Piotr Wojciechowski

 na Biesiadę Literacką 30 stycznia 2018

 

 WOLNOŚĆ W SOSIE TATARSKIM

 

wojciechowski       Aby móc pracować, trzeba umieć wyrzucać zbędne papiery. Ktoś, kto pisze, w naturalny sposób przyciąga do siebie książki, czasopisma, pliki komputerowych wydruków, listy, pamiątkowe zaproszenia. To wszystko grozi mu zaduszeniem, dlatego  trzeba przekopywać, selekcjonować i wyrzucać. W tym trudzie natrafiłem ostatnio na plik gazet sprzed dziesięciu lat. Chciałem wyrzucić i zatrzymałem się. To były przeważnie egzemplarze dodatku „Europa” wydawanego w cyklu tygodniowym przez gazetę o tytule „Dziennik”. Obszerne artykuły i wywiady wydały mi się nie tylko przedziwnie aktualne, miałem również wrażenie, że są głębsze od tych współczesnych, pisane spokojniej, na niezłym poziomie. Dużo o relacji między Polską a Europą, dużo o sprawach wewnętrznych.

 

   Przykład: „Europa” z 3 listopada 2007 roku, na pierwszej stronie zapowiedź dwu materiałów – Jadwiga Staniszkis rozmawia z Peterem Sloetedijkiem „Czy Polska przetrwa w Europie”. Jarosław Gowin dyskutuje z Kazimierzem Ujazdowskim o relacjach PIS i PO „Czy wojna kiedyś się skończy?”

  Odsuwam od siebie te pożółkłe papiery, odsuwam ich nieprzyzwoitą aktualność. Myślę, że większość tego, co uważamy za niedobre, zdarzyła dlatego, że ludzie polityki nie przeczytali rad, analiz i ostrzeżeń jasno przedstawianych w ówczesnych mediach przez pisarzy, naukowców, publicystów.

 Myślę o Europie. O Polsce i znów o Europie. Gdzie się toczy wojna, o której 10 lat temu mówili Gowin z Ujazdowskim – i dziś mogliby mówić dalej? Polska w Europie? To znaczy gdzie? Europa nie jest prawdziwą częścią świata, to  nie jest kontynent. To jakiś balkon Azji, taras z widokiem na Atlantyk, kawałek czegoś większego, który wybił się na autonomię fuksem. Albo dostał to od losu za piątkę z filozofii. To jedyna okolica globu, w której powstawały i rozwijały się suwerenne systemy filozoficzne. Suwerenne, to znaczy niezależne od religii i struktur władzy. Półwysep Myśli.  Formalnie pasmo gór Uralu stanowić ma granicę między Europą i Azją. A gdzie ta granica leży rzeczywiście? Rosja jest państwem równie azjatyckim jak europejskim. Zwyciężona przez tatarskich chanów w bitwie pod Kałką w 1223 roku, podporządkowana Złotej Ordzie w roku 1238, nie była okupowana, ale zmuszona do przyjęcia pewnego stylu ustanawiania i sprawowania władzy.  Zwycięstwo kniazia Dymitra Dońskiego w bitwie na Kulikowym Polu w roku 1380 nie doprowadziło do wyzwolenia Rosji z azjatyckiego stylu rządów – wtedy rozpoczęło się tylko przejmowanie władzy przez rody książęce i bojarskie. Potem władzę odebrał car. Ani bizantyjskie, ani zachodnie wpływy nie zmieniły istoty systemu. Dziś przybiera on formy władzy putinowskiej. W tkankę samorządności duchowej Europy,  w jej tradycję śródziemnomorską, chrześcijańską i oświeceniową od stuleci  przesiąka azjatycki styl władzy i myślenia o władzy. Polska leży w strefie intensywnej osmozy idei. To dlatego my, chociaż zakorzenieni  w Europie przez swoją kulturę, traktaty, sojusze, nie musimy szukać na mapach Uralu, aby spojrzeć na linię, która nas oddziela od Azji.

 Każdy z nas nosi kawałek tej granicy w sobie, w mózgu, w podświadomości, w sumieniu. Każdy z nas ma tę wstążeczkę pamiątkową, ten talizman. Może dlatego tak trudno jest nam widzieć  fragmenty tej granicy wokół siebie, w dyskusjach, mediach, polityce.

   Parę dni temu byłem na spektaklu muzyczno-poetyckim przygotowanym przez Muzeum Literatury w 80-lecie urodzin Włodzimierza Wysockiego. Przetłumaczone na polski piosenki rosyjskiego barda składały się na dramatyczną opowieść o tym, jak aktor, pieśniarz, poeta i kompozytor – nigdy przez kremlowską władzę nie akceptowany – krwawo i bezradnie, znieczulając się wódką, próbował wyrwać z duszy ten kawałeczek linii granicznej, którą nosił w sobie.

    Dlaczego pokochało go tak wielu Polaków? Bo tę chirurgię próbował odwalić za nas. Albo z nami.

  Przez dziesięciolecia śpiewaliśmy w kościołach pieśń, w której refrenie powtarzały się słowa: „ojczyznę wolną racz nam wrócić, Panie!„ Dość wcześnie zaczęła mnie nawiedzać myśl, że śpiewający razem wcale nie mają na myśli tej samej „ojczyzny wolnej” – że jedni myślą o Polsce dwudziestolecia międzywojennego widzianej z punktu widzenia dziarskich harcerzy, drudzy o tej samej  historycznie Polsce oglądanej z ganku ziemiańskiego dworku, czy z okien kasyna oficerskiego, jeszcze innym marzy się Polska szklanych domów z „Przedwiośnia” Żeromskiego, albo warszawski Żolibórz z socjalizującego WSM-u. Rozmaite nostalgie mieszały się z rozmaitymi utopiami, przychodziło wspomnienie o przelanej w wojnie krwi, o kacetach i łagrach. Była symboliczna inscenizacja wolnej Ojczyzny w pierwszych dnia Powstania, Warszawa we flagach, zaraz potem w krwi i ogniu. To była cena za „Ojczyznę wolną”, za piękny mit. O próbie realizacji tej tęsknoty mówiono na strajkach w sierpniu 1980 , spierano się o nią w celach internowania, modlono się za nią w „Mszach za Ojczyznę”. Dawno i niedawno zarazem.

  „Wolna Ojczyzna”  widziana z daleka jawiła się inna niż ta, która nam teraz zagląda w okna i ściele się na ekranach. Wolność jest wartością, póki się jej nie zdobyło. Potem jest już tylko pytaniem – ile potrafisz. 

  Komu się marzyło, że ta Polska wolna będzie tak drapieżnym sporem, grą sił, dzieleniem tortu, rozsypującą się układanką. Kto się spodziewał, że taką zaakceptujemy, bo rzeczywistość jest oczywista. Kto się spodziewał, że chlebem powszednim będzie dla nas pasowanie kawałków układanki, dzielenie tortu, udział w sporze?

  Pisarz przyuczony do konstruowania i poprawiania  scenariuszy, do analizy fikcyjnych fabularnych narracji, musi zaakceptować realne fakty państwa, ustroju, instytucji, społeczeństwa. A jednocześnie z zawodowego nawyku opukuje te konstrukcje pytaniami – komu i jaka krzywda się dzieje, kto ma władzę i ile jej ma. Patrzy, ile w każdym działającym publicznie jest zwierzęcia, ile kapłana, ile w motywach decyzji wiedzy, ile mitu. Bada,  jak się układa mozaika z dwu ekonomii –  dominującej ekonomii zysku i konkurencji, komplementarnej ekonomii solidarności, daru, ofiary. Musi też pytać – jak w tej wolności ujawnia się linia graniczna dzieląca nas od Złotej Ordy.

  Odsuwam stos pożółkłych czasopism. Uświadamiam sobie, co jeszcze przeszkadza mi wyrzucić precz te stare „Europy”. Dobry wiersz na ostatniej stronie każdego tygodniowego wydania. A do tego blade, źle wydrukowane, ale starannie dobrane reprodukcje współczesnego  malarstwa towarzyszące tekstom. One też bronią tych papierów przed gębą nicości. Półwysep Myśli budował szańce obronne z bardzo delikatnej materii. 

 

 

Pin It