Krystyna Habrat

 

  DOBRZY  LUDZIE  I  RZECZY  ŁADNE 

/refleksje/

 

Budki dla nietoperzy. Któregoś dnia pokazali w TV młodzież szykującą budki na zimę dla nietoperzy, żeby im w zimie nie było za zimno. Dziewczęta i chłopcy z czułą ostrożnością ..) Wsadzali do tych budek te skrzydlate ssaki. Byli tym bardzo przejęci.

Wtedy przyszło mi do głowy, że są jeszcze na świecie ludzie dobrzy i o takich warto pisać. Media bez przerwy trąbią o terrorystach, wojnach, mafii, korupcji, wojnach, nihilizmie, bezsensie i ślepej pogoni za mamoną, a tu patrzcie młodzi poświęcają swój czas na zadbanie o komfort dla nietoperzy. To, choć brzmi naiwnie, przywraca wiarę w ludzką dobroć.

Znam więcej tak dobrych ludzi.

 

 - - -

Sople. Kilka dni później szłam po deszczu i zobaczyłam gałęzie obrośnięte od dołu kryształowymi kroplami. Były niczym bazie, tyle że przeźroczyste.

Wtedy przyszło mi znów do głowy, że również przejawy piękna należy odnotowywać. Przynajmniej od czasu do czasu.

 - - -

 Co czytał przyszły papież? W wydanej w maju 2004r książce autobiograficznej Jana Pawła II, przeczytałam, że  gdy otrzymał wiadomość o nominacji na biskupa, był z młodzieżą na spływie kajakowym. Pojechał stawić się na wezwanie i w pociągu całą noc czytał "Starego człowieka i morze" - Hemingwaya. A teraz przekroczywszy osiemdziesiątkę, pisze jeszcze i wydaje wiersze. Czy byłby tak wielkim i kochanym papieżem, gdyby nie pisał wierszy, nie kochał literatury? To jedna refleksja. A druga, to: dlaczego pomimo tylu zaszczytów, sławy i wszelkich splendorów, pragnie pisać i wydawać wiersze? Czym jest owa magia twórcza?  (notatka z 2004r)

  - - -

 Szronowy ogród na szybie.  

Któregoś grudniowego dnia staw w naszym parku obok baru o nazwie Wioska Rybacka    pokryty był cienkim lodem we wzory, jak na oszronionym oknie. Okna w barze   również Zamówiliśmy   mintaja, frytki i sałatki i czekając, cieszyliśmy się to ogniem w kominku, to szronem na szybach.  Zaczęłam wspominać dawne zimowe pejzaże z białymi wzorami szronu na oknie. Przypominały misternie powykręcane osty. Zimowe ogrody w bieli.  Niezwykły, tajemniczy świat, wzbudzający tęsknoty. I żal było, gdy topniał.

Raz i w pociągu widziałam tak oszronione okna całe w białych ostach. Podświetlały je co i raz czerwone iskry z lokomotywy, jakie poziomo przefruwały do tyłu.

 Teraz przy ogrzewaniu kaloryferami takich  widoków brakuje.  

 - - -

Lubię... Myśląc o Bożym Narodzeniu i o tym jak bardzo lubię te święta, a Wielkanoc i inne również, uświadomiłam sobie, że ja coraz więcej lubię: spraw, rzeczy, ludzi, zjawisk...  Prawie już  nie używam słów: nie lubię. A tym bardziej : "nienawidzę". Żal mi ludzi, którzy tak wiele nie lubią, którzy często używają określenia: nie lubię. Ileż tracą. Lubić jak najwięcej to naprawdę pozytywne myślenie, prowadzące ku radości, zadowolenia...

 - - -

Zachwyt i szczęście. W recenzji książki Małgorzaty Baranowskiej - "Po co nam szczęście" znalazłam definicję, że: "Szczęście jest pochodną miłości, przyjaźni, zachwytu nad światem, spełnienia marzeń (o i to nie zawsze). Szczęście jest produktem ubocznym. I chyba dlatego ) nie ma go (...) na drogowskazach."

Ja rzadko myślę o szczęściu. Ale  wiem, jak bliskie to zachwytowi, a zachwyt można sobie organizować, wynajdywać do niego powody i wtedy cieszyć się całym sercem. Tak, dla mnie zachwyt jest bliski szczęściu. Jest komponentem szczęścia. Wielki zachwyt też daje poczucie unoszenia się w górę, radości, zawrotu głowy. Takie coś zdarza się nieczęsto. Kilka razy w życiu?

Sama Baranowska, miała wtedy coś 60 lat, była znanym krytykiem literackim, autorką książek z zakresu literatury. Pisała też o szczęściu, a była samotna i od lat  cierpiała na reumatyzm postępujący. Pisała, że czuje ból bez przerwy. Czasem nie może nawet utrzymać w ręku długopisu. Zmarła w styczniu 2012 r.

- - -

Druga strona spełnienia. Życie nas wciąż ogranicza, a kiedy uda się przebić tę skorupę ograniczenia, odsłania się nieciekawy krajobraz.  Psychiatrzy nazywają to: „melancholią wiechy”. Każde spełnienie - osiągnięcie jakiegoś celu- odsłania ukrytą dotąd bolesną stronę tego osiągnięcia i to stanowi zaczątek rozczarowania... Może zazwyczaj to, czego tak pragnęliśmy okazuje się mdłe. Ejże?!

- - -

Kredki.  Porządkowałam dziś pudełka ze starymi kredkami. Zebrało się ich strasznie dużo: zwykłe w oprawce z drewna i kilka pudełek świecowych - grube z Ameryki i chińskie, niegdyś pachnące. Do tego ołówki, mazaki, stare wieczne pióra, pędzelki, gumki do mazania, farby. Niektóre kredki czy ołówki nawet nie napoczęte, nie zastrugane. Inne nieskazitelne, jakby dopiero kupione - całe takie pudełeczka. To  było Romusia i Krzysia.  

 Ogarnęła mnie nostalgia, że tyle w tym  było potencjalnych możliwości a nie zostało wykorzystane. Ileż można było narysować, namalować z tego obrazków! Mogli wyćwiczyć rękę w rysunku, rozmiłować się w sztukach plastycznych. Wybrali inne zawody, może ciekawsze, a na pewno bardziej na czasie. Tylko ja mam poczucie winy, że kiedyś brakło mi czasu dopilnować ich rysowania, malowania i wyrabiania sobie bardziej kaligraficznego pisma tymi dziesiątkami ołówków, kredek, wiecznych piór. Wtedy na wszystko brakowało mi czasu. Pewnie niejedno zaniedbałam.

 W każdym chyba domu zostają stare zabawki, kredki, książeczki, nie do końca zapisane zeszyty, i trochę rzeczy  niekompletnych i te już przestarzałe jak wieczne pióra w dobie SMS, komórek i a-meili. Najpierw  chowa się to gdzieś i zapomina. Potem ile razy wpadnie to w ręce, niewiadomo co z tym zrobić i znów się chowa, uszczuplając zapas o rzeczy naprawdę nieprzydatne i po drodze podniszczone. Nikt tego nie potrzebuje, bo kupuje się rzeczy nowe, lepsze, o nowocześniejszych funkcjach. A kiedy tamto przyjdzie wreszcie wyrzucić, trochę żal, że tak coś się kończy. Wspomnienia, ale też marzenia nie do końca spełnione.

Mnie jeszcze było trochę zazdrość, że ja nie miałam tak dużo kredek. Inne były czasy. Bardziej ascetyczne. Ja rzadko domagałam się kupowania rzeczy. Książek - owszem, ale rzeczy odkryłam późno. Ale dotąd pamiętam zapach pudełka nowych kredek, jakie dostawałam na początek roku szkolnego (raczej nie co roku). W pudełku było ich 12: żółta, pomarańczowa, różowa, czerwona, bordowa, fioletowa, niebieska, szafirowa, seledynowa, zielona, czarna i brązowa. A koleżanka dostała od siostry studiującej w Moskwie pudło z 24 kredkami i była tam kredka biała.  Ja otrzymałam podobne - z białą - już w dorosłości - chyba jako symbol rzeczy przychodzących za późno i niewykorzystanych.

Miałam też biały mazak. Wzięłam go z całym zestawem na wybory 4 czerwca 1989r i prawdopodobnie zostawiłam w kabinie, bo już nie nigdzie nie znalazłam.  Znamienne.  Bałam się, że bez własnych mazaków mogę coś pomylić przy głosowaniu na Solidarność.

- - -

Kiedy przedmioty zaczynają istnieć.  Najpierw potrzebowałam książek. Każda wydawała mi się zapowiedzią czegoś niezwykłego. Byłam pewna, że  jak ją tylko otworzę, to odkryję jakąś niezmiernie ważną prawdę jak żyć, w wymiarze dalekosiężnym i tym codziennym, albo  doznam przy niej wielkich wzruszeń, przeżyję rzeczy niecodzienne.  Dzięki  zaczerpniętych  z nich wartości miałam wspinać się ku czemuś wyżej i wyżej. Dlatego  gardziłam książkami lekkimi, pogodnymi, tymi dla dziewcząt, kobiet i dla rozrywki, czy zabicia nudy w podróży. Rzadko czytałam cos przypadkowego. Każda miała mieć takie wartości, by mocno wpływała  na moje życie.

Spodziewałam się, że przyjdzie  taki dzień, gdy książki już nic nie będą mogły dać mi więcej i wymyśliłam, iż wtedy rozejrzę się w otaczającym mnie świecie i zauważę przedmioty. I te wtedy polubię, zacznę je kupować. Te miłe dla oka. I dla wygody. Dla uprzyjemnienia życia. Dla sprawienia przyjemności innym. Dla wielu powodów, które wymyślę. Wcześniej kupowałam tylko to co niezbędne - do ubrania, mieszkania i nie przywiązywałam zbytniej wagi do mody, trendów, snobizmu. Teraz więcej kupuję. To może być nawet przyjemne. Byle rzeczy nas nie zasypały!  Ale książki są znowu coraz  ciekawsze.

- - -

Poszerzanie życia - zachłanność na życie.  Znalazłam odpowiedź,  po co się pisze. Chodzi o literaturę piękną. Takie pisanie to poszerzanie w nieskończoność własnego życia i świata o wszelkie wymyślone czasy, światy, postacie, zjawiska...

Ktoś wiodący żywot nieciekawy i zapisujący w dzienniku, co jadł na obiad, co robił w swej codziennej krzątaninie, nie poszerza swego życia ani świata. Nawet ciekawe życie można opisywać w sposób nudny. Ileż ciekawych rzeczy wynalazły siostry Bronte w monotonnym krajobrazie chmurnego nieba i wrzosowisk z wiejącym wiecznie wichrzyskiem.  Rzecz w tym, by widzieć w każdym drobiazgu więcej niż inni. By widzieć to, czego nawet nie ma.

No i pisać, to trwać w nieustannym wzruszeniu.

- - -

Dla kogo? Odkryłam zatem po co się właściwie pisze. Dla tego życia w nieustannym wzruszeniu oraz chęci jego poszerzania. Czyli z zachłanności na życie. Z apetytu na owo permanentne wzruszenie. To dla osoby piszącej. A co dla tych, dla których się pisze? Dawać im coś, co ich wzbogaci, pocieszy, wzruszy. Cały problem w tym, żeby inni chcieli to czytać. A jeśli i oni chcą tworzyć swe własne, rozległe, fantazyjne światy?

- - -

Powroty do miejsc szczęśliwych.  Są takie miejsca, gdzie czułam się szczęśliwa z powodu urody  krajobrazu, architektury i  niezwykłości atmosfery,  tchnącej spokojem i nastrajającej do zachwytu. Ile razy później po raz drugi odwiedzam to miejsce z reguły doznaję rozczarowania, bo już jest nie tak. Miejsce widziane wiosną nie może być podobne jesienią, gdy kwiaty przekwitną, zimno, pochmurno i deszcz  siąpi, ciemność szybko zapada i trzyma w domu, gdy ludzie są już tam inni. Tak było w Krakowie kiedyś w lipcu podczas egzaminów wstępnych na studia, gdy wszystko w słońcu było jasne i piękne, piękniejsze, niż potem w  chmurnym, zadeszczonym, październiku, gdy szybka zapadał mrok i noc... Podobnie w Poznaniu w maju i potem w zadeszczonym lipcu. W Klimkówce w czerwcu dużo przesiadywaliśmy na werandzie, zachwycając się rozległym widokiem błękitnego jeziora otoczonego górami i bezmiarem błękitu nieba. Łagodne linie schodzących w wodę zboczy gór, pokrytych lasem, łamały sterczące na pierwszym planie ostro zarysowane świerki. Z rzadka ktoś się tam pojawiał na drodze. Częściej pojedyncze ze świergotem ptaki. Rozkoszowaliśmy się lekturą (akurat udaną). Koiła nas cisza w słońcu. Obserwowaliśmy mrówki i pszczoły. Następnego roku przyjechaliśmy w maju, aby znowu nacieszyć  się widokami, słońcem,  lekturą na werandzie, a tu nasze pełne nadziei oczekiwanie popsuły deszcze i chłody. Nie można było posiedzieć na werandzie. Za to zwiedzaliśmy okolicę i wiele zabytkowych, drewnianych cerkiewek na trasie aż do Krynicy. Ale coś zawiodło.

Bywa też na odwrót. Nieraz coś, co rozczarowało, przy powtórnym spotkaniu - zyskuje.

Ale to nie tylko to. Mój początkowy zachwyt rozkwita we wspomnieniach do takich rozmiarów, że potem to samo wydaje się gorsze. Oczekuje potem czegoś niezwykłego, czego tam wcale nie było a tylko moja wyobraźnia to stworzyła. Bo czymże jest specyficzna atmosfera i zachwyt? Tworem wyobraźni!

Czyżby więc nie należało powracać do miejsc szczęśliwych? Może tak. Ale odwiedzane po raz trzeci wracają do normalnych rozmiarów. Przestają przesadnie zachwycać. A na dłuższą metę - zwyczajnieją. Tak było z Krakowem, kiedy mieszkałam w nim 6 lat.

W naszym przeżyciu czegoś główną gra rolę oczekiwanie na to coś.   

 

- - -

  Ona  się radowała jeden rok.  Janka przyszła do nas w szóstej klasie szkoły podstawowej. Już na inauguracji roku szkolnego  zauważyłam, że  pojawiła się nowa uczennica, ładna i delikatna blondynka, o włosach do ramion. Szpeciła ją tylko sino-czerwona  plama na skroni. Zaraz ją pod byle pozorem zagadnęłam i  przyjęła to z wyraźną wdzięcznością. Okazała się miła, lecz bardzo nieśmiała. Jej blada twarz często oblewała się rumieńcem. Była przy tym smutna.  Trochę było mi żal, że  jest tak oszpecona przez to dziwne znamię. Nie było w zwyczaju o takie sprawy wypytywać, a   moja wyobraźnia nie nasuwała mi żadnych podejrzeń. Wkrótce zapomniałam, że miała wcześniej jakąś plamę, bo jej twarz  stała się przejrzyście czyta, choć  blada.

Pozostawała cicha, zamknięta w sobie i pozostająca zawsze w tle, gdzieś z tyłu. Nie próbowała grać w klasie pierwszych skrzypiec. Nie wyrywała się do odpowiedzi. Nie  starała się zwracać na siebie uwagi. Milcząca. Raczej smutna. Wywołana do odpowiedzi,    mówiła głosem cichym i bezbarwnym. Czasem się  jąkała, nie mogła się wysłowić. I jak to bywa w szkole takich niewyróżniających się niczym, a nie sprawiających kłopotu, nauczyciele  nie zauważają i oceniają na dostatecznie.

My, najbliższe koleżanki wiedziałyśmy już, że mieszka z matką w barakach, stojących na skraju lasu, tak tymczasowo. Matka, chyba dużo starsza od naszych mam, wyglądała na osobę steraną życiem, ale dobrotliwą. Dbała o córkę. A ta milcząca tylko czasem ożywiała się  cichutkim śmiechem. Tak było  cały rok.

Na początku klasy siódmej wychowawczyni wypełniała w dzienniku dane dotyczące rodziców każdego ucznia - kim jest ojciec, matka, gdzie pracuje.  Każdy podchodził do stołu i je podawał a reszta klasy zajęta była jakimś zadaniem. Janka dłużej niż inni szeptała coś nauczycielce i to wyraźnie  zrobiło wielkie wrażenie. Od tego momentu nasza pani   zaczęła Janeczkę hołubić, jakby ja dopiero teraz zauważyła, jakby chciała jej coś wynagrodzić. To rzucało się w oczy. Ta stara panna, wiecznie ponura cierpiętnica, w pretensjach do całego świata, zawsze niezadowolona z uczniów,  nagle ujawniła, że ma w swym repertuarze jeszcze jeden ton: pełen macierzyńskiej miłości. Odtąd zwracała się do  Janki z wielką serdecznością, chwaliła ją przesadnie i jak tylko mogła wyróżniała. Mówiąc do niej, potrafiła nawet zmienić swój gderliwy ton na całkiem miły.

Janka tak  opromieniona rozkwitła.  Już nie trwała smutna w bezruchu, jakby chciała zająć jak najmniej miejsca a gestykulowała żywo, kręciła się i wszędzie jej było pełno. Teraz poznano jej prawdziwy głos, już nie jąkała się cichutko zaczerwieniona, a mówiła dużo i głośno. Jej śmiech wybijał się teraz często z ogólnej wrzawy. Śmiała się często z byle czego. Zacietrzewiała się w dyskusji z koleżankami. Nawet im docinała. Musiano teraz liczyć się z jej zdaniem. Narzucała swoje i nie znosiła sprzeciwu. O, wkrótce nawet zaczęła drzeć nosa. Zauważyłam, że ma elegancki notesik i często w nim coś notuje.  Żadna z nas takiego nie miała.   Przeprowadziła się też z matką do bloku.

Wysokie oceny, jakie stawiała jej ze swych przedmiotów (a były to przedmioty ważne)  wychowawczyni, sprawiły, że i inne nauczycielki zauważyły teraz, jak Janka jest dobra. Więcej umiała niż w klasie szóstej? Chyba nie. Tylko wydobyto ją z cienia. A chwalona przepoczwarzyła się. Jej dotychczas cichutki przy tablicy głosik spotężniał. Trema, w przekonaniu, że cokolwiek powie czy zrobi, to będzie chwalona,  znikła. Jej słowa płynęły więc z łatwością i układały się bez trudu w zgrabną wypowiedź.  

Ale ósma klasa, to była już inna szkoła, liceum ogólnokształcące  na drugim końcu miasta, z innymi nauczycielami. Ci lubili podnosić poziom szkoły, strasząc: "Dziecinko, zapisz się lepiej do liceum kominiarzy!" Z nudów wyżywali się na uczniach, podrwiwali z nich, wymyślali złośliwości, tylko z wielką przyjemnością stawiali dwóje. Janka   nie wytrzymała tego wszystkiego. Zrezygnowała z nauki chyba po miesiącu. Nawet nie wiem, czy chodziła jeszcze do jakiejś szkoły średniej. Plątała się w tłumaczeniach, że będzie pracować i uczyć się w wieczorówce. Znikała nam z oczu znowu nieśmiała i smutna.

     Wyszła za mąż wcześnie, kiedy my  pochłonięte byłyśmy rozpoczętymi studiami, i wyjechała  gdzieś. Więcej o niej nie słyszałam. Szybko weszła z powrotem w cień.

   Puenty do tego mam trzy albo i więcej.

   Po pierwsze: niedobrze  ucznia nadmiernie wyróżniać, bo załamuje się gdy tego braknie .

   Po drugie:  szkoda, iż nadopiekuńcza  wychowawczyni nie podała Jance przysłowiowej wędki, czyli nie nauczyła jej, jak się uczyć, nie wyrobiła w niej ciekawości świata i zamiłowania do zdobywania wiedzy, a także odporności psychicznej. Z takim wyposażeniem łatwiej byłoby pokonać trudy i przeciwności szkoły średniej. Tymczasem wychowawczyni  znieczuliła jej odporność psychiczną, gdy  zaczęła ją wyróżniać na wyrost. Jance  wtedy wszystko zaczęło łatwo przychodzić i uwierzyła, że jest we wszystkim dobra,  lepsza od innych, nawet najlepsza za wszystkich. Pierwszy kubeł zimnej wody od razu zmył ją z tego jej Olimpu.  I nie odważyła się już wspinać w górę. 

  Po  trzecie:  to straszne, jak potrafią zniszczyć ucznia niektórzy nauczyciele, jak ci z liceum, którzy doprowadzili Jankę do poddania się i rezygnacji! Była w tym bezduszność znudzonych belfrów,  którzy lubili się pośmiać z wystraszonych uczniów. Brak empatii. Wtedy z całych sił forowano uczniów chodzących wcześniej do tej szkoły, by pokazać, że z niej wychodzą lepsi, a  Janka i kilkoro z nas przyszliśmy tu ze szkoły rywalizującej, więc niektórzy dokuczali nam. Kto z nas przetrwał, radził sobie coraz lepiej, myślał o studiach, kończył je.  Tylko Janki już z nami nie było.

  Ale ja wolę mieć dla Janki  jeszcze jedną, ostatnią puentę: dobrze, iż nauczycielka choć na   rok umożliwiła jej wyjście z cienia i poznanie radości bycia pośród najlepszych.  Dobrze, że miała w życiu szczęśliwy rok, który wspominać będzie z radością. Iluż uczniom nauczyciele mogliby takie coś zaofiarować, zamiast dobijać ich nieustanną dezaprobatą: zdolny, ale leń, czy mógłby się bardziej przykładać.

  My mieliśmy pani za złe, gdy   zaczęła  tak bardzo wyróżniać Jankę. Chwaliła ją demonstracyjnie na każdym kroku. I na wyrost. To Jance dodało skrzydeł! Z cichutkiej, zahukanej, nieśmiałej, stała się prymuską. Uwierzyła w siebie. Nawet wypiękniała. Pytana odpowiadała swobodnie pewnym głosem. Na przerwach śmiała się najgłośniej, bywała nawet złośliwa wobec nie radzących sobie z nauką. Zaczęła  popisywać się, że wie wszystko najlepiej. Dopiero w ogólniaku, gdzie już nikt jej nie chwalił, a wszyscy czyhali na wpadkę, nie wytrzymała i odeszła ze szkoły. Szkoda, że nasza pani nie wpoiła jej jak się uczyć i że trzeba być oczytaną i odporną psychicznie. Ale miała przynajmniej jeden rok szczęścia i sukcesów.

  Ciekawe, co wyszeptała wtedy pani na ucho? Po latach przypuszczam, że  uciekła wtedy z mamą od ojca pijaka i żyło się im niełatwo.  Rok wcześniej przybyła z wielkim sińcem pod okiem. Tylko pani tego nie  zauważyła.

 

 NIE POTRZEBUJĄ JUŻ HEMINGWAYA

Podobno ameryk,. biblioteki likwidują pozycje, których od dana nikt nie pożycza, bo są zbyt trudne np. "Komu bije dzwon" Hemingwaya, "Wściekłość i wrzask" Faulknera i pisma dawnych filozofów. A jeszcze w Madrycie niektóre lokale reklamują się, że tam bywał E.Hemingway, a jeden na odwrót - że tu Hemingway nigdy nie bywał. Legenda dłuższa niż książki? Nie chcemy już czytać książek trudniejszych? Gonimy za nowościami, nie ceniąc minionych? Pewne treści i formy szybo się zużywają? Szkoda. A jeszcze bardziej żal tych książek, które nigdy do szerszego grona czytelników nie dotrą, bo np. są dostępne tylko w internecie, a ten jest szeroki i głęboki. A gdyby tak zrobić listę zapomnianych, a wartych czytania... Np.: Linna - "Tu, pod gwiazdą polarną; Farrel - "A łzy twoje przestałyby płynąć"; K.Gjellerup "Młyn na wzgórzu": Spark - "Pełnia życia pani Brodie"; Moore - "Judyta"; Szpetowa- "Anna i jej rodzina"

 

Herbata. Nieraz, kiedy parzę herbatę, przypominam sobie, że najlepszą piłam na zebraniach Rady Katedry w Zakładzie Psychologii UJ w roku akademickim 1964/65.

Parzyła ją koleżanka, Hanka Ż. Piliśmy w białych filiżankach. Przyniosła ich z domu kilkanaście docent G. Co w tej herbacie było tak nadzwyczajnego? Fakt, ze zgodnie z przysłowiem była mocna, słodka i gorąca. No i aromatyczna. Ale tą moją zabarwiało jeszcze coś innego. Zebrania te odbywały się w czwartek po południu a tego dnia ja od samego rana prowadziłam ćwiczenia ze studentami i ledwo zdążałam zjeść obiad (goniąc w tę i z powrotem do akademika). Wracałam jeszcze zmęczona umysłowo sześcioma godzinami ćwiczeń a ponadto gonitwą na obiad i pośpiechem w jedzeniu i  zziajana, z wyschniętym gardłem. Taka zasiadałam  w szacownym gronie: profesor, sześciu docentów, jeden doktor i  pięcioro magistrów. Ja byłam najmłodsza. Nieśmiała. I nie miałam gdzie mieszkać. To ostanie najbardziej mi doskwierało. Jak znalazłam jakieś lokum, to nie chcieli osoby pracującej, żeby się tam nie wmeldowała na stałe. I tak borykałam się po byle kątach. Kiedy więc taka dostawałam na zebraniu filiżankę aromatycznie pachnącej herbaty, koiła moje wysuszone gardło jak najlepszy nektar.

- - -

Nienazwana tajemnica. Jest coś takiego, co pozwala osiągnąć to, czego się pragnie, ale tu nie  chodzi o szczęście. To jeszcze cos innego. Nie potrafię tego nazwać ani określić bliżej. Ktoś mógłby powiedzieć, że to jednak szczęście, albo talent, albo ...Nie, nie! Tego jeszcze nikt nie nazwał.

Jeszcze się nad tym zastanowię.

- - -

Dziwna dziewczyna.  Którejś jesiennej soboty, wstąpiliśmy  po drodze do kościoła i tam odbywała się ceremonia ślubna. Wszystko dostojnie i elegancko. Krótko więc pomodliwszy się, po cichu zawróciliśmy. Z boku kościoła stało kilka dziewcząt, otaczających jedną w czerni, która słaniała się w płaczu i paliła  łapczywie papierosa.  Kiedy wracaliśmy otaczali ją ubrani w ciemne garnitury chłopcy, wyglądający na gości weselnych. Osłaniali ją przed oczami innych. Wyglądało, jakby jej coś perswadowali, powstrzymywali przed czymś.

Nigdy nie dowiem się co to za historia, ale wyobraźnia podpowiada mi, że to porzucona dziewczyna przyszła na ślub swego chłopaka z inną. Może nawet była żona.

Bardzo to przeżyłam. Tak bym chciała ją pocieszyć! Miłość jest szczęściem. Ale bywa i nieszczęściem. A wyobraźnia?

- - -

Ludzie obserwujący gniazdującego orła. Oglądałam kiedyś w TV film o dzikim ptaku - może to był orzeł, może sokół, nie pamiętam - który nieoczekiwanie założył gniazdo na obrzeżach Central Parku w Nowym Jorku. Nawet na balkonie przyległego tam domu. Ludzie zaczęli go obserwować i całymi tygodniami, nawet miesiącami zbierał się tłumek ciekawskich z lornetkami. Patrzyli, dzielili się uwagami, cieszyli z rozwoju wydarzeń w gnieździe.  Przeżywali, kiedy jedno pisklę wypadło, cieszyli się, gdy inne uczyły się pod okiem matki latać i na koniec wyfrunęły. Między obserwującymi wytworzyła się swoista wspólnota. Razem wszystko przeżywali i na koniec raczyli się wspólnie tortem zrobionym na cześć ptaka.

Chyba to byli dobrzy ludzie. Dobrze, ze mieli tylko takie problemy i wystarczająco dużo czasu, by się im poświęcić. W takiej sytuacji i gdy jeszcze w duszy spokój, łatwiej jest być dobrym.

A poza tym trzeba mieś coś, by zająć oczy i uszy a potem serce, gdy nie ma się nic na głowie. Żeby nie popaść w znudzenie, rezygnację, rozczarowanie, rutynę, zniechęcenie, pustkę, starość. Trzeba umieć sobie takie rzeczy wynajdować.

- - -

Uwielbiam moment  zajarzenia się pomysłu i stan, jaki po nim następuje - żarłocznego przymusu, aby ubrać to w słowa, co bywa tyleż męką co i rozkoszą, czymś nie z tego świata.

- - -

Jan Paweł II zmarł 2 kwietnia 2005 r o godz. 21.37.  W żałobie świat cały się zjednoczył. Zjechali się na pogrzeb do Watykanu prawie wszyscy przywódcy państw, prezydenci (Busch, jego ojciec, Clinton, Mitterand, Szreder, Kwaśniewski, Wałęsa i in)  królowie (Hiszpanii i in.) Zasiedli w żałobie obok siebie dotychczasowi wrogowie: Izraelczycy obok Palestyńczyków, Busch obok  władcy Iranu, Wałęsa podał rękę na wybaczenie (chrześcijańskie) Kwaśniewskiemu, pojednali się kibice zwaśnionych od lat klubów sportowych. Świat stał się lepszy. Choćby na moment wobec tej prostej, cedrowej trumny wielkiego człowieka. Ale coś lepszego pozostanie.

- - -

Wanda pochłonięta swym ogródkiem.  Poznałam ją na I roku.  Była młodym lekarzem i studiowała dodatkowo psychologie , równocześnie dwa pierwsze lata. Była w mojej grupie i okazała się osoba bardzo sympatyczna, kontaktową i uczynną. Chętnie dzieliła się swymi wiadomościami. Raz podczas początkowych zajęć ze Strzemboszem, wypisała mi na kartce czym charakteryzuje się astenik i pyknik, pokazując to na przykładzie  koleżanek z roku, jednej długiej i chudej jak tyczka, a drugiej okrągławej.   Pisała, że ta pierwsza ma wszystkie kości i mięśnie długie, a w przeciwieństwie do niej pykniczka ma je krótkie i grube i dlatego zawsze wygląda na grubszą.

Wanda, starsza od nas kilka lat, wyglądała dość poważnie i była raczej smutna, pomimo tego, ze chętnie się śmiała. Wrażenie to pogłębiały jej czarne, gęste brwi i czarne włosy, zaczesane gładko a także jej wysoki wzrost. Pamiętam jeszcze, jak zarzucała niedbale swój płaszcz na stojący wieszak, obwieszony szczelnie naszymi okryciami. Później podobny gest dostrzegłam u mojej bliskiej koleżanki, Haliny O. - też młodej lekarki. I tylko u nich obu. Chyba w tym pamięć mnie nie zawodzi. Widocznie nauczone były nie dbać o takie  drobiazgi, gdy trzeba śpieszyć z pomocą choremu.

Potem Wanda znikła mi z oczu, bo studiowała wyżej. No i pracowała. Trochę przyjaźniła się z kolegą z naszego roku, ale chyba nie dość poważnie. Kilka lat później usłyszałam, że wyszła za mąż i mieszka w Anglii. Na razie nie pracuje a zajmuje się swoim ogrodem i jest bardzo szczęśliwa. Ta informacja była  zbyt skąpa, żeby oddać, czy nie pracuje nad nostryfikacją dyplomu, nad językiem angielskim, by powrócić do zawodu lekarza, ale wbiła mi się w pamięć, bo coś mnie w tym zaintrygowało. 

Zdziwiłam się, jak można poprzestać na czymś tak mało ambitnym jak uprawianie ogródka. Wiedziałam, że już znany filozof (chyba Wolter) do tego nawoływał, aby unikać w ten sposób ran od świata, gdzie zgiełk i hałas, ale traktowałam to jako przenośnię, a co najwyżej wyjście awaryjne dla mniej ambitnych. Zbyt wielu widziałam uprawiających swe ogródki. Nie wierzyłam, żeby Wandę to zadowoliło, że długo na tym poprzestanie, że szczęście w miłości i ogródek może wystarczyć. I choć wiem już jak wspaniałe  bywają ogrody  angielskie, gdzie nawet krzewy mogą być przycięte w kształt pawi, jak w pewnym rosarium koło szkockiego zamku, to wciąż nie dowierzam, iż uprawianie ogrodu może stać się celem samym w sobie.

 

"Złota rybka"

Przeczytałam  kiedyś informację o instytucji o nazwie "Złota rybka", która realizuje marzenia. Należy tylko do nich napisać, chyba poprzez internet.  Poszukałam tej strony z ciekawości, jak to bliżej wygląda, oczywiście nie myśląc o sobie.

 Okazało się to coś całkiem banalnego - długi rejestr marzeń młodych ludzi i -o ile pamiętam - coś tam zrealizowane, ale nie było to aż tak ciekawe, żebym zachowała to w pamięci i dopiero zanotowane hasło: "złota rybka" przypomniało mi o tym, ale nieważne.

 

 Piękna w swej ponurości późna jesień. Dziś 12 grudnia 2006r - po słonecznych i ciepłych dniach ubiegłego tygodnia i takim samym wczorajszym poniedziałku, dziś, jak i w niedzielę, od rana do wieczora pochmurno, szaro, ciemno aż trzeba było świecić lampy. Deszcz zacinał,  rano nawet ze śniegiem, wiał wiatr, porywając ze sobą nagie gałęzie drzew. Pod wieczór chodniki , mokre od deszczu, lśniły w świetle latarń. I było w tym wszystkim niesamowite piękno szarego obrazu.

-----------------------------------------------------------------------------

POŚPIECH niecierpliwość,  Brak czasu, i tęsknota za szarą godziną.

  Śpieszymy się coraz bardziej. Już nie mamy cierpliwości kręcić w koło tarczę telefonu, a szybko wystukujemy numery; odkręcać kran i wybieramy taki, gdzie wystarczy podnosić dźwigienkę. Samochód wypiera piesze wędrówki, winda – bieg po schodach. Coraz więcej urządzeń przyśpieszających nasze działania, a my mamy mniej czasu. Czy marnujemy go na rzeczy niepotrzebne. Może TV i Internet go zabierają? A kiedyś ludzie zatrzymywali się w biegu i o zmierzchu siadaliby zapatrzeć się w zapadający zmrok, porozmawiać, pomyśleć, zadumać się nad życiem. My nie mamy na to czasu, bo musimy biegnąć, śpieszyć się...Do czego?

-----------------------------------------------------------------------------------------------------

 „NASZA-KLASA”

 Trochę jeszcze o fenomenie portalu "nasza-klasa". Dlaczego do niedawna miał aż tak wielkie powodzenie?

 Po prostu my, Polacy, jesteśmy jednak narodem wędrowców. Jakoś się tego nie zauważa, że wyjeżdżamy do szkół, na studia i potem najczęściej nie chcemy wracać w rodzinne strony, by oglądać stale ten sam krajobraz, tych samych ludzi. To głównie dotyczy ludzi z prowincji, bo kto mieszka w stolicy czy w Krakowie, nie rusza się stamtąd od pokoleń, chyba, że Krakus wyrusza "podbić" stolicę. Nie ruszają się też z małych wiosek, gdzie mają ziemię, domostwa, gospodarstwa i żywą trzódkę, bo jakże to porzucić. To opuszczą tylko nieliczni, którym tam  miejsca zabraknie, albo chcą wyjrzeć, co jest dalej za górką, za zakrętem. Do tego trzeba doliczyć emigrantów poza ojczyznę.  W ten sposób większość z nas osiada w dorosłości poza miejscem rodzinnym, z dala od miejsc młodości i czujemy się niezadomowieni, bo tu nam brak kolegów, koleżanek z podwórka, piaskownicy, ze szkoły a przyjaźnie w dorosłości zawiązuje się trudniej. Jest się zresztą uwiązanym w domu pośród rodziny, brakuje czasu. Dlatego, kiedy otwarła się możliwość odnowienia kontaktów z dawnymi kolegami, koleżankami, rzucamy się na to z entuzjazmem.

--------------------------------------------------------------------------------------------------

 DOBRZY LUDZIE

 

 

Wczoraj w telewizji pokazali, że pewna rodzina, ludzie młodzi z kilkuletnią córką, wzięli na wychowanie dwóch małych, ciężko chorych chłopców. Ta kobieta - młoda i ładna - wyznała, że ma poczucie, jakby Pan Bóg miał wobec nich taki plan, by zajęli się takimi właśnie chłopcami. Muszą karmić ich kroplówką, a chcą to robić i cieszą się, że dzieciom u nich lepiej niż w "sierocińcu". Jest jeszcze dużo dobrych ludzi. To podnosi na duchu.

Krystyna Habrat

 

Pin It