z akordeonem! Rzucił się na kolana i wyciągnął but.

Dała mu banknot i zaraz:

- Ty ciągnąć, ja grać  - chciała cofnąć dłoń,

ale był szybszy, wsunął ją pod rzemyk i zagrał – ach!

jakby śmiał się z nich - z tych wszystkich mijających,

tych, co przyspieszali, odciągających dzieci.

 

W jaskrawym blasku marca ciągnął włoską linię

aż tu, Unter den Linden, czuła ciepło, zapach,

nieokreślony zapach wielu miejsc,

schnącej bielizny, i coś jakby od morza.

 

Chcąc nie chcąc grała, aż do końca.

Nikt nic nie wrzucił i dodała piątkę.

- Bóg, chronię cię – wyciągnął rękę, brudną, zabłoconą;

- Friede. Modelka - dodała bez sensu.

 

Dopiero przy Alexie * spostrzegła, że tańczy.

 

 

-----

*Aleksanderplatz

 

 

 

Megafizyka

 

 

Widzieliśmy, oboje: wiatr szarpał ją, topił

i znów uwalniał. Strzęp utopii, kształt,

zbuntowany w wizję;

strzała, wektor – dokąd?

Ciemne lotki, drżąc, zmieniły lot w skok.

Coś, co ją dotąd niosło, teraz pociągnęło;

 

zachód rozlał się w bezczas, w erę sprzed nazwania,

gdy wzrok, bez wyboru łapiąc drgania fali,

dostrzega tylko rzeczy, jakie są

 

-          szła w dół -

rakieta, gwiazda, pterodaktyl –

 

to co za nią płonęło, otwierało niebo

w inny wymiar. Jedynie realny wydawał się szum

silnika Mazdy. Skręciłam i spadło.

Byliśmy już daleko, kiedy Wolf zapytał:

widziałaś? Pterodaktyl.

 

Obok kłębiły się paprocie, rosło, wspinało się obce.

Nad głową samolot, pełen ciał, złapanych

w naszą czasoprzestrzeń. Patrzyliśmy na siebie

i w tunel, za nami.

 

 

 

 

Małgorzata Köhler (Małgorzata Gołąbek) ur. we Wrocławiu, mieszka w Niemczech. Publikowała m.in. w „Twórczości“, Życiu literackim“, „Przemianach“, “Frazie“, „Toposie“. Wydała dwa zbiory wierszy „Zimne ognie“ i „Zjedz ślimaka“ oraz  powieść „Zabieg“ i opowiadania „W drodze do szpitala“. Pisze prozę, poezję, dramaty, przekłada. 

Pin It