Krystyna Habrat

 

JAK PACHNIE GRUJECZNIK, A JAK OLIWNIK?

 

    Piękne, słoneczne, lato przeciąga się na październik.

    To dobrze. Tyle niepokoju mamy w świecie: wybory, huragany, katastrofy, złe słowa różnych osobników, którzy głoszą to z ekranów telewizora, komputera i plakatów, że przynajmniej przyroda wokół nas daje chwile wytchnienia.

    Wczoraj spędziłam kilka godzin w Parku Śląskim. W miłym towarzystwie posiedziałam z Rosarium, gdzie ciągle kwitną czerwone i kremowe róże. Najpierw na ławeczce poświęconej Wiktorowi Osiatyńskiemu, potem pod ulubioną od lat, a coraz większą, lipą. Słońce świeciło. Nie chciało mi nawet otwierać przyniesionej książki. Ciekawsza czekała w domu: ŻYCIE INTYMNE UCZONYCH. KORESPONDENCJA MARII I STANISŁAWA OSSOWSKICH.

 

    Mam kilka książek tych obojga uczonych. i nieraz do nich powracam, podczytuję, Dzieło Stanisława Ossowskiego: U PODSTAW ESTETYKI wzbudzało we mnie jakieś tęsknoty twórcze jak i kształtowało gust.

    Zaglądam do niej i przypominam sobie na czym według Ossowskiego polega wartość dzieła literackiego czy muzycznego. Na jego oryginalności, nowatorstwie pomysłu, odmiennym od innych spojrzeniu na temat i ciekawej, nietypowej, niebanalnej, realizacji. Jest tu o znaczeniu w sztuce niedomówień

    ">>nie nazywać wszystkiego po imieniu<< lecz podsuwać czytelnikowi obrazy i nastroje za pomocą zręcznie dobranych skojarzeń, podobnie jak to czyni kompozytor w poemacie muzycznym." str. 93,

    "…dzięki swej treści dzieła odtwarzające otwierają przed widzem lub czytelnikiem nowe zupełnie perspektywy, pomnażają zasób doświadczeń, zwiększają bogactwo życia, zaspakajaja głód wrażeń, pozwalając - biernie przynajmniej - uczestniczyć w zdarzeniach i środowiskach, które w rzeczywistości byłyby nam niedostępne." str. 174.

    I gdzie indziej, co zanotowałam na 1 stronie, o życiu chwilą, o wartości dzieł itd. Poczytam znowu.

    Książka Z ZAGADNIEŃ PSYCHOLOGII SPOŁECZNEJ też mnie ciekawiła. Nie chce mi się w tej chwili do niej zaglądać, bo śpieszę się, ale tam wyczytałam wiele aspektów wzajemnych relacji międzyludzkich i coś takiego, że w czasie wojny, a wtedy autor to pisał, mógł zobaczyć na niebie gwiazdy, widoczne dopiero podczas zaciemnienia.

    Podobnie ciekawe są pozycje Marii Ossowskiej  o moralności mieszczańskiej. Z nich wciąż mam w pamięci kanarka w klatce, jako wyśmiany symbol mieszczański. Tylko na te rozważania uczonej kładą się słowa mojego wykładowcy z psychiatrii, że najzdrowszym dla zdrowia psychicznego jest jednak wyśmiewany (od czasów nieszczęsnej a niesympatycznej Dulskiej) mieszczański styl życia. Dlaczego? Bo wszystko jest tu ułożone według zdrowych zasad: tryb dnia codziennego, obiad niedzielny, sposób wychowania dzieci…

    A listy obojga uczonych pisane do siebie nawzajem przez całe życie są bardzo ciekawe. Szkoda tylko, że liczą przeszło 800 stron.

    Teraz, kiedy są już ostatnie dni ciepłego lata, szkoda mi czasu na czytanie grubych ksiąg. Odkładam nawet "4321" - Paula Austera, powieść liczącą też powyżej 800 stron.

    Ponad różami powiewają nitki babiego lata. Błyszczą w słońcu. Wracamy przez ogród japoński. A tam, o dziwo, roznosi się zapach pieczonego ciasta, jakby korzeni do piernika! A więc tu gdzieś rośnie ten krzew czy drzewo, które tak pachnie! Dotąd nigdy go nie znajdowałam. Tablica z opisem traktu dendrologicznego przypomina, że to grujecznik japoński, drzewo dorastające w Chinach lub Japonii do 30 metrów, a u nas do 20. Ma czerwonawe liście. Tylko schowane za innymi pod murkiem japońskim. Obok czerwienieją japońskie kloniki. Zbieram ze ścieżki kilka drobnych listków.

    Żal opuszczać park.

    Po przeciwnej stronie ogrodu japońskiego rośnie oliwnik - tu muszę przerwać, bo wciąż zapominam tej nazwy i ją przekręcam.

    To zapominanie stąd, że całymi latami nazywałam to drzewo wierzbą srebrzystą. Pachniała mi odurzająco w maju czy czerwcu, kiedy w latach szkolnych wracałam wieczorami z nabożeństw majowych. Napełniona wzniosłymi emocjami przy śpiewie litanii i pieśni "Chwalcie łąki umajone…" wracałam do domu, do lekcji, jak zaczarowana ulicą 1 Maja w Stalowej Woli. Pachniały białe jaśminy rosnące za siatkami ogrodów wzdłuż ulicy i wreszcie w jednym miejscu to właśnie drzewo ze starczo pomarszczonym, pokrzywionym, pniem i wąskimi listami o srebrnym odcieniu. Jeszcze wtedy nie widziałam na żywo podobnych do niego drzew oliwnych ani eukaliptusów, więc tak je sobie nazwałam - wierzba srebrzysta. Odurzały zapachem, żółte kwiatuszki u nasady liści.

    I tu dygresja na temat pamięci i przypominania sobie czegoś, co mój profesor Włodzimierz Szewczuk nazywał w podręczniku: "odpamiętywaniem", czyli przeciwieństwem zapominania. Cały rok uczyliśmy się na Psychologii o pamięci, a do tego była dogłębna analiza książki "Zapominanie nazwisk". Autora nie pamiętam, bo nie chciałam zapamiętać. Powiem tylko, że koleżanka z pokoju, Awa, stwierdziła, iż po tej książce ma większe trudności z zapamiętywaniem nazwisk. Wtedy i ja to samo potwierdziłam. Jakbym się jej sugestią zaraziła. Więc na własny użytek wynalazłam metodę przypominania nazwisk.: Myśląc o osobie o zapomnianym nazwisku, wyobrażając jej twarz, i powtarzam sobie po kolei litery alfabetu. Z reguły przy właściwej literze nazwisko samo wyskakuje z głowy.

    Tylko przy oliwniku nie jest to proste, bo zwykle myślę, że to coś od oleju i zaraz: olejnik, olewnik, olejownik… nie, to nie to. I wreszcie samo przychodzi: to przecież od oliwy! I zaraz jest: oliwnik.

    Wracając do tego drzewa, muszę zajrzeć znowu do ogrodu japońskiego, na skraju którego ono rośnie, bo akurat w październiku w miejscu kwiatuszków pojawiają się srebrzyste kuleczki owocków i też ładnie to wygląda.

    Czemu rozpisuję się tak nad mniejszymi i większymi cudami natury, nad wzniosłymi emocjami i drobiazgami dającymi zadowolenie, poczucie przyjemności, nawet szczęścia ?

    Po prostu klecę ten felieton z rozmaitych dygresji, żeby pokazać radość istnienia, urodę życia, piękno świata, na przekór temu co widzimy w telewizji, Internecie, mediach. Tam wciąż sprzęgają się na nas wszystkie nieszczęścia świata, wojny, katastrofy, huragany, krzywda ludzka, bieda. Wszędzie smutne, obolałe twarze, albo wykrzywione złością, nienawiścią. I dużo, dużo złych, krzywdzących słów, często kłamliwych. Po co to komu?

    Ja wolę zapomnieć o złu i cierpieniach ludzkości, ciesząc się zapachem korzennym - jak do piernika - jaki roznosi grujecznik japoński - teraz jesienią. Albo wiosną - oliwnik. Nie mówiąc już o bzach, narcyzach, maciejce…

    I znowu w sobotę i niedzielę, jeśli nie wyjeżdżamy za miasto, oglądam koncerty Andre' Rieu i raduję się, bo artysta sam mówi, że daje takie koncerty z najpiękniejszej muzyki na całym świecie, aby dawać ludziom radość. I jest szczęśliwy, gdy w godzinę po koncercie ludzie jeszcze podśpiewują ulubioną "Marinę" i przytupują w jej takt.

    Nieraz myślę, skąd wkoło tylu ponuraków, osobników pragnących drugiego człowieka utopić w łyżce wody, złośliwców i ziejących nienawiścią przeciwników wszystkiego?

    Dziwię się takim! Nie lepiej to żyć radośnie, ciesząc się, jak byczek Fernando, każdym kwiatkiem, a nie podążać ku rzezi?

    Nie zamierzam tego tematu roztrząsać. Analizować naukowo wszelakie wątki. Poruszę tylko jeden: złość do całego świata bierze się u wielu z braku miłości w rodzinie i patologii: jak jej rozkład poprzez zdrady i rozwód, pijaństwo, brak zasad moralnych. Potem z braku sukcesów w szkole. Jakże biedne jest dziecko, zawsze gorsze od innych uczni, najgorsze! Jego nikt nie chwali. Nikt się nie cieszy jego osiągnięciami. Więc się zniechęca, nie lubi szkoły, nienawidzi. Idzie w dorosłość pokrzywdzone i niechętne światu. Trudno mu znaleźć szczęście w miłości, bo nie wierzy w siebie. Ma kompleksy. To negatywny posag na osiągnięcie w życiu szczęścia.

    Dlatego z okazji Święta Nauczyciela przypominam nie po raz pierwszy: pedagodzy, wychowawcy, dajcie każdemu szansę. Jeśli nie w matematyce, to w sporcie, zajęciach plastycznych, muzyce. Janusz Korczak oglądał kiedyś zeszyt jednego ze swoich wychowanków, a tam straszne pismo. Wreszcie znalazł coś: "Popatrz ta literka prawie ci się udała! - powiedział do dziecka. - "Postaraj się tak napisać następną. I jeszcze więcej."

    Nie krytykował, a znalazł pretekst do pochwały i zachęty.

    To już tak optymistycznie zakończę. Szukajmy wkoło rzeczy dobrych i ładnych.

    A miałam jeszcze napisać coś z książki Ossowskiego o życiu chwilą, przeżyciach ludycznych i katartycznym działaniu zabawy oraz kontemplacji estetycznej. Piękne to jest. Tylko zobaczyłam w internecie jak siedmioletni chłopiec opisał swoje wakacje: "Marcin spędził wakacje w domu." Koniec, kropka i tylko odpowiedni rysunek samotnego chłopczyka. A jego mama biada, że tyle się starali, żeby dzieci poznawały zamki i pałace, cuda natury, a on o tym nic. Wiem z ich zdjęć, że ciągle zwiedzają takie cudowności, więc ją pocieszyłam, że synek napisał tak lakonicznie, aby nie musieć długo i żmudnie opisywać tych wszystkich atrakcji. Cwaniaczek.

    Tylko osoby zarażone pisaniem, jak ja, muszą pisać i już! Więc już kończę.

Krystyna Habrat

 

 

Pin It