Krystyna Habrat

 

ZGRZYT BRAMY PIEKIEŁ

miniatura

 

  Wiedziała, że to potrafi. Byle tylko czasu starczyło. Trzy tygodnie na zebranie materiału i napisanie referatu to  niewiele.

  Musi napisać  logicznie, z   akcentem na  sprawy istotne, z mądrymi wnioskami i znakami zapytania dla dalszych badań. Długimi zdaniami z długich terminów naukowych. Byle nie nudno. Najgorsze, iż musi pisać ręcznie, a ma nie najładniejsze pismo i lubi   po napisaniu wciąż coś zmieniać. Ma to być takie, żeby przyjęto ją na ambitny etat. Tak jej obiecał. Zaproponował sam. Całkiem niespodzianie. Nie przypuszczała, że to jeszcze możliwe.

 

  Na trzy tygodnie zapomniała o bożym świecie, a biegała po czytelniach, bibliotekach i zapisywała  wielkie arkusze treściami z dziedziny dotąd mało znanej.

  Wszystko inne poza referatem robiła  nie w pełni świadomie. Automatycznie. Z przyzwyczajenia. Chodziła do pracy, przygotowywała się do ćwiczeń ze studentami i na lekcje w studium. Zajmowała się swoimi pociechami. Gotowała obiady. Rozmawiała z mężem. On wyręczał ją teraz   obowiązkach jak mógł. Ledwo to widziała. W centrum uwagi  miała tylko referat.

  Czasem jednak w tramwaju, albo chwilę przed zaśnięciem, trzepotał nią niepokój, że coś  za łatwo miało to przyjść. Za jeden referat? Choćby najlepszy?

  Nie wchodzi się przecież po raz drugi do tej samej rzeki. Raz tamtą szansą wzgardziła. Wybrała inaczej. Teraz już mogłaby.

Coś tu jednak nie pasowało. Za pierwszym razem było trochę urzędowych korowodów. Teraz miała jakby wejść kuchennymi schodami? Na skróty? No, tak obiecywał! Docenił ją.

 

  Wreszcie w ostatniej niemal chwili napisała całość. Wyglądało  nieźle. Przepisała na czysto. No, ujdzie. 

  Przyszła dużo wcześniej. Na jej widok koleżanka,  która już kilka lat zapowiadała na lewo i prawo swój doktorat,  z trzaskiem zamknęła puderniczkę, pochowała pędzle, pudry i szminki     i podniosła się ospale z krzesła, wzdychając, że nie ma  już w czym  zrobić herbaty.  Wypada coś umyć. No to wypadało jej pomóc, gdy  wyciągała z różnych półek, ukryte wśród papierzysk, szklanki, mieniące się brązem  fusów i seledynem pleśni. Wyraźnie manewrowała, żeby nad zlewem stanęła ona, młodsza, ale ta przejrzała wygodnicką, umyła jedno, drugie szklane naczynie i porzuciła ich  rosnącą   ilość pod pretekstem  zajrzenia jeszcze do referatu. Nie zamierzała zaczynać tu pracy od  usługiwania. Jeszcze czego? Tamta, co wciąż się pindrzy przed lustrem, pewnie wymawia się od umycia po sobie szklanki swym odwiecznym doktoratem. Tylko wszyscy się już podśmiewają, że zrobi go na nigdy-nigdy. 

 

  Prelekcja poszła gładko. Słuchali znani jej od kilku tygodni pracownicy wydziału. Ktoś o coś zapytał, ktoś dorzucił anegdotę. I zamilkli.

  Coś to wszystko wyglądało za łatwe. Ale działo się naprawdę. Więc prawdziwe?

  Szef wyciągnął rękę po jej zapisane  piętnaście stron drobnym pismem, wrzucił    jakoś pośpiesznie, jakby  łapczywie, do czarnej aktówki i zatrzasnął głośno zamek. W ciszy zagrzmiało to zgrzytliwie. Jak rozstrzelanie. Ostatni wystrzał.

    Teraz dopiero  oznajmił, że na razie nie dostał dla niej etatu.

  Ale miał inną propozycję.

  Gdzie indziej.

  Dalej.

  Szczebel niżej.

  Będzie im, tu zebranym, przygotowywać materiały do ich pracy. To ułatwi pracę zespołu…

  Oblało ją gorąco. Trzy tygodnie na nic! Całe trzy tygodnie nadziei.

 Nie śmiała spojrzeć na młodsze dziewczyny, które nie zakładały jeszcze rodzin, a postawiły na karierę. Ani na odwieczną doktorantkę, co  nigdy tego doktoratu nie wydoli.

   Odmówiła chłodno. Usłyszała prośbę, by  została na zebraniu, ale pokręciła głową i ruszyła  ku drzwiom.

  Musiała przejść długą, pustą ulicą pod ich oknami. Uniosła dumnie głowę. Nie powinni widzieć jej twarzy. Niech nie mają satysfakcji, że ją pokonali. Odstraszyli konkurencję.  Długo szła wzdłuż szarego muru i nie widziała nic więcej

   Tak. To było zbyt proste, aby było prawdziwe. Dała się nabrać.

 

Odtąd prześladował ją trzask zamka jego aktówki.

  Nie życzyła mu szczęścia. Oj, nie.

  Trzask zamka aktówki, jaki odtąd wciąż ją nawiedzał, wydał się zgrzytem bram piekła. Przecież stamtąd wyjrzał ten diabeł, aby ją   ambitną i rzetelnie pracującą  skusić  obietnicą kariery, odpowiednią do jej zdolności. I zakpił sobie.

 

   Dwa miesiące później zobaczyła w gazecie tytuł  referatu, jaki on  wygłosił na zjeździe naukowym. Był niemal identyczny z jej referatem.

  Oj, nie życzyła mu szczęścia!

  On miał starą i brzydką żonę. Z pewnością  taka ciągnęła go w górę. Rzuciła kogoś, kto ja wywindował, bo się w nim zakochała. Ten, jak osiągnie swoje,   rzuci ją. Pełno takich historii.

 

  Nieszczęście przyszło niezadługo. 

Przelękła się.    Aż tego mu nie życzyła!

  Podobno jego żona nie zdzierżyła, nie tego nawet, że wolał jeszcze starszą od niej, ale, że ta   nie  potrafiła zrobić nawet głupiego doktoratu. Jeszcze bezczelna wpraszała się wciąż do ich samochodu.  Tym razem mąż posadził ją koło niej, a sam zajął miejsce z tyłu. Tego było za wiele!  Pierwsza latarnia była tuż, tuż!

 

  A w  ciszy  wciąż i wciąż  rozlega się trzask zamka czarnej aktówki.  Zgrzyt piekielnych bram.

 

 

  Krystyna Habrat

 

Pin It