Piotr Wojciechowski

 

MORAWY ŚRODKOWE I ŚWIAT

 

wojciechowski Upojenie niemożnością ogarnięcia. Tak, powtarzam – upojenie niemożnością ogarnięcia, a co więcej – zachwyt nad nadmiarem połączony z zachwytem nad samą możliwością takiego zachwycania się, którego nie dotyka żadna wątpliwość, żaden sceptyczny uśmieszek. Przez kilka dni żyłem takimi uczuciami. Wrocławscy przyjaciele z lat dawnych zaprosili mnie na kameralny wypad na Środkowe Morawy. Po zeszłorocznej wspólnej wyprawie nad Bug ruszyliśmy w tym samym składzie. Woził nas elektronik zajmujący się antropologią i teorią ewolucji, na tylnym siedzeniu matematyk zajmujący się socjologią nauki i teorią negocjacji – ja, jako ten trzeci – obok kierowcy. Był zresztą i czwarty – Teodor Parnicki przemawiający głosami swojej powieści „I u możnych dziwny”. Książkę musiałem mieć jakąś ze sobą, bo do Wrocławia miałem dojechać pociągiem, także pociągiem wracać – jakże więc bez lektury. Wybór był trafny. Ta powieść Parnickiego jest światem przełomu szesnastego i siedemnastego wieku, światem fikcyjnym, a więc odsłaniającym podszewkę epoki. Parnicki interpretuje w niej domniemany sens historii prześwitujący przez zasłony chaosu i absurdu. Mam tu czas kontrreformacji, czas rozkwitu zakonu jezuitów opowiedziany przez jezuitów stworzonych przez Parnickiego. Listy, dialogi, intryga, która każe czytelnikowi iść przez ciemność po linie trzymanej z jednej strony przez sienkiewiczowskiego Jana Onufrego Zagłobę, a z drugiej przez schizmatyckiego patriarchę Konstantynopola. Już sama ta powieść dawała mi poczucie nadmiaru nie do ogarnięcia – dziesiątki ukrytych za inicjałami postaci, a każda zaprzecza swojej tożsamości, albo w beznadziejnym trudzie próbuje tę tożsamość odnaleźć. Świat misji jezuickich od Ameryki po Japonię, jezuici wśród kozaków dońskich szarpiących posiadłości tureckie nad Bosforem, jezuici konkurujący z kapucynami i posługujący się w tym celu Trzema Muszkieterami Aleksandra Dumasa. To wszystko w wielowarstwowej, chybotliwej konstrukcji kwestionującej literaturę, odsłaniającej granice literackości.

 

A na Morawach ten sam czas, podobne zawirowania mocy i wiary zapisane architekturą zamków, pałaców, kościołów, jezuickich kolegiat i konwiktów w Ołomuńcu i Kromierzyżu. Postaci jak z książki Parnickiego patrzące z portretów w galeriach zamkowych Szternberku, w Muzeum Śląskim w Opawie. Czas kontrreformacji owocował tam większością zabytków, po pożarach i grabieżach wojny trzydziestoletniej dziesiątki gotyckich kościołów wypełniono dojrzałym barokowym wystrojem, figurami świętych zastygłymi w patetycznych gestach, tłumami aniołów na malowanych freskach, na stropach.

Nieuchwytna prawda o czasach, zapisana w dwu zbiorowiskach widm i cieni – w wyobraźni Parnickiego i w materialnych ułomkach przeszłości tkwiących jak nadkruszone rafy w czeskiej teraźniejszości. A ta teraźniejszość jaka? Sympatycznie skromna i zarazem dostatnia, bez liszajów nędzy, bez blichtru bogactwa na pokaz. Moi towarzysze podróży, jako wrocławiacy częściej bywający w Czechach, prowadzili mnie przez tę morawską teraźniejszość sceptycznymi komentarzami, ale nie ukrywali też swojej sympatii dla miejsc świętych, okolic malowniczych i piwa serwowanego w tych miejscach.

Nie, nie stać mnie na żadną syntezę. Czuję bliskość z bohaterami Parnickiego unoszonymi burzliwymi prądami wiary i wątpienia, wojny i pokoju, kręcącymi się bezradnie w wirach osobistego i zbiorowego losu. Widzę, że współczesna globalizacja polityczna i ekonomiczna była poprzedzona duchową globalizacją wielkiej przygody łańcucha misji jezuickich od Peru po wyspy Japonii i Indonezji. Czuję, że po drodze mi z tą współczesną Europą, jaką spotkałem na Morawach, a historia, którą pośpiesznie i nieporządnie chłonąłem ze spotkań z budowlami i działami sztuki, z tekstów w folderach, z objaśnień przewodników harmonijnie poszerza horyzont mojego historycznego zaskorzenienia.

   Zamknąć muszę wyliczanką czterech najważniejszych wzruszeń. Pierwsze – biblioteki w pałacu arcybiskupim w Kromerzyżu. Dziesiątki tysięcy dzieł sprzed dwu stuleci, starszych też. Masywne rzeźbione szafy, piętrowe drewniane budowle, do których wspinać się trzeba po drabinach, podestach i galeryjkach. Teologia, Biblia, komentarze, Ojcowie Kościoła, opisanie świata, astrologia i medycyna. Woluminy oprawne, bogate, których się już nie czyta, księgi, o których zapomniano. Trwają jako pamiątka tych, którzy je czytali, jako świadectwo o bibliotekach, które spłonęły. I moja myśl o książkach naszej epoki, które już zamarzają na wieczność, moja myśl o Parnickim. Czy kiedyś doczytam wszystkie tomy „Nowej baśni”? Kto by to mógł za mnie zrobić?

Drugie wzruszenie – w tym samym pałacu w Kromierzyżu – sala konferencyjna, przestronna jak hangar, uroczysta jak bazylika, z subtelnym wystrojem raczej już rokokowym niż barokowym. Przewodnik objaśnia, że tu, w 1848 roku, obradował sejm kilkuset przedstawicieli ludów z całego Cesarstwa, na makiecie można obejrzeć jak zbudowano specjalne podesty dla ułatwienia obrad. Zgromadzenie podjęło ustawy dotyczące autonomii, języków narodowych, systemu przedstawicielskiego. I nic. Biurokracja nakryła to wszystko tępym milczeniem. Nikogo z obradujących nie ukarano. Żadnej ustawy nie wprowadzono w życie.

   Ta sala konferencyjna z wymyślnym systemem żyrandoli i kinkietów przypomina mi historię rodzinną – najmłodszy brat mojej babci, Felix Turowski jako nieletni bojowiec PPS brał w roku 1904 w akcji zdobycia kasy Monopolu Spirytusowego w Lublinie, która się skończyła wielkim pożarem. Aresztowany, został – nie bez udziału swojej energicznej siostry - wydobyty z więzienia i przemycony do Galicji. W Czechach umożliwiono mu naukę zawodu – wybrał nowy wówczas zawód elektryka – jako uczeń, potem czeladnik, wreszcie mistrz, pracował przy zakładaniu oświetlenia elektrycznego w czeskich zamkach i pałacach. Kto wie, może również w Kromierzyżu? Wrócił, gdy Polska była już wolna, przywiózł żonę Czeszkę i dwu synów.

Trzecie wzruszenie – kościół Wniebowzięcia w Opawie. Z pięknego barokowego kościoła wychodzimy bocznym wyjściem – a tam niespodzianka – przez kratę można zajrzeć do bocznej kaplicy, gdzie trochę chaotycznie, choć z szacunkiem zgromadzono rzeźby i obrazy ocalałe z dawnych pożarów – wczesne i późniejsze średniowiecze, gotyk. Tak, jakby najstarsza historia dożywająca swoich dni w izdebce na wycugu. W centrum wizerunek Trójcy, pewnie piętnasty wiek. Smugi złotego tła sygnalizują wpływy ze Wschodu. I ta sam figuracja Trzech Osób w ludowym malarstwie na szkle z końca XIX wieku w muzeum w Opawie. Czy ludowy artysta wypatrzył wzór przez tę samą kratę, przez którą i my zaglądaliśmy w dawne wieki?

     Czwarte wzruszenie – najtrudniejsze do opisania, bo właśnie do słów się odnosi. Język czeski niezrozumiały w pierwszym wysłuchaniu. I pod tą niezrozumiałością – bliskość nadzwyczajna, zaskakująca. Kiedy z namysłem filologicznym chwytać słowo po słowie – najlepiej w piśmie – wszystko jasne. Tak jak ten akcent końcowy: unikovy vyhod. To po prostu wyjście awaryjne. I tym wyjściem, przez unikovy vyhod, wymykam się na wakacje.

 

 

 

Pin It