Krzysztof Kwasiżur

 

Discordia

 

kwasizur selfie4Discordia - łacińska nazwa greckiej bogini niezgody, która ma dwa uosobienia destrukcyjne, negatywne i łagodne, utożsamiana jest także z twórczą niezgodą, niepokojem, który każe artyście ciągle drążyć i szukać odpowiedzi na pytania.

Wielokrotnie, artysta pytany o to, co go popycha do poszukiwań twórczych i ciągłego eksperymentowania w dziedzinie sztuki, którą przyszło mu się parać - mówi o niepokoju, wewnętrznym poddenerwowaniu (kielecki poeta Zdzisław Antolski - o "wewnętrznej niewygodzie", która mu towarzyszy), do czasu, aż zrzuci ów ciężar myśli na papier, czy inny nośnik, który pozwala wierzyć, że popchnął on twórcze myśli w stronę odbiorcy.

 

Proces twórczy, zaczyna się od zauważenia w otoczeniu (u innych, rzadziej u siebie) braków, bądź niedyspozycji na które u twórcy nie ma zgody. Dopiero wokół tego zaczyna się osnówanie intrygi, obrazu, sceny.

Czasami od zauważenia braku, do rozpoczęcia osnówania intrygi mija tak krótka chwila, że jest ona niezauważalna nawet dla samego zainteresowanego. Mówi on o nagłej iluminacji, natchnieniu, wenie, a tymczasem to ożywienie twórcze poprzedzone było zwykle krótszym, bądź dłuższym okresem obserwacji. Po co? By z "szumu informacyjnego", z szarości dnia codziennego oddzielić rzecz wartą uwiecznienia, czy odnotowania.

Tak dzieje się, gdy mamy do czynienia z literaturą wartościową, z ostrym piórem, niekoniecznie wybitnym, bo wybić się w XXI wieku jest niezwykle trudno (już J. Tuwim w 20 wieku pisał, że: "Aby mieć u czytelników powodzenie, trzeba albo umrzeć, albo być obcokrajowcem, albo pisać perwersyjnie. Najlepszy zaś sposób to być zagranicznym, perwersyjnym nieboszczykiem", ale pochylimy się nad tym zagadnieniem później.

Jak już pisałem w jednym ze swoich tekstów wcześniejszych talent to w kilku słowach - umiejętność wychwytywania z otoczenia, z tego eteru, szumu informacyjnego - rzeczy ważnych i podania ich do wiadomości publicznej we frapujący sposób.

Znów napotykamy w niniejszym tekście na zwrot dotyczący szumu informacyjnego  (i przeciwległego biegunu - czyli informacji istotnej).

Jakież to istotne informacje zatem winniśmy zawrzeć, by nasz tekst nie był płytki, nic nieznaczący i aby nie minął bez echa? Zapewne prostota przepisu wzbudzi sprzeciw wśród młodych, krewkich pisarzy; piszmy TYLKO I WYŁĄCZNIE o rzeczach, na których się znamy lub poznaliśmy (wbrew pozorom pisanie książek science-fiction wymaga największej wiedzy współczesnej, nie tylko wymyślonej). Jeśli nawet nie odkryjemy Ameryki, to na pewno nie wzbudzimy sprzeciwu swoimi wypocinami.

Na zdrowy rozum - literatura jest dziedziną o niebo starszą od nas i jeśli nie piszemy właśnie traktatu naukowego o czymś totalnie nowym, nieznanym - powielamy rzeczy już istniejące. Jednak w twórcze otępienie także nie popadajmy z tego powodu; o ile nie piszemy kompletnych herezji, jak każdą dziedzinę ludzkiej działalności możemy i tę popchnąć do przodu metodą kolejnych przybliżeń. Kto zaręczy, że to właśnie nasze przybliżenie nie będzie kluczowe? Takie dziedziny jak: poezja, rzeźba, malarstwo właśnie tak funkcjonują - metodą przyczynków, a nie spektakularnych odkryć.

A Michelangelo, a Fidiasz? A wreszcie Szekspir? Czyż oni nie nadali rozpędu (jeśli nie nowego biegu) dziedzinom przez siebie uprawianym - żachnie się jeden z drugim.

Owszem - zapisał się Fidiasz w historii głównie cudownymi rzeźbami i niejako przy OKAZJI rzeźbienia odkrył głębię i przestrzenność rzeźbiarską, a dłuto już istniało, nie wpadł też na koncept wykuwania ludzkich postaci w kamieniu, czy odlewania z brązu, bo na to już o wiele wcześniej ktoś wpadł. Michał Anioł nie musiał pędzla, ani farb wymyślać, bo już człowiek pierwotny na ścianie jaskini ochrą malował. Za to udoskonalił sztukę malarską do perfekcji i podniósł poprzeczkę dla innych pokoleń. Podobnie wszyscy (bez wyjątku) poeci od zarania dziejów; żaden z nich nie wymyślił pisma, ani języka - i jeden i drugi musiał już wcześniej istnieć, by Homer, Szekspir, lub inny Mickiewicz - nadawał mu doskonalszą formę.

Czy - w takim razie - każdy autor pracuje na udoskonalanie języka?

Nie, nie wnosi do języka nic autor, którego twórczość Lech M. Jakób nazwał "poectwem"[1], gdyż ten typ pisarstwa (trudno tu mówić o twórczości) zasadza się na odtwórczości. Podobnie rzecz się ma z twórczością popularnie zwaną grafomanią, przy czym ta ostatnia ma jeszcze dodatkowy czynnik szkodliwy, gdyż dociera do ogromnej liczby osób nie umiejącycych odróżnić wartościowej twórczość od bezwartościowej. Tu uwaga - grafomania jest o wiele bardziej ekspansywna od rzetelnej poezji, gdyż grafoman ma silną "wewnętrzną potrzebę" umieszczania swoich utworów wszędzie, gdzie to możliwe, wierząc, że to zapewni mu przejście do potomności.

Choć grafomania kojarzy się zwykle z wierszami (ściślej - z utworami wierszowanymi), to grafoman może sobie "upodobać" również inne gatunki literackie. Czyż na pewno nie spotkaliście w swoim życiu grafomanów uważających się za krytyków literackich? Skupiają oni w swojej osobie wszystkie zaprzeczenia Dekalogu Dobrego Recenzenta[2] i wciąż mają śmiałość nazywać się krytykami.

Czy aby na pewno nie napotkaliście w swoim żywocie twórcy, który pod płaszczykiem "felietonu" wylewał wiadrami pomyje na autentycznych lub domniemanych przeciwników. Czy to aby na pewno felieton?

Obiecałem wcześniej, że zajmiemy się problematyką "wypłynięcia na szerokie wody", zyskania powodzenia u czytelników.

Czy ma to coś wspólnego z naszym tematem głównym, z niepokojem twórczym?

Mam nieodparte wrażenie, że u sporej liczby autorów, tych, którzy wyrobili sobie już jakąś markę i takich, którzy ledwo weszli na literackie tory tworzy się jakaś “drżączka”, gdy od dłuższego czasu nie napisali żadnego tekstu (a co ważniejsze - nie opublikowali).

I nie ma tu znaczenia staż literacki, czy wysokość piedestału, jaki zdążyli sobie zbudować. Raczej dojrzałość ludzka ma tu większe znaczenie, pospolita mądrość, której ani na studiach nie nabędą, ani z książek nie wyczytają, raczej z wiekiem przychodzi. Celnie (i poniekąd błyskotliwie) ujął ową mądrość Hans Christian Andersen mówiąc, że "czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników".

Uzbrojony w tą myśl, będziesz - szlachetny wyrobniku pióra - cierpliwie czekał na przypływ weny, bez wrzucania w czeluście internetu byle czego, byle tylko o sobie przypomnieć.

Im dłużej trwa ta swoistą absencja, tym bardziej narasta w autorze niepokój, a wreszcie nerwowe poszukiwanie tematu eseju, wiersza, felietonu.

Może skończyć się to oczywiście tylko na dwa sposoby - albo dostaniemy tekst pisany pod wewnętrzną presją i publikowany pod presją czasu (więc niedopracowany), tematycznie byle jaki i taki sam jakościowo. Trudno odróżnić tysiące kiepskich lub byle jakich tekstów nawet najlepszych literatów, od wypocin twórców pozbawionych talentu. Zresztą, wkład w literaturę - o którym wcześniej już dywagowaliśmy - jest podobny
u jednych i drugich; obniżenie ogólnego poziomu literatury polskiej.

W tym miejscu zaczyna się mój niepokój.

Bo jeśli nie można mieć pretensji do młodych (w znaczeniu: z małym stażem, czy kompletnie bez doświadczenia), że nie czują (jeszcze) związku z literaturą i niezbyt im zależy na ogólnej jej kondycji, to już tej wymówki nie można zastosować do doświadczonych poetów, felietonistów, wszelkiej maści literatów...

Pozwólcie, że tej myśli dalej rozwijał nie będę, bo pod pióro wpychają się słowa nieparlamentarne, a nie chciał bym obniżać poziomu niniejszego tekstu.

Nawet nie dziwię się kolegom poetom, że lawirują pomiędzy jakością, a ilością, bo pamięć czytelnika nie jest wieczna i wydaje się, że trzeba owemu czytelnikowi się co raz przypomnieć, pomiędzy jedną książką, a drugą, zanim materiały zbiorą do następnego tomiku. Tylko, że najczęściej to "pomiędzy" staje się także materiałem, który w tej książce znajdziemy.

W efekcie mamy średniej jakości materiał w zbiorze i podobnej jakości wiersze udostępniane przez autorów jako "wycieki". W prostej konsekwencji - topniejące grono miłośników, czy choćby zwolenników. W tym miejscu trzeba byłoby się po raz enty powołać na solidarność literatów i po raz kolejny przypominać że "gorszy pieniądz wypiera lepszy"[3].

Jeśli ktoś jeszcze nie zrozumiał; działalność kiepskich literatów kładzie się złym światłem na pracy CAŁEGO środowiska twórczego. Zatem w interesie wszystkich poetów, pisarzy, krytyków literackich i innych literatów leży, by poczynić "czystki"
w swoich szeregach!

Herezja? Tylko teoretycznie.

Bo nie sugeruję nikomu świętej wojny przeciwko wszystkim, których uznamy za szkodników literatury.

Ja namawiam was - drodzy współcześni i przyszli literaci - jedynie do "utwardzenia stanowiska" wobec tych, którzy ubiegają się o przyjęcie w wasze szeregi. Niech najważniejszym kryterium będzie reprezentowany poziom (choćby i subiektywnie oceniany), a nie ilość wspólnych znajomych na Facebooku.

 

[1] Krytyka Literacka, ISSN: 2084-1124,Nr. 7 - 8 (57 - 58) lipiec-sierpień 2014, str. 25

[2] http://www.pisarze.pl/publicystyka/6273-leszek-zulinski-dekalog-dobrego-recenzenta.html (stan na dzień 19.09.2018

[3] Prawo Kopernika-Greshama - Zasada ekonomiczna z 1526 r. którą mówi, że jeśli w obiegu jednocześnie pozostaje dwa rodzaje środków płatniczych (kruszcu), a jeden z nich jest lepszy (czystszy), to lepszy (mniej oszukany) będzie gromadzony, w obiegu (w użytku) pozostanie zaś gorszy.

 

Pin It