Jacek Bocheński - Zastępstwo

 

Jacek BocheńskiWróciłem z manifestacji do przerwanego swojego (każdy z każdej manifestacji wraca prędzej czy później do swojego, nawet super matka) i znów jestem w tamtej chwili: jeśli dobrze liczę, na trzy dni przed Galą. Ręka w gipsie. Przewodniczący Rady, profesor Markowski, zawiadomiony. Niestety, nie przyjadę, będzie tekst. Poproszę, żeby Magda odczytała. Tak to sobie ułożyłem w głowie. Nie do blogu. Do wykonania. Od biedy nawet uszłoby w blogu, ale nie będę w ogóle pisał o gali na własną cześć. Pominę ten temat. Mam ważniejsze w projekcie.

 

Jednak projektant literacki może snuć swoje dobre pomysły dla blogu, a rzeczywistość, która rządzi gatunkiem, staje w poprzek. Bloger uderza nagle głową z dobrymi pomysłami w ścisnę, bo fakty toczą się na opak. Taki właśnie się potoczyły.

Przede wszystkim Magda odmówiła.

- Nie myślisz chyba, że zostawię cię samego z ręką w tym stanie i wyjadę?

Tak powiedziała. Ale była to tylko część prawdy. Motywem odmowy,

który Magda ukryła, pozostało jeszcze to, że ma w pogardzie splendory, kogokolwiek by dotyczyły, i nudzą ją uroczystości.

Musiałem zatelefonować po raz drugi do profesora Markowskiego, by powiadomić go o swojej dodatkowej trudności z Magdą. Wypowiedź oczekiwaną ode mnie napiszę, ale może ona wystarczy, może odczyta ją na miejscu ktoś z uczestników Gali, bo ja nie mam kogo wysłać do Katowic. Córka nie zgadza się pojechać. Wyczułem, że profesor nie dowierza. Naszej rozmowie przysłuchiwała się obecna w pokoju Magda. Poprosiła, żebym jej oddał na chwilę swoją komórkę, wyszła i zamieniła kilka słów z profesorem. Wtedy uwierzył. Powiedział tylko, że nikt z Rady nie może, ale wobec takiej sytuacji mógłby pewnie zamiast mnie wystąpić na Gali mój wydawca.

Potem, jak wiem teraz, wtedy nie wiedziałem, wysłał mejl do profesora Pisarka.

„Przed dwiema godzinami zadzwonił do mnie pan Jacek Bocheński z informacją, że nie będzie na Gali, bo ma rękę w gipsie – pisał. - ...Niestety, jego córka nie chce przyjechać, żeby w jego imieniu odebrać nagrodę... No cóż, tak bywa, musimy przemyśleć, jak to najlepiej rozwiązać. W każdym razie Pańska laudacja jest tym bardziej potrzebna i nie wątpię, że godnie zastąpi nieobecnego laureata".

Przez resztę wieczoru i budząc się jeszcze w nocy łamałem sobie głowę, co robić. Kogo wypada mi poprosić, by zastąpił mnie na Gali, i kto zechce.

Rano zadzwoniłem do Iwony Smolki. Koleżanka-pisarka, autorka zajmująca się głównie krytyką literacką, przez lata kompetentny głos na ten temat w Polskim Radio, obecnie wiceprezes Polskiego PEN Clubu. Zwierzyłem się jej ze swojego kłopotu.

- Oczywiście - powiedziała.

Pojedzie tam. Prosi tylko o tekst. Ma, co prawda, jechać tego dnia we własnych sprawach do Łodzi, ale to nic, załatwi je wcześniej i pojedzie do Katowic.

Iwona Smolka rozstrzygnęła mój dylemat.

Nic pewnego nie wiem o dylemacie profesora Pisarka, jeśli w ogóle był taki, czy mianowicie profesor, który mieszkał w Krakowie, ma osobiście jechać na Galę. Nie rozmawiał o żadnych takich wątpliwościach z córką Dorotą i nie ma świadectwa o nich w jego komputerze. Może tylko ja, odtwarzając w nowym swoim laptopie (już jest) relację z poprzedniego roku, utraconą na wyzerowanym twardym dysku, nadrabiam rzeczywistość swoją obsesyjną wyobraźnią. A ona każe mi nie tylko widzieć profesora mierzącego sobie ciśnienie. Profesor nikomu tego nie mówi, ale waha się chwilami, czy zamiast jechać do Katowic nie poprosić kogoś o zastępstwo i nie zostać w domu.

Jacek Bocheński - blog III

 

Pin It