Krystyna Habrat

 

POWRACAJĄCE PYTANIE: DLACZEGO MNIEJ CZYTAMY?

 

   Może tytułowe pytanie już nieaktualne i ludzie znowu spędzają jesienne wieczory pogrążeni w książce? Może znowu rozkwitają księgarnie z nowymi tytułami na wystawie, a w kioskach coraz więcej czasopism literackich, informujących o nowych, polskich, książkach, które warto przeczytać i ich autorach?

   Za oknem szaro, mglisto, hula wiatr, deszcz zimny zacina, a w domu pod lampą filiżanka z kawą, ciekawa powieść i nic więcej nie potrzeba. Dzięki temu zapomina się o denerwujących dyskusjach w telewizji, i że zdrowie coś nie takie, że "Tempus fugit".

 

   Na razie, przejeżdżając wczoraj tramwajem przez Katowice wspominałam smętnie, że tu była kiedyś księgarnia, gdzie wstępowałam po pracy i najczęściej wychodziłam z mniejszą lub większą paczuszką. Dalej - druga. Ile lat minęło, gdy wchodziłam do niej chyba po raz ostatni, a mijająca mnie w drzwiach pani powiedziała do mężczyzny: "Teraz to nie sztuka napisać książkę, gorzej ją wydać. A jeszcze gorzej sprzedać." Po obu księgarniach już ani śladu. Gdzie by więc książkę sprzedać? W miejscu znanego wydawnictwa - szyldziki sklepików. Gdzie ją wydać? Tylko gdzie spojrzeć Żabka tu, Żabka tam. A, może to wszystko tylko gdzieś poprzestawiane? Przecież książek w Internecie mnóstwo.

   Powoli i my stajemy się jacyś zaledwie wirtualni.

   Jak na zawołanie do mych dziwnych myśli wkradł się internetowy malkontent, z takich, co to wszystko wiedzą lepiej i co się powie, muszą skrytykować. Na moją sugestię wobec czegoś tam godnego przeczytania, zaczął gderać, że przeczytać można, tylko po co? Że młodzi już wcale nie czytają, bo mają te swoje smartfony i gry. Taki osobnik potrafi zniechęcić wszystkich do wszystkiego. Ale przyszpilony wyznał, że nie jest przeciw książkom, a nawet sam myśli o wydaniu takowej. A, tu cię bratku mamy! Wyznał, że ma apetyt na zasmakowanie, jak to jest być pisarzem, tylko boi się, czy temu na starość sprosta, czy zechce to kto kupić, przeczytać? Przemilczał tylko słodycz sławy, jaką mógłby się okryć w swoim miasteczku, jako autor prawdziwej książki. Oczywiście, sprosta temu wszystkiemu! Wiem to. Ma wystarczający tupet, aby pokonać wszystkie progi od napisania książki po jej wydanie, promocję i sprzedaż. Tyle teraz nowych książek, tylu nowych autorów. Daj mu Panie Boże. Ale mnie też okaż swą łaskę! Mnie też!

    I tak ów prawie nieznany pan zatruł mi swymi wątpliwościami dobrostan i to w czasie, gdy sama zmierzam do wydania kolejnej książki. I to opowiadań, nie licząc ukrytej wśród nich mikropowieści, które nie miewają za dużo zwolenników.  Pocieszam się, że tylko pozorne. Do niedawna każde liczące się czasopismo literacko-kulturalne czy społeczno-kulturalne, zawsze zamieszczało na swych łamach opowiadania. Ja też tak publikowałam niejedno. Niestety tamtych czasopism już nie ma. Albo został z nich jedynie tytuł, a zawartość nie do poznania.

   Gdy pięć lat temu Alice Munro - znana kanadyjska autorka opowiadań, otrzymała Nagrodę Nobla, u nas pojawiły się głosy panów, że taki werdykt im nie w smak. Kręcili nosem. Nie doceniali opowiadań Noblistki. No cóż, nie każda książka jest dla każdego. Ja nie lubię czytać o wojnie, ani krwawych, brutalnych reportaży, ani kryminałów, ani fantastyki, ani ckliwych romansów. To na szczęście nie wyczerpuje wszystkich rodzajów książek, bo czytam dużo i zachłannie. Od Conrada i Czechowa, do których wciąż wracam, po Zafona i wielu modnych ostatnio autorów, jak Zadie Smith, Magda Szabo', Amy Tan, Nadżib Mahfuz, JC Oates, GG Marquez, Amoz Oz, Orhan Pamuk, Hari Kunzru, Juame Cabre', Marai, Falcones, Nothomb, Munro,. Kapuściński, Huelle, Małgorzata Szejnert, Leszek Żuliński (wiersze), Jadwiga Śmigiera… No wystarczy. Teraz wszyscy tych autorów czytają. No… ci, którzy czytają. Pewnie też i autorkę zamieszczoną na końcu - moją koleżankę.

   Nie będę więc wspominać o książkach takich, jak trzy tomy "Historii estetyki" czy tyleż samo - "Historii filozofii" W. Tatarkiewicza, dalej Jana Białostockiego "Sztuka cenniejsza niż złoto" lub sześć tomów pracy zbiorowej: "Dzieje literatur europejskich". Miałam wielką przyjemność zgłębiania wiedzy tak odległej od codziennej przyziemności, gdy i tak nie zaniedbywałam swych przyziemnych obowiązków. Pracowałam zawodowo, prowadziłam dom, wychowywałam z mężem synów, gotowałam obiady na dwa dania, na niedzielę piekłam ciasto… Dopiero ostatnio w przypływie melancholii zastanawiam się, po co ja te wielkie i poważne książki tak uparcie czytałam? Powinnam w tym czasie grać z synami w piłkę albo w szachy. Uprawiać sport. Nawet zacząć pisywać modne teraz i chyba poczytne romanse. Ale ja dotąd takich nie piszę. A przecież poważne książki są dla wszystkich.

   Tu opowiem o znajomych rodziców, którzy latami kupowali dużo książek. W czasach szkolnych, gdy na gwałt potrzebna mi była niedostępna w bibliotece lektura, szłam do tych państwa i najczęściej czytałam u nich coś ze zbiorowego wydania Szekspira czy innych autorów, bo zamawiali takie piękne wydania w subskrypcji. Mieli na półkach Mickiewicza i inne piękne wydania. A nie byli to poloniści, nauczyciele czy ludzie parający się piórem. Ten pan był zwykłym urzędnikiem w hucie. Jego żona zajmowała się domem, a wieczorami sobie haftowała albo wyczarowywała zabawki, a najwięcej jesienią - na choinkę. W tym domu wszyscy dużo czytali. Czy Szekspira na co dzień - niekoniecznie, ale pewnie od święta. Raz ów pan kazał mi przeczytać z poważnej gazety długi artykuł na temat wykopalisk słowiańskich, bo to bardzo ciekawe. Oni taką wiedzę nabywali bezinteresownie, bo nie mieli okazji wykorzystać jej w pracy zawodowej - odległej od tych spraw. Ani zrobić z tego artykułu do gazety. Nie wysyłali nigdzie korespondencji na ten temat. Nawet nie mieli szansy by wziąć udział w jakimś konkursie czy quizie, bo mieszkali w prowincjonalnym mieście z dala od wielkich ośrodków naukowych czy redakcji. Oni czytali i zdobywali wiedzę naprawdę bezinteresownie. Ze zwykłej ciekawości. To, co lubili, ale i to, co wiedzieli, że powinno się przeczytać. Pani pod koniec życia najchętniej szyła lalki dla dzieci znajomych i czytywała pogodne książki młodzieżowe, a nawet dziecięce. Dożyła blisko 107 lat.

   Inną sprawą szkodzącą czytelnictwu jest rozpowszechniony pogląd, jaki już nieraz słyszałam w różnych miejscach i różnych czasach, że nie warto czytać tego, co tam sobie ktoś wymyśla, czyli powieści. Tylko literaturę faktu. To co w rzeczywistości.

   Takich nie nagabuję, czy w ogóle coś czytają, bo się domyślam prawdy, ale wyciągam z tego dwa wnioski.

   Po pierwsze.

   Gdyby przyszpilić takiego amatora literatury faktu, co tak gardzi literaturą wymyślaną, to z reguły okazuje się, że to osoba mało oczytana i nie mająca pojęcia czym właściwie jest powieść, opowiadanie, czy film. Dostępny jest dla takiego odbiór warstwy treściowej utworu, co się działo i co potem, ale słabe ma pojęcie o poetyce, wartości ideowej, środkach artystycznych. Nie rozbudzono w nim od dzieciństwa namiętności czytania, to nie rozumie czym jest powieść. Zauważyłam to na podstawie wielu, wielu rozmów o książkach.

   Ja miałabym nie lada kłopot, gdybym spróbowała zrobić tu wykładzik, czym różni się opowiadanie od reportażu, choć każdy to odróżnia. Takiej znajomości nabiera się od dziecka podczas czytania książek, począwszy od bajeczek, po literaturę dorosłą. Dlaczego więc niektórzy wciąż powtarzają pogardliwie: "Ja nie lubię czytać tego, co sobie tam ktoś wymyśla". To pociąga za sobą małe oczytanie i małą znajomość literatury w ogóle. A potem, gdy popsuje się telewizor, internet, taki nie wie, czym wypełnić pustkę wieczoru. Jeden pije, inny śpi. Obaj się marnują.

   Wdzięczne tu pole do działania dla polonistów, aby taką wiedzę przybliżali. Niech nie wierzą, że komputery i te tam… smartfony zastąpią nam powieści. Zastąpią, jeśli będzie się w to wierzyć. A na razie potrzeba nam przystępnej wiedzy na temat: czym jest literatura piękna. Wielu na pewno tej wiedzy nie wyniosło ze szkoły. Może wagarowali. Wielu już zapomniało. Znajomość więc cech dobrej powieści potrzebna od zaraz.

   Literatura piękna też opiera się też na faktach z życia. Z rzeczywistości czerpie wydarzenia i bohaterów oraz nauki, jakie życie nasuwa. Tylko przetwarza to wszystko w sposób literacki, odpowiadający regułom poetyki.

   A po drugie.

   Jeszcze na studiach wykładowca, tłumaczył nam czym jest wyobraźnia. w ten sposób: czy kto widział różowego słonia? Nie. Ale słonia widzieliśmy, kolor różowy także. Nasza fantazja może to połączyć i stworzyć coś czego nie ma w rzeczywistości. Na tym polega wyobraźnia. Na łączeniu elementów rzeczywistych w coś nowego, czego nikt jeszcze nie widział. Bazuje na tym nie tylko fantastyka ale i proza małego realizmu. Od fantazji autora zależy, jak ze znanych elementów zrobi coś niezwykłego.

   Wykładowca, starszy pan - dr Strzembosz, mówił o różowym słoniu, ja zdaje się jego myśl nieco rozwinęłam. Ale kiedyś, gdy już stałam się asystentką i rozmawialiśmy o książkach i pracy naukowej, radził mi bym nigdy nie robiła z dziesięciu książek jedenastej. Własna książka ma być z własnych przemyśleń i doświadczeń. Oryginalna, niepowtarzalna. Zapamiętałam to.

   Po latach miejsce, gdzie była nasza niewielka sala wykładowa, sala ćwiczeń , pokój profesora i pokój asystentów zajmowały już inne instytucje. Tylko ze 200 metrów dalej powstał malutki bar o nazwie "Różowy słoń". Czyżby w jego powstaniu maczał palce jakiś słuchacz doktora Strzembosza?

   Ale moja wyobraźnia, jako autorki powieści i opowiadań, pracuje intensywnie. Rodzi się z tego opowieść o duchu fantazji, który przefruwa ulicę od zlikwidowanej sali z fluidami niezapomnianych wykładów starego profesora do małego lokalu i tak powstaje bar o niezwykłej nazwie ze słoniem, co nie bardzo pasowało do historycznego miasta.

   Któregoś dnia wstępuje do tego baru kobieta, słuchająca tamtych wykładów o wyobraźni, o starożytnych pasterzach strzegących owiec, którzy nocami patrzyli w gwiazdy i zostawali potem filozofami, i o wielu innych, niezwykłych sprawach. Długo czeka na zamówiony omlet, zamyślona, bo właśnie powieść, mającą początek w sali wykładowej, której już nie ma, przekazała komuś, kto o tej książce dobrze napisał. Ale zostawiła ją sekretarce. Zabrakło jej odwagi stanąć z krytykiem twarzą w twarz. Był życzliwy, ale ona w tamtej chwili zbyt nieśmiała. Nigdy więc nie zostanie znaną autorką. Nie przebije się za słabymi łokciami. Dopiero, wychodząc z baru, spostrzegła jego nazwę, jak z tamtych wykładów o wyobraźni: "Różowy słoń". Minęło 13 lat… I pół. Dalej nic specjalnego…

   Tak było w rzeczywistości, ale z tego raczej nie będzie w literatury faktu, bo za dużo tu dodatku fantazji, czegoś jakby wymyślonego. Tylko autor opowiadań i powieści może to drobne wydarzenie, mocą swej fantazji, przetworzyć w wymyślony, czy nie wymyślony, utwór.

   Na razie w felieton.

 

Krystyna Habrat.

 

 

Pin It