Andrzej Wołosewicz

 

Znowu juroruję

 

wolosewicz            Nie, nie podam gdzie, nie o to chodzi. Chcę tylko podzielić się - po raz kolejny i na świeżo – doświadczeniem z tego słodko-gorzkiego przeżycia. Słodkie przeżycie, bo kibicując poezji kibicuję tym, którzy ją piszą. A gorzkie, bo nie wszyscy, którzy to robią, powinni to robić. Ponieważ właściwie nie ma szkół pisania wierszy traktuję ten tekst trochę dydaktycznie, nie żebym się mądrzył, że wiem jak pisać, raczej, że wiem, jak nie pisać, jakie są ewidentne błędy. Wiem, wiem, można tu i tam przeczytać jakieś recepty, zdaje się też, że gdzieniegdzie organizowane są warsztaty. Opowiadał mi ostatnio Zbyszek Mysłowiecki, gdy mu się pożaliłem wymieniając pisanie Katarzyny Z., notorycznej konkursowiczki i częstej laureatki, że to takie pisanie na jedno kopyto, więc Zbyszek –że to efekt warsztatów. Dalej nie dociekałem.

            Tak więc juroruję, nie narzekam, w końcu nie robię tego za darmo, choć daleko mi – przy jednym konkursie co dwa lata – do tych , którzy dorabiają do jurorowania niezłe kieszonkowe. (Ta informacja to oczywista „poetycka propozycja korupcyjna”, że jestem do wzięcia J)

Jak śpiewali kiedyś Skaldowie „ludzie listy piszą”, tak teraz piszą wiersze. Konkursy rozsiane po całym kraju spełniają – niezależnie od swej jakości, czasami bardzo wątpliwej – niewątpliwą rolę kulturotwórczą. To jest nie do przecenienia, gdy tej roli wyzbywają się media, nawet te z misją w swoim powołaniu. W takim „nie kulturotwórczym” kontekście, nawet słabe wiersze w słabych konkursach stanowią większą wartość niż ogólnopolski rechot kabaretowy na telewizyjnych antenach czy disco polo, dobra muzyka do dyskotekowego podrygiwania ale na pewno już niekoniecznie do słuchania. Zresztą gdy dobrze się wsłuchać, to większość tekstów muzycznego pop-u i nawet ambitniejszej muzyki często nie grzeszy wysokim poziomem tekstów, który chyba zatrzasnął się w piosence literackiej i nijak nie może się przebić gdzie indziej. I niczego tu nie zmienia chwalebny skądinąd ubiegłoroczny literacki Nobel dla Dylana. Tak więc upieram się przy poezji. Dla niektórych (dla większości?) autorów to jedyne forum, by zaistnieć, by poddać się publicznej weryfikacji, by się sprawdzić, by mieć jakikolwiek sygnał zwrotny na temat tego, co się pisze. Pozostając przy muzycznych porównaniach – by mieć odsłuch. No to zobaczmy, co się pisze, a bardziej – jak.

            Najpierw sprawy formalne i wizualne. Nadal (bo kiedyś już o tym pisałem) pojawiają się wiersze-choinki (te zorganizowane symetrycznie wobec pionowej osi kartki) i nadal nie znalazłem jakiegoś sensownego uzasadnienia tej maniery. Można oczywiście tak pisać, owszem, tylko czemu to służy? Jakiejś zaskakującej wizualności? Nie przesadzajmy. Szczęśliwie tych „choinek” jakby coraz mniej. Ale zastąpiła je druga „plaga”: nadużywanie kropek kończących zdanie (jak mnie nauczono), po których następna fraza (następne zdanie?) zaczyna się… małą literą!  Kiedy jakiś czas temu zobaczyłem taki zabieg poetycki po raz pierwszy u jednej z poetek, niezłej zresztą, to nawet zaakceptowałem, wyglądało to bowiem na pomysł autorski, lepszy gorszy, ale pomysł. Jednak kiedy rozlewa się to w modę ewidentnie oparta na papugowaniu, naśladownictwie, bo nic z treści, formy tych wierszy nie wskazuje na to, aby nagle kilkadziesiąt osób wpadło na taki sam pomysł, no darujcie. I jeśli kilkorgu potem to się spodobało, w porządku, ale gdy ilość naśladowców wzrasta w postępie geometrycznym to nie robi to dobrego wrażenia, a już wrażenia nowości i pomysłowości na pewno.

            I sprawa kolejna, w mojej ocenie kuriozalna i żenująca. To pisanie tytułu własnego wiersza w cudzysłowie. Jakie to „cudze słowa”? Rozumiem takie wyróżnianie tytułu w normalnym fragmencie tekstu, gdy się tytuł (czegokolwiek) przywołuje, ale gdy na kartce zaczynam pisać swój wiersz i daję jego tytuł? No znajdźcie mi na Boga takie dictum w jakimś porządnie normalnie wydanym tomiku, konia z rzędem temu itd. Nie mówię już o karygodnych błędach, literówkach, przecież gdy wysyła się raptem 5 wierszy to można je przeczytać po wielokroć, poprosić „drugie” oczy o spojrzenie. Naprawdę takie błędy nie usposabiają najlepiej do czytanego tekstu. I – moim zdaniem – świadczy o tym, że sami piszący czytają innych znacznie rzadziej, bo gdyby to robili, to nie wierzę, by nie przyswoili sobie pewnych podstawowych standardów poprawności. Poza tym czytanie innych traktuję nie jako zabieranie czasu na czytanie siebie i własne pisanie lecz jako inwestowanie w siebie. Zawsze, gdy rozważam czytanie innych i siebie przypominam sobie otrzeźwiającą wypowiedź Borgesa, że bardziej czuje się czytelnikiem niż pisarzem i raczej odczytuję to jako wyraz jego rozsądku i pokory kiedy patrzy na swoje pisanie i to wszystko, co zostawili nam inni. Bilans zawsze korzystniej wypada dla innych, bo owi inni to cała historia literatury, która nas poprzedziła. I Borges zdaje sobie z tego sprawę, choć akurat on mógłby sobie pozwolić na kokieterię, bo doskonale mieści się po stronie Wielkiego Pisania a nie tego naszego ukochanego małego sprywatyzowanego, z którym próbujemy wychylać się ku Tamtemu. Zatem czytanie innych to nie strata czasu czy czegokolwiek a inwestowanie w siebie, o czym – mam wrażenie – nasi konkursowicze często zapominają. Literaturę wszak robi się z dwóch rzeczy: ze swojego przeżywania świata, które chcemy uzewnętrznić i z…. literatury, czyli z tego, jak to literackie uzewnętrznianie siebie robili inni. I śmiem twierdzić, że to jest ważniejsze (pozostając z całym szacunkiem dla naszego przeżywania). No to spróbujmy wyciągnąć z tego wnioski.

            Najpierw o uczuciach. Wierszy o miłości z elementami erotyki na konkursy nadchodzi dużo. I tu pojawia się problem. Miłość, sex są tak powszechnymi sprawami, że tu właściwie nie różnimy się wielce i mimo indywidualności naszych uczuć przez to, że to wszystko dotyczy właśnie nas wszystkich – pozostaje banalne. A cała ich niebanalność tych przeżyć, uczuć, emocji polega na ich literackim wyrażeniu, o ile to nam się uda. Na ogół się nie udaje., albo udaje się rzadko. Dobre erotyki są policzalne na palcach kilku rąk. Spróbujcie sobie tak od razu, właśnie teraz, natychmiast przypomnieć wiersz o miłości, pierwszy, drugi, trzeci, wiersz o kobiecym pięknie, wiersz erotyczny. I to przypomnieć tekst, przynajmniej tych trzech pierwszych wierszy a pozostałe przynajmniej z tytułu. Ja dla przykładu przytaczam wiersz Krzysztofa Gąsiorowskiego „Jak ona szła”:

(fuga)

 

Jak ona szła, rdzowłosa,

jak ona szła, o bogowie, przez miasto

nad morzem, przeze mnie, na wskroś…

jak ona szła; źrenica bytów, oko,

a wokół wirujący horyzont, ulatujące

sosny, domki, łupiny  rybaków… i ja

wywołany z przepaści;

 

jak ona szła,

 

panna pomoru, żagiew nocą

w osłupiałym pałacu, obok wznoszonych

stosów:

 

krzew płomienisty w piaskach

wewnętrznych pustyń; demony moje,

moje furie, moi potępieni… do mnie –

 

wzmóżcie moje łaknienie!

 

już naga, z roztrąconymi

włosami: oczyszczenie w potokach

wzbierającej lawy; wulkany w śniegu…;

 

tak dalej, staraj się, książę świata!

 

Jak ona szła! O Bogowie

Stróżka krwi, w moich pustkach;

rdzawa; kometa nad lodowcami

marzenia

 

W poezji jak w filmach, sceny piękne z historii kina to podwiewana sukienka Marlin Monroe czy rękawiczka Rity Hayworth a nie poetycka rąbanka garmażeryjna spod znaku „wszystkie podroby na wierzch” znana z filmów pornograficznych. Naprawdę oglądając je doszukujecie się miłości? No nie wierzę.

            Drugi problem to dobre merytorycznie teksty wciśnięte na siłę w poetycki bełkot: czytam tekst, wiersz wedle jego autora (ach, ta licentia poetica) i doznaję katuszy, bo tekst ciekawy, pomysłowy, wart grzechu napisania, ale z którego w każdym wersie wyłazi nadmiar….. prozy: te opisy, mnóstwo zaimków i przyimków, czasownikowego wykładania kawy na ławę i jeszcze – o zgrozo – wyjaśnianie (!) tego wszystkiego , co już jaśniejsze być nie może. Myślę wtedy, że gdyby autor porzucił pomysł, by – na siłę? – zostać poetą, to pisałby całkiem fajne krótkie prozy. Ja wiem, że konkursów na prozę jest mniej, ale co z tego. Warto więc czasami dać sobie inną, nie poetycką szasnę literacką.

            No i na koniec – nie bójmy się błahostek. Wspomniany Gąsiorowski przywoływał Stevensa, że wiersz może być o czymkolwiek, na przykład o kobiecie czeszącej włosy, że nie musi być tematycznie ciężki i poważny by był cudowny, więc o kobiecie czeszącej włosy czy o takich obrazkach-migawkach jak ta cudownie uchwycona przez Ezrę Pounda w wierszu „Sprzedawczyni”:

W przelocie oparła się o mnie,

Jak jaskółka o ścianę w podmuchu wiatru;

A oni mówią o kobietach Swinburne’a,

O spotkaniu pasterki z Guidonem

O kokotach Baudelaire’a

 

Pin It