Krystyna Habrat

 

CZŁOWIEKU, WZLATUJ WYŻEJ

 

Gdyby mógł, drogę od tramwaju  pokonałby biegiem, żeby jak najszybciej schronić się w domu przed deszczem i porywistym wiatrem. Pan Henda był jednak człowiekiem niemłodym, do tego poważnym pedagogiem, więc wypadało iść dostojnie. I nawet bardziej zmoknąć. W domu się rozgrzeje.

Ominął rozległą kałużę, przechylił parasol pod wiatr i pomaszerował, marząc o gorącej herbacie i książce, jaką za chwilę będzie sobie czytał, siedząc wygodnie w fotelu pod stojącą lampą.

Żona przyjdzie później, bo po lekcjach wstępowała zwykle do córki pomóc jej trochę przy dzieciach. Na szczęście obiady jadali  każde w swojej szkole. Oboje lubili uczyć i kształtować najbardziej pokoślawione charaktery uczniów, więc nie speszyli się na emeryturę.

Wsiadając do windy, dostrzegł nowe bazgroły na ścianie. Skrzywił się. On całe życie poświęcił wpajaniu młodzieży wzniosłych życiowych celów. Wciąż powtarzał, aby nie poprzestawali na czymś małym, ale wzlatywali wysoko, czyli mieli większe i większe ambicje. Do jego wychowanków nie pasowałoby bazgranie po ścianach świńskich napisów.

W domu potrwało chwilę zanim  pozdejmował przemoknięte ubranie, płaszcz, kapelusz, i porozwieszał w łazience do wyschnięcia. Dotknął rur zadowolony, a tu przeszedł go dreszcz zimna. Nie grzały. W przedpokoju również mroziły.

W innych pomieszczeniach od kilku dni kaloryfery były letnie. Nie gorące, ale takie ledwo, ledwo ciepłe, bo to na razie był rozruch grzewczy dla sprawdzenia, czy gdzieś nie przecieka, nie zapowietrzone. Zaraz zgodnie z ogłoszeniem na parterze rozkręcił swoje zawory na 5 i czekał spokojnie. Nawet nie zauważył przy myciu, że w łazience nie grzeją. Tu nie było indywidualnego opomiarowania ciepła i opłatę liczono ryczałtem, więc każdego roku opóźniano napełnienie tych rur ciepłą wodą tak długo, jak się dało. Dziś jednak było za zimno. Postanowił interweniować. Nie lubił tego. Oj, bardzo nie lubił. Przymusił się jednak, bo przecież uczniom zawsze wpajał odwagę cywilną i rozmach życiowy. Gdyby była już żona, ona zrobiłaby to szybko, ale wolał nie czekać aż pracownicy odpowiedniego biura rozejdą się do domów.

Westchnął, odsunął myśl o gorącej herbacie i książce pod lampą, założył stary dres i wyciągnął notes z numerami telefonów.

Zniecierpliwiony głos po drugiej stronie nie rokował przyjemnej konwersacji, ale trzeba już było w to brnąć.

- Dzień dobry panu. Chciałbym uprzejmie zapytać, dlaczego rura w łazience nie grzeje.

Niewidzialny osobnik, który ledwie odburknął na wszystkie powitania i uprzejmości, teraz ożywił się, wypytując dokładnie o numer bloku, mieszkania, piętro, pion. Czasami ktoś przy takiej indagacji rezygnował z dalszego przesłuchania i sprawę można było odfajkować. Ale Henda był uparty. Podał dane i usłyszał:

- To nich pan zadzwoni jutro o siódmej…

- Ależ mnie już o tej porze nie będzie - skłamał w odpowiedzi.

- To nam przysłać robotników teraz, gdy już prawie noc? Już ich nie ma…

- Ale może im pan sam jutro o tym powiedzieć - podsunął z nadzieją Henda.

- No, dobra.

- Dziękuję bardzo - rozpływał się Henda. - Dziękuję.

Tego wieczoru podczas mycia odczuł jednak chłód, którego wcześniej nie zauważał. Pocieszał się, że tak tylko do jutra.

Ale nazajutrz rury były nadal zimne.

Zdenerwował się. Całe życie wpajał uczniom zasady, jak żyć przyzwoicie i pożytecznie. Uczył biologii, ale wyżywał się najbardziej na lekcjach wychowawczych, kiedy mógł wpajać  podopiecznym rozmaite zasady. Zaczął tak jako  młody nauczyciel, kiedy sam się zakochał i napisał dla swej dziewczyny, uczącej w sąsiedniej szkole podstawowej, wiersz. Jej się to spodobało. Teraz musiał to jakoś wykrzyczeć całemu światu.

Zgarnął z korytarza swych rozbrykanych pupili jeszcze przed dzwonkiem. Szaleli tego dnia na przerwach chyba w dwójnasób, co może tylko tak się wydawało, bo w szkole była wizytacja i należało tych najgorszych jakoś ujarzmić. Oczywiście prym w dokazywaniu wiodła jego klasa. Żadna pani nie dawała sobie z nimi rady, więc gdy się pojawił na początku roku szkolnego zagrano mu na ambicji i wepchnięto tę niesforną, męską klasę. Robił, co mógł. Było lepiej i gorzej. Ale dziś było mu wszystko jedno, musiał się z nimi podzielić swą radością. Marysia go akceptuje!

-  Chłopaki, dziś opowiem wam o miłości - zaczął wtedy.  - Chodźcie tu bliżej.

Zaciekawieni otoczyli go przy stole, na którym przysiadł, odsuwając do tyłu dziennik. I zaczął im opowiadać o miłości. Chłopcy pospuszczali głowy.

Stali nieruchomo i słuchali łapczywie, jakby bali się uronić choćby słowa, a zarazem nie ujawnić, czym mieni się twarz.

Patrzył na nich z zachwytem. Byli w tej chwili zupełnie inni niż jako łobuzy, przeszkadzające co dzień na lekcjach, szalejące na korytarzach, rozwrzeszczane głupio i bez sensu. Byli wzruszeni. Tylko on nie wiedział, jak zacząć.

Wreszcie zdał się na natchnienie. Nie miał nic przygotowanego.

- Chłopcy, jesteście w wieku, kiedy zaczyna się widzieć dziewczyny.

Powiedział pierwsze zdanie i już wiedział, że język go sam poniesie. Kontynuował więc:

- Te dziewczyny zawsze były wokół was, ale nagle stały się jakoś ważniejsze. Ładniejsze i ciekawsze. Już nie biegają na was do pani na skargę o byle co. Nie chichoczą na wasz widok, ale rumienią się, płoszą. One też zaczynają was widzieć inaczej. Nie wypada teraz podstawiać im nogi, żeby mieć ubaw, jak taka się przewróci. Ani robić innych głupich kawałów, bo jakoś przestało to wypadać. Udajecie, że ich nie zauważacie, lecz  każdy akuratnie zauważa, która ścięła warkocze i w nowej fryzurze jeszcze ładniejsza. Która ładnie się uśmiecha, która nieśmiała, że aż by się chciało od razu ją przytulić…

- Chłopcy, tak właśnie patrzcie na dziewczęta: z podziwem i szacunkiem. To kiedyś będą wasze żony, które poprowadzicie w welonie do stopni ołtarza. To będą matki waszych dzieci. Towarzyszki na całe życie.

Urwał na chwilę i nie miał odwagi śledzić twarzy swych łobuzów, którzy teraz jeszcze niżej pospuszczali głowy. Teraz miał powiedzieć to, co najważniejsze:

- Chłopcy moi drodzy, tylko zanim wybierzecie sobie tę jedną, jedyną, aby poprowadzić ją do ślubu, przeżyjecie jeszcze coś najpiękniejszego, co może przetrwać na całe życie.

Wyczuł, że otaczający go wstrzymali oddech. Ten i ów przełykał ślinę, jakby ze wzruszenia zaschło mu w gardle. Byli gotowi słuchać go dalej. Czekali.

- To przyjdzie miłość.

Cisza, jaka teraz nastała, chyba jeszcze w szkole się nie wydarzyła. Musiał ją spłoszyć szeptem:

- Każdy się zakocha. Niektórym zdarza się to częściej, ale to są tylko przelotne zakochania, które mijają. Jak rozpoznać więc prawdziwą miłość? Zdradzę to wam. Prawdziwa miłość to taka, gdy dla dziewczyny pragnie się napisać wiersz.

Zamilkł na chwilę.

- Nie wierzycie. Ja sam przedwczoraj taki napisałem. Ja specjalista od asymilacji i oddychania roślin, od pantofelka i żaby jako ustrój przejściowy między organizmami  wodnymi a lądowymi. Od wirusów, jako ustrojów przejściowych pomiędzy materią nieożywioną a żywą. Nigdy nie zamierzałam złożyć dwóch rymów na wiersz. Ale pojawiła się na mym horyzoncie urocza dziewczyna, że poczułem potrzebę napisać dla niej wiersz. Nieważne, czy udany. Ważne, że jej się spodobał i zaraz po zakończeniu tego roku szkolnego weźmiemy ślub.

Wyczuł dreszcz, jaki zelektryzował skupioną wokół niego grupę. Teraz się ożywili. Zaczęli mu nieśmiało podawać ręce, gratulować.

Powracali jeszcze do tej rozmowy nie raz. Mieli własne pytania, własne problemy, ale lubili stawać w ciszy ciasno wokół niego i słuchać. Dopiero na przerwach odreagowywali ten spokój i jakby nagle zdziecinnieli, ganiali po korytarzach bez sensu. Wkrótce wszyscy stawili się na jego ślubie z Marysią.

Jeszcze wtedy mógł do chłopaków tak przemawiać. Z każdym rokiem, z nowym rocznikiem w szkole, dużo się w uczniach zmieniało. Teraz musiałby mówić o tamtych sprawach zupełnie innym językiem. Uczniowie by go  wyśmieli.

Ale całe życie wpajał swym uczniom piękne zasady życiowe. I co? Życie, życiem, a byle biurokrata w spółdzielni mieszkaniowej może nawet jego, porządnego nauczyciela wodzić za nos. Zawsze bał się tych biurokratów. Bał - panów i pań na urzędzie. Bał pasażerów, jacy łokciami odsuwali go w tłumie w tramwaju. Dopiero w szkole pośród maluczkich był kimś.

Zadzwonił więc pod inny numer, żeby zgłosić zimną rurę w łazience. Urzędniczka odesłała go pod innym numer. Tamci znowu dalej. Wreszcie jakiś mądrala zaczął mu bezczelnie udowadniać, ze rozruch Co musi potrwać, bo coś tam… Przerwał mu, ze tak bywa co roku i… Tamten skwapliwie wysłuchał jego argumentów, po to, by odwrócić je przeciw niemu. Jakby już w ogóle na świecie nie można było zrobić ciepła w łazienkowych rurach, nie mówiąc o przedpokoju.

Henda, jak nigdy, podniósł głos. Tamten nawet nie, ale ciągnął spokojnie swoje bez sensu.

Wreszcie Henda wrzasnął:

- Pan sobie śmichy ze mnie robisz! To pocałuj mnie pan w dupę!

I rzucił słuchawkę.

Pierwszy raz tak.

K.Habrat.

 

Pin It