Piotr Wojciechowski

 

KLOSZARD, PROROK, CWANIURA

 

wojciechowski    Dla potrzeb mojego laptopa z grubsza przetłumaczyłem parę nazw internetowych. Twitter to u mnie ćwierkun, Facebook to gęboksięga, a You Tube to Ty Rura. O  ćwierkunie i gęboksiędze nic nie powiem, bo nie ma kiedy ich używać, chęci też brak. Za to na Ty Rurze czasem się coś znajdzie. Ostatnio posłuchałem radiowych wiadomości o konferencji, jaka obradowała w Bydgoszczy, poszukałem na Ty Rurze i znalazłem. 9 godzin, 21 minut i 1 sekunda nagrania, można posłuchać i zobaczyć, jak twórcy, naukowcy, urzędnicy państwowi, prawnicy radzą razem nad statusem prawnym i społecznym artysty. Tytuł sympozjum, jednego z serii państwowo społecznych sympozjonów „Artysta profesjonalny na rynku pracy – definicje, narzędzia, uprawnienia.

 

   Radzono tam o nas, ale nie bez nas, reprezentowała pisarzy pani mecenas Monika Mosiewicz z Pabianic, poetka i laureatka nagród poetyckich, ostatnio współtworząca z prozaikiem Jackiem Dehnelem stowarzyszenie o nazwie Unia Literacka.

 Nie miałem czasu, aby oglądać materiały z sympozjum minuta po minucie, zorientowałem się jednak, że zwołano to spotkanie, bo z Unii Europejskiej nadeszła dyrektywa, aby świat kultury i sztuki lepiej uporządkować. Chodziło więc o to, kogo należy uznać za twórcę lub artystę, jak ustawić wokół niego przepisy opodatkowania, składek zdrowotnych, emerytury, państwowego wspierania twórczości.

    Kiedy spotykam kogoś – rozpoznaję czy jest on artystą czy nie. Nie mylę się nigdy. Nikomu jednak nie potrafię powiedzieć, po czym poznać artystę. Słowa są na powierzchni, a ta prawda jest głęboko. Nie pojmuję więc, jak można było jechać do Bydgoszczy na taką konferencję. Wypada jednak przypuszczać, że większość uczestników,  pojechała tam z poczuciem, że trzeba, że coś wyniknie z tego spotkania.

   Zdziwiłbym się, gdyby wynikło. Nie trzeba być profesorem socjologii, ani dyrektorem departamentu, aby wiedzieć, że gdyby władzę namówiono do załatwienie czegoś artystom, gdyby dano im prawo do darmowych pobytów domach pracy twórczej, do taniej i skutecznej pomocy prawnej w kontaktach z wydawcami, właścicielami galerii, producentami i dyrektorami teatrów – gdyby  utworzono dogodny systemu ubezpieczeń, zwiększono pulę zapomóg dla słabych i chorych twórców, nic  by to nie dało. Pomoc dotarłaby do zwartej i roszczeniowej hordy uzurpatorów, do cwaniactwa łasego na darmochę. Do prawdziwych twórców niewiele by  dotarło. Albo nic. Oni nie będą się pchać, oni wytrzymają, albo zginą. Oni nie po to są twórcami.

   A może mimo to, warto? Warto sypnąć grosza cwaniakom i kombinatorom, jeśli jest choćby mała szansa, że pieniądze wspomogą zagubiony talent, bezradnego samotnika szlifującego arcydzieło, albo niebieskiego ptaka, który nie zna się na stopach procentowych, ale sypie jak z rękawa radość i wzruszenie. Czy są jeszcze tacy?

   Wśród zabierających głos na konferencji wielu było takich, którzy świetnie znają organizację rynku sztuki w bogatych państwach Zachodu i w USA, poznali tam i studiowali nawet zasady polityki państwowej wobec artystów. W dyskusji wynikało wielokrotnie, że ich wiedza nie na wiele może się przydać u nas. Czterdzieści lat realnego komunizmu, czterdzieści lat kształtowania się stylu bycia artystą w PRL-u, uformowało środowiska, związki twórcze, sposób myślenia urzędników i polityków. Minęło ćwierć wieku nowej wolności, zmieniły się konstytucje, kodeksy, instytucje, ale niewiele zmieniło się w głowach. Inercyjnie myśli się modelem, który zrodził „domy pracy twórczej”.  Ten nowy kapitalistyczny świat okazuje się zbyt skomplikowany, poplątane ma zależności popytu, podaży, mediów, prestiżu, rządów i samorządów. Dyskutanci w Bydgoskim Teatrze bezradnie krążyli wobec podstawowych pytań.

    Pamiętam, że jeden z mędrców, jakich mi dane było spotkać w młodości, wrocławski profesor Mieczysław Cena  mówił o charyzmacie twórczego spokoju i twórczego skupienia, a mnie wtedy nawet do głowy nie przychodziło, że mogę zarabiać pisaniem. Teraz myślę, że taki charyzmat  nadaje się na jedno z kryteriów wyróżniających artystę z tłumu współziomków. Byłoby to kryterium niezawodne, a równie bezużyteczne jak wszelkie inne proponowane na konferencji.

  A proponowano ich bardzo wiele. Uznać za artystę czy twórcę tego, co należy do stowarzyszenia twórców. Uznać tego, co ukończył właściwe studia artystyczne, albo jako ekstern zdał egzamin przed odpowiednią komisją. Muzycy postulowali kryterium mistrzostwa warsztatowego i osiągania klasycznych ideałów piękna. Poetka i pani adwokat w naszym imieniu proponowała, aby twórcą był ten, który uzyskuje przychód z działalności artystycznej. Bez oceniania jakości dzieł – jeśli się sprzedają, jest przychód. Mówiła też, aby oddzielić definicję artysty od definicji działalności twórczej. Inni domagali się komisji, która oceniałaby dorobek. Tancerzom potrzebna jest ustawa pozwalająca na wcześniejszą emeryturę. Inni chcieli. aby liczył się staż w zawodzie artystycznym. Albo żeby komisja opracowała katalog czynności twórczych. Jaki sens tego? Co postanowi władza? Bardzo gorzko i słusznie mówił o braku solidarności artystów aktor Olgierd Łukaszewicz. Co mogą o sobie zadecydować artyści, jeśli im brak solidarności?

  Te podstawowe pytania warto stawiać. Oddalam się od dyskutantów i idę drogą własnych obserwacji i doświadczeń.

   Dlaczego idzie się „na artystę”? Są przecież godne zawody, zawody zawsze potrzebne – dentysta, piekarz, policjant, kolejarz. Kiedy przychodzi mi stykać się ze studentami wyższych szkół artystycznych, zawsze proszę ich – odpowiedzcie sobie w sercu – dlaczego nie wybraliście uczciwego zawodu. I zawsze ich ostrzegam – zawody artystyczne to są zawody ryzyka. Tego jestem pewien szczególnie teraz, kiedy jakiś miesiąc temu wysłuchałem konferencji o pięknie w serii spotkań z cyklu „Dziedziniec dialogu”. Usłyszałem, że w biegu po piękno sztuka przegrała z masową produkcją towarów luksusowych. One są naprawdę piękne. Artyści wiedzą, że przegrali. Ci, co chcą pozostać na rynku, odżegnują  się od  piękna, ozdabiają swoje dzieła agresywną szpetotą,  albo słusznością społeczną, albo erotyczną drastycznością czy nadętą tajemniczością. A społeczeństwo zaczyna sobie uświadamiać, że da się żyć bez artystów i bez tego, co oni dziś oferują. Ludziom brakuje przecież czasu nawet na skonsumowanie rozrywki!

   Nie na darmo nazywa się twórców cyganerią. Cygan nie czuje się społeczeństwem – on widzi społeczeństwo jak las. On nie jest lasem. Ale wie, że jak się potrudzi, jak będzie miał szczęście, jak się nie da przyłapać – nazbiera jagód i grzybów, przyniesie chrustu na gorajkę, wypasie konie na polanie. Nie będzie pytał, czy mu wolno, nie będzie domagał się praw do chrustu i popasu na polanie. Zostanie, albo go wypędzą.

   Artysta jest wypędzony ze społeczeństwa przez charyzmat, przez talent, przez swoje zranienie, przez nadmiar, którego już się nie daje  się udźwignąć. Artysta jest wezwany do społeczeństwa przez społeczną krzywdę, przez arogancję i pazerność władzy, przez swoją własną arogancję, która pozwala mu rozdawać piękno. Rozdawać nawet tym, którzy nie piękna chcą, a rozrywki.

    Artysta przenika absurd świata. I właśnie ci artyści, którzy nie dbają o pozycję na rynku, z tą swoją arogancją pozwalają sobie dawać odpowiedzi na pytania o sens – o sens życia i przemijania, o sens wojen i miłości, o sens historii. Pytają ich czy nie pytają, formułują odpowiedzi starając się, aby były piękne, mądre i oryginalne.

 Artysta formułuje więc odpowiedzi dotyczące sensu, pisze je, maluje, zamyka w dźwiękach muzyki, w formach budowli. A potem boryka się ze swoim sumieniem, czy zrobił to dość mądrze, dość pięknie. Bo są tacy, którzy pięknu próbują być wierni.

Całe życie idzie artysta po kruchym lodzie – jego zarobki są niepewne, jego sława chwilowa, jego talent kapryśny. Jak się idzie po kruchym lodzie, to chce się czegoś chwycić. Nic więc dziwnego, że artysta próbuje być także kim innym. Chwyta się biznesu, czy choćby rzemiosła, chwyta się polityki, chwyta się urzędów, chce do czegoś należeć, być w grupie. A twórczość wymaga samotności – dlatego próby życia podwójnego kończą się frustracją, alkoholizmem, uzależnieniem, rozpadem rodzin. depresją. Często wyniosła samotność prowadzi do tego samego, albo i niżej. Bo kto idzie po kruchym lodzie, to czasem upada, czasem idzie pod lód.

  Artysta musi jednak być pyszny i wyniosły, jakże bowiem inaczej wśród wrzawy sensacji i promocji mógłby domagać się wysłuchania, wysokich ocen, honorariów, nagród. Musi pchać się na pierwsze miejsca, bo konkurencja rośnie, a po tak zwanych kryteriach został popiół i śmietnik. Postmoderniści rozwalili kryteria i odeszli nie zostawiając właściwie niczego poza ponętną ideą „różnicy”. A jak jej użyć, skoro daremne jest szukać różnicy pomiędzy artystą a cwanym partaczem?

   Artysta, nawet ten z sukcesem, sławą, prasą dostaje nieustanne lekcje pokory. Dają mu je ci, którzy mu zazdroszczą, dają mu krytycy, jurorzy, publiczność, najbardziej jednak gorzkie dostaje sam od siebie. Tak przynajmniej twierdzą ci, którzy czytali zapiski Andrzeja Wajdy. Można  to także wyczytać w wypowiedzi Józefa Czapskiego, zanotowanej w czerwcu 1985 roku w rozmowie z Jacquesem Cousteau:

Hokusai, kiedy miał lat 80 uznał, że musi żyć lat 110, bo tylko wtedy uda mu się zostać prawdziwym malarzem. Zmarł jednak, przypadkiem, w 92 roku życia. Przedtem wyznał, ze gdyby dane mu było jeszcze pięć lat, to wtedy zostałby wielkim malarzem. A Ce’nzanne! Aż do końca mówił, o czym pisał w liście do syna: „myślę, że czynię wreszcie nieznaczne postępy”. I to jest uważam, właściwy sposób myślenia malarza.

   Tak, ten sposób myślenia jest właściwy prawdziwym malarzom, wszystkim prawdziwym artystom. Wątpię, czy urzędnicy, politycy, prawnicy i profesorowie potrafią na  podstawie tej  wypowiedzi określić status artysty i  zapisać go  w kodeksy. Andrzej Strumiłło, uczeń Strzemińskiego, kolega ze studiów Andrzeja Wajdy, Andrzeja Wróblewskiego, Waleriana Borowczyka, ma już 90 lat. Pisarz, malarz, fotograf, kolekcjoner, zaczyna rzeźbić w kamieniu.

 

 

Pin It