Krystyna Habrat

ZWIĄZEK PRZYCZYNOWO-SKUTKOWY

 POMIĘDZY CZAPECZKĄ  A  SKARPETKĄ,

CZYLI

 PEDAGOGIKA WIERSZOWANA

 

  Dziś będzie krócej, bo trzeba wyjść w plener, radować się wiosną.

Już naprawdę wiosna. Dzień długi, pełen słońca. Błękit w górze rozległy. Tylko na horyzoncie gdzieniegdzie białe obłoki. Wierzba płacząca pod moim oknem okryła zwisające witki drobnymi listkami. Dwa grzywacze, jak od lat, krzątają się wokół  niej, pewnie znów budują na  konarze proste gniazdo z patyczków. Trawa się zieleni. Kwitną krokusy na liliowo, żółto, biało.

 A ja  proponuję temat, który trudno zebrać w całość, bo to będą raczej pojedyncze zdania, czyli powiedzenia, przysłowia, krótkie wierszyki, dotyczące spraw wychowawczych i mocno do niedawna  kultywowanej kultury bycia na co dzień. Jeszcze mojemu pokoleniu towarzyszyły od maleńkości przeróżne wezwania, nakazy i przestrogi. Kiedy dziecko coś sobie zrobiło podczas zabawy,  słyszało zaraz:

  "Gdyby kózka nie skakała, to by nóżki nie złamała."

  Gdyby któreś z nas ośmieliło się powiedzieć  mamie, że czegoś nie zrobi, bo mu się nie chce, zaraz by usłyszała:

  "Mus od niechcenia o trzy lata starszy."

  Więcej tłumaczyć nie było trzeba. Robiło się to i koniec. Takie powiedzonka były wychowawcze. Dyscyplinowały od małego. Choć były wyjątki. Miałam ze 17 lat, gdy ktoś wielce zgorszony powtórzył mi w tajemnicy, że słyszał, jak moją rówieśnicę mama zapytała, czy by nie obrała ziemniaków na obiad? Ta, stojąc przed lustrem,  tylko wzruszyła ramionami, mrucząc, że jej się nie chce. I jej mama w milczeniu sama się zabrała do obierania. I nawet się nie obraziła. Nie powiem, czy szybko potem jej córuchna znalazła męża. Poważni kandydaci szybko pewne sprawy przyuważą. Może mama nie przymuszała jej do niczego przykazem dla leniwych dziewcząt, które niby miały do roboty za ciężkie ręce:

  Wysyp ten piach z rękawa.

      Tato mój powtarzał czasem za swoim nauczycielem, który każde niemrawe usprawiedliwianie się ucznia podsumowywał  ironicznie:

  Że czapeczka była mała, to skarpetka mu spadała.

Do kompletu podam to powtarzane za nauczycielem  przez mego męża po długiej odpowiedzi ucznia:

  Siadaj chłopczyk. Prawidłowo. Ogólna ocena: 2. I  2 tygodnie do poprawy!

  Cóż, znudzeni nauczyciele musieli sobie jakoś życie ubarwiać.

A gdy czyjaś odpowiedź była nieprawidłowa, można było usłyszeć podsumowanie:

  Akurat kapelusz, no łeb za duży!

 

  Do tego krążyły  popularne  niegdyś wierszyki Jachowicza, jak ten, jeśli nie pomyliłam autora:

  "Andziu, Andziu nie rusz kwiatka!

  Róża kłuje - rzekła matka.

  Andzia matki nie słuchała,

  Ukłuła się i płakała."

Już nie wiem dokładnie, czy wszystkie były Jachowicza, bo o "Pawle i Gawle" napisał Fredro, a były jeszcze: "Pan kotek był  chory i leżał w łóżeczku", i   - Stefciu Burczymusze, co nikogo się nie boi" itd.

 

Co ja się ich nasłuchałam! To była jedna z metod wychowawczych naszych dziadków i rzadziej już - rodziców.

 Sama już ich prawie nie stosowałam. Za mało było chwil dla dziecka, gdy wracało się z pracy po godzinie czwartej i nie wiadomo było,  czy iść z nim na spacer? czy kończyć podgotowany wczoraj obiad? czy sprzątać?

  Nawet z niepokojem zastanawiam się, czy w porę nauczyłam moich synów ładnie jeść nożem i widelcem. Zanim się do tego zabrałam zobaczyłam przez okno przedszkola, jak mój starszy, wtedy trzylatek, sam zjada zupę z talerza. O dziwo! W domu  go jeszcze karmiliśmy, kusząc: "No, otwórz buzię,  widzisz muszka, muszka leci". A  on tę muszkę pac ręką i ta niby  muszka, a właściwie łyżka z kaszką rozchlapywała się wokoło. I słusznie, muszka nie powinna wpaść do buzi. Tylko nam już pomysłów brakowało, jak go zmusić do jedzenia. No i czasu. A tu zza okna widzę, jak zjadł cały talerz zupy i pani nakłada mu już pulpecik i  kartofelka. Od razu zaatakował łyżką (nią dzieci jadły drugie danie) mięsko, ale okrągły kartofelek wciąż mu się spod łyżki wyślizguje, nie daje się przekroić, a cały w buzi się nie mieści. Odeszłam z mego punktu obserwacyjnego i dopiero zabierając syna do domu po plamach na fartuszku poznałam, że były jeszcze buraczki i sosik. Ale dziecko nauczyło się jeść w przedszkolu bez proszenia, a  odpowiednie sztućce dostało w domu.

  Pewnie jak mnie, zapracowanej matce, i innym mamom  zabrakło czasu na wpajanie dziecku właściwych zasad  zachowania. Największym lękiem napawało nas, by dziecko znowu nie przyniosło z przedszkola zaraźliwej choroby i szefowa w pracy nie  wykrzykiwała z oburzeniem, że za dużo biorę tych  zwolnień L-4.  

  Odchodzą więc w zapomnienie dawne wierszyki pedagogizujące i powiedzonka, ale warto niektóre przypomnieć. Choćby ten Jachowicza o książkach, który być może troszkę przekręcam:

  "Zamiast sukien, zamiast wstążki

  Kupowała Andzia książki.

  Ale żadnej nie czytała.

  Ot tak tylko, aby miała.

  Na to mama jej powiada:

  Książka w szafie nic nie nada,

  Pszczółka z kwiatów miodek chwyta,

  Kto ma książki niechaj czyta!"

 

  Nie odmówię sobie, by nie zacytować kilku barwnych powiedzonek już nie dla dzieci.

Gdy ktoś się stawał ekscentryczny, za bardzo się wygłupiał, to kwitowano krótko:

Rad głupi, ze oszalał.

  A rozhisteryzowaną  dziewczynę uspakajano ironicznie:

Ojej, jajko trzeba przelać!

  Narzekającą wciąż dziewczynę, przywoływano do porządku słowami:

Złej tanecznicy to i rąbek u spódnicy przeszkadza.

  Powstrzymywano też skutecznie przed niewłaściwymi popisami publicznymi, jak i podpisywaniem się na murach zabytków:

  Osła imię wszędzie słynie.

  Niestety to ostatnie peszyło  bardzo młodocianych autorów, a szczególnie autorki przed próbami zadebiutowania. Ale to już chyba przeszłość. Młodsze pokolenia już nie są skrępowani  podobnymi hamulcami. Na pewno mniej mają zahamowań. Na jedno lepiej tak, na inne - gorzej.

 Kiedy ktoś zrobił coś, co powinien robić codziennie, co było jego obowiązkiem, ale się wymigiwał, zamiast podziękowań padało:

 Trzeba to zapisać węglem w kominie!

A na dobranoc:

  Śpij prędko, bo poduszka potrzebna!

Ale na leniwych śpiochów było bardzo obrazowe:

  Leży, jak wór z diabła!

A na usprawiedliwienie tego:

  Jak śpi, to nie grzeszy.

Za to obżartuch mógł  usłyszeć ludowe powiedzonko:

  Lepiej go odziewać niż karmić.

 

 Była też  kiedyś surowa, życiowa przestroga:

Bylebyś się po sądach nie włóczył.

Oraz przekleństwo:

  Bylebyś się po sądach włóczył!

 W ostatnich czasach coraz bardziej to rozumiem i traktuję z należytym lękiem.

 

  Jednego natomiast napomnienia bardzo nie lubiłam:

  Pokorne cielę dwie matki ssie.

  Nie, żebym była uparta  albo  przekorna,  jednak zawsze wtedy myślałam: ale pozostaje tylko cielęciem! Nie pamiętam, czy odważyłam się powiedzieć to mamie głośno.

  Słyszałam też czasem, gdy nie mogłam czegoś z wysoka dosięgnąć:

Gdzieś był, jak ludzie rośli?

  To mnie jednak nie obrażało, bo najpierw i ja dopiero rosłam, a potem przerosłam przekomarzającą się tak osobę. 

  Natomiast dwie popularne sentencje, sama sobie nieraz powtarzałam:

Jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma.

 Dużo później zobaczyłam przedwojenny film ze Szczepciem i Tońciem, którzy śpiewali piosenkę z takim właśnie refrenem. Jeszcze później - nową do tego puentę Andrzeja Poniedzielskiego, co jest, gdy i tego się nie lubi. Zastanawiające…

 

  Dzieci też mają niezwykłe powiedzonka. Mój starszy syn, w wieku przedszkolnym podjechał raz na rowerku do leżącego pijaka i zaczął go pouczać:

  Śpiochu, leżochu, wstawaj, bo cię mrówki zjedzą!

A mając coś 5 lat oznajmił jesienią, że:

  Trzeba poprzywiązywać liście grubymi sznurami, żeby nie uciekały do ciepłych krajów.

  Młodszy syn w wieku 4 lat na widok kwiatu ostu powiedział:

 O, przyczepiajka  z grzywką!, bo przyczepiajką nazywał rzep, jaki się przyczepiał do ubrania, a ten miał  u góry purpurowy… pióropusz.

  Dawna pedagogika unikała czułości i pochwał wobec dzieci. Matki podobno zawsze bardziej kochają synów i traktują ich mniej surowo, a nawet niemiłosiernie rozpuszczają.  Natomiast chyba żadna dziewczyna nie mogła usłyszeć od matki, że jest ładna. To podobno zwichrowałoby jej charakter. Ważniejsze, by była pracowita i skromna. Czasem tylko mogła usłyszeć, jak i chłopak:

  Ty musisz wysoko latać.

  To było wskazanie, rozbudzanie ambicji. Kiedyś bardzo dbano o rozbudzanie ambicji, jak i o kulturę osobistą, czyli sposób bycia, oczytanie, umuzykalnienie, obycie w świecie i w Kulturze przez duże K.

 A jedyną pochwałą, jaką można było usłyszeć od dorosłych było:

  Jeszcze będą z ciebie ludzie.

 

  Jakże to wszystko inne od współczesnej pedagogiki, która nakazuje po równo stosować kary i nagrody, a nawet okazywać dziecku więcej serca. No i, broń Boże, nigdy nie użyć pasa! Jeszcze łagodniejsze są zasady wychowania bezstresowego, a właściwie brak zasad i tylko: Róbta, co chceta - spopularyzowane przez znanego działacza od zbiórek na szpitale. Czy ktoś w dobie takiej pedagogiki ośmielił by się  powiedzieć dziecku, że aby być kimś w życiu, musi bardziej przysiąść fałdów, czyli więcej się uczyć, pracować. A media alarmują, że wielu z tak wychowanych beniaminków kończy u psychiatry. Najpierw taki wychuchany i rozpuszczony dzieciak robił co chciał, później nie wiedział, czego chcieć.

 

  Żeby nie zrobiło się zanadto poważnie, nawet smutno,  powrócę jeszcze do znanych mi powiedzonek. Najpierw przedszkolny wierszyk, jaki raz wyrecytował młodszy syn, gdy ktoś próbował go  jakoś tam przezwać:

Przezywanie nic nie boli,

Niech ci diabeł łeb usmoli.

Niech cię smoli całe lata,

Aż się zrobi z ciebie szmata.

Taka szmata do podłogi,

 Przyjdą goście, wytrą nogi.

   A u nas na podwórku była odpowiedź na "Głupi":

Głupi, to sobie chleba kupi, a mądry pójdzie na flądry.

  Podwórko było niezłą szkołą życia, jakiej nie znają dzieci dowożone do szkoły samochodem przez przesadnie  troskliwych rodziców.

  Dawno temu przy naszej klatce schodowej w odległym już mieście Maciek wyrył scyzorykiem "Wojtek bez po" i ale urwał, bo nadszedł ktoś dorosły. Sama widziałam jak to robił. Poczciwy Wojtek nie wziął sobie tego do serca. Dopiero, gdy ktoś inny dokończył do rymu, że "bez portek", mama Wojtka zaczęła ubolewać, dlaczego tak? Wojtuś przecież  spodnie ma.

 

  My nieraz sobie w domu powtarzamy w odpowiedniej sytuacji powiedzonko skwapliwego urzędnika, który zawsze przytakiwał przełożonemu: Wedle tego, jak pan dyrektor sobie życzy…

  I drugie makabryczne z kawału, gdzie kobieta za kierownicą do przejechanego:

Jak już pan tam leżysz, zobacz, co mi tam pod spodem  stuka.

Ale tego już nie nadużywamy, bo mężowi przestała się ta makabra podobać .

  A gdy ktoś nadgorliwy, a nieuprawniony nawołuje do czegoś, ostatnio choćby do demonstracji ulicznej, mruczy się pod nosem:

Już lecę, aż nogi łamię!

 A jest to stanowcza odmowa.

  Kiedy ktoś  na coś po długich   błaganiach wreszcie przystaje na coś, pokazując jak wielką robi łaskę (łachę) może usłyszeć od zniechęconego:

  Wymuszony pacierz Panu Bogu niemiły.

   Za to nie wiem dlaczego, na niespodziewane hałasy i łomoty za ścianą  mówi się:

  Żeń się Jasiu, żeń.

 Na zakończenie powiem, że  jest też obrazowy opis zakończenia jakiejś męczącej i długotrwałej sprawy:

Koniec. Co za ulga, aż wiatr z głowy leci.

 

  Krystyna Habrat

 

 

 

 

 

 

Pin It