Zbigniew Niedźwiecki Ravicz

 

Za dużo sztukmistrzów, za mało artystów

 

niedzwiecki zbigniew      Przyznaję, nie lubię chodzić na spotkania autorskie – zwłaszcza gdy nie znam pisarza. Pewnie myślicie, że przemawia przeze mnie jadowita zawiść. Ale niejeden by się zdziwił. I to bardzo! To prawda, spora część  tak zwanych mistrzów słowa ma o sobie wyobrażenie, że świat nie był godzien chwili, w której łaskawie zaszczycili go swoją obecnością. Ale to nie jest główny powód. Jeszcze do niedawna sam o sobie myślałem w ten sposób. W ciągu ostatnich kilku lat zrozumiałem jednak parę  istotnych kwestii, z których przynajmniej jedną chciałbym teraz przedstawić. A że akurat wróciłem ze spotkania, które trwało grubo ponad dwie godziny, tym chętniej podejmuję się tematu.  Z góry jednak ostrzegam: może zaboleć! Ale cóż, czytanie felietonów pisanych „piórem przechery” wiąże się z pewnym ryzykiem. Umywam ręce!

 

 

     Zatem do dzieła…

      Grzechem głównym wielu spotkań autorskich jest to, co dla człowieka cierpiącego na kłopoty ze spaniem byłoby istnym błogosławieństwem – ziejąca nudą senność. Słyszałem, że w jednym z kościołów meklemburskich przechowywana jest waza, która zawiera słynne ciemności egipskie – jedną z dziesięciu plag Bożych. Dawno, dawno temu  jakiś rezolutny Żyd nabił swoją  amforę tymi ciemnościami, a jego przedsiębiorczy potomek upłynnił ją średniowiecznym Niemcom za ciężkie talary. Przyszło mi w związku z tym na myśl, że gdyby używać takich naczyń do łapania plag, które spadają na czytelników w trakcie spotkań autorskich, można by je sprzedawać jako lek na bezsenność. Pisarz opatrywałby produkt uboczny swojej literatury etykietą o treści: „Moja twórczość usypia w ciągu pół godziny”. Albo inaczej: „Pisarz, po którym zaśniesz w ciągu piętnastu minut”. Ewentualnie, co odważniejsi mogliby się szarpnąć na reklamę: „Grafoman – pięć minut i śpisz”. Śmiem twierdzić, że dałoby się zarobić na tym więcej niż na sprzedaży książek. A przede wszystkim sukces literacki można by osiągnąć dużo mniejszym nakładem sił. Wedle zasady: im gorzej, tym drożej!

      Przesadzam? Chciałbym podkreślić, że niczego nowego tu nie odkrywam ponad to, o czym mądrzy ludzie wiedzą już od wieków. Mózg ma swoją „pojemność” i nie da się tego sforsować! Warto się zastanowić, dlaczego lekcje w szkole nie trwają dłużej niż 45 minut. Czy to przypadek? A może młode, chłonne umysły nie są w stanie skupić uwagi dłużej niż przez trzy kwadranse. Pomyślałeś o tym? Nasze audytorium składa się z osób w przekroju wiekowym 50+. Czy myślisz, że oni są sprawniejsi? Dobrze byłoby czasem przyjść na spotkanie autorskie, usiąść sobie z boku i przyjrzeć się, po jakim czasie niektórzy słuchacze „odpływają”. Oczy zachodzą im mgiełką, opadają powieki, głowa ciąży na karku, a w końcu zwisa oparta brodą na klatce piersiowej. Niektórzy jeszcze werbalnie sygnalizują, co myślą o tym, czego słuchają. Jeżeli autor nie używa dodatkowych stymulatorów w postaci przeźroczy, rekwizytów lub muzyki, jego audytorium szybciutko traci kontakt z wiekopomną twórczością artysty. Ty sobie gadaj, a my baj-baj!

Sytuacja się pogarsza, gdy mistrz jest sakramenckim gadułą. Oj, jak już zacznie, to już się zacznie! Chciałbym opowiedzieć  historię, która spotkała mnie dzisiaj, gdyż jest ona charakterystyczna dla spotkań autorskich. Bohater wieczoru najpierw przeczytał niemal cały – długi, bardzo długi – tomik swojej poezji (najnowszy), po czym uszczęśliwił obecnych następującym oświadczeniem:  „Skoro państwu się tak podoba, to może przeczytam jeszcze jeden wierszyk z innego tomiku”. Następnie otworzył drugi zbiorek wierszy i potraktował go jak książeczkę do nabożeństwa.

       Proszę to sobie wyobrazić. Jeden… drugi… trzeci… piąty wierszyk  czytany na przydechu i końca nie widać. Sytuacja robi się napięta, bo na stoliku cierpliwie czeka jeszcze pięć albo sześć innych niepowtarzalnych wykwitów twórczości autora. Obecni drżą o to, żeby artyście nie przyszło do głowy prezentować cały swój dorobek. Na szczęście poeta też człowiek, zaschło mu w gardle, musi się napić wody. Ma więc okazję omieść wzrokiem publikę i odkryć, że ci, którzy nie zdążyli jeszcze zasnąć, wcale nie wyglądają na zachwyconych, przeciwnie – wiercą się, jakby mieli robaki. Próbuje więc opanować sytuację. „Jeszcze tylko przedostatni – mówi – i kończę…”. I czyta kolejne trzy wiersze, by po nich ucieszyć audytorium oświadczeniem: „A teraz już naprawdę ostatni, przyrzekam…”. Ale, jak się należy spodziewać, u poety pojęcie ostatniego ma charakter względny i występuje w liczbie mnogiej. Tak więc dopiero po półtoragodzinnym maratonie wyczerpany, bliski omdlenia artysta osuwa się na fotel i ostatkiem sił zwraca się do publiczności: „Czy ktoś ma jakieś pytania?”

       Wtedy z głębi sali rękę podnosi dziewczynka, która siedzi w środkowym rzędzie z matką. „Kiedy pan skończy? – pyta. – Bo mnie się nudzi i chciałabym do domu, a mama nie chce puścić mnie samej”. „I słusznie – odpowiada wzburzony brakiem doceniania artysta – dzieci nie powinny łazić same po nocach”. Następnie zachęca pozostałych: „Kto jeszcze?”. To pytanie zawiera w sobie jakąś ukrytą groźbę, jakby chciał powiedzieć: „Pytać, bo zacznę czytać!”. Obecni znowuż nerwowo popatrują na stos książek ustawionych na stoliku przed autorem. Na szczęście w pierwszym rzędzie jakaś zasuszona staruszka macha zszytą na bindownicy broszurą, wołając: „Ja! Ja! Ja!”. Okazuje się, że starsza pani napisała wiersz dedykowany naszemu autorowi. Zostaje więc uhonorowana szansą na zaprezentowanie swego dzieła publicznie, z podium. Dobrych pięć minut zajmują kobiecie laudacje na cześć bohatera wieczoru i kolejne tyleż opowiada o swojej zawiłej drodze artystycznej, którą zwieńczył tomik wierszy wydany zaledwie przed tygodniem przez ukochaną córkę, jako prezent urodzinowy dla matki.

       Po tym nieco przydługawym wstępie odczytuje wreszcie swoją rymowankę, z której prawie nic nie można zrozumieć, bo recytatorka ma jakiś problem z wymową. Ale na tym jeszcze nie koniec! Zachęcona powodzeniem, które sala wyraża jej  burzą oklasków, mówi: „To może jeszcze jeden”. I czyta kolejne wierszydło. Dopiero po trzecim kawałku poeta – bohater wieczoru – przypomina jej, że to jednak on jest główną atrakcją spotkania. Lecz babcia – obrócona do niego plecami – nic sobie z tego nie robi, czyta dalej. Wtedy poeta-bohater zaczyna głośno protestować, ale to również na niewiele się zdaje. Samozwańcza gwiazda spotkania recytuje wiersz za wierszem, jakby nie słyszała protestów zza pleców.  W tym momencie ktoś z sali woła: „Ona chyba jest głucha!” I rzeczywiście, seniorka nie reaguje, bo najzwyczajniej nie słyszy, co się do niej mówi. Schodzi z podium dopiero odprowadzana pod rączkę – wdzięczna Bogu, autorowi i słuchaczom, że ktoś wreszcie zechciał jej wysłuchać. Na jej obliczu maluje się wyraz błogiego zadowolenia, graniczącego z prawdziwym szczęściem. Nawet gdyby zaraz miała umrzeć, nie żałowałaby tej chwili!

      Tymczasem, aby zatrzeć przykre wrażenie spowodowane grafomańskim przerywnikiem w artystycznym kontemplowaniu dzieła, autor postanawia odczytać jeszcze kilka swoich utworów. W ten sposób mamy już blisko dwie i pół godziny tego szaleństwa za sobą. Wreszcie już nie wytrzymuję! Po pierwszym z odczytanych wierszy postanawiam wziąć sprawy w swoje ręce, dosłownie. Wstaję i zaczynam głośno klaskać. Reszta z obecnych idzie za moim przykładem i głośno wyraża, że mają już dość. Artysta wprawdzie podejmuje jeszcze jedną niezdarną próbę odczytania kolejnego wiersza, ale rozpętana przeze mnie nawałnica oklasków dusi w zarodku błysk jego chwały. W tej sytuacji zmuszony jest kończyć spotkanie. Zachęca już tylko do kupowania tomików. „Kupować, kupować – woła – po dwie, po trzy – dla siebie, dla bliskich, na prezent, na gwiazdkę!”. Nie ustawiam się w kolejce po tomik, bo po co? Większość dzieł artysty już słyszałem. Chcę jak najszybciej opuścić spotkanie. Kieruję się prosto do szatni, za plecami słysząc jeszcze pokrzykiwania autora: „Tylko dwadzieścia złotych! Zamiast wódki, zamiast papierosów kupować poezję! Kupować poezję!”.

       W szatni spotykam matkę z dziewczynką – tą samą, która miała odwagę (jak to dziecko) przyznać się, że nudzi się, jak mops . Kobieta stoi zwrócona do mnie plecami i rozmawia z kimś przez telefon. „Myślałam, że skonam” – mówi do słuchawki i w tym samym momencie obraca się w moją stronę. Świadomość, że słyszałem jej słowa wywołuje na  jej twarzy lekki rumieniec, jest wyraźnie zmieszana. Pewnie myśli sobie: o cholera, najpierw córka, teraz ja! „Proszę się nie przejmować – pocieszam ją – ja też myślałem, że skonam”. I ten ostatni akcent mógłby właściwie posłużyć za puentę związaną z doświadczaniem sztuki na spotkaniach autorskich. Ale nie, nie poprzestanę na tym, będę namolny, jak klasyczny autor.

To zdarzenie niesie pewne konsekwencje na przyszłość.

Nieraz słyszę, jak ten i ów z moich kolegów narzeka: „Ludzie nie chodzą na spotkania autorskie, nie czytają książek, nie interesuje ich sztuka”. Ale to nieprawda!  I ja jestem tego najlepszym przykładem. Czytam bez przerwy, ale na spotkania nie chodzę. Dlaczego? Bo interesują mnie artyści, a nie sztukmistrze. Winą za pustki na wieczorach autorskich nie można obarczyć samych tylko czytelników, o nie. Oni są tylko lustrem. Zamiast narzekać, wejdź w skórę kobiety, która „o mało nie skonała” na spotkaniu z „wybitnym” poetą. Albo wczuj się w sposób myślenia jej córki. Jak ci się wydaje, czy jakiś pisarz spotka kiedykolwiek te panie na swoim wieczorze autorskim?

 

 

Pin It