Piotr Wojciechowski

na Biesiadę Literacką 27 marca

 

SZAMANI ZŁYCH PRZECZUĆ

 

wojciechowski      Państwowy Instytut Wydawniczy nie tylko istnieje pod starym adresem, ale także nadal wydaje książki. Właśnie niedawno wznowił powieść austriackiego pisarza i kompozytora Herberta Rosendorfera „Budowniczy ruin” – kiedyś zachwycałem się, teraz wróciłem do lektury i nie bardzo potrafię to czytać. Tak, to nadal jest dobrze napisana i dobrze – przez Edwina Herberta - przetłumaczona powieść. Ja jednak jestem już innym czytelnikiem, mniej potrafię się bawić pomysłami fabularnymi, kunsztowną plecionką wątków, smaczkami erotycznych awantur w krajobrazach Wenecji i Tyrolu, ja teraz szukam schodów do piwnic świadomości autora. A tam mrok. Rosendorfer to jak ja, człowiek wojennego pokolenia – dlatego chciał od pamięci grozy uciec w przestrzeń groteski i metafory, zachciało mu się naśladować Jana Potockiego „Rękopis znaleziony w Sargossie”. Z prawdziwym kunsztem naśladował strukturę szkatułkową arcydzieła – nie potrafił jednak zapalić nad głową czytelnika słońca oświeceniowego porządku. Przeważyły ciężary austriackiego losu – tragedia, w której zwyciężeni stali się współwinni zbrodni i zostali pokonani drugi raz w tej samej wojnie. Ten pokoleniowy ciężar nosił Thomas Bernhard, po nim odchorowali to swoją twórczością Elfriede Jelinek i Michael Haneke - o parę lat młodsi.

 

   Krąży mi po głowie myśl o leju beznadziejności, złego losu, jaki wytwarzają wokół siebie kataklizmy historii. Anna Achmatowa w roku 1915 napisała modlitwę zawierającą słowa: „Daj mi lata niemocy i nieszczęść, daj bezsenność i bezdech bolesny”. Teraz czytam jej stary wiersz, napisany już w 1911 - „Pieśń o ostatnim spotkaniu”. Wiersz - przekład Zbigniew Dmitroca - opowiada o schadzce kochanków, która ma się skończyć wspólnym samobójstwem – a zaczyna się zwrotką:

Tak bezradnie się z zimna kuliłam,

Ale krok mój był dziwnie lekki

Na dłoń prawą bezwiednie włożyłam

Rękawiczkę z lewej ręki

Ten symbol rękawiczki włożonej przeciw porządkowi świata tkwi mi głowie jak ćwiek. Martin Walser, kiedy pisze o późno odnalezionych listach i zapiskach śmiertelnie chorującego Franza Kafki – tak odczytuje tkwiące w nich przeczucia kataklizmu: Subtelne poruszenia jego prozy – „co prawda, ale” – i „wprawdzie – wszelako” – służą temu, by to, co najgorsze przedstawić jako możliwość w danym momencie najlepszą. To jednak, co najlepsze, gdy przyjmie postać superlatywu – zostaje zarazem już w chwili zjawienia się zakwestionowane przez ruch słowa, który nie pozwala utrwalić się niczemu.   U Achmatowej: Krok mój był dziwnie lekki…

Czy Kafka i Achmatowa odwoływali się tylko do osobistych zagrożeń, lęków, świadomości odchodzenia? Czy ostrzegali przed morderczymi paroksyzmami dziejów? Wątek katastroficzny to nic nowego, nic rzadkiego w twórczości, to często wyłącznie sztuczka użyta do epatowania, wywołania wrażenia głębi i prorockiej kompetencji. Są jednak okresy, kiedy taka sztuka, taka literatura fascynuje nas mocniej, wywołuje mocniejszy sprzeciw. Tak było i jest na przykład z powieścią Jeana Raspail „Obóz świętych” – opisującą miażdżącą metaforą współczesny kryzys migracyjny, ale napisaną już w 1973 roku, prawie pół wieku temu!

   Dziś mamy na ekranach debiut reżyserki ze szkoły łódzkiej – Joanny Szelc – „Wieża. Jasny dzień”. Reżyserkę uhonorowano „Paszportem Polityki”. Film dostał nagrody w Gdyni, także za scenariusz. Mocny film, ze świetnie sfotografowanymi dynamicznymi scenami, z aktorstwem na najwyższym poziomie, z kreacjami pokazującymi nowe twarze aktorskie. A jednocześnie film irytujący, pretensjonalny, żywiący się myślowo pokarmami tendencyjnej publicystyki. Prowincja, krajobrazy pogórza Ziemi Kłodzkiej. Mieszczańska rodzina czterdziestolatków i jej goście, a także córeczka. Dziewczynka ma przystąpić do Pierwszej Komunii w wiejskim kościele, z gromadą wiejskich dzieci. Dziewczynka ma matkę biologiczną której nie zna, i matkę adopcyjną, która jest siostrą biologicznej. Kobiety histerycznie walczą o dziecko, w tle obłęd wiejskiego kapłana, skandal w kościele. Wieś i państwo z miasta przeżywają to wszystko orgiastycznie, to znaczy pijąc na umór. Lasem przemyka islamski uchodźcza kryjąc się przed nieznanymi prześladowcami. W finale wszyscy – miastowi i wiejscy, dorośli i dzieci - jak zahipnotyzowani idą tyralierą przez sielski krajobraz – idą jak nagonka w polowaniu na pustkę zaaranżowana przez reżyserkę. Skąd siła tego filmu? On jest jak rękawiczka młodej Achmatowej naciągnięta na opak. Zaleca się widowni napisem na ekranie „Oparty na przyszłych wydarzeniach”.

Głosi więc rozpad rodziny, krach religijności, triumf monopolu spirytusowego. To trochę bez sensu? Oczywiście. Bo to sygnał zapraszający widownię jeden schodek w dół. Znowu Achmatowa: „A krok mój był dziwnie lekki”.

     Nieważne, co jest opowiedziane – ważne, że profesjonalnie, dziwnie, mocno. Reżyserka wyznała zresztą w rozmowie z Piotrem Czerkawskim (Magazyn Filmowy, nr 3 (79)): „Jestem dyslektykiem, więc w porównaniu z „osobą zdrową” mam niewerbalny chaos w głowie.”

Bardziej krzepiące słowa znalazłem w wywiadzie udzielonym Joannie Sławińskiej (miesięcznik „Kino”, marzec 2018): …mnie w ogóle nie interesuje o czym jest film, tylko co wykonuje na widzu […]. Taki papierek lakmusowy, ujawniający co jest w nas – co się z nami stało, co nam kapitalizm zrobił, że jesteśmy tak bezradni wobec tego, co sami myślimy i musimy mieć wszystko wytłumaczone przez innych?”

   Nie wiem, czy film Jagody Szelc będzie miał dużą widownię. Może jednak mimo wszystkich słabości, zostanie przyjęty jako sygnał, znak że przestrzeń tu się zakrzywia, tu jest krawędź leja, przez który przelewa się katastrofa lub objawienie – nowość, jaką trudno nazwać.

Muszę powiedzieć, że nie czekam na kolejny film tej utalentowanej i skutecznie działającej reżyserki. Czekam na nowy film Zanussiego, podobno po zdjęciach już, na ukończeniu. Czekam na rozmowę, w której o tych dwu i paru innych filmach, paru książkach dałoby się porozmawiać syntetycznie, z szerszym spojrzeniem na pola kultury. W swojej najnowszej książce „Uczyń ze swego życia arcydzieło” (Wyd. RCTK 2018) stawia ten pisarz - reżyser tezę o tym, że wartości muszą być obecne w polu kultury, aby zachowała ona tożsamość i dynamikę.

 

Pin It