Krystyna Habrat

 

SZKODA MI TAMTYCH KSIĄŻEK

 

Krystyna Habrat    W wydanej w maju 2004 roku książce autobiograficznej Jana Pawła II, przeczytałam, że  kiedy otrzymał wiadomość o nominacji na biskupa, był akurat z młodzieżą na spływie kajakowym.

Jeszcze nie wiedział, po co został wezwany, ale  od razu  wyruszył stawić się na wezwanie. Połączenie miał kiepskie, więc spędził w podróży  całą noc. Ale w pociągu czytał sobie "Starego człowieka i morze" - Hemingwaya.

 

Ten autor był wówczas modny. W połowie XX wieku czołówkę  pisarzy amerykańskich stanowiła "Wielka czwórka": Wiliam Faulkner, Ernest Hemingway, John Steinbeck i Erskine Caldwell.  Wszyscy ich czytali, nakręcano na podstawie ich powieści filmy. W Polsce byli czytani szczególnie,  bo jakże oni byli inni od tych, którymi nas  po wojnie karmiono. Propagowano nam wzorce bohaterów wojennych, gdy lotnik, który stracił na wojnie obie nogi, siłą woli pokonywał kalectwo i ponownie wsiadał do samolotu, by bić wroga, czyli Niemca. A ile było o zwalczaniu   kułaków przy zakładaniu na wsiach spółdzielni produkcyjnych. Ile propagandy przeciw zachodnim imperialistom.  Nawet w powieściach dla młodzieży musiał się pojawiać wątek tajemniczego agenta z zachodu, którego dzielni chłopcy unieszkodliwiali. Dopiero  po 56 roku otwarła się brama na literaturę zachodnią i zachłannie nadrabialiśmy zaległości. 

Nagle zaczęliśmy się zachłystywać zamkniętą przed nami na lata literaturą, jak powieści Conrada czy nagrodzona Noblem mała książeczka Hemingwaya "Stary człowiek i morze". I jeszcze tegoż autora: "Komu bije dzwon" i "Śniegi Kilimandżaro" i sfilmowany z Avą Gardner i Gregorem Peckiem w rorach głównych. Faulkner był nieco trudniejszy, ale co ambitniejsi czytali.  Steinbecka "Na wschód od Edenu" znowu sfilmowano. Piękny film.

Nawet przyszły papież czytał Hemingwaya. Rano po meczącej podróży, czekając na przełożonego, który go wezwał, chował wstydliwie pod ławkę nogi obute w podniszczone tenisówki, bo siedzący obok ksiądz miał piękne lakierki. Ale to Wojtyła, nie dbający o elegancję, a tym razem prosto ze spływu kajakowego, ale oczytany, a nawet piszący wiersze i dramaty, został papieżem.

 Kilka lat temu dowiedziałam się jednak, że  amerykańskie biblioteki likwidują pozycje, których od dawna nikt nie pożycza, bo są zbyt trudne np. "Komu bije dzwon" Hemingwaya, "Wściekłość i wrzask" Faulknera oraz pisma dawnych filozofów.

Zrobiło mi się  smutno. Jeszcze niedawno widziałam w Madrycie, jak  niektóre lokale reklamują się, iż to u nich bywał sam Ernest Hemingway, gdy przyjeżdżał na corridę , którą uwielbiał i poświęcił jej wiele stron swej prozy. A jeden właściciel baru na odwrót, z przekory ogłosił, że w jego barze Hemingway nigdy nie bywał. I też była to dobra reklama.

Czyżby legenda autora była dłuższa niż pisane przez niego książki? Nie chcemy już czytać książek trudniejszych? Gonimy za nowościami, nie doceniając minionych? Pewne treści i formy szybko się zużywają? Szkoda!

Jeszcze bardziej żal mi tych książek, które nigdy do szerszego grona czytelników nie dotrą, bo są za mało promowane. Albo dostępne tylko w internecie, a ten jest szeroki i głęboki. Wgrałam sobie do Ulubionych wiele portali spod znaku książki, żeby mieć orientację, co się aktualnie ukazuje, co jest według recenzji godne przeczytania, co koniecznie, a co mniej, i po okresie radości, że tych powieści jest trochę i coraz więcej, popadam w zadumę, że ich nigdy nie przeczytam. Po pierwsze: nie nadążę. I to wystarczy za wyjaśnienie, jak w powiedzeniu: "Po pierwsze nie mamy armat".

 Ale jest jeszcze mnóstwo pozycji, do których chciałabym powrócić, a nigdzie ich nie znajduję. Kilka chciałam kiedyś odkupić od różnych bibliotek, ale przepisy nie pozwalały. I teraz ich tam nie ma. Podobno doszczętnie zaczytane usuwa się. Nie chcę myśleć, że te moje ulubione wyjechały pewnego dnia na wielkim wózku, jako te zaczytane, a właściwie zbędne. Trochę jednak z takich książek udało mi się kupić. Niektóre przepadły na amen. Nie wydaje się już ich ponownie. Znikają. Jak choćby ta, fińskiego autora Sillampy: "Słońce życia".

Warto by trochę tych zapomnianych książek,  a  godnych czytania, uratować.   Np.: Linna - "Tu, pod gwiazdą polarną". Przeczytałam dwa tomy, a trzeci chyba się u nas nie ukazał. Farrel - "A łzy twoje przestałyby płynąć" - wyjeżdżałam, nie zdążyłam z drugim tomem; Stefan Garczyński- coś o sztuce pisania… A są jeszcze te niedocenione, a zapomniane: np. K.Gjellerup "Młyn na wzgórzu": Spark - "Pełnia życia pani Brodie"; Moore - "Judyta"; Szpetowa- "Anna i jej rodzina". Ta ostatnia - miła powieść dla kobiet czeskiej autorki na pewno nieznana. Te pierwsze mi się nasunęły jako przykład. Nie wydłużam tej listy, bo nie jestem tak naiwna, że w komercyjnych czasach jakieś wydawnictwo by się tym zainteresowało, gdy tak wiele jest innych książek, na których lepiej zarobi.

Wrócę więc na koniec do naszego papieża.

Karol Wojtyła czyli Jan Paweł II  przekroczywszy osiemdziesiątkę, pisał jeszcze i wydawał wiersze.

 Czy byłby tak wielkim i kochanym papieżem, gdyby nie pisał wierszy, nie kochał literatury? To jedna refleksja.

A druga, to: dlaczego pomimo tylu zaszczytów, sławy i wszelkich splendorów, papież pragnął jeszcze pisać i wydawać wiersze? Czym jest owa magia twórcza, która tak przyciąga?   

Krystyna Habrat

 

Pin It