Zdzisław Antolski

 

WSPOMNIENIE O JANUSZU GŁOWACKIM

 

antolski zdzislaw    19 sierpnia 2017 r. przeczytałem na portalach informacyjnych, że zmarł Janusz Głowacki, pisarz. Już w liceum im. Stefana Żeromskiego, zachęcony przez panią profesor Helenę Wolny, regularnie czytałem wszystkie wychodzące w Polsce literackie czasopisma, przede wszystkim tygodniki: „Życie Literackie”, „Kulturę”, „Współczesność” (ta ostatnia wkrótce, po lekturze przeze mnie kilku numerów, przestała się ukazywać). Z tygodnikami literackimi miałem do czynienia już w szkole podstawowej, a mianowicie w bibliotece szkolnej w Pełczyskach leżały całe roczniki pism „Nowa Kultura” i „Życie Literackie”. Ktoś z nauczycieli tej szkoły, w zapadłej miejscowości, był takim światłym polonistą, że je prenumerował i zbierał. Nie mam pojęcia, kto, poprzednim kierownikiem był pan Tadeusz Bartosik, później pracował w Nieprowicach i Złotej.

 

 

    Mój ojciec prenumerował „Życie Literackie”, „Polonistykę” i sławny kielecki „Biuletyn. Język Polski”, gdzie swoje prace publikowali kieleccy poloniści: Stanisław Żak, Stanisław Jerschina, Stanisław Mijas, Zofia Żakowa, Karolina Pojawska, Helena Wolny i Zofia Korzeńska. Niektórych (S. Mijas, K. Pojawska i H. Wolny) uczyło mnie później w liceum im. Stefana Żeromskiego. Na odczyty pani Zafii Żakowej, która była wykładowczynią na kieleckim Studium Nauczycielskim, na którym studiował mój ojciec, chodziłem do Wojewódzkiego Domu Kultury. Pani Zofia Korzeńska zaś napisała całą książką na temat mojej twórczości poetyckiej: „Walka anioła z demonem, Zdzisława Antolskiego droga twórcza”.

    W jednym z tygodników, czytanych przeze mnie zachłannie w czasach licealnych i studenckich, a mianowicie w warszawskiej „Kulturze”, od razu moją wagę przykuły felietony Janusza Głowackiego. Autor już był znany ze skandalizujących (jak pisała prasa) opowiadań, w książce „Wirówka nonsensu” (1968 r.). Na ostatniej stronie kultury ukazywały się felietony Himilsbacha (Jana Zbigniewa Słojewskiego), KTT (Krzysztofa Teodora Toeplitza) i właśnie Janusza Głowackiego (ewentualnie felieton sportowy Bogdana Tomaszewskiego).

    Felietony Głowackiego były bardzo przewrotne, pisał je parodiując autorów „Trybuny Ludu”, z pozycji, jak sam mówił: „„osoby cokolwiek ograniczonej umysłowo, ale zaangażowanej po właściwej stronie”. Dzięki tej taktyce Szekspirowi zarzucał czarnowidztwo i niedostrzeganie osiągnięć, a Attylę chwalił za „zdrowy stosunek do zdegenerowanej sztuki rzymskiej”.  Uśmiałem się kiedyś przy felietonie, w którym szyderczo „chwalił” reżyserię Adama Hanuszkiewicza, choć bardzo wątpię, żeby spodobała się ona wybitnemu reżyserowi. Dla mnie to był szok, bo niedawno byłem ze szkolną wycieczką uczniów naszego licem w Teatrze Narodowym w Warszawie, a po spektaklu mieliśmy spotkanie z reżyserem spektaklu, Hanuszkiewiczem, który wydawał mi się niemal bogiem teatru i w ogóle sztuki. A przy tym Głowacki kpił z PRL-u, z jego najświętszych wartości, przedstawiając się jako gorliwy neofita komunizmu. Nie będę ukrywał, że z tej przekornej metody „chwalenia” sam korzystałem i nieraz w ten sposób polemizowałem z różnymi lokalnymi autorami.

    Głowacki był jednym z moich ulubionych pisarzy, obok Marka Nowakowskiego i Edwarda Stachury. Z wypiekami na twarzy oglądałem filmy wg jego scenariuszy, przede wszystkim wspaniały „Rejs” z Janem Himilsbachem, a później – „Polowanie na muchy” (1969) i „Trzeba zabić tę miłość” (1972).

    Spotkałem Janusza Głowackiego pod koniec lat 70. na imprezie literackiej w Radomiu. Zamieniliśmy kilka słów. Bardzo otwarty, inteligentny, delikatny wobec ludzi. Z jego inicjatywy pogadaliśmy sobie bardzo przyjaźnie przy kieliszku koniaku. Zawsze wydawało mi się, że ma swój odrębny sposób myślenia, że nie idzie za stadem. „Kopciuch” grany był później na Broadwayu. Już na emigracji, w Ameryce powstały jego słynne sztuki: „Polowanie na karaluchy”, „Antygona w Nowym Jorku” i „Czwarta siostra”.

    Po 1989 r., po okrągłym stole, nie podzielałem jego entuzjazmu wobec poglądów redakcji „Gazety Wyborczej”. Nie sądziłem, że już żyjemy w absolutnie wolnej Polsce i wszystko dzieje się wspaniale. Nie podobała mi się forma odchodzenia od komunizmu, potraktowanie zasłużonych czasopism literackich jak PGR-ów i ich likwidacja (nad czym do dzisiaj boleje Marek Sołtysik i wielu innych pisarzy). Zdumieniem i obrzydzeniem napawał mnie Wojciech Jaruzelski jako prezydent wolnej Polski. Bliżej mi było do myśli zawartych w felietonach Zbigniewa Herberta i Stefana Kisielewskiego, a także do publicystyki i prozy Marka Nowakowskiego.

    Ta bezgraniczna wiara Unii Demokratycznej, że ich system prowadzenia polityki jest jedynie słuszny, a ludzie myślący inaczej są wrogami lub wręcz faszystami, wydawał mi się jakimś koszmarnym dalszym ciągiem propagandy komunistycznej a rebours. A to, że i Janusz Głowacki reprezentuje ten nurt myślenia, wydawało mi się jakimś chichotem Historii, ironią Dziejów. A wszystko to poparte przecież było pewnymi grantami i przywilejami, zupełnie jak w minionym systemie.

    Piotr Kuncewicz pisał o Januszu Głowackim: „Największą sławę z tej literackiej generacji zyskał Janusz Głowacki (Poznań 1938), najpierw znany lew salonowy (choć jakie tam salony…), playboy, mąż i kochanek rozlicznych pań i panienek. Przewinął się przez szkołę teatralną, skończył polonistykę warszawską, uprawiał reportaż.[…]

    Istotną rolę u Głowackiego odgrywa groteska i ironia. Jego narrator jest lekko przygłupi, albo takiego udaje. Stąd też i specyficzny, na ogół bardzo śmieszny język. Z „małym realizmem” łączy go także reporterska wierność konkretom, typowa dla tej formacji.[…]

    Debiut książkowy Głowackiego to zbiór nowel Wirówka nonsensu (1968), przedstawiających nie tyle twórców, co ich dzieci i krąg wszelakich snobów i nieudaczników. Popijawy, orgietki, pogoń za pieniędzmi i znaczeniem. Prawie wszystko dzieje się na „trasie”, na „szlaku”, czyli na Krakowskim Przedmieściu i Nowym Świecie, tudzież w okolicach.[…] Głowacki drwi niemiłosiernie z tego światka, lecz przecież równocześnie jest nim zafascynowany.[…]

    Ciekawe, że przy całej odmienności zainteresowań i losów Głowackiego da się powiązać z „małym realizmem”, choć naturalnie jako prześmiewcę. W każdym razie glebą żyzną była dla niego „mała stabilizacja”, tyle że w specyficznych środowiskach lumpenelitarnych”.

    Największym moim rozczarowaniem był akces Głowackiego do środowiska bezkrytycznie popierającego środowisko „Gazety Wyborczej” i równie bezmyślne krytykowanie prawej strony. A najgorsze w tym wszystkim było występowanie z pozycji: my jesteśmy lepsi mądrzejsi, a tamci to ciemny motłoch. Tak w Polsce postkomunistycznej zdławiono jakąkolwiek dyskusję, co dziś owocuje tzw. „opozycją totalną”, która musi mieć rację, bo jest światła, europejska itp. Przestały się liczyć rzeczowe argumenty. W ten sposób powstał głęboki podział w naszym społeczeństwie, zapewne już nie do zasypania przez kilka pokoleń.

 

Zdzisław Antolski

 

 

Pin It