Cykl: „Piórem przechery”

 

Zbigniew Niedźwiecki Ravicz

WSZYSTKIEMU WINNE TE PIERDOŁY…

 

Filip Wrocławski
Filip Wrocławski

 

            Mój sąsiad to niespotykanie grzeczny człowiek. Można odnieść wrażenie, że jego maniery pochodzą z czasów gawota i menueta. Gdy widzi mnie na ulicy, z daleka się uśmiecha, pierwszy do mnie mówi dzień dobry. W zajmujący sposób prowadzi konwersację o pogodzie i świeżym powietrzu. I w ogóle nie można mu niczego zarzucić.

 

Chociaż mieszka naprzeciw, nie naprzykrza mi się wizytami. Tylko od czasu do czasu, gdy łyknie coś pod nieobecność żony, puka do mnie z nowym pomysłem na powieść.

- Panie Zbyszku! – wykrzykuje już w drzwiach. – Mam super temat!

Następnie rozsiada się wygodnie i opowiada o tym, co wykluło mu się w głowie. Rad nie rad muszę go słuchać, bo jak tu być niegrzecznym dla grzecznego człowieka.

- I co? – sonduje mnie na koniec. – Niezłe, prawda? Nadawałoby się, nie?

- Co panu stoi na przeszkodzie, żeby przelać to na papier? – radzę po przyjacielsku. – Niech pan siada i pisze, a potem do wydawcy.

Wówczas on zasępia się i mówi:

- Niestety, nie znam się na tych pierdołach, które się nazywają sztuką…

            No cóż, mój sąsiad jest prostym człowiekiem, lecz wie przynajmniej tyle, że z tymi „pierdołami”, raczej nie poszłoby mu jak z płatka. Owszem, mógłby napisać książkę, mógłby ją nawet wydać. Ale jakiś wewnętrzny głos mu podpowiada, że jego dzieło biłoby większe rekordy na skupach makulatury niż pośród czytelników. I tego się obawia, słusznie zresztą. Kombinuje więc inaczej, szuka wspólnika.

            O wiele głębsze zdumienie wywołują u mnie inni pisarze bestsellerów, jeszcze na razie tylko potencjalni. Ale uwaga, bądźmy czujni, gwiazda ich pomyślności w każdej chwili może rozbłysnąć na bladym firmamencie literatury pięknej. Wyszczególniłbym tutaj dwa gatunki owych mistrzów słowa gadanego. Pierwsi z nich mawiają:

- Też bym napisał książkę, ale nie mam czasu.

Drudzy są bardziej wyrafinowani i twierdzą:

- W każdej chwili mógłbym napisać powieść, ale mi się nie chce.

            Nie będę tu spekulował, czy taka powieść mogłaby się powieść, czy nie. Skłonny byłbym raczej podziękować Bogu, że nie mają czasu albo że im się po prostu nie chce. Dlaczego? Bo to szczęśliwy zbieg okoliczności zarówno dla nich samych, jak i dla ewentualnych czytelników (męczenników). Trzeba przyznać, że literatura sama potrafi się obronić. Te – wymagające lat mozolnej pracy – „pierdoły”, to odpowiednia bariera dla całego zastępu domorosłych pisarzy, którym śni się cud w postaci grubych pieniędzy z pisania szlagierów księgarskich. 

 

Pin It