Piotr Wojciechowski


NA CZYM STOI ŚWIAT?



 

Rozalia Nowak
Rozalia Nowak
       Piotr Skrzynecki powiedział mi kiedyś – cała Polska trzyma się na kilkunastu gwoździach. Na tych gwoździach, na których od ponad stu lat w paru krakowskich mieszkaniach wiszą ciągle te same obrazy. Myślałem o tym, gdy w jakieś ankiecie kazano mi jako pisarzowi określić sytuację literatury. Wracam do tej myśli ilekroć słyszę kasandryczne narzekania, że czytelnictwo upada, że sztuka wypisała się z kultury i zapisała do rynku, wielkie koncerny książkowe mordują małe wydawnictwa i księgarnie, hurtownie książek nie lubią poetyckich tomików, a Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa nie ma dość pieniędzy i dobrych chęci jakby za mało.

   Nic to. W paru krakowskich mieszkaniach stare obrazy wiszą od stu lat na tych samych gwoździach. Boję się o te gwoździe, bo były bezpieczne póki na straży stała rodzina. Póki mieszkanie trwa, jako rodzinna przystań, gwoździe siedzą w ścianach. A rodzina trwa, póki syn czyta książki z biblioteki ojca, póki córka odnajduje w tomiku poezji po babci zasuszony kwiat z łąki pod Howerlą czy zakładkę uplecioną z sitowia znad Tyśmienicy. Przestają czytać nawet w Krakowie, coraz rzadziej sięgają po tomik, chociaż tam festiwal goni festiwal.

     Rodzina trwa poprzez wewnętrzną narrację – narzeczony opowiedział siebie narzeczonej, potem mąż żonie opowiada, co było w pracy, dzieci przychodzą i opowiadają, co było w szkole, dziadek opowiada „historie o starych Polakach”. To, co mówią, żywi codzienność, ale także buduje tkankę rodzinnego mitu, który jest już ponad prawdą i nieprawdą, który miesza mity rodzinne, mity narodowe, mity kultury. Rodzina jest centrum otoczonym szańcem rodzinnej biblioteki, narracjami, które uśpione czuwają na wyciągnięcie ręki. Jak rycerze pod Giewontem gotowi przetrzeć oczy i pytać – czy już czas?

   Piszę o tym świadomy swojej działalności mitotwórczej. Pamiętam: mity są społecznym, ponadhistorycznym źródłem sensu. Pisarz musi mieć słuch do mitów, musi wychwytywać je z tego, co widzi, śni, czyta, słyszy. Musi mieć zamiłowanie do majstrowania w mitologiach, musi nieustannie próbować puszczać w społeczny obieg mity które obrabia, konstruuje, zmienia.

   Wśród mitów, które są duchowym środowiskiem pisarza jest jakiś „mit o Polsce” – o zacofanej czy europejskiej, postbolszewickiej, postkolonialnej, albo katolickiej, skrzywdzonej czy zasłużonej, prowincjonalnej czy śródziemnomorskiej. Ten własny mit pisarz konfrontuje z mitami mediów, historiozofów, proroków, polityków. Pisarz jest chałupnikiem, który musi dziś stawiać czoło potężnej konkurencji.

   Pisarz musi być natomiast szamanem pewnego kulturowego mitu. Jakże bez tego oddawałby się rytuałowi twórczości?

   Pisząc czuję, że jestem krawcem szyjącym mity na miarę moich czytelników, ale tuż za ścianą huczą wielkie szwalnie mitów pret-a-porter, wytwórnie mitów promocji, reklamy, propagandy i manipulacji politycznej, rozrywki, kultury masowej.

     Literatura kreuje światy – nawet ta, która odżegnuje się od tego, pręży się w służbie prawdy, dawania świadectwa. Nawet Odojewski i Nowakowski kreują światy swojej prozy. A cóż dopiero Hanna Krall?

Tuż obok pisarskiego chałupnictwa wielkie machiny mediów, rynku i polityki budują swoje wieże i imperia.

„...reklama jest spadkobierczynią tradycji literatury utopijnej. Jest wizją absolutnie doskonałej rzeczywistości./.../ Jest opowieścią o tym, w jaki sposób Bóg stworzyłby „najdoskonalszy ze światów”, gdyby ktoś zatrudnił go na etacie w agencji reklamowej.”[1]czytamy w rozprawie naukowej o narracjach.

   Pisarzowi potrzebna jest od czytelnika trojaka zapłata za pracę – potrzebuje pieniędzy, czasu i myśli. Cóż bowiem z tego, że czytelnik kupi książkę, skoro nie znajdzie czasu na jej przeczytanie? I cóż z tego, że przeczyta, jeśli natychmiast zapomni?

   Imperia reklamy, wieże propagandy, wiatraki rozrywki odbierają czytelnikowi pieniądze, czas i myśli. Czynią to sprawnie i hurtowo. Cóż więc dziwnego, że pisarz czuje się wobec tych potęg smutnym rycerzem z Manchy?

Nieustannie napotykam pierwszy z mitów, jakie nawiedzają pracownie pisarzy – mit rynku.

     Tak pojawia się złudzenie, że literaturę może uratować mimikra. Niech moje książki staną się towarem! Udawać rozrywkę, udawać publicystykę polityczną, udawać poradnik. Mizdrzyć się do wszystkiego, co ma duże nakłady, wysoką oglądalność, poparcie potęg politycznych, finansowych, medialnych. Daj nam, Dobry Boże każdemu po sponsorze, a nim przyjdą wakacje, na pomoc spuść fundację....

     Ten mit prowadzi ku rytuałom spełnienia, tyle, że są to rytuały samobójcze. Literatura jest plastyczna, może udawać wszystko. Jednak jej zasada jest delikatna, pisanie łatwo przestaje być literaturą.

     Innym obiegowym mitem jest wiara w to, że literatura przegrywa, bo nie nadąża za jakąś „siłą przodującą”, za postmodernizmem czy Zachodem. Napisała mi kiedyś z Paryża Ewa Kuryluk, że „Polska jest przez swoją nieszczęsną historię zapóźniona”. Tak, jakby Rosja nie była przez swoją nieszczęsną historię zapóźniona, gdy tworzyli w niej Tołstoj, Dostojewski, Turgieniew, Bunin.

     Zapóźnienie jest istotne w n.p. w domenie urządzeń kanalizacyjnych. Nie w sztuce. Gdybym uwierzył w samobójczy mit zapóźnienia, musiałbym od razu przyznać, że moje książki są zapóźnione też. Względem kogo? Jeana d’ Oremesson? Kundery? Proszę o nazwiska! Ja z pokorą widzę, się spóźniam względem siebie. Spóźniam się, ale inaczej nie nadążyłbym za Koheletem.

   Mit spóźnienia miesza się z wiarą w awangardę. Awangarda jest zjawiskiem naturalnym, pisał już o tym Hytz : „Każdy Ciemnogród ma swoja awangardę, ale i każda awangarda ma swój Ciemnogród”[2]

     Kolejny mit to mit naukowości. Wiara w to, że pisarzowi pomoże wiedza o języku, o strukturach, modelach, semiotyka, semantyka, hermeneutyka. Jak się nauczy, będzie wiedział jak pisać, dogoni czytelnika i posiądzie go duchowo.

   Spokojnie, spokojnie. Ja sam staram się szczerze uzupełniać wiedzę. Wiem, jakie zmyślne cuhalty trzymają mowę blisko myśli, a pismo już nie tak blisko mowy. Nie doczytuję ksiązki Jacka Goody-ego MIT, RYTUAŁ I ORALNOŚĆ - a tam tak ciekawie o rewolucji większej niż wynalazek ognia i koła, o rewolucji zapisu, zmieniającej wszystko to co jest pamięcią, dziedziczeniem wiedzy, władzą nad informacją. Nie doczytuję PROZY ŻYCIA, w której Agnieszka Karpowicz pisze o tym jak do literatury wdziera się potoczność, idzie tropami Bachtina ku rejonom, gdzie literatura wynika z szmeru rozmów w poczekalni, z odzywek mimochodem rzuconych w tramwaju, z gestu zaciśnięcia pięści, zerwania plakatu, przybicia pieczątki. Nawet nie otwieram ZIEMI ULRO, chociaż przypomniały mi o niej słowa Grzegorza Jankowicza w eseju z TP: Zamieszkują ją ludzie okaleczeni […]przekonani, że ich rozum, ich wiedza, narzędzia poznawcze i technika dają im nieograniczoną władzę nad światem. W istocie jednak wiodą życie ułomne, wyprute z duchowego doświadczenia, skazani przez samych siebie, im podobnych, oraz instytucje, które stworzyli, na przeżycie, na bezmierną nudę pełnego nieuzasadnionej wyniosłości trwania.

Tak! – skazani przez instytucje! - jakże to bliskie 50-leciu Festiwalu Piosenki w Opolu.

   To właśnie instytucje, uczelnie, kwartalniki, sympozja podtrzymują przecież arogancki „determinizm kulturowy”. Jak mam być spokojny, gdy mówią mi „Przyszedł czas zmierzchu książki papierowej”. Jeszcze mi w uszach dźwięczą utrapione imperatywy „W dobie imperializmu musi nastąpić zaostrzenie walki klasowej”. A chwilę potem „Nastała era postmodernizmu”. Teraz zmierzch książki? A z czego budować będą szańce rodziny kulturalnych mieszczan?

   Pleni się mit szczerości i atrakcyjnego autotematyzmu. Cenię szczerość ( w zasadzie; szczerość podchmielonego ćwierćinteligenta nieraz doprowadzała mnie do rozpaczy), indywidualizm szanuję (o ile nie nazywa się tak agresywnego egoizmu albo egotyzmu). Tyle, że jako kryteria w ocenie sztuki to narzędzia bezsilne, a jako wskazówki twórcze – zasady tak elementarne, że bez znaczenia. Wierzą ci szczerzy, że receptą jest „mieć życiorys”. I w służbie tej oczywistości usiłują wywatować sobie życiorys, co źle się kończy, bo gdy życiorys staje cię celem, życie traci treść i wartość.

   Nazwała mnie prywatnie, w liście, Ewa Kuryluk (a to jedyna postmodernistka, jaką czytuję) przedstawicielem „wczorajszej awangardy, która dziś chciałaby iść pod ramię z zaściankową reakcją”? Boże, to prawda! Tak chciałbym iść pod ramię z zaściankową reakcją! Wychowałem się wśród przyzwoitych ludzi, których nazywano reakcjonistami i Niebu dziękuję za tych ludzi, ich wdzięk, wiedzę, wspomnienia i biblioteki. To reakcjoniści bronią tych paru gwoździ w ścianach krakowskich mieszkań, jakby nie bronili, już by ktoś powiesił tam modne instalacje, a stare obrazy sprzedał. Zaściankowość milsza mojemu sercu niż hałas giełdy, czy „techno-parade”. Piwo na ganeczku przed parterowym krzywym drewnianym domem wśród bzów i jaśminów – ach, zaściankowość. Zmierzch. Krowy nie spieszą się z pastwiska, gra harmonia u sąsiadów... Drzemka na leżaku z tomikiem Asnyka na kolanach. Nie wiem, co to reakcja dzisiaj. To etykietka z frontu „walki ideologicznej”.

   Wydaje się, że kluczem do pytania o stan literatury dzisiaj jest spojrzenie na dzieje bibliotek tych przyzwoitych, kulturalnych ludzi, którzy przez ostatnie półtora wieku byli ostoją czytelnictwa. Oni nie tylko przekazywali sobie z pokolenia na pokolenie zamiłowanie do ksiąg i rudymentarny smak literacki, oni potrafili rozmawiać o książkach. Ten dar czerpania nauki i przyjemności z takiej rozmowy przenieśli z salonów na prycze oflagów, z werandy dworku do wspólnej kuchni, z promenady w Biarritz do schroniska „Murowaniec” na Hali Gąsienicowej w Tatrach.

   Ludzie, którzy chcieli żyć wśród książek wymierają coraz gęściej – a co z bibliotekami? Kiedyś kwestią honoru było mieć bibliotekę, obowiązkiem narodowym było gromadzić, chronić, zbierać książki. Teraz to stało się mniej ważne. Synowie i córki zakłopotani stają wobec stert zadrukowanego papieru zgromadzonego przez pokolenia odchodzące. Książki próbuje się rozdawać, ludzie nie biorą. Więc pakuje się je w kartony, porzuca, skazuje na zsyłkę na strych, na działkę, wtrąca w kazamaty piwnic.

   A od tego krok, aby wypadły ze ścian te gwoździe, które trzymają Polskę, te parę gwoździ w starych krakowskich mieszkaniach. Co stało się z mieszkaniem Kuby Nedeli i Hesi Nedelowej na ulicy Gertrudy, co stało się z legendarnym krakowskim mieszkaniem mojego dzieciństwa? Czy biblioteka trafiła do mieszkania doktora Piotra Niżgorodcewa w Rzymie? Czy jego dzieci znają polski?

   Literatura jest krwiobiegiem kultury, nic też dziwnego, że dzieli losy kultury współczesnej. Malarstwu potrzebne są książki o malarstwie, teatrowi książki o teatrze, muzyce książki o muzyce. Gdy odpływa krew, odpływa życie. Kultura bez książek może żyć o tyle, o ile żyje wypchany orzeł. Wygląda dekoracyjnie przez pewien czas, ale nie zerwie się do lotu. A potem mole zrobią swoje.

(Tekst wygłoszony przez Autora na Biesiadzie Literackiej SPP 20 czerwca 2013)



[1] Mirosław Łeszek „Mity opowieści reklamowej” w „Praktyki opowiadania” pr.zb. pod red. Bogdan Owczarek, Zofia Mitosek, Wincenty Grajewski; UNIWERSITAS, Kraków 2001

[2] Jeremiasz Hytz „Ich habe Zeit” Lipsk, Officina Librorum Anno 1876

Pin It