Krystyna Habrat

 

COŚ DLA LUDZI, DLA LUDZI!

 

  Lubię oglądać w TV filmy o podróżach kulinarnych Roberta Makłowicza. Nie dlatego, że lubię gotować, bo kucharzę raczej z obowiązku w myśl zasady mojej mamy, że "Mus od niechcenia o trzy lata starszy!". Za to bardzo lubię poznawać inne kraje, inne krajobrazy, innych ludzi z ich obyczajami i codziennością przejawiającą się w tym, jak spędzają czas wolny,  co jedzą, jak się bawią, i tego w programach o podróżach szukam..

 

  Wczoraj zaraz po filmie "Korona królów" przełączyłam na inny program, by po raz  któryś  obejrzeć film Makłowicza o jego pobycie na nartach w Alpach - na pograniczu Austrii i Szwajcarii. Zainteresowało mnie jego stwierdzenie, iż tam narciarze mogą szybko się pożywić, bo wzdłuż stoków narciarskich ulokowane są punkty gastronomiczne, gdzie można wejść od razu w butach narciarskich i to jest bardzo wygodne.

  A więc decyduje zasada, by zrobić coś dobrego dla ludzi, dla ich wygody. Oczywiście o zarobek też chodzi, ale…

  I tu przypomniał mi się krótki instruktarz Jacka Fedorowicza z początków naszej transformacji, czyli chyba jeszcze sprzed wyborów w 1989 roku. Satyryk wrócił wtedy z długiego pobytu w USA i próbował wszczepić nam tamtejszą filozofię kapitalizmu. Pamiętam dawał taki przykład: idę ulicą i widzę, że wszyscy mają brzydkie, pożółkłe zęby. Wtedy wpadam na pomysł uruchomienia produkcji dobrej pasty do zębów. Ale nie będę głosił, że dlatego, aby uszczęśliwić ludzkość, bo ja tylko chcę na tym zarobić. I to jest myślenie kapitalisty.

 Tak ja to zapamiętałam. Dlatego z lekkim powątpiewaniem patrzyłam na prywatyzację. I boleśnie przekonałam się o tym kilka lat później, gdy zamówiłam na lato pokój z łazienką w Mielnie, a właściciele bardzo skrupulatnie dopilnowali, bym najpierw wpłaciła całą należność za trzy osoby, w tym 4-letnie dziecko,  i dopiero wtedy  przyznają mi numer pokoju. Na miejscu okazało się, że łazienka owszem była, ale w korytarzu na trzy wieloosobowe pokoje. Na mój protest, że to bardzo niewygodne, niezgodne z umową i cena chyba nie ta, pani w recepcji roześmiała się mi się w nos, że  to własność prywatna i właściciel może robić jak mu się żywnie podoba. Poddałam się wystraszona ponurą wizją włóczenia się po sądach i natychmiastowego powrotu na drugi kraniec Polski bez pokazania dziecku morza. Tylko odtąd prywatyzacja jeszcze bardziej mi się nie podoba.

  Tym bardziej, że nagle ujawniły się całe czeredy cwaniaczków i oszustów, którzy w myśl zasady: bierz los w swe ręce i wykaz się obrotnością, po prostu kiwali bezczelnie  naiwnych poczciwców.

  Ale wciąż się nam wmawia, że najważniejsze jest zarabiać i to jak najwięcej. A czy zawsze uczciwie?

  Zaraz w 1990 roku dowiedziałam się, że wydawnictwa muszą teraz same na siebie zarabiać, więc przyjmują tylko takie propozycje do wydania, za które autor im zapłaci. O honorariach, recenzjach, krytykach przestało się mówić.

  Czyli dla kogo to wszystko? Dla ludzi? Nie! Dla tego, co na tym zarobi. Nawet książki? Wychodzi na to, że też. A kto na książkach zarabia? Nikt się nie chce przyznać, że zarabia, ani że traci.

  Na wielkim osiedlu mieszkaniowym była kiedyś przychodnia zdrowia z licznymi specjalistami. Została sprywatyzowana i podobno NFZ nie chce dotować specjalistów.  Przychodnia teraz  modnie  wykafelkowana, urządzona architektonicznie  na pokaz, tylko do specjalistów trzeba jeździć daleko i to do każdego  gdzie indziej, w inny punkt miasta, innym autobusem czy tramwajem. I marznąć na przystankach, tracić czas. Tracić zdrowie.

  I tu nasuwa się pytanie: kto w urzędach miejskich myśli o wygodzie ludzi, żeby seniorzy i wszyscy chorzy mieli blisko na osiedlu potrzebnych specjalistów, a nie musieli daleko tłuc się autobusem na czczo na badanie krwi  i wszelkie inne badania.

  I żeby pod ścianami bloków mieszkalnych była zieleń z ławeczkami dla wypoczynku, a nie parkingi. Można by to mądrzej zaprojektować. Byle ktoś, kto o tym decyduje, miał na względzie zdrowie i wygodę mieszkańców, a nie popisy architektów i kieszeń deweloperów.

  Ktoś zarabia - zgodnie z zasadą kapitalizmu - ale co dla wygody ludzi?

Kto wreszcie w planach uwzględni potrzeby ludzi? Żeby sieć zdrowotna była dobrze rozmieszczona, podobnie: sklepy, szkoły, punkty gastronomiczne, zieleń, rekreacja.

  Może by tak przed kolejnymi wyborami samorządnymi podglądnąć trochę Szwajcarię i docenić tamtejszy zdrowy rozsądek i praktycyzm. Chociaż lepiej tego nie podpowiadać, bo zaczną jeździć tam na nasz koszt (podatki) i na tym się skończy. Zostanie odfajkowane, bo niby coś się robiło.

  A co z rynkiem książki? Żeby autorzy nie musieli łamać piór, bo brak im pieniędzy na wydanie książki i nie pasuje samemu się lansować, aby sprzedać swój pisany w natchnieniu utwór? Żeby wydawnictwa zarabiały, a czytelnik miał wybór wśród dobrych książek? Żeby do kiosków wróciły czasopisma literackie, a w nich krytycy i poważne recenzje? Może minister kultury bardziej się nad tym pochyli.

   Zatem na Nowy Rok 2018 życzę wszystkim, żeby przestał dominować pieniądz, a zrównoważyła to filozofia, że trzeba robić coś dla ludzi, i to jak najwięcej dla ich wygody, zdrowia, szczęścia i uprzyjemnienia codzienności.

  Krystyna Habrat.

 

Pin It