Wiesław Łuka

Wiesław Łuka pisze o mankamentach studiów dziennikarskich i o grupie swoich studentów, jakich spotkał po raz pierwszy.

 

luka wieslaw

 

O studiach dziennikarskich i studentach dziennikarstwa można od kilkunastu lat przeczytać i usłyszeć tylko źle – że programy poszczególnych semestrów nakazują przyswajać młodym wiedzę historyczną, socjologiczną, filozoficzną, ekonomiczną, że najmniej w nich nakazów (egzekwowanych egzaminami) uczenia praktyki dziennikarskiej; to po pierwsze. A po drugie – katastrofa, że studenci są odporni na czytanie książek i prasy oraz systematyczne śledzenie radiowych i telewizyjnych programów informacyjno-publicystycznych.

 

Dwadzieścia z górką lat mojej obserwacji i zmagania się z kolejnymi rocznikami potwierdza ten katastrofalny stan. Na pierwszych zajęciach trzysemestralnego cyklu ćwiczeń z podstaw warsztatu dziennikarskiego pytam „pierwszoroczniaków”: dlaczego znaleźli się na tym wydziale? czego tu szukają? czym wabi ich dziennikarski fach? Słyszę: chcą spotykać ciekawych ludzi i chcą nauczyć się pisania. Niby rozumieją ścisłą zależność wymarzonego pisania ze swoim, autorskim nazwiskiem w gazecie w niedalekiej przyszłości z intensywnym czytaniem ze zrozumieniem najwartościowszych treściowo i formalnie tekstów wybitnych autorów. Nie ma innej metody szlifowania własnego języka z podglądaniem i analizą tego, co inni napisali. Zachęty i nalegania dają jednak marne, praktyczne efekty.

Jest wiele przyczyn tego stanu rzeczy. Odporność studentów na zachęty wykładowców, ale także często nasze naciski i groźby niezaliczenia przedmiotu, jest analizowania przez od lat. Spośród wielu przyczyn wybieram jedną. Profesor Teresa Sasińska-Klas z Uniwersytetu Jagiellońskiego zwraca uwagę na głębsze, niż tylko studenckie lenistwo, powody wstrętu do drukowanego słowa na papierze. (Powtarzam – na papierze, bo na ekraniku smartfona to wygląda już inaczej). Otóż wielu studentów płci obojga, zwłaszcza tych wyselekcjonowanych, czyli ze studiów dziennych, próbuje zaliczać równocześnie dwa, a nawet trzy różne kierunki. Są to nie tak rzadko dość odległe od siebie wydziały. Moje przykłady: dziennikarstwo na Uniwersytecie Warszawskim, handel zagraniczny w Szkole Głównej Handlowej, prawo kanoniczne na Uniwersytecie Kardynała Wyszyńskiego. Albo… nie, nie , o weterynarii zamilknę. Dlaczego młodzi tak się rzucają na „głębie” wiedzy? – ponieważ uważają dziennikarstwo za studia łatwe do „przejścia po nich spacerkiem”. Mam w swoich grupach takich, którzy narzekają ( by nie powiedzieć „jęczą”), że maja trudności z utrzymywaniem się na powierzchni tych „głębi”, że toną. Proszą o wyrozumiałość, o liberalne traktowanie częstych nieobecności na zajęciach, o spóźnieniach i zaległości w pisaniu zadanych tekstów z kolejno analizowanych gatunków dziennikarskich. Po jednym semestrze nie tak rzadko znikają, zostawiając puste miejsce, czym krzywdzą tych, którzy się nie dostali na wymarzone dziennikarstwo.

Co zrobić z takimi? Nie traktować ich cokolwiek ulgowo? Zbyt łatwo usprawiedliwiać ich ponadnormowe nieobecności? Mimo wszystko nie zaliczać niedbale napisanych tekstów z nadzieją, że następne będą lepiej napisane? Profesor Sasińska-Klas twierdzi, że kto niby studiuje równocześnie dwa, a nie daj Boże - trzy fakultety, nie studiuje żadnego. Sprytnym młodzieńcom i pannom udaje się zdobywać zaliczenia, ale powszechnie wiadomo, że to nie ma nic wspólnego ze zdobywaniem wiedzy i nauką fachu. To prawda, że rodzą się także geniusze, ale takich nie spotkałem. Powtarzam pytanie: co zrobić z tymi „pływakami na głębiach”. To pytanie należy kierować do tych, którzy podobno przygotowują reformę szkolnictwa wyższego. Odpowiedź: na początek zaostrzyć dyscyplinę przyjęć i tego, co się dzieje w trakcie pierwszego, licencjackiego etapu studiów. Studenci mają sporo racji, gdy narzekają na zbyt skromne nauczanie praktyczne, czyli na warsztat dziennikarski. Uważam, że ten przedmiot powinien trwać przez wszystkie lata studiów. Nie każdy kandydat/ka przychodzi z pisarskim talentem, ale prawie każdy/a jest w stanie żmudną metodą ćwiczeń wiele osiągnąć w posługiwaniu się językiem polskim na piśmie i mowie podczas głośnych, przed grupą prezentacji różnych form opisu, opowieści i komentowania rzeczywistości. Może wówczas zmieni się opinia o studentach i absolwentach dziennikarstwa w redakcjach. One obecnie unikają przyjmowania na staże studentów i absolwentów naszego wydziału. Renomowane redakcje prasowe, nie chcą „rozparzeńców” – to się słyszy podczas wielu dyskusji medialnych a także w renomowanych uczelniach i dziennikarskich kręgach prasowych. Można podejrzewać, że nie inaczej wygląda sprawa w mediach elektronicznych z wyjątkiem Internetu. Do niego najłatwiej się dostać. Dlatego jest on w dużej części zaśmiecany tzw. dziennikarstwem obywatelskim z swoim żenującym poziomem pod względem treści i formy.

Dość narzekań. Chcę napisać o czymś, co mnie zaskoczyło w stopniu niespotykanym od dawna; nie wykluczone, że po raz pierwszy od wspomnianych już dwudziestu z górką lat. Zapewniam, nie ma to nic wspólnego z faktem, że poinformuję o tym na dwa dni przed prima aprilis. Przedtem uwaga: od lat jestem wyczulony na „współpracę” moich studentów z Internetem. Chodzi oczywiście o podawanie przez nich do oceny teksów jako własnych, a już po przeczytaniu pierwszych zdań widać, że są one wyszukane w całości lub w licznych akapitach w komputerze. Są tylko z lekka podrasowane przez sprytną młodzież. Nie trudno po latach praktyki odróżnić temat i tekst własny studenta pierwszego roku od tekstu „przyswojonego” z sieci.

Aż tu tydzień temu niespodzianka. Otóż po kilku naszych wspólnych analizach felietonów wybitnych autorów, młodzi z grupy szóstej mieli napisać tekst autorski z zachowaniem przedyskutowanych cech gatunkowych właśnie tego gatunku. Napisali, kolejno czytali, pilnie słuchaliśmy i za chwilę dyskutowaliśmy - „za” i „przeciw”, w duchu życzliwości koleżeńskiej. Powtarzam, to nie prima aprilis -niezwykle miłe zaskoczenie poziomem tego co usłyszałem, a co wysoko oceniłem. Najmarniejszych kilka ocen – to „4+”, a reszta - „5” lub „5!”. Od październikowych pierwszych zajęć powtarzałem im i kolegom wykładowcom: wyjątkowa grupa, w większości ubiegłorocznych maturzystów. Powtarzam: taka zdarzyła mi się chyba po raz pierwszy.

Cytuję Roksanę (starościna ze skłonnością do przegadywania tekstów), która pisze o palącym problemie zaostrzenia prawa aborcyjnego: „… Będąc matką jesteś potencjalną kryminalistką. Lepiej więc, by to dziecko się urodziło… bo czternastolatki noszące, w brzuchach dzieci bez nerek, baz szans i nadziei, rzadkością nie są, a maluchy narodzić się muszą… I jak okrutnie to nie brzmi, lekarze już wiedzą, że dla młodej mamy ratunku nie ma, chyba że wizja przesłuchań i niekończących się procesów…”

Cytuję Gabriela (zwany archaniołem, z tendencją do nadmiernego oszczędzania słów i skracania akapitów) o konfrontacji sztuki przeszłych wieków z dzisiejszą awangardą: „… Dawno, dawno temu, gdy dopiero zaczynałem swoją przygodę z jakąkolwiek inną formą kultury niż filmy animowane czy komiksy, wybrałem się do Muzeum Narodowego, gdzie znajduje się kultowe dzieło Jan Matejki <Bitwa pod Grunwaldem> . Pamiętam, jak ogromne wywarło ono na mnie wrażenie: postacie, formy, wielkość, wykonanie, ale przede wszystkim ogrom pracy, którą musiał w to włożyć artysta - wszystko to wywołało u mnie podziw i swego rodzaju niedowierzanie. A teraz z wielkim smutkiem muszę niestety stwierdzić, iż emocje, które wtedy odczuwałem, nigdy nie powtórzyły się względem jakiegokolwiek dzieła malarskiego obecnych twórców… A może w dobie Internetu i wszechogarniających nas informacji nie szukamy już w sztuce tych wartości, co nasi przodkowie i wolimy szybko, ale i przelotnie przeżywać to, co widzimy…”

Cytuję Hankę ( z odwagą, ale i życzliwością odnajduje w tekstach kolegów ewidentne kiksy) o problemie polskich śmieci: „ … A jak ukarać tych, którzy jedynie upuścili jeden papierek? Bez najmniejszych konsekwencji zaznaczają swoją obecność, gdzie popadnie? Śmietniki na ulicach są ogólnodostępne. Nie zapominajmy też o posiadaniu własnych kieszeni i toreb, gdzie wiele można ukryć. Śmieci z chodników same się nie zbierają, a ludzi odpowiedzialnych za czyszczenie naszych codziennych ścieżek nie traktuje się z należytym szacunkiem. Śmiecić może każdy, a sprzątają ludzie anonimowi. Anonimowość łączy śmiecących i sprzątających . A może łatwiej jest z góry założyć, że co druga osoba z tych sprzątających odpracowuje sądowy wyrok ograniczenia wolności i właściwie to ledwo co zasługuje na nasze podnoszenie papierków po zjedzonych przez nas batonikach…”

O studentach dziennikarstwa przeważnie pisze się źle. Prawda – jedna jaskółka nie czyni wiosny. Czyż jednak nie zasługuje na zauważenie niezależnie od prima aprilis?

 

 

Pin It