Jacek Bocheński - Gala

 

Jacek BocheńskiProfesor Walery Pisarek, językoznawca, miał mnie pochwalić w imieniu Rady i swoim, bo chciał. Sam się ofiarował. Wiem. Jeszcze o drugiej nad ranem dopracowywał laudację, jak świadczy zapis w jego komputerze. Wiem to teraz. Wtedy nie wiedziałem nic. Bo to nie dzieje się teraz, gdy piszę w pożyczonym od Magdy laptopie. To jest reminiscencja z poprzedniego roku. Usiłuję odtworzyć tekst już raz napisany i utracony na wyzerowanym zagadkowo dysku. Teraz dzieje się odtwarzanie.

 

Wtedy zadzwoniłem do przewodniczącego Rady Języka Polskiego, profesora Andrzeja Markowskiego, i powiedziałem, że mi przykro, ale nie przyjadę na Galę, w której główną rolę profesorowie przewidzieli dla mnie. Mam rękę w gipsie, nie mogę wykonywać nią najprostszych ruchów. Zawadziłem w ciemności stopą o krawężnik chodnika między zaparkowanymi częściowo na chodniku samochodami. Upadając podparłem się dłonią. Nic się nie stało. Rentgen nie wykazał złamania, jednak ortopeda dla pewności unieruchomił mi rękę na dziesięć dni gipsową longetą. Tak tę sztywną obręcz nazywał.

Jako początek Blogu Trzeciego, czy tylko nawet jeden z początków, nie jest to szczególnie finezyjna opowieść. Potknięcie się o krawężnik chodnika bardzo przypomina upadek ze ścieżki do potoku w Dolinie Białego, co należało do opowieści początkowych w Blogu Drugim. Taka powtórka wygląda na dwa grzyby w barszczu, a raczej dwa grzyby w Trylogii Internetowej niezręcznego autora. Czy autor nie ma już innych pomysłów literackich? A może chce powiedzieć, że definitywnie zdziadział i ciągle się potyka?

Otóż nie. Więcej swoich potknięć fizycznych między początkiem Blogu Drugiego i Trzeciego nie przypominam sobie. Ale było jak było. Jest jak jest. W blogu decydują fakty. Potknięcie się w ciemności o krawężnik to istotnie mało pomysłowy wstęp do nowej historii. Ale tak było, a ja nie mogę tego faktu przemilczeć ze względu na profesora Pisarka.

Jest jeszcze inna kłopotliwa sprawa w związku z początkiem. Zaczynać od gali, i to na własną cześć? Jakby brakowało w życiu czegoś bardziej naturalnego. Temat wydaje się narcystyczno- operetkowy, w nienajlepszym guście, a pokazanie się na czele z nim w rozpoczynanej właśnie narracji może nasuwać myśl o niepohamowanej wręcz niczym próżności autora. Wielka musi być żądza pochwalenia się, że jest się chwalonym przez kogoś, a jeszcze większa niecierpliwość. Bo odniosło się bądź co bądź sukces. Każdy tak zrozumie. A w obiegu powszechnym jest nauka: za wszelką cenę staraj się o sukces i przeszkadzaj w osiągnięciu go innym. Odniosłeś ten swój? Chwal się swoim, jak tylko możesz, a kwestionuj i wydrwiwaj cudze.

W tym prostym stanie rzeczy, gdzie, zdawałoby się, wszystko łatwo ocenić, zachodzi jednak pewna komplikacja. Powiem otwarcie. Decyzja językoznawców o nagrodzeniu mnie wymyślnym skądinąd tytułem Wielkiego Ambasadora Polszczyzny, a to był główny punkt programu przygotowywanej w Katowicach Gali, sprawiała mi rzeczywiście satysfakcję głębszą niż jakiekolwiek honorowe nagrody Radia Wolna Europa za książkę roku, które tak mnie chwaląc przyznawał kiedyś między innymi Tadeusz Nowakowski jako jeden z jurorów. Jeśli za język, to sprawiedliwie, uważałem, bo rozumiem za co. Język czuję. Dostrzeżenie właśnie tego czucia przez językoznawców szczerze doceniałem. Trafili w sedno, no pewnie, nagroda od nich słusznie mi się należy, myślałem sobie, i naprawdę cieszy mnie jak żadna. Powiedziałem nawet coś w tym rodzaju profesorowi Markowskiemu. Na Galę do Katowic wybierałem się, oczywiście, żeby tam powiedzieć to publiczności, może trochę rozwinąć. I byłbym pojechał, gdyby nie potknięcie się i longeta.

Zamiast wypowiedzi, postanowiłem, napiszę coś jedną ręką na komputerze do odczytania w moim imieniu podczas Gali. Skoro sam nie mogę być obecny, poproszę, by zastąpiła mnie Magda. Pojedzie i odczyta tekst. Tak przeważnie ludzie robią w podobnych sytuacjach. To jest naturalne wyjście, a nie ma odpowiedniejszej osoby niż córka do zastąpienia ojca. Tak mniej więcej wyobrażałem sobie Galę.

Nie wiedziałem, że profesor Pisarek pisze z tej okazji laudację, w przerwach mierząc sobie ciśnienie. Pisał na pewno, ale czy ciśnienie mierzył w rzeczywistości czy tylko w mojej wyobraźni, tego nie wiem. W jego komputerze nie ma dowodu.

blog III

 

Pin It