STANISŁAW GRABOWSKI

 

STOLICZEK I POLNE MYSZY

 

grabowski stanislaw2            Czterdziestolecie istnienia obchodzi w tym roku wielka dzielnica warszawska – Ursynów. To dzielnica, która najbardziej zmieniła się w ostatnich dziesiątkach lat, najwięcej włożono w jej infrastrukturę, w instytucje kulturalne i inne, doprawdy, ogrom pracy dziesiątków tysięcy ludzi musiał dać efekty. Dziś to dzielnica prestiżowa, wielu chciałoby tu zamieszkać, a nęci nie tylko metro, którym można bez trudu dojechać w każde miejsce na Ursynowie. Warto także pamiętać, że patronem Ursynowa jest pisarz, poeta, adiutant Tadeusza Kościuszki, więzień Katarzyny Wielkiej, poseł na Sejm Czteroletni czyli Julian Ursyn Niemcewicz. Od jego imienia dzielnica wzięła nazwę. Pisarz patronem dzielnicy czy miasta to rzadkość.

            Pierwszy mieszkaniec zamieszkał na Ursynowie w styczniu 1977 roku, podobno, choć są tacy, którzy twierdzą, że kilka lat wcześniej. W każdym razie ja w czerwcu 1977 roku później zdecydowałem się na przeprowadzkę z Grochowa do dzielnicy, której nie znałem. Bo było to raczej niemożliwe.

            Gdy po raz pierwszy wyszedłem na balkon w bloku przy ul. Koński Jar przede mną, w dole, rozpościerała się dosłownie pustynia poprzecinana jedynie kępami chwastów. Tylko w z prawej strony, wychylając się, widać było kreskę Lasu Kabackiego. No i nie uwierzycie, szedł stamtąd zapach lasu, taki jaki od każdego lasu. Powtarzam, było to w czerwcu 1977 roku. Wcześniej dostałem zawiadomienie ze spółdzielni „Politechnika” podpisane przez prezesa Stanisława Olszewskiego o przyznaniu mi lokalu spółdzielczego. Żona wówczas, z jakiejś niezrozumiałej euforii, zrezygnowała z prawa do własnego spółdzielczego mieszkania, co pewnie było błędem. Mieszkaliśmy na Grochowie w dwóch ciasnych pokoikach. A oto przydzielili nam aż 53 metry! Ja, co prawda, jako dziennikarz miałem zgodę z Ratusza z suchą pieczęcią na dodatkowy pokój do tzw. twórczej pracy, ale kto by się tym przejmował. Przekonałem żonę, że dzieci szybko wyrosną, opuszczą domowe gniazdko i kto wtedy będzie sprzątał  trzypokojowe mieszkanie? Hm.

            W każdym razie ten leśny zapach pamiętam do dziś. A poza tym od początku czekały nas kłopoty i tylko kłopoty. Małe i duże. W pobliżu nie było żadnego sklepu z podstawowymi produktami spożywczymi. Wszystko trzeba było przywozić „z miasta”. Nie było apteki, pralni, przedszkola, biblioteki, w ogóle nic nie było. Były za to rozkopane doły, kałuże, błoto, prymitywnie ułożone płyty, takie niby do chodzenia, i kurz… No, a w bloku do którego się wprowadziliśmy wraz z innymi lokatorami, czekało nas głównie stukanie, pukanie, szuranie, i to przez kilka miesięcy. Wszystkie dźwięki, jakie tylko są możliwe słyszało się zza ścian, spod sufitu i spod podłogi. Kakofonię dźwięków. Penderecki by takich nie wymyślił. Koncerty na dwa młotki i piłę elektryczną to była codzienność. Od rana do późnego wieczora. Nie mogłem się kochanym sąsiadom rewanżować. Całą forsę, którą mieliśmy na tzw. czarną godzinę wydaliśmy na wpłatę za mieszkanie. Długo musieliśmy tolerować na podłodze obrzydliwy lentex w kolorze kawy z mlekiem oraz ściany z byle jaką szarawą tapetą w kwiatki.

            Rozpoczęło sie też mozolne szukanie mebli do nowego mieszkania. To zresztą temat na oddzielną historię. Opowiem tylko jedna anegdotę. Wymyśliłem sobie niski stoliczek ciemny, bejcowany, który zobaczyłem w sklepie meblowym na ul. Przeskok, dziś już nie istniejącym. I codziennie, przez cały miesiąc, meldowałem się ok. godz. 11.00 z pytaniem czy ów mebel dowieźli, bo czasami „rzucali” na sklep. Nie dowozili. Ale za to poznałem świetnie pana sprzedawcę, w ogóle całą załogę sklepu. I zdarzyło się, że jednego dnia nie mogłem być obecny. I właśnie tamtego dnia wymarzony przeze mnie stolik dowieźli! I wystarczyło tych stoliczków na pół godziny sprzedaży.

            Na drugi dzień, kiedy mi o tym opowiedział pan ekspedient, o mało nie dostałem zawału. Orzekł wówczas, że jeden stoliczek się ostał. W jasnym kolorze! Czeka na mnie! Zrezygnowałem z niego, jak i zrezygnowałem z ciemnego stoliczka. Aha, sprzedawca pocieszał mnie tamtego dnia, że ma na sprzedaż… regał jugosłowiański za 60 tysięcy złotych! Że to okazja, żebym szybko się decydował, bo już kilku klientów pytało o niego.

            A kiedy przyszła pierwsza jesień na Ursynowie, wraz z nią dotarły do naszego 10-piętrowego bloku szare polne myszki. W końcu gdzie miały się schronić przed zimą? Mnie nie przeszkadzały. Ale żonie bardzo. Ich nocne buszowanie w kuchni stawało się zresztą coraz bardziej śmiałe. Zakupiłem pułapkę na myszy, uzbroiłem ją w kawałek żółtego sera i… zacząłem czekać na efekt. Po dwóch tygodniach zrezygnowałem z pułapki. Myszka nie gustowała w żółtym serze, jednak była coraz bardziej zuchwała. Pokazywała się nawet w ciągu dnia!

            I wtedy kupiłem tzw. zatrute ziarno. Sypnąłem nim w kilku miejscach. I… myszka przestała nas odwiedzać. Ale mojej żonie serce krwawi do dziś! Jak mogłem? No właśnie.

            Jesienią moje dzieci zaczęły uczęszczać do przedszkola na Puszczyka. A wraz nimi dziecko artysty Talara, córka Krystyna Jandy i Andrzeja Seweryna i pociechy innych młodych acz obiecujących aktorów. Janda zdaje się była wtedy po sukcesie „Człowieka z marmuru”. Prawie co dzień widywałem ich, jak odprowadzali Marysię. Zawsze we dwoje. Zawsze w dżinsowych ubrankach. Zawsze milczący, wręcz ponurzy. Z innymi rodzicami rozmawialiśmy nie tylko o pogodzie. Ta dwójka była ponad. Nie zabiegałem o znajomość z nimi, choć jako dziennikarz, aż się… prosiło, żeby wykorzystać okazję i umówić się na wywiad.

            Jeszcze pamiętam z tamtych czasów, że wysokość opłat za przedszkole zależała od wysokości pensji. Jeden z artystów, nazwisko pominę, we wiadomej rubryce wpisał, że jego pensja wynosi 1.200 złotych! A co z jego obfitą obecnością w teatrze, w telewizji, w filmie, na porankach poetyckich etc. Czyżby pracował wszędzie tam za darmo? Każdy kombinuje jak może, towarzyszu dyrektorze.

            Miałem zastrzeżenia do wielkości mieszkania, jak i do jego usytuowania blisko ulicy, której na razie nie było. Ale kiedyż zaprosiłem do domu znajomą koleżankę Irmę. Otóż Irma mieszkająca na ul. Świętokrzyskiej, ale „przy tatusiu”, orzekła, że gdyby miała przejść na Ursynów ze swojej ulicy na kolanach to by to zrobiła. Nieważne, że to mieszkanie małe, czy daleko do centrum. Najważniejsze, że własne! Za dwadzieścia lat, pocieszała nas, Ursynów będzie wspaniałą dzielnicą. A kiedy metro połączy ją ze Śródmieściem… Kochana Irmo, wszystko to co mówiłaś spełniło się, i to z nawiązką.

            Dzielnica powoli obrastała nie tylko w kolejne bloki mieszkalne, ale także w punkty usługowe, sklepy, targowiska, miejsca zabaw dla dzieci... Np. bardzo lubiłem odwiedzać księgarnię o nazwie Arkona p. Heleny Zielińskiej. Przychodziłem tam, żeby zapoznać się z  nowościami, których nigdy nie brakowało. No i poplotkować można było z miłą sprzedawczynią, p. Małgosią. Oczywiście, kiedy chwilowo nie było klientów. Księgarnia nie tylko oferowała książki, albumy, kalendarze, akcesoria malarskie i inne rzeczy, ale także organizowała spotkania np. z pisarzami. Któż na nich nie bywał? Kiedy dotarł do Domu Sztuki poeta ks. Jan Twardowski było tylu ludzi, że wprost trudno było wejść do budynku. Było to zaledwie dwadzieścia lat temu. Cisną się wspomnienia…

            Miejscem doskonałych spacerów stała się Kopa Cwila. Zdobywałem ją wielokrotnie w towarzystwie psa. I z jej wierzchołka najlepiej było widać, jak Ursynów Północny, na którym zamieszkałem, zmienia się, staje się coraz bardziej przyjazny mieszkańcom, choć nie wszystko akceptowali, np. nikłe powodzenie miała kawiarnia „Pod Podkową”, choć może mylę nazwę. Dlaczego? Tego nie wiem do dziś. Była tam doskonała kawa, napoje, różne ciasteczka... A na dodatek nie brakowało miejsca na wystawy malarstwa, spotkania autorskie  i inne. No i kierowniczka długo była uparta, by nie rezygnować z interesu, w który włożyła cały posiadany kapitał. 

            Pamiętam też, że kiedy w 1987 roku wróciłem z wycieczki za Kaukaz (Gruzja, Armenia, Azerbejdżan) żona wręczyła mi pierwszy numer „Pasma”! Specjalnie dla mnie go przechowała. Lokalne pismo na Ursynowie to było coś. Wiedziała, że mnie to ucieszy. Zaraz wysłałem do redakcji jakiś nieduży tekst i liścik z kilkoma zdaniami o sobie, z nadzieją na nawiązanie kontaktów. Gotów byłem pisać za darmo, żeby tylko zaznaczyć swoją obecność. Do dziś nie otrzymałem odpowiedzi, zresztą redakcja po wielu bojach w końcu „poległa”. A może była to wina poczty, nie dostarczyli mojej przesyłki?

            Inna kulturalna inicjatywa związana z Ursynowem to Teatr za Daleki, który znalazł siedzibę w Domu Sztuki. Znajduje się kilkanaście metrów od mojego bloku. Biegało się z wielką radością na pierwsze przedstawienia, boć sam kwiat aktorstwa nas odwiedzał, podobnie jak na różne imprezy organizowane przez ów Dom Sztuki, nieduży, ale imponujący ilością  przedsięwzięć kulturalnych i innych. Wymienić choć kilka – próżny trud. W każdym razie cieszy mnie, że niezmiennie czuwa nad jego działalnością ten sam p. dyrektor czyli Andrzej Bukowiecki, może ktoś pamięta syn znanego krytyka filmowego Leona Bukowieckiego, którego poznałem w 1964 roku.

            Ze zdarzeń prawie mrożących krew w żyłach wymienić można zimę stulecia. Rano była kilka stopni plus. A na drugi dzień kaloryfery przestały grzać. Śnieg przykrył wszystko co się dało. Pogubiły się w nim samochody sąsiadów (głównie małe fiaty), były kłopoty z dojazdem do pracy, z kupnem podstawowych produktów. Zresztą wojskowe amfibie dostarczały nam to, co było wprost niezbędne do życia. Na resztę trzeba było czekać do wiosny. Po mieszkaniu chodziło się w palcie. Dzieci na ogół się nie rozbierało. Musiały wytrzymywać bez kąpieli i parę tygodni. I jakoś przeżyły.  Mróz, to jest śliczne śniegowe kwiaty, znalazł się u mnie  na oknach od wewnątrz. Tak się zresztą zdarzyło tylko raz. A zimy od tamtego pamiętnego 1989 roku jakby przestały być takie srogie jak niegdyś.

            Za to, kiedy za oknem przeszło trzydziestodniowy upał, w mieszkaniu trudno oddychać, trudno znaleźć w nim wytchnienie. Czy pomogłaby klimatyzacja? Pewnie tak, ale jest droga i podobno niezdrowa. Tak twierdzą sąsiedzi. Ci, którzy są z nami od początku. Przynajmniej kilka rodzin. Reszta rozbiegła się po świecie. Ich mieszkania zajęli ludzie nie wiadomo skąd, bo nie próbują się dać poznać, nawet „dzień dobry” unikają. Zwłaszcza młodzi. A ja, jako staruszek, nie zamierzam kłaniać się im pierwszy.

 

Pin It