Krystyna Habrat

 

FILOZOF  W  ZARĘKAWKACH

 

   Ostatni dzień pracy starszego referenta Jana Gila wypada w Sylwestra. Oficjalne pożegnanie odchodzących razem z nim na emeryturę odbędzie się zwyczajowo na zakładowym balu, lecz przed godziną trzecią podchodzą do niego wszyscy z działu finansowego, uśmiechnięci, z kwiatami.

  - Panie Janie…

  - Ach!

  Gil odwraca się od szafy, gdzie porządkował papiery, chcąc do końca utrzymać fason urzędnika. Mógłby już popakować drobiazgi, ale krępuje się na oczach kolegów likwidować swoje tutaj życie. Jeszcze zaczęliby go żałować… Przesuwa więc segregatory, wyrównuje. Zbiera porozsypywane tu i ówdzie spinacze.

 

   Teraz koledzy wpychają mu w bezradne ręce bukiet goździków. I tradycyjny portret ze skóry. W celofanie, obwiązany czerwoną wstążeczką. Tak tu się żegna sześćdziesięciolatków. Cisną się zewsząd do niego rozdziawione uśmiechem usta, jakby chciały go pożreć. Każdy całuje go, coś mówi. A Gil tylko się uśmiecha, zawstydzony, że  sterczy tak  niby manekin w centrum zainteresowania aż tylu osób. Zawsze się tego  bał.  Nie wie nawet, co kto mówi.

  W końcu napastujące go usta - pełne zębów, języków - cofają się. Wtedy wyciąga w ich stronę, przygotowane na wszelki wypadek, torby czekoladek i ciastek. Ktoś przesypuje to na talerze, a Gil zadowolony ściska wciąż nieporadnie otrzymane kwiaty. Nie wie, co z nimi zrobić.

  Miał nadzieję, że uniknie może tej ostatecznej ceremonii. Ale też bał się przegapienia tego, gdy innych żegna się portfelem i kwiatami. Stoi więc pośrodku uśmiechających się do niego. Coś błyska mu w oku. Łza? Pośpiesznie wysupłuje z  ciasnej kieszonki grzebyk i przeczesuje swe gładko ułożone włosy z przedziałkiem.

  Pani Jadzia oswabadza go od bukietu, przynosząc wazon z wodą. Gil zakłopotany zaciera ręce. Wyłamuje palce.

  - Właściwie… to ja nie lubię pożegnań - wyznaje. - w każdym pożegnaniu  jest coś z umierania.

  - O! Nasz filozof znów coś wymyślił! - wykrzykuje pani Maria, wpychając w usta czekoladkę.

  - Brak nam będzie pana powiedzonek.

  Gil, skromny z natury, rzadko zabierał głos w biurowych pogaduszkach. Nie cierpiał przekrzykiwać się w dowcipkowaniu, zwracać na siebie uwagę. Ale bywało, przełamywał tamę milczenia i wyczekawszy moment gdy inni milkli, wypowiadał bezbarwnym głosem długo przeżuwane zdanie. Ono od razu stawało się dla wszystkich odkryciem. Powtarzano je. Wracano, jak do przysłowia. W końcu zapominano. Tylko przydomek mu pozostał: "filozof". A kiedy ktoś obcy pytał skąd to miano, tłumaczono, ze on ma takie dziwne spostrzeżenia.

  Sam Gil wzruszał na to ramionami. "Filozof w zarękawkach" - mruczał pod nosem.

x x x

 

  Żona, otwierając drzwi, patrzy  mu w oczy pytająco. Czyżby domyślała się czegoś? Wręcza jej bukiety i bukieciki, owinięte mocno już sfatygowanym na wietrze papierze, oraz niebieski balonik.

  - Koniec z pracą! - pokrzykuje wesoło, chcąc uniknąć nagabywań. Chowa się w łazience.

  - Przeprasowałam ci garnitur - słyszy zza drzwi  poprzez strumień lejącej się wody.

  Jan zjada szybko kluski z serem. Tylko tyle dziś na obiad. Mięso wykończyli zaraz po sowiętach. Dziś nie musza się najadać, bo idą na bal, a tam zwykle dużo dań i przekąsek.  

  Zwyczajowo świeżo upieczonych emerytów dyrekcja żegna  oficjalnie podczas balu. Zmożeni snem emeryci ledwo wytrzymują do północy i po hucznym toaście wymykają się cichcem. Tradycja, owszem, miła.

  Pozostało trochę czasu aby zacząć się szykować. Jan zakłada okulary, bierze ze stołu książkę w płóciennej oprawie i wyciąga się na trzeszczącej kozetce.  Przewraca kartki. To "Historia filozofii". Trzy jej tomy kupił pół roku temu w antykwariacie. Za ciężkie pieniądze.  Nie przyznał się Zosi za ile. Nie  pomyślała, że on zawsze rozważny i liczący się z groszem, mógł popełnić takie szaleństwo. Chyba po raz pierwszy. Cóż, ani jego pensja nie za duża, ani jej - nauczycielska.  Ale kartkując przy ladzie te książki po raz pierwszy zbuntował się przeciw swojej porządności. Miałby przez głupie pieniądze nigdy nie poznać teorii sławnego Paskala czy Spinozy??

  - Czy ty  coś z tego zrozumiesz? - zdziwiła się wtedy na widok nabytku Zosia.

  - Jeśli nie wszystko, to choć cokolwiek - uciął zarozumiale.

  Potem tłumaczył, ,ze musi zapoznać się z tym bliżej, bo w biurze nazywają go: filozof. Będzie miał dużo czasu na emeryturze, to może zagłębiać się w coś tak innego od dotychczasowego życia.

  Tak, cały dotąd jego żywot to było chodzenie do biura, siedzenie w biurze, powroty z biura, myślenie o biurze i… chodzenie wcześnie spać, aby rano nie spóźnić się do biura. A kiedy już nie będzie biura, co może być poza tym?

 Odtąd czytywał sobie tę filozofię. Czasem od myślicieli starożytnych, kiedy indziej jak popadło.

  - Zosiu! Wiesz, co to jest bezkres?! - wykrzykiwał czasem  uradowany w stronę kuchni, a ona rozczarowywała go trzeźwością spojrzenia:

 - To chyba coś, co nie ma początku ani końca! Jak w Biblii…

 Dla Zosi wszystko było już w  biblii albo zwyczajnie nudne. Nie miała czasu na   roztrząsania. Nie chwytała w tym niezwykłości czy poezji.

  Nagle stronice filozofii  bledną, książka opada na piersi, a Gil powraca myślami do  minionego dnia, ostatniego dnia jego pracy zawodowej.

x x x

  Drzwi pokoju biurowego wciąż się otwierają. Cisną się koledzy z innych działów. Niosą kwiaty. A główny ekonomista - mały brzydal, ale morowy facet - wręcza Gilowi niebieski balonik z pękiem jemioły. Gil nie wie, co z tym zrobić? Podobno pod jemiołą wszyscy się całują. Gubi się już wśród napierających na niego gęb. Obcałowuje się ze wszystkimi. Nie wie, co się z nim dzieje. Na szczęście każdy dziś się spieszy. Zgarniają z talerzy ostatnie ciastka i pokój pustoszeje. Teraz Gil może spakować do teczki swoją szklankę, łyżeczkę, talerzyk i… przetarte zarękawki.

  Ściąga znad biurka obrazek miasta z palmami wzdłuż zapchanej samochodami ulicy i niebieszczejącym zza bieli kamienic morzem. Wyciął to kiedyś z kalendarza. Brakowało podpisu i nieraz zastanawiano się w biurze, co to za miasto? Dyrektor pewnie by wiedział, nieustannie przecież robi wyprawy w egzotyczne miejsca, ale on jakoś nigdy nie trafił do pokoju, gdzie latami przy tym samym biurku urzędował skromny referent Gil.  Nieraz przy wypełnianiu totolotka żartowano, że  kto  wygra milion,  wybierze się w daleką podróż i może natrafi  gdzie na to miasto. Z czasem obrazek wyblakł. Przestano go zauważać, a dobry los z totolotka dokładnie ich omijał.

   Teraz po obrazku zostaje na ścianie ciemniejszy prostokąt. "Spłowieje wkrótce i to" - macha ręką Gil. Jutro już nikt nie wspomni, że był tu taki poczciwina, sumienny urzędnik, co przy tym spękanym słojami biurku przesiedział całe swe dorosłe życie. Zniknie, jak błędna cyfra starta gumką.

  Na jego biurko przeniesie się Antoni albo pani Jadzia ze szklanką zimnej już kawy, którą wiecznie pije, a nie kończy, bo wciąż gdzieś biega po biurze. Nieraz muszą jej szukać, gdy dzwoni na jej biurku telefon. Za to, gdy już rozsiądzie się na swoim miejscu, bez przerwy porusza ustami, przekazując biurowe ciekawostki.

  On, Gil, nigdy tak nie postępował. Zdążał ze wszystkim na termin. W aktach miał porządek. Do pracy przychodził kwadrans przed innymi. Nie wadził nikomu. Nie skarżył się. Pewnie dlatego pozostał niezauważalny. Jak powietrze. Ilekroć zajaśniała dla niego szansa na awans, pojawiał się ktoś obcy z donośnym głosem i dumnie wypiętą piersią, który szybciej wpadał dyrektorowi  w oko. Tak więc Gil ponad starszego referenta nie wyskoczył.

  Nieraz więc urągał sobie w duchu, że jest małym człowieczkiem, cichym i  nieważnym. Od takich nic w świecie nie zależy. Są mniejsi niż najmniejszy trybik wprawiający w ruch historię. Tacy przemijają bez śladu.

  Tak naigrywając się z siebie, przeklinał swe przedwojenne wychowanie, bo wpojona mu mocno skromność i delikatność przegrywa w dzisiejszym brutalnym świecie, gdzie byle cham wygrywa.

  Teraz też jemu nikt nie proponował pół etatu ani prac zleconych z rachunkowości.  Tymczasem tego karierowicza Małysa wciągnięto do zespołu ekspertów. Gil do dziś łudził się, że i on okaże się w durze nie do zastąpienia. Niestety…

  Wsuwając klucz od pokoju w okienko portierni zawahał się, co miłego powiedzieć portierowi na odchodne. Może podarować mu choć ten głupi balonik z dzisiejszego Sylwestra w biurze, który mu głupio sterczy zza ramienia? Ale portier siedzi jakoś bokiem naburmuszony. Gil   więc odchodzi.

  Zamyka za sobą ciężkie drzwi biurowca. "Tak to się wszystko zakończyło" - powtarza w myślach raz po raz brnąc w poszarzałą zmierzchem ulicę z gwiazdami odległych świateł.

  Taka sama otchłań otwiera się teraz w jego życiu.

  Wlecze się przed siebie, przekładając na różne sposoby zawadzające kwiaty w szeleszczącym papierze i wyrywający się w górę balonik z pękiem jemioły. Wygląda z tym wszystkim całkiem sylwestrowo jak mijający go przechodnie, więc sili się na uśmiech, żeby nikt nie domyślił się, co czuje.

 x x x

  "Lepiej czytać mądre książki!" - stwierdza Gil i powraca do lektury. "Żyje się tyle lat, a nigdy się nie słyszało, co to są antynomie megaryjskie?" A to takie niezwykłe. Jeżeli kłamca mówi, że kłamie, to kłamie i zarazem mówi prawdę. Coś wspaniałego!

  Teraz otworzyło mu się na stronie, gdzie jakiś wcześniejszy czytelnik popodkreślał całe zdania. Było tam, że najwięcej przyjemności ma ten, kto wyrzeka się pragnień, gdyż zaspakajanie ich łączy się z cierpieniem. Ciekawe?!

  Nie, temu już  Gil nie wierzy. Sam przecież ogranicza wciąż swe potrzeby. Nie pali, nie podróżuje za daleko. Nie ma nawet auta. Raz nawet, dawno temu, złożył podanie o talon na samochód, ale szybko  przestraszył się swych aspiracji i wycofał. Zrobił to z lęku, czy wystarczy potem pieniędzy na życie. Koledzy utrzymywali, że utrzymanie samochodu dużo kosztuje, bo i benzyna i garaż i naprawy… Bał się też samochodowych katastrof z krwią, tłumem gapiów i milicją. Trochę też przerażało go załatwianie tych wszystkich formalności z kupnem, prawem jazdy, chodzeniem za tym. Nie cierpiał prosić się. Nie lubił zginać prosząco karku. Nie miał odporności na odmowę. Odmowa raniła jego duszę. Zrezygnował więc, ale jeszcze długo go to  niepokoiło. Zaprzepaścił przecież szansę na wybicie się z powszedniości.

  - Co w końcu z tym samochodem - zapytywała Zosia.

  - Zrezygnowałem.

  - Ty często rezygnujesz!

  - Bo lubię rezygnować. To bezpieczne. Zresztą skromny obywatel żyje nieustanna rezygnacją.

  Żona nic nie dodała. Cóż, po tylu latach znała dziwactwa męża aż za dobrze.

  Nie wtajemniczał jej, że każda rezygnacja daje mu wolność, bo zarazem miał poczucie, że wycofując się wciąż z walki o swoje, chowając się za plecami innych, pogrąża się w małość. Niby się na to godził, jednak było mu nieswojo, gdy ktoś  traktował go protekcjonalnie. Niby bał się być ważnym, lecz nienawidził każdego, kto go traktował z góry. Od razu stroszył się cudacznie, marszczył czoło, zaciskał usta i nie miał nic na usprawiedliwienie, gdy go pytano, o co mu chodzi. Dlatego unikał bratania się z ważniakami. On wymagał większego szacunku niż inni. Po prostu był drażliwy i   w każdym słowie upatrywał aluzji do siebie.

  "Przecież człowiek to brzmi dumnie" - wygłaszał przy byle okazji. A ostatnio wyczytał w książce do filozofii, że człowiek to drżąca trwożliwie trzcina. I z tym się zgadzał.

x x x

  Świeżo upieczeni emeryci, sztywni, w czarnych garniturach, z podstarzałymi żonami, zajmują na balu duży stół, gdzie wita ich dyrektor. Chwieje się nad nim niebieski balonik z jemiołą, zaczepiony na butelce z oranżadą, a inne fruwają pod sufitem.

   Kiedy dyrektor odchodzi witać innych, staje nad nimi Kudełek i szepcze  konfidencjonalnie:

  - Kochani, nie zatrzymujcie dziś dyrektora przed północą. Chcę zaprosić go do stolika i wypić z nim toast noworoczny. Mam wybornego szampana.

  Gil uśmiecha się. Przed laty o to samo zabiegał dzisiejszy dyrektor. Potem mętnym głosem wyśpiewywał: "A koń wyciąga szyję" i przytrzymywał za  połę marynarki ówczesnego dyrektora. Ten wyrywał się, ale chyba zapomniał, że ma wrócić do swego towarzystwa i już do rana obaj pochylając się coraz niżej na stolik wyśpiewywali stara piosnkę o koniu.

  Wszyscy przy stole się teraz uśmiechają. A więc pamiętają tamto. W biurze wie się o wszystkich, co na bal zakładowy przynosili najlepszego szampana.

  - Mówi się po łacinie - zaczyna Gil - "Tempora mutantur et nos mutamus in illis." Czyli: Czasy się zmieniają i my się w nich zmieniamy. A jednak ludzie pozostają zawsze tacy sami…

  - O, zobaczcie, jak Małys kręci się wokół technicznego - pokazuje Partyka. - Nie na darmo wciągnęli go do zespołu ekspertów. Taki nie odejdzie na emeryturę z niczym.

  - Ważni eksperci - dorzuca ktoś z końca stołu, nie bacząc, czy nie dociera to do niepowołanych uszu. - Zjawiają się w biurze od wielkiego dzwonu, a sekretarka naczelnego gania zaraz w popłochu za kawą i ciastkami.

  - Ale Małys dziś sam - obwieszcza ktoś triumfalnym tonem - żona go rzuciła. Za stary już dla niej.

  - Należało go czymś pocieszyć…

  Wybuchają śmiechem. Poręba nalewa w szklanki oranżadę i każdy już rozluźniony dorzuca coś dowcipnego. Póki nie ma tu starego. No, dyrektora. Tylko żony ich milczą onieśmielone. Oni rechocą coraz głośniej.

  - To była już trzecia Małysowa. Całkiem młoda.

  - Podobno miała dość wystawania w kolejkach, by dogadzać jego popsutemu żołądkowi.

  - A jak był młodszy…

  Gil zamyśla się. Jaka głupia ta zawiść maluczkich! Ale i jemu trudno ukryć satysfakcję, że los zachowuje jakąś równowagę i ukarał Małysa. Ten Małys chociaż nie chodził do przedwojennego gimnazjum z łaciną, jak on, a skończył przyspieszona wieczorówkę po wojnie, poprzez partię dopchał się na kierownicze stanowisko. Od tamtego czasu przestał swych kolegów dostrzegać i przy nich najbardziej zadzierał nosa. Z żadnym już nie pogadał, nie ukłonił się pierwszy, nawet starszemu. Grał wielkiego kierownika. Dzisiaj też zamiast zająć swe krzesło przy stole emerytów, wszak i jemu stuknęła sześćdziesiątka, kręci się przy dyrektorach.

  - Popatrzcie, jak to się płaszczy przed Jąkalskim!

  Przezywają Jąkalskim dyrektora technicznego, bo w emocjach nieco się zacina. Tego już nie przepuszczą mu ci, zawsze na liście obecności czy płac, ostatni, co muszą kłaniać się tym ważniejszym i cisną w zatłoczonych pokojach biurowych. Tylko dla ważnych przepaściste gabinety z fotelami, syfonem i sekretarką obok drzwi…

   A naczelny, zwalisty  niczym słoń, stawia śmiesznie nogi do środka. Podwładni mogą więc łatwo go przedrzeźniać i tak mścić się za jego pychę czy ostre słowa. Za to główny księgowy na głos skrzeczący. Niczym żaba.

  Teraz na wyrywki to   sobie przypominają.

 - Koledzy -  przytomnieje wreszcie Przybyła - dajmy spokój złośliwościom. Oni robią nam uroczystość, a my pęczniejemy  niegdysiejszymi żalami.

  - Tak ratują się z kompleksu niższości ci najmniej ważni - dorzuca Gil. - Czasem musi się wygadać ktoś, kto zawsze milczy, choć pragnie krzyczeć.

  - Ale od dziś te wszystkie dyrektory, i ci ich pochlebcy nic nas nie obchodzą. Szybko zapomnimy to, co było złe. Czas zatrze niejedno.

  - Tak, tak - stwierdza melancholijnie Gil. - Czas bywa lekiem. Tylko nie ma leku na jego przemijanie…

x x x

  Milkną, bo dyrektor powraca do stołu dzisiejszych emerytów i napełnia kielichy paniom i ich mężom. Stojąc nad nimi z uniesionym szampanem, zaczyna przemówienie. Recytuje z pamięci powtarzane od lat frazesy, tylko coraz bardziej sapie i urywa.  Błękitny balonik koło jego głowy wstrząsa się  od tego sapania.

   "Po co on tyle gada i gada?" - myśli znudzony Gil.  Uwierają go dawno nie noszone lakierki. Kołnierzyk też. Ale musi trzymać fason. Siedzi przecież na poczesnym miejscu. Dotąd raczej chował się za plecami innych i milczał, choć czasem pragnął krzyczeć. Tylko coś zawsze ściskało go za gardło.

  Tymczasem na bali wszyscy łasili się wokół dyrektora. Jednego i drugiego. Ich żony puszyły się i chyba nikt nie zauważył, jak piękna suknię miała jego Zosia. Długo ją szykowała. Tylko on, zanadto nieśmiały, nie potrafił stworzyć zonie właściwej oprawy. A przecież, czy oprócz niego tu na sali zna kto łacinę? Czy wie kto, co to są antynomie megaryjskie?

  Nie słucha już przydługiej oracji dyrektora. Śledzi tylko poruszające się jego usta. Złote zęby w tyłu. Podrygujący na policzku pieprzyk. Nitkę śliny, która pryska na jego balonik, który przyniósł  specjalnie z powrotem. To go drażni. A dyro wciąż gada i gada.. Z tyłu Kudełek pociąga Gila za rękaw, przypominając toast o północy. Jeszcze ten wymusza poparcie dla swoich podchodów. A odciski w butach pieką.

  - Dyrektorze! Co mi pan pluje na balonik?!

  Sala cichnie. Tylko płomienie świec na stołach mocniej drżą. Wszystkie oczy kierują się na Gila. Czego on chce?

  - O! Nasz filozof chyba trochę popił - próbuje żartować zbity z tropu dyrektor   i po cichu dodaje:

  - Ile to złości w tak niby skromnym człowieczku.

  Ale do Gila to dociera. Zrywa się, nie zważając na przerażenie żony, która ściąga go w dół za rękaw.

  - Ja byłem tylko porządnym pracownikiem! - krzyczy. - Dlatego jakbym nie istniał! Ale dziś zrzuciłem zarękawki! Wyzwoliłem się z zależności. Już jesteśmy sobie równi!

  - Czło-o-o-wieku - jaka się zdenerwowany techniczny - nie psuj pan uroczystości.

  - Czy te zarękawki, to był kaftan bezpieczeństwa? -   dorzuca ktoś z tyłu.

  - Ja wam pokażę! - krzyczy Gil, rzucając się z pięściami na oszołomionego technicznego i grzmoci go gdzie popadnie i wyrzuca z siebie długo skrywane epitety. Niewysoki, chuderlawy, śmiesznie wygląda w tym zapamiętaniu.

  Rozdzielają ich szybko. Gil sapiąc, opada na krzesło. Ktoś podaje mu szklankę wody. Zosia ociera oczy.

  - Tak cieszyłam się na tę uroczystość… Sukienkę sobie sprawiłam.. Co ci się stało? Wszyscy na nas patrzą.

  - Wiesz Zosiu, ja chyba tego od zawsze pragnąłem. Odkąd przekroczyłem próg tego biura chciałem pokazać im wszystkim, że istnieję. Jak ja ich nienawidzę…

  - Pozwoli pan, że zatańczę z pana żoną - pyta nagle dyrektor, który już panuje nad sytuacją.

   Gil podziwia jego umiejętność zażegnywania incydentów. Zosia w tańcu się uśmiecha. Miga turkusem sukni żona dyrektora w ramionach  Kudełka, który nie zasypia gruszek w popiele, by ugrać swoje w biurowej karierze.

Do samotnego przy stole Gila przysuwa się Partyka.

  - Brawo Jasiu - szepcze. - Utarłeś nosa tym zarozumialcom.

  - Fest im wygarnąłeś! Wszyscy tak mówią, tylko boją się głośno. - dodaje Jagusiak.

  Gil patrzy zdziwiony. Nawet nie pamięta, co w amoku wykrzyczał. Podryguje nad nim błękitny balonik z pękiem jemioły, zapraszając do zgody i całowania się.

  - Ty pyzata paskudo! Zgiń! Przepadnij! - mruczy i przytyka zapaloną świecę do balonika. Muzyka głuszy trzask pękającego balona.. Upychając jemiołę między kwiatki z plastiku, gil oznajmia cicho:

   - Człowiek, drżąca dumnie trzcina… To brzmi trwożliwie… Czasem pęka, jak balonik.

   - No i co pan pokazał? - pyta stojący nad nim sztywno Małys.

  Gil zastanawia się, a potem prostuje się i uśmiecha zwycięsko.

 

Krystyna Habrat   

 

Pin It