Mikołaj Melanowicz

 

Kompleks koreański

 

melanowicz  Kompleks koreański (The Korean Complex) – to tytuł referatu poświęconego japońskim pisarzom pochodzenia koreańskiego, wygłoszonego podczas konferencji w Seulu w 1982 roku. Taki wieloznaczny tytuł eseju przyszedł mi na myśl w czasie czytania powieści Koreańczyków mieszkających w Japonii i  piszących po japońsku. Wówczas spostrzegłem, że zarówno Ri Kaisei (koreańskie czytanie nazwiska: Li  Hoe-song, ur. 1935 ) czy Kim Dalsu (1920-1997), jak i wielu innych Koreańczyków w Japonii nie potrafi myśleć i pisać o czymkolwiek innym niż o sprawach związanych z ich dawnym krajem rodzinnym, to znaczy z Koreą. Mieszkając w Japonii, często od urodzenia, jedni każą swoim powieściowym bohaterom myśleć o Korei Południowej, a drudzy - o Korei Północnej. Ich intelekt i wyobraźnia wciąż znajdują się pod silnym wpływem zwyczajów związanych z pojęciem „Korea”. W ich podświadomości najwięcej przestrzeni wciąż zajmują żale i urazy spowodowane poczuciem niesprawiedliwości losu. I nawet jeśli bohaterom nieźle się powodzi pośród Japończyków, pragną jednak być wśród „swoich”, wśród ziomków. I to ustawiczne pragnienie powrotu do ich starej ziemi sprawia im ból, Jedni opuszczają Japonię i udają się do Seulu w okresie okupacji  (Kim Dalsu w   Kōei no machi – Miasto potomka, 1948, czy w Genkainada – nazwa zatoki w pobliżu Fukuoki, 1954), a drudzy próbują związać się ze „swoimi”, z  ziomkami myślącymi o ziemi przodków i trafiają do organizacji „pro-północnej”, czyli infiltrowanej przez komunistów z KRLD, i tracą niezależność (Ri Kaisei w Yakusoku no tochi – Ziemia obiecana, 1973). Jedni i drudzy, tzn. spoglądający w stronę stolic symbolizujących podzielony kraj, tzn. Seulu lub Pjongjangu, żyją w emocjonalnej niestabilności, Cierpią na kompleks niższej wartości, w poczuciu niepewności i lęków, jak również nieokreślonych nadziei, które stały się źródłem siły ich literackiej ekspresji. Przeżywają stan ducha, który może mieć cechy zbiorowego poczucia opresji i osamotnienia, zwanego HAN (zapisywanego znakiem chińskim恨) w kulturoznawstwie koreańskim。

 

  Do Seulu

  Jak pamiętam, pierwszym sygnałem (wtedy jeszcze o tym nie wiedziałem, że był to sygnał czegoś większego) rozpoczynającego się procesu prowadzącego mnie na Półwysep Koreański, był pewien list, jaki otrzymałem wkrótce po zakończeniu warszawskiego sympozjum japonistycznego we wrześniu 1980 roku (zob. Od Ajnów do Kawabaty… Pisarze.pl). A mianowicie, napisał do mnie dyrektor biblioteki (Byoung Ho Park)[1]Akademii Studiów Koreańskich (The Academy of Korean Studies) w Seulu, który oferował całą listę publikacji południowokoreańskich. Z wdzięcznością potwierdziłem chęć przyjęcia daru dla koreanistyki, chociaż w Instytucie Orientalistycznym UW prowadzony był tylko lektorat języka nauczanego przez wykładowców przysyłanych z Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej (KRLD).

   Później, w 1981 roku, nadszedł kolejny list z Seulu od osoby wyższego szczebla, tzn. od prezesa Międzynarodowego Towarzystwa  Kulturalnego Korei (International Cultural Society of Korea), wyjaśniającego cele statutowe tej – jak się okazało – bardzo wpływowej „obywatelskiej” organizacji, również proponującej koreańskie publikacje.

 W następnym roku rozpoczęła się naprawdę wielka przygoda koreańska, a mianowicie udział w konferencji w Seulu. Mój udział w tej konferencji stał się możliwy dzięki aktywności w pracach Stowarzyszenia Studiów Koreanistycznych w Europie (The Association for Korean Studies in Europe  - AKSE), założonego w 1977 na podobieństwo Europejskiego Stowarzyszenia Studiów Japonistycznych (EAJS), działającego od 1973 roku. Pamiętam, że konferencja odbywała się w imponującym Centrum Kulturalnym Sejonga (Sejong Cultural Center) w  Seulu. Konferencja trwała krótko, więc nie miałem okazji na dokładniejsze poznanie tego miasta, odbudowanego po zniszczeniach wojennych lat 1950-1953. .

 Prawdziwy szok kulturowy przeżyłem w sierpniu 1983 roku, gdy  Międzynarodowe Towarzystwo Kulturalne Korei zaprosiło mnie na dwa tygodnie, które okazały się wielką przygodą. Dzięki niej przekonałem się, że dla dobra przyszłych stosunków polsko-koreańskich niezbędne jest utworzenie koranistycznego kierunku studiów na Uniwersytecie Warszawskim. A to oznaczało również rezygnację z północno-koreańskich podręczników. Wtedy jeszcze tak konkretnie nie myślałem, ale wiedziałem, że potrzebna jest dobra biblioteka, więc głównym celem spotkań w  instytucjach naukowych i edukacyjnych w Seulu stal się problem pomocy dla nowego kierunku studiów, a na początek zapewnienie podręczników i źródeł naukowych dla studentów i wykładowców. Moje życzenia spotkały się z entuzjastycznym poparciem.

 

  Korea Południowa w sierpniu 1983 roku

  To niespodziewane zdarzenie, a mianowicie zaproszenie do Republiki Korei, nadeszło w czasie, gdy planowałem wyjazd do Tokio na 31  Międzynarodowy Kongres Nauk Humanistycznych Azji i Północnej Afryki (31 sierpnia – 7 września 1983).  Postanowiłem więc przyjąć zaproszenie z Seulu i połączyć oba wyjazdy w jedną, wielką przygodę, jaką może być podróż do kraju zakazanego. Oczywiście, nie udało mi się uzyskać oficjalnej zgody na wyjazd do Korei Południowej, z którą Polska nie nawiązała jeszcze stosunków dyplomatycznych (nastąpiło to w listopadzie 1989 roku). A poza tym władze polskie utrzymywały przyjazne stosunki  z KRLD (od 1948 roku), której przywódcy byliby niezadowoleni, gdyby dowiedzieli się, że  Polacy jeżdżą do Seulu.

  Mimo to zaryzykowałem. Trudno mi było odmówić. Bilet do Tokio przez Paryż i Seul otrzymałem w PTA, tzn. w agencji wydającej bilety opłacone za granicą, a wizę koreańską - w Paryżu.  Czułem się, jakbym leciał do bajkowej krainy. Wciąż niedostępnej dla  Polaków. Co prawda  języka koreańskiego (jego północnej, socjalistycznej odmiany) uczyłem się parę lat, to jednak nie byłem przygotowany do prowadzenia rozmów w tym narzeczu. Ale wiedziałem, że wielu Koreańczyków biegle mówi po japońsku, a nawet pierwszy lektor w Warszawie, Kim Czun-thek[2] z KRLD zawiłości języka koreańskiego wyjaśniał nam - studentom japonistyki - po japońsku, więc z tego powodu lęku nie czułem. Zwłaszcza, że miałem tam już kilku przyjaciół. Na lotnisku Kimpo spodziewałem się profesora Gonie Banga (ur. 1931), prezesa Stowarzyszenia Tłumaczy Korei[3], którego poznałem w Warszawie podczas Kongresu Międzynarodowej Federacji Tłumaczy (FIT,1981).  Cieszyłem się również na spotkanie z pisarką Han Malsuk[4], którą poznałem dziesięć lat wcześniej w Tokio podczas Międzynarodowej Konferencji Japonistów. Jak się okazało, czekało na mnie również  niebezpieczeństwo, tzn. dziennikarze, którzy chcieliby ogłosić światu, że do Korei Południowej przyjeżdżają już goście z krajów socjalistycznych, czy jak częściej mówiono – komunistycznych, co mogłoby świadczyć o bliskim czasie uznania Republiki przez kraje bloku radzieckiego. (Rzeczywiście, pewną aktywność w stosunku do Republiki Korei wykazywali już Węgrzy, o czym dowiedziałem się właśnie w Seulu).  Wiadomo, czym to by się dla mnie skończyło. Ale profesor Gonie Bang dobrze wiedział, że opublikowanie wiadomości o gościu z Polski przerwałoby rozwój kontaktów między Korea i Polską, i przemówił dziennikarzom do rozsądku. Nie dopuścił ich do spotkania ze mną.

 Ale nim opuściłem lotnisko Kimpo (dziś transkrybowane również jako Gimpo), minęło sporo czasu, ponieważ mój paszport wzbudził duże zainteresowanie straży granicznej, więc zostałem poproszony do saloniku, gdzie przepytano mnie dokładnie. Ale w przyjaznej atmosferze, ponieważ dowiedziano się, że zaprasza mnie wpływowa organizacja. Powitał mnie również przedstawiciel dr Kim Seong-jina, prezesa International Cultural Society of Korea. i odwiózł do hotelu Seoul Plaza  w centrum  stołecznego miasta. Seul Plaza stał się moim domem na dwa tygodnie. A kilka lat później znów w nim zamieszkałem…  

 

  Poczynając od wizyty w księgarni Kyobo, obraz Korei nabiera barw

   W gmachu Kyobo zawsze było wyjątkowo tłoczno, więc oglądałem nie tylko książki i płyty, lecz także  licealistów i studentów traktujących księgarnię jak czytelnię. Ja natomiast zatrzymałem się dłużej w dziale muzycznym, ponieważ czułem nadzwyczajną potrzebę słuchania koreańskiej muzyki popularnej, więc wyszedłem zaopatrzony w kilkanaście kaset, które po powrocie do kraju pozwalały mi  tłumić lęki towarzyszące zasypianiu.

    Tego dnia mogłem obejrzeć jeszcze kampus żeńskiego uniwersytetu Ehwa Woman University, założonego przez metodystów (1886), największej uczelni żeńskiej w Korei. Kilka dni później mogłem zwiedzić Seoul National University i inne instytucje edukacyjne, m.in. Instytut Rozwoju Edukacji Korei (Korean Educational Development Institute) i Academy of Korean Studies. w których głównym tematem rozmów był problem  utworzenia koreanistyki w Polsce i obietnice pomocy koreańskiej w tym zakresie.

  Trzeciego dnia w Korei mogłem nasycić wzrok urodą tradycyjnej kultury koreańskiej w Folk Village, to znaczy w żywym muzeum w mieście Yongin, w obrębie metropolii seulskiej. Oglądałem też współczesne malarstwo w Ho-Am Art Gallery[5], w otwartej przed rokiem galerii znajdującej się w tradycyjnym parku koreańskim w tej samej miejscowości.

Kolejny dzień poświęciłem zwiedzaniu Muzeum Narodowego oraz Pałacu Kyungbok, to znaczy pałacu królów dynastii Choson (Joseon),  odbudowanego po wojnie koreańskiej.

 

 Panmundżon (Panmunjom)

Spod hotelu Lotte z grupą turystów wyjechałem na północ, do dawnej wioski Panmundżon, gdzie w 1953 roku podpisano zawieszenie broni, a dziś znajduje się strefa bezpieczeństwa i miejsce kontaktów przedstawicieli obu Korei. Mogłem więc spotkać tam oficerów amerykańskich i popatrzeć na  żołnierzy KRLD, jak również na odbudowaną po tamtej stronie strefy zdemilitaryzowanej, ale opustoszałą wioskę, nad którą powiewała flaga KRLD na wysokim maszcie.

  W ostatniej chwili zdecydowano pokazać mi również tunel infiltracji (the third North Korean-built Infiltration Tunnel), jeden z trzech odkrytych po 1975 roku, wykopany przez północnych Koreańczyków w celu przerzutu wojsk na Seul oddalony tylko o 53 km od granicy. W zasypanym od strony północnej tunelu wchodzących przywitał wartownik – przed nim stał karabin maszynowy skierowany na północ, a nad nim wisiała klatka z kanarkiem (?), który miał wszczynać alarm w wypadku pojawienia się gazu.

 

W stronę zabytków królestwa Silla 

Po tygodniu zwiedzania Seulu i zabytków w pobliżu stolicy rozpoczęła się druga część programu, a mianowicie przejazd ekspresem do hotelu Kolon w Gyeongju (Kiondziu), stolicy dawnego królestwa Silla. Najpierw pokazano mi  imponujący postęp w rozwoju przemysłu stoczniowego  (Hyundai Shipbuilding Company) i stalowni (Pohang Consolidated Iron and Steel Plant), a następnie zabytki królestwa Silla. Spośród licznych w tej okolicy kurhanów dostępny dla zwiedzających był grobowiec królewski z VI wieku, przypadkowo odkryty w 1921 roku, a następnie - w czasie okupacji - rozkopany przez Japończyków (tak przewodnik wyjaśniał, kładąc nacisk na ingerencję obcych w spokój zmarłych). Był to grobowiec Złotej Korony, w którym – prócz złotej korony królewskiej - znaleziono około 40 tysięcy artefaktów, tzn. złotych, srebrnych lub brązowych naczyń, elementów uzbrojenia i innych przedmiotów używanych na dworze królewskim. Pamiętam wnętrze kurhanu, w którym zwłoki grzebano w wypalonej komorze, utrudniającej proces gnicia – tak przynajmniej wówczas wyjaśniał przewodnik… Dostępny dla zwiedzających był także grobowiec Niebiańskiego Konia (Pegaz Koreański), otwarty w 1973.

 W mojej pamięci z tamtych lat zachowała się rzeźba Buddy w grocie skalnej Sokkuram (Seokguram),  znajdującej się w kompleksie buddyjskiej świątyni Pulgukusa (Bulgukusa).

 

Konferencja w górach  Naejangsan

 Późną nocą wróciłem pociągiem do  Seulu, by następnego dnia, 29 sierpnia,  razem z grupą koreanistów pojechać autobusem w góry Naejangsan, znajdujące się w południowo-zachodniej części półwyspu, gdzie rozpoczynała się konferencja koranistyczna. Brali w niej udział światowej sławy uczeni, m.in. profesorowie Edward Wagner, David Johnson i Martina Deuchler.

 

Do Tokio

Wczesnym popołudniem ostatniego dnia pobytu w Korei, przekonany o konieczności utworzenia studiów koranistycznych na Uniwersytecie Warszawskim, wsiadłem do  samolotu Northwest Airlines i odleciałem do Tokio, by już legalnie wziąć udział w międzynarodowej konferencji.

A następnego dnia, 1 września 1983 roku, w hotelowej telewizji ujrzałem masowe demonstracje i żałobne zgromadzenia szlochających Koreańczyków, wyrażających lamentem uczucie żalu i nieskończonej udręki.  W ten sposób dowiedziałem się o zestrzeleniu w okolicy Sachalinu Boeinga 747 Koreańskich Linii Lotniczych, który z Nowego Jorku przez Anchorage zmierzał do Seulu. Tragedia pasażerów samolotu, który przekroczył granice ZSRR, tylko wzmocniła napięcia między ZSRR i USA, ale nie przerwała moich kontaktów z Koreą Południową, które ostatecznie doprowadziły do realizacji moich zamierzeń.

   Po powrocie z Tokio wystąpiłem z wnioskiem o utworzenie nowego kierunku studiów, tzn. pięcioletniej koreanistyki, Wniosek spotkał się z akceptacją Senatu UW. W tym czasie do Instytutu Orientalistycznego zaczęły przychodzić z Seulu paczki z książkami. Z każdym rokiem przybywało studentów zafascynowanych Koreą, dzięki czemu warszawska koreanistyka z biegiem lat stała się jednym z  najlepszych ośrodków studiów koranistycznych w Europie.[6] Dzięki jej absolwentom mamy już  w Polsce dostęp do interesującej twórczości pisarzy południowo-koreańskich,[7] jak również książek naukowych na temat kultury koreańskiej.[8]

  

   

 

[1]              Transkrypacja nazwisk i nazw koreańskich jest zgodna z  dokumentami, tzn. listami lub programem pobytu w Korei, więc nie zawsze jest spójna.

[2]              Zob. Z krańców Azji. Myśli srebrne i złote, Wiedza Powszechna, 1960.

[3]              Gonie Bang – ceniony tłumacz literatury francuskiej na koreański, m.in. dzieł Camusa, Sartre’a, Balzaca i in.,

[4]              Han Malsuk (ur. 1931) – pisała  opowiadania i powieści  o tematyce społecznej i feministycznej. W Polsce wydano jej powieść pt. Na krawędzi (1983) w tłumaczeniu Haliny Ogarek-Czoj. Jej mężem jest Hwang Byungki (ur. 1936), słynny muzyk, kompozytor, mistrz gry na koreańskiej cytrze kayagum. Siostra Han Musuk (1918-1993)  jest także pisarką, autorką m.in. powieści nt. początków chrześcijaństwa w Korei (Poszukując Boga, 1998, w tłumaczeniu Haliny Ogarek-Czoj).

[5]              Ho-Am Art Gallery – galeria założona przez grupę biznesową Samsung (‘Trzy Gwiazdy”) utworzoną w 1938 roku przez Lee Byung-chula o pseudonimie Ho-Am.

[6]           W 2013 roku koreanistyka warszawska obchodziła swoje 30-lecie. I z tej okazji zorganizowała  międzynarodową konferencję „Korean Civilization: Sources and Prospects. W programie przemówień powitalnych zostałem  wyróżniony jako „godfather” of Korean Studies, cokolwiek miałoby to znaczyć.

[7]           Zob. m.in. Lee Kang-baek, Dramaty, przełożyła z koreańskiego Ewa Rynarzewska, Oficyna Literatów i Dziennikarzy POD WIATR, Warszawa  1998.

             O T’ae-sok, Dramaty, przełożyła z oryginału koreańskiego Ewa Rynarzewska, Oficyna Literatów i Dziennikarz, Warszawa 2004. (W tym tomie jest  również esej Ewy Rynarzewskiej pt. Teatr O T’ae-soka. Poszukiwania bez końca).

             Jo Kyung-ran, Smak języka. Historia pewnej zemsty, z języka koreańskiego przełożyła Ewa Rynarzewska, Wydawnictwo Łyński Kamień, Warszawa 2009.

             Pak T’aewon, Dzień z życia pisarza Kubo, z koreańskiego przełożyła Justyna Najbar,  Wydawnictwo Kwiaty Orientu, Skarżysko-Kamienna 2008.

             Han Kang,  Wegetarianka, z języka koreańskiego przełożyły Justyna Najbar-Miller i  Choi Jeong In,  Kwiaty Orientu, 2014.

[8]                Zob. m.in.  Ewa Rynarzewska, Mit we współczesnym dramacie koreańskim. Twórczość Ch’oe In-huna, Wydawnictwo Akademickie DIALOG,  Warszawa 2004; Teatr uwikłany – koreańska sztuka teatralna i dramatyczna w latach 1900-1950, Wydawnictwa Uniwersytetu Warszawskiego, Warszawa 2013.

                Christoph Jan Janasiak. Wczesna prasa koreańska, Nakładem Wydziału Polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego, Warszawa 2012.

                Justyna Najbar-Miller, Dzień życia pisarza Kubo – studium tożsamości koreańskiego intelektualisty, Wydawnictwo Uniwersytetu Warszawskiego, Warszawa 2013.

 

Pin It