Jan Stanisław Smalewski

Ich Ostatnia defilada (18)

 

smalewski2Z dziennika: 9. 10. - wtorek (po 21.45)

Około południa znalazłem czas, by zadzwonić do księdza prałata. Należała mu się informacja o moim powrocie z urlopu i gratulacje z tytułu wyznaczenia go przez kardynała na duszpasterza wojskowego. Umówiliśmy się na plebanii o 16.00.

Przekonsultowałem z komendantem treść pisma gratulacyjnego i po jego wykonaniu, zaniosłem mu do parafowania.

Moje obawy, co do pomysłu dyrektora Wydziału Spraw Obywatelskich UW, by powołać radę duszpasterską wojska i policji, potwierdziły się. Gdy spotkałem się z prałatem, odparł: Pan dyrektor napomknął mi przelotnie o pomyśle stworzenia rady, ale nie rozmawialiśmy o tym. Sądzę, że to pośpieszne. Nie wynika z potrzeb wewnętrznych obu stron (policji i wojska), a poza tym... stanowi polityczną ingerencję w sprawy pomiędzy kościołem i wojskiem.

- A dyrektor mi powiedział, że ksiądz prałat oczekuje tego ode mnie. Muszę przemyśleć teraz, jak z tego wybrnąć, gdy 12 października dojdzie do spotkania dyrektora z komendantem Centrum. On chce tę sprawę z nim omawiać.

Prałat był zaskoczony. I zaczął się tłumaczyć. - Proszę mnie zrozumieć, panie pułkowniku. To nie to, żebym w czymkolwiek był skłonny uchybić panu. Gdyby coś takiego należało stworzyć, na pewno byłby pan świetnym reprezentantem obu środowisk. Obawiam się jednak, że twór, o jakim myślą panowie z urzędu wojewódzkiego, byłby niezręczną ingerencją w nasze sprawy. A przecież jesteśmy w stanie załatwiać je bez ich udziału.

Sądzę, że myślą o czymś na wzór Duszpasterstwa Ludzi Pracy, na co zezwolił im kiedyś ksiądz prałat Jóźków. I z czym obecnie ma on kłopoty.

Będę z panem pułkownikiem szczery i powiem, że w tym duszpasterstwie doszło do podziałów, rozbieżnych interesów, żrą się między sobą. Pomijam już fakt, że niejednokrotnie usiłują narzucać wolę, w sumie świecką, Kościołowi.

Myślę również, że może w tym być zamysł wciągnięcia i Kościoła, i pana w rozgrywki polityczne. Wie pan pułkownik, mam na uwadze zbliżającą się kampanię wyborczą.

Ten szczery wywód prałata był dla mnie wielce pouczający.

- Nie rozumiem dlaczego, inspirując mnie, pan dyrektor sugerował, że ksiądz prałat będzie z mojej zgody zadowolony?

- Na niego trzeba uważać, panie pułkowniku. On również mnie bardzo niebezpiecznie, podczas pana nieobecności, usiłował wmanewrować w rozgrywki polityczne, kiedy ni stąd ni zowąd przyszedł z kolegą panem pełnomocnikiem rządu, żądając wręcz uświetnienia przez Kościół, przy udziale oczywiście wojska i policji, rocznicy zajęcia przez wojsko polskie Moskwy i Kremla.

Niech mi pan wierzy, dość arogancko domagał się politycznego zaangażowania Kościoła w tę sprawę, która dla mnie, osoby duchownej, jest tylko epizodem historycznym i nie powinna być wyolbrzymiana tu w Legnicy, gdzie stacjonują Rosjanie.

Byłem zdumiony. - Zaskoczył mnie ksiądz prałat. Z relacji mojego przełożonego wnosiłem, że to była obopólna inicjatywa, komendant też miał zastrzeżenia. Konsultował je nawet z wrocławskim Okręgiem i Warszawą. I były sugestie ze strony tych instytucji, żeby od tego odstąpić.

Komendant zgodził się jedynie dlatego, że był przekonany, że Kościół tę inicjatywę wspiera.

- O, i widzi pan pułkownik. Miałem dobre przeczucie. Należałoby to panu mecenasowi powtórzyć - zaproponował.

- Pułkownik Kromolicki meldował mi, że dyrektor miał pretensje, iż podczas mszy nikt z wojskowych nie wystąpił publicznie. Wie ksiądz prałat coś o tym? – zapytałem.

- Sugerowałem panu pułkownikowi, żeby zostawić to władzom cywilnym.

- Rozumiem.

- Było tak, panie pułkowniku – ksiądz kapelan pośpieszył z wyjaśnieniem. - Na sugestie panów z urzędu, żeby w mojej homilii znalazły się akcenty na ten temat, posadziłem obu panów naprzeciwko siebie i powiedziałem krótko: „Hola, hola panowie. Chcecie, żebym jątrzył w sprawach pomiędzy władzą i wojskami sowieckimi”?!

Panowie przekonali mnie – tłumaczył prałat - że rocznica nie będzie dowiązywać do obecnego stacjonowania wojsk w Legnicy, ani w Polsce, ale podkreśli jedynie fakt historycznego zwycięstwa i triumfu wojsk polskich w nawale tylu innych klęsk, w tym także klęski napoleońskiej.

I dlatego zgodziłem się na intencję mszy z tej okazji, wyjaśniając, że mogę jedynie ją krótko wyjaśnić wiernym. Natomiast głos w tej sprawie powinien zabrać pełnomocnik rządu. Jest przecież, jak pan Jaworski, prawnikiem. Przyszli do mnie z tym problemem, widzą go, niech zatem go podejmują publicznie.

Na to oczywiście obaj panowie zaczęli się sprzeczać. Zamknąłem więc sprawę stwierdzeniem, że to już rozstrzygną między sobą, podkreślając przy tym, że nie sądzę, żeby było słuszne, by występował i mówił o tym przedstawiciel wojska. Co zresztą delikatnie zasugerowałem potem panu Kromolickiemu.

Byłem zaskoczony. - Zatem wszystko jasne. Dużo mi ksiądz kapelan wyjaśnił i pomógł. Dziękuję.

Patrząc mi w oczy prałat podsumował temat: - I myślę, że skoro to sobie wyjaśniliśmy, tym bardziej musimy się wcześniej przyjrzeć intencjom powołania rady. Jaki to miałby być twór? Bo jeśli kościelno-świecki, znów niczego panu pułkownikowi nie ujmując, powinien na jego czele stanąć ksiądz.

- To prawda – przyznałem.

- Może zróbmy inaczej – zaproponował prałat. – Proszę nie zmieniać zdania, a niech to zrobi pan komendant. Niech dyplomatycznie podziękuje za zaufanie, jakim urząd i Komitet Obywatelski darzą pana, bo mniemam, że maczał w tym palce również pan Potycz i senator, i niech poprosi o czas na zastanowienie, podkreślając, że jego zdaniem będzie on potrzebny, gdyż czekacie na status kościoła garnizonowego. Status regulujący działalność duszpasterza, a także wasze zobowiązania, które w pełni będą wiadome, jak nastąpi wyznaczenie i akceptacja przez Ojca Świętego biskupa polowego.

Akceptowałem propozycję prałata.

Minęła siedemnasta, prałat poprosił, bym zszedł z nim na parter, zobaczyć czy przed jego kancelarią nie oczekują interesanci. Kiedy się upewnił, że nikogo nie ma, zapytał, czy podwiozę go swoim maluchem do parafii świętego Jacka, do prałata Kisińskiego. Był czas, by kontynuować dyskusję.

- Myślę również o tym, panie pułkowniku, że my mamy na ten rok, skoro już wyznaczony został duszpasterz i duszpasterstwo wojska i policji, wiele bardzo ważnych spraw, które musimy załatwić sami, bez osób świeckich z zewnątrz.

A co oni by chcieli nas, pana, rozliczać z tego, ile chrztów, ślubów, uroczystości żałobnych zrobimy? – kontynuował z pewnym zażenowaniem.

- Zgadza się. Są sprawy, które należą wyłącznie do Kościoła. I sądzę, że pan dyrektor o nich nie pomyślał. Zapewne chodzi mu jedynie o pomoc społeczną w realizacji nowej misji księdza prałata.

- Nie byłbym tego taki pewny. Zresztą nawet takie sprawy jak to, że żołnierze, to znaczy spora ich część wchodzi na mszę jednymi drzwiami, a zaraz potem wychodzi pojedynczo na rynek drugimi, potrafię załatwić bez powoływania rady.

- Tak się dzieje? – byłem zaskoczony.

-Tak. I to nawet w ostatnią niedzielę. Przykro, bo przecież ludzie to widzą. Ale ja poproszę pana pułkownika o spotkanie z nimi w koszarach i powiem im o tym sam, co myślę.

Myślę też o potrzebie wprowadzenia przedmiotu etyki katolickiej. Jeśli pan komendant i pan byście to zaakceptowali, sprowadziłbym wykładowcę z Wrocławia.

– Musimy to rozważyć. Ale... raczej w czasie popołudniowym i na zasadach dobrowolności - myślałem głośno.

- A ja będę jutro we Wrocławiu, to się dowiem, jak kuria podeszła do tego w odniesieniu do szkół oficerskich. Bo zamysł nie wypływa ode mnie, ale jest mi znany z Wrocławia.

- To dobrze – ucieszyłem się. – Wzorce w takich sprawach są wskazane. Ja też muszę wszystko ważyć, by w swoim środowisku nie być posądzanym, że robię więcej niż należy.

Jak na razie pierwszy etap: zaskoczenia i pewnych złośliwości, nerwowości i niezrozumienia, mija. Dowodem na to może być nasze wojskowe przedszkole.

I tu opowiedziałem księdzu o wahaniach pani dyrektor, która nie wiedziała, jak podejść do decyzji kuratorium w sprawie nauki religii. Wyjaśniłem, że udzieliłem jej rady, żeby zapoznać z nią rodziców, zaproponować rozwiązanie. Najlepiej poprzez przyniesienie oświadczenia rodzica na piśmie; czy zgadza się, czy też nie, na naukę swego dziecka religii. I wyjaśniłem prałatowi, że kiedy po urlopie zaprowadziłem córkę do przedszkola, pani dyrektor poinformowała mnie (przedszkole wojskowe też mi podlega w sprawach wychowawczych), że właśnie w poniedziałek rozpoczyna się nauka religii, przybędzie katechetka. „Czy pan zezwoli swojej córce na udział”? – zapytała.

Poprosiłem o kartkę papieru i napisałem zgodę. I spytałem, jak podeszli do tego inni rodzice? Ile osób wyraziło zgodę na piśmie?

Na dzień dzisiejszy, panie pułkowniku nie miałam tylko oświadczenia dla Oli i jeszcze jednego dziecka, które choruje i na razie nie uczęszcza do przedszkola. – wyjaśniła.

- No i po problemie, prawda? Dobrze pani zrobiła – pochwaliłem ją.

- To świetnie – ucieszył się prałat. – A ile dzieci z wojskowych rodzin uczęszcza do przedszkola?

- W przedszkolu jest obecnie setka dzieci, w tym osiemdziesiąt pięć z rodzin żołnierzy – wyjaśniłem.

 

11. 11. 1990 r. - (po 21.35)

Odprawę służbową w Okręgu zarządzono na godzinę dziesiątą. Wyjechałem służbowym fiatem 125p o ósmej i o dziewiątej byłem już na parkingu przy Pretficza.

Celowo wyjechałem wcześniej, by u majora Ciuraszkiewicza rozliczyć znaczki PZF. Andrzejek miał odebrać walory filatelistyczne dla kolegów z Wrocławia. Od wielu lat szefuję Kołu nr 9 we Wrocławiu. „Emigrując” w 1985 roku do Brzegu, chciałem funkcję tę przekazać komuś z miejscowych, ale nie było chętnych do jej przejęcia. A ja, nie chcąc tracić dobrego kontaktu z filatelistyką, podjąłem się kierowania kołem na odległość. Teraz, z tego co słyszę z Warszawy, i tak chyba to wszystko pójdzie w rozsypkę. Ma powstać nowa firma.

Póki co jednak mam czternastu członków; większość zbiera tylko znaczki polskie, ale jest też kilku podobnych do mnie fanatyków filatelistyki państw socjalistycznych.

Ach te zmiany. Przez telefon nie zapytałem, gdzie mamy się spotkać. Byłem przekonany, że tam gdzie zawsze, a Andrzej zapewne przypuszczał, że wiem, iż zmienił lokum. Piętro nad biurem przepustek zajął już kto inny: redakcja gazety „Żołnierska Rzecz” i Centralny Kolportaż Wojskowy.

Zamiast Andrzeja, w pokoju zastałem majora Henia Koźbiała, który natychmiast wciągnął mnie w głąb pomieszczenia, by przedstawić swoje pracownice. I naciągnął na kupno nowej książki Jerzego Urbana „Alfabet Urbana”. Coś typu: Kto jest (był) kim w Polsce? Wziąłem dziesięć egzemplarzy, by rozprowadzić wśród kolegów.

Zaraz po powrocie do koszar dowiedziałem się, że podobny pomysł miał podpułkownik Czesiu Głowski. Tylko nasz „naczelny lekarz” Ośrodka rozprowadzał książkę z księgarni legnickiej po 23.000 zł, a Heniu swoje wycenił na 27.000 zł. Mimo to trzy egzemplarze sprzedałem od ręki. Ludzie lubią takie plotkarskie wydawnictwa, nie mówiąc już o popularności samego Urbana. Mnie na razie spodobała się odręczna dedykacja flamastrem na początku książki: „Drodzy Czytelnicy! Życzę Wam abyście nigdy nie stali się bohaterami moich książek”.

Podły kpiarz!..

Do Andrzeja, który przeniesiony został na teren sztabu, musiałem wziąć przepustkę. Sam więc wstąpiłem do szefa kadr wychowawczych, by mu przekazać porcję świeżych znaczków. Jasiu Ordynowski nie potrafił mi wyjaśnić, jak to jest, że mój zastępca w Ośrodku ma teraz wyższy etat ode mnie.

W Oddziale Wychowawczym zaszedłem prosto do Romana. Był u niego szef Wydziału Wychowawczego z Bolesławca, podpułkownik Jasiu Pipała. Obaj urwali się ze szkolenia; byli zresztą po cywilnemu, i... wyraźnie skacowani po wczorajszej libacyjce u Romka (Jasiu nocował w hotelu). Teraz leczyli kaca piwem.

Za czasów Jaruzelskiego byłoby to niemożliwe; spożywanie w pracy jakiegokolwiek alkoholu groziło poważnymi sankcjami.

A propos prohibicji, jaką w armii zaprowadził Jaruzelski... Byłem młodym podporucznikiem, dowódcą plutonu, gdy w 1968 roku do 1. Brygady Saperów, w której rozpocząłem służbę zawodową, przyjechał na inspekcję generał Jaruzelski. Po odwiedzeniu koszar, generał trafił i do nas; pontonierów ćwiczących na poligonie wodnym nad Odrą.

Generał wszedł ze świtą towarzyszących mu osób i z dowódcą brygady do jednego z namiotów. Wszedł i... powstrzymał wszystkich gestem ręki. Staliśmy tak i śledziliśmy jego poczynania, a on... przeszedł pomiędzy żołnierskimi łóżkami i zatrzymał się przy... koszu na śmieci.

Stojąc z boku, za pobladłym ze strachu moim przełożonym, który wcześniej złożył mu meldunek, że kompania przebywa w czasie wolnym na świetlicy żołnierskiej, stałem się mimowolnym świadkiem porażającego wydarzenia.

Generał Jaruzelski zajrzał za kosz i nogą ozutą w błyszczący jak lustro i precyzyjnie dopasowany but oficerski wygarnął kosz na środek. Śmieci rozsypały się, a po świeżo wyłożonym na tę okoliczność gumoleum potoczyła się pusta butelka po alkoholu.

Ile osób poniosło z tego tytułu konsekwencje służbowe, nie pamiętam; na pewno nie byli to tylko: mój bezpośredni przełożony i kolega, dowódca sąsiedniego plutonu. Nie zapomnę jednak nigdy tej generalskiej nogi w eleganckim oficerku, i tego gestu, z jakim rozrzucił on śmieci...

 

- Cześć bracie Janie! – z nieukrywanym entuzjazmem powitał mnie Roman. Przywitał się ze mną, jakbym spadł mu z nieba. – Wczoraj byłeś chwalony, jak nikt w całym Okręgu, przez kobiety! – powiedział to tak, jakby właśnie czekał na taką okazję, by mi to obwieścić.

- Przez jakie kobiety? Co ty pleciesz? Nie znam tu takich, co by mogły mnie tak chwalić.

- A jednak są! – wtórował mu w rozbawieniu Jasiu.

- Bądź uprzejmy wyjawić ich personalia – rozłożyłem ręce w oczekiwaniu. Wydawało mi się, że ich nastrój jest zaraźliwy.

- Na przykład moja żona – wyjaśnił Roman.

- Nie spodziewałem się, ale to miło. Miała być jednak liczba mnoga?

- Ona występowała w opozycji. Więc jakby w liczbie mnogiej – tłumaczył Janek.

- Nie rozumiem? – przyznałem.

- Nie rozumiesz, kurwa, co to opozycja?! Myśmy twierdzili, że jesteś brat Jan, przemalowany komunista, a ona cię broniła jak lwica.

- No to dziękuję wam. Widzę, że doczekałem się kolegów, którzy urabiają mi niezłą opinię? Dziękuję za szczerość.

Na to wszedł Wojtek Nowak. Wojtek rzadko zachowuje się normalnie. U niego normalność to nieustanne kpiarstwo i złośliwość w toczeniu polemik. Spotykając się z nim, zawsze jestem przygotowany na zażarte boje słowne. Tym razem przeholował jednak. Zobaczywszy mnie, od razu wygłosił tyradę: - Koledzy! (Wojtek nie mówi, on zawsze krzyczy) Przedstawiam wam głównego kapelana legnickiego!, kolegę Jana!

- Brata Jana! – poprawił go Roman.

- A tak! Brata Jana!

I zaraz dodał: Nie wiem, czy wiesz?! Że w razie jak się coś zmieni!, jesteś pierwszy na liście!, do wypieprzenia z naszego pionu wychowawczego!

W tym momencie spiąłem się, ale nadal nie traciłem rozwagi. - Nie wiem, czy na pewno zdajesz sobie sprawę z tego, co w ogóle mówisz?

Siedzący nad papierami przy biurku młody oficer, nota bene mój wychowanek, kapitan Tichoniuk wycofał się chyłkiem do drugiej kancelarii, w głębi.

- A co?! Może to tak postępuje oficer byłej nomenklatury?! Ty kolego normalnie się przefarbowałeś! – już nie krzyczał, ale wrzeszczał na mnie. - Przefarbowałeś i nic więcej!

- Skoro takie są twoje poglądy! – też podniosłem głos – dziwię się zatem, że dotąd nie wypowiedziałeś pracy! Oddział Wychowawczy to nie to samo, co Zarząd Polityczny! Ty, szef nowego Wydziału Morale i Dyscypliny Okręgu straszysz mnie powrotem starego?! Chyba zgłupiałeś?!

- O nie! Ja z klechami na pewno trzymał nie będę! – wrzeszczał nadal Wojtek. – A ciebie! nie chcę znać! Nie jesteś mój kolega!

- Mówiąc szczerze i tak nim nie byłem! Ale dziękuję ci za szczerość!

Wojtek wyszedł. Moi (a może już nie moi?) koledzy mieli głupie miny. A ja, jakby nic się nie stało. Położyłem teczkę na biurku i wyjąłem z niej plik zdjęć dużego formatu. Z uroczystości religijnych; niektóre ze mną na pierwszym planie. - Obejrzyjcie sobie, będziecie mieli o czym plotkować. To znaczy będziecie mieli dowody, gdy następnym razem będziecie mnie obgadywać.

- Ja się zabiję własną pięścią! – O ile Janek powoli wychodził ze stresu, Roman był autentycznie zaskoczony. Na nim wrzaski jego kolegi Wojtka nie robiły takiego wrażenia – Zobaczcie! – chwycił zdjęcia i wyniósł do drugiego pomieszczenia, gdzie siedział już Tichoniuk, jakiś inny młody (nieznany mi) oficer i pani z kancelarii niejawnej. – W życiu nie widziałem tylu księży na raz!

Zaczęli oglądać zdjęcia i... przejawiać normalne zainteresowanie. Wszedł znowu Wojtek. Już spokojny. Nie odzywał się. Przez chwilę zaglądał przez ramię Romanowi, jak ogląda zdjęcia.

- Ty, daj to! Zaniosę pokazać szefowi!

Wtedy go odepchnąłem. – Gdzie łapy?! Zapomniałeś, co powiedziałeś przed chwilą?! Nie przełożony i nie kolega, a pcha się po cudzą własność! Te zdjęcia są dla szefa. Niepotrzebne mi twoje pośrednictwo!

- To może zróbmy wystawę! W holu oddziału szkolenia?! – zaproponował. Było mu chyba głupio, że tak zachował się uprzednio.

- To ja ci powiem!– kontynuował. – Jak byłeś na urlopie, zadzwonił Ceglarek, że chcą mu wrzucić jakąś tam rocznicę wkroczenia naszych wojsk na Kreml! Konsultowałem to z Nowackim i powiedziałem mu wówczas: Szefie, dobrze, że nie ma Smalewskiego!, bo ten to by zaraz odpieprzył taką pompę!, że w Moskwie by się o tym dowiedzieli!

Ot, cały Wojtek. Najpierw mówi, potem myśli.

A co do Moskwy to chyba Wojtek miał rację. Na pewno to dotarło do nich.

- Wiesz co? Miałem cię za poważniejszego faceta – powiedziałem do Wojtka. – ale ty facet w ogóle nie znasz życia! Cały czas w ciepełku! W sztabie! Żyjesz w niewiedzy i... pieprzysz głupoty!

 

W piątek 12 października; po 22.15: ciąg dalszy z dnia poprzedniego:

Zebrałem zdjęcia, rozliczyłem z Tolkiem znaczki i udałem się na szkolenie. Idąc myślałem jeszcze: Taki Wojtek. Przecież on nic o mnie nie wie? Nie wie, że kiedyś w młodości jeden mylny krok zaważył na całym moim życiu...

 

Gdy już po pierwszych dziewięciu miesiącach służby zawodowej otrzymałem pierwszy medal za zasługi, będący efektem moich osiągnięć wychowawczych w pracy z młodym rocznikiem żołnierzy zasadniczej służby wojskowej, niejako dodatkowo w nagrodę zaproponowano mi przeniesienie do pionu politycznego.

Zastępca dowódcy związku taktycznego obiecał, że to pozwoli mu zrobić ze mnie szefa tak zwanej młodzieżówki – Związku Młodzieży Wojskowej. Chciałem być kimś takim. Bo to był wyższy etat, większe pieniądze, możliwości dalszego awansu. A ja od dziecka byłem społecznikiem. Gdzie wtedy mogłem nim być, w armii?..

Oszukali mnie. Bo potrzeby służby – powiedzieli – były ważniejsze. Skierowany zostałem do pracy (najtrudniejszy odcinek w związku taktycznym) z „kamikadze” – to znaczy żołnierzami służby pięcioletniej; młodocianymi z domów dziecka, z rozbitych rodzin. Z nastolatkami, którzy weszli w konflikt z prawem.

Tam też niebawem zacząłem odnosić sukcesy. I w krótkim czasie otrzymałem drugi medal. I awans na pełnego porucznika.

I wtedy ktoś wpadł na pomysł, żeby wesprzeć mną dowództwo batalionu szkolnego w szkole oficerskiej, którą wcześniej skończyłem. Zawieszono mnie gdzieś na wolnym etacie w okręgu i wysłano na „dubla” oficera, który łączył dwie funkcje: zastępcy dowódcy batalionu szkolnego do spraw politycznych i młodzieżowca. I po prostu nie dawał sobie rady; to był pierwszy wypust (eksperymentalnej wówczas) nowej szkoły już z wyższym statusem.

I to zadanie też nie było łatwe. - Od pierwszych dni rzucony zostałem na głęboką wodę.

W szyku, podczas porannych rozprowadzeń do zajęć (defilad), przypadło mi miejsce na czole kolumny. Za podpułkownikiem, obok majora. Wtedy to dowódca pierwszej kompanii szkolnej kapitan Jerzy Kramkowski odmówił poprowadzenia swojej kompanii.

Proszę mnie ukarać, a ja za porucznikiem w defiladzie nie pójdę – wyjaśnił dowódcy.

To był twardy i znający swoją wartość oficer. Ta odwaga mogła go kosztować, mogła to być jego ostatnia defilada w szkole. Mógł za niesubordynację wylądować w zielonym garnizonie.

Wziąłem go w obronę. A potem spotkałem się z nim w cztery oczy, i poszliśmy do kasyna. Niebawem stał się jednym z moich najlepszych kolegów. I zawsze powtarzał potem, że „stopień w armii to jeszcze nie wszystko”. - Nie jest tajemnicą, że większość dowódców uważa, że w wojsku wiedza idzie wraz ze stopniem i stanowiskiem. To motywuje władzę.

Niebawem nadszedł jednak czas, że zrozumiałem, iż wpakowałem się w coś, co do końca służby mnie ubezwłasnowolni. Nigdy nie będę pierwszy; nie będę dowódcą. Zawsze ktoś będzie się mną wysługiwał.

Co najwyżej będę „drugi po bogu”. W wojsku to znaczyło co innego. Zapamiętałem radość mojej matki, jak mając okazję rozmawiać z moimi wychowankami, zapytała żołnierzy wprost: A jaki jest dla was ten mój syn? A oni jej odpowiedzieli: Nasz kapitan? To szycha. Nawet nie wypada nam o nim mówić. Pierwszy po bogu, rozumie pani?

Jaka była dumna z tego moja matka. Nie wiedziała, że żołnierze myśleli o zupełnie innym Bogu, niż ona. Dla nich był to dowódca. A ja... byłem tylko tym pierwszym po nim.

Właśnie w szkole oficerskiej; po doświadczeniach poligonów, nadarzyła się okazja, żeby to zmienić. A zdobyłem sobie uznanie samego komendanta szkoły. To on powiedział mi wprost: Ja z kapitana zrobię dowódcę z prawdziwego zdarzenia. Jako generał mogę bowiem samodzielnie wyznaczać oficerów na stanowiska do etatu majora włącznie.

I zaproponował mi przyjęcie batalionu zabezpieczenia technicznego Szkoły Oficerskiej, po majorze Janie Pęczaku.

Nie miałem jednak szczęścia. W sobotę, w domu ustępującego dowódcy, wypiliśmy obaj pożegnalną wódkę, a w poniedziałek… przyjechała do Szkoły z Inspektoratu Szkolnictwa Wojskowego MON, inspekcja.

Nasze przekazanie sobie obowiązków zostało przesunięte. Dziesięć dni później, po udanej zresztą inspekcji, komendant pożegnał inspektorów, a godzinę potem... zmarł na zawał serca (takimi przeciążeniami w naszej armii żyli dowódcy).

Zamiast meldunku o przyjęciu batalionu, który miałem złożyć, wybudowałem mu grobowiec na Cmentarzu Osobowickim.

Nigdy tego nie zapomnę; w przeddzień pogrzebu przez całą noc poprawiałem błąd starego inżyniera, pułkownika Jana Iwaszki, który źle skorygował wymiary grobu i trumny. Przypadek sprawił, że wieczorem przed pustą trumną stojącą na zdobionym przez moich żołnierzy katafalku, pojawił się pułkownik Barszczewski. I że wcześniej obejrzałem cementowy grobowiec.

- Przepraszam obywatelu pułkowniku – zwróciłem się do czasowo wyznaczonego wówczas spośród oficerów stałej komendy, komendanta - Może się mylę, ale... -  zawahałem się.

- Co jest?! – zaniepokoił się i tak mocno już zestresowany komendant. Jego chyba też te cyrki z organizacją próby generalnej pogrzebu generała Kuczki, narzucone przez Okręg, doprowadzały do wyczerpania.

- Na moje oko, to trumna ma większe wymiary niż grobowa nisza - wyjaśniłem.

Pułkownik zrobił minę tak przerażoną, że przez moment pożałowałem, iż mu to powiedziałem. To by dopiero było, gdyby nastąpił drugi zawał w komendzie w tak krótkim czasie!..

- Co wy, kapitanie, mówicie?! A mierzyliście trumnę?! – zadał niespodziewane pytanie, a ja, niespodziewanie dla niego wyjąłem z bocznej kieszeni polowych spodni metrówkę. - Możemy zmierzyć – wyjaśniłem.

- A... a... – podenerwowany pułkownik łykał powietrze, a jego twarz zrobiła się tak czerwona, że przez moment wydawało mi się, że jeśli się myliłem, to ja dostanę zawału.

- A wymiar grobu..? – zapytał wreszcie.

- 202 na 78 centymetrów – zameldowałem, nie przerywając czynności mierzenia.

Miałem rację. O dwa na szerokości i sześć centymetrów na długości za mało.

- Ja was... Kapitanie! Co wy mówicie?! Kapitanie... – pułkownik nie mógł zebrać myśli.

- Kapitanie, ja was wyróżnię – uspokoił się po chwili. - Zadanie jest proste. Natychmiast elektrownia polowa, sprzęt, żołnierzy i... na moje polecenie ściągnąć Iwaszkę!

- A pułkownika po co? – zdobyłem się na śmiałość.

On! On..! Macie rację. – I dobrze, że nie skończył tej myśli pułkownik. Sam o nim też źle pomyślałem. „Wielki budowniczy”!

- Dacie radę sami to poprawić?

- A jest inne wyjście, obywatelu pułkowniku?

Tylko płyta? Nagrobna. Będę musiał odstawić prowizorkę; czasowo; drewno i baranek z cementu, a potem się wymieni.

- Róbcie wszystko, jak potraficie najlepiej, żeby to naprawić... – dostałem placet. A jaka odpowiedzialność spadła na mnie?

Rano byłem tak padnięty, że gdyby na pogrzebie coś się stało z tym świeżym grobem generała, naprawdę dostałbym zawału.

- Franiu. Gdyby o mnie pytali – powiedziałem do kapitana Deki, jednego z podległych mi dowódców kompanii batalionu obsługi – powiedz, że nie zdążyłem się przebrać na wyjściowo.

A ja po prostu nie miałem siły się przebrać. Zamknąłem się w kancelarii i usnąłem.

A po pogrzebie nowy komendant wręczył mi nagrodę pieniężną wartości dwóch moich pensji. I co z tego, że tak łatwo zaskarbiłem sobie uznanie u nowego komendanta, skoro nie był generałem i nie mógł podpisać wniosku o stanowisko, jakie mi obiecał jego poprzednik.

 

Uwaga: Jeżeli chcesz przeczytać całość wynurzeń autora dziennika, skontaktuj się z nim poprzez e-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

 

 

 

Pin It