Jan Stanisław Smalewski

 

Ich Ostatnia defilada (17)

 

smalewski2Z dzienno-nocnika: 22 września – sobota

Moimi obawami dotyczącymi Żydów podzieliłem się z dyrektorem Wydziału Spraw Obywatelskich UW. Spotkałem go przypadkowo, gdy podjechałem pod Wojewódzki Sztab Wojskowy, by zawieźć pułkownikowi Nawarze pocztę od naszego komendanta. Dyrektor sam sprowokował temat, bo od razu zapytał, czy jestem na bieżąco w tym, co pokazuje telewizja. Nawet nie spodziewałem się, że zareaguje tak nerwowo. – Wie pan, panie pułkowniku, jak nie lubię Żydów! Oczywiście. Ma się rozumieć, że ruszając Żydów, Wałęsa popełnił błąd. Na szczęście ktoś mu dobrze doradził i szybko się z tego wycofał. Przecież on nie musi prowadzić z nimi otwartej walki, to znaczy kampanii antyżydowskiej. Rozumie pan? – spojrzał mi w oczy. – Jeśli Wałęsa wygra wybory, zmieni rząd, a w nim, po prostu braknie miejsca dla Żydów.

We wzroku dyrektora czytałem zadowolenie, że może w tej sprawie uchodzić za eksperta. Trochę go zmąciłem.

– Gdyby to zależało tylko od Wałęsy, to może tak. Dlatego nie jestem tego pewien.

– Jestem przekonany, że w przypadku wygranej Mazowieckiego, gdyby oczywiście zechciał zmierzyć się z Wałęsą, Żydzi opanowaliby całą naszą gospodarkę. I nie tylko gospodarkę – uzupełnił, co i tak było oczywiste.

– A jednak ma pan wątpliwości?

– Bo wie pan? Jak człowiek patrzy na to nasze społeczeństwo, to czasami naprawdę nie wiadomo, czego można się spodziewać. Komuna narobiła takiego zamętu w umysłach ludzi, że nie szybko przyjdzie się z nim uporać.

 

Gdy po obiedzie kończyłem na balkonie łuskanie fasoli, lunął deszcz. Ulewa trwała krótko, ale wichura, jaka się zerwała, przerodziła się w długotrwały, porywisty wiatr. Moja córeczka Ola wystraszyła się.

– Tatusiu, uciekajmy lepiej do mieszkania. Oj, jak zimno – wtuliła drobne ramionka w sweterek.

Wniosłem miskę z pozostałą częścią niewyłuskanej fasoli do pokoju i poszedłem do kuchni, nastawić wodę na herbatę. Gdy wróciłem, obie moje córeczki siedziały nad miską z zapałem rozłupując strąki.

– Tatusiu, Kasia rozrzuca ziarenka po dywanie – skarżyła na młodszą starsza siostra.

Uśmiechając się do Kasi, pogroziłem jej delikatnie palcem. Kasia zawstydziła się, zasłaniając oczka rączkami, po czym zaczęła grzecznie zbierać nasionka z dywanu. Pochwaliłem ją i znów wróciłem do kuchni.

Przed kolacją w mieszkaniu zrobiło się dziwnie cicho. – Gdzie Kasia? – zapytałem Oli, która pojawiła się koło mnie.

– Pewnie w naszym pokoju bawi się lalkami. - Ola poszła sprawdzić. – Tutaj jej nie ma tatusiu! – zawołała.

Zauważyłem, że drzwi do mojego pokoju są uchylone. – No jasne. Urzęduje przy moim biurku… – Kasia wykonywała długopisem, na jednej ze stron mojego dziennika, abstrakcyjną ilustrację.

– A ty mały draniu. Jak tu weszłaś? – byłem pełen podziwu dla jej akrobatycznych zdolności.

– Powiedz Kasiu: dlaczego tato nie zamykasz drzwi? – żona wzięła ją na ręce, zabierając długopis, co spowodowało, że się rozpłakała. Widocznie to, co robiła, spodobało jej się.

– Nie płacz Kasieńko. Zjesz kaszkę, to pomalujemy razem – obiecałem jej. No i musiałem potem dotrzymać słowa. Przede mną leży teraz kartka z jej „ilustracją”. – Może, jak urośnie, będzie miała artystyczne zdolności?

 

Minęła dwudziesta pierwsza, zrobiło się cicho; moje pociechy śpią, a przede mną leży tom wierszy Śliwnika. Otworzyłem go na „Blusie śpiącego z otwartymi oczami”.

„Śpisz z otwartymi oczami bo poznałeś czas

Że przemija i niknie z nami pośród snów

Że coś minie jak mija ptak wycięty las

Jak płynący daleko nienazwany blues…”

Bardzo lubię bluesy Śliwnika. Skończyłem czytać wiersz i w zamyśleniu przyjrzałem się stronie mojego dziennika, na której Kasia pozostawiła swoje twórcze ślady. A pozostawiła je obok moich ostatnich dywagacji na temat prezydenta Jaruzelskiego.

Po przeczytaniu kilku wierszy Śliwnika kojarzy mi się irracjonalny poetycki obraz jesieni:

Z każdym dniem drzewa łysieją

Nad przepaścią co się pogłębia jak blizna

Są drzewa co nigdy się nie zazielenią

Są rany, które się już nie zabliźnią.

To chyba dobry początek wiersza, muszę do niego powrócić. A wracając do polityki… dziwię się ludziom, którzy uważają się za nieomylnych. A namnożyło się ich w polityce co niemiara. Ciśnie mi się nawet myśl, że kiedy wielcy słabną, rośnie w siłę motłoch.

Istnieje duże prawdopodobieństwo subiektywnej oceny siebie i innych, bo zawsze czynimy to przez pryzmat doświadczeń i zdobytej wiedzy, a te są różne i nigdy pełne. Człowiek nie zna do końca sam siebie, a chciałby zgłębić serca i umysły innych ludzi.

Pisząc dziennik, mam tego świadomość. Dlatego częściej staram się odnotowywać fakty, niż je komentować. Tym razem wyłamuję się jednak, bo nie sposób pozostawać tylko biernym obserwatorem. Przecież obserwując to, co wokół się dzieje, też odczuwam swoje racje. Tobie dzienniku mogę chyba o nich powiedzieć?

Nic zatem nie jest pewne prócz tego, że istniejemy i kiedyś przyjdzie ustąpić nam miejsca tym, którzy przyjdą po nas. Powinniśmy więc istnieć godnie, jak na ludzi, rozumne istoty przystało. Żadna władza, żadne najwyższe godności nie dają prawa poniżenia drugiego człowieka, poniżania innych.

Jakim człowiekiem naprawdę jest generał Jaruzelski? Mój najwyższy zwierzchnik, pierwszy prezydent w powojennej historii kraju. Dziś, kiedy to piszę, wiele spraw dotykających osoby generała jest jeszcze owiane tajemnicą. on sam niedawno wypowiedział się, że… najważniejsze tajemnice zabierze ze sobą do grobu. Myślę, że to źle, gdyby tak się stało. A wypowiedź nastąpiła pod wpływem wydarzeń, które – jak podkreślił - „głęboko zraniły serce przywódcy byłego państwa socjalistycznego.

A co już dzisiaj można powiedzieć o generale?

Niektórzy uważają, że jest to postać wyjątkowa w naszych dziejach, głównie z uwagi na swą kontrowersyjność. Jedni przypisują mu wiele zasług, inni rzekome zasługi postrzegają w kategoriach klęsk. I tak na przykład część rodaków uważa, że uratował kraj od wojny domowej. Inna część zarzuca mu zniewolenie poprzez stan wojenny.

Jest coś szczególnego w tym, że jego odejścia z określonych stanowisk (urzędów) zbiegały się z zawaleniem mostu, po którym przeszedł. Tak było z partią. Tak również stało się z rządem, którym kierował jako premier. Tak wreszcie dzieje się z armią, o co szczególnie mają pretensje do niego wojskowi.

Faktem jest, że w obecnym czasach przeżywamy gwałtowne zmiany w rozumieniu zjawisk społecznych przez ludzi, zmiany w ich poglądach. Mocno rysuje się to w armii. Jeden pogląd na razie się nie zmienił. Mianowicie ten, że Jaruzelski, jako wojskowy, nie wykazał się zdecydowaniem. Przegrał, licząc na zrozumienie i stawiając nad rządy siły, tak zwane dobro ogółu.

Wielu wojskowych do dziś uważa, że w ten sposób zmarnował stan wojenny. Myślę, że jest to pogląd płynący z powierzchownej oceny zjawisk i z braku gruntownej, dostatecznej wiedzy o generale, a zwłaszcza o możliwościach, jakimi mógł się posłużyć.

I tak po pierwsze: Polska do zwycięstwa „Solidarności” była całkowicie uzależniona od Związku Radzieckiego. Czy w takiej sytuacji przywódca mógł postępować zgodnie z wolą narodu?

Po drugie: należy przypuszczać, że splot warunków zewnętrznych z wewnętrznymi nie pozwolił na inne rozwiązanie, w tym głównie wejście do Polski wojsk Układu Warszawskiego, gorsze potraktowanie opozycji i całkowite przejęcie władzy przez armię.

Jestem przekonany, że Polska była swoistym poletkiem doświadczalnym dla Związku Radzieckiego.

I po trzecie: niewyjaśnione pozostają białe plamy w życiorysie Jaruzelskiego: jego błyskawiczna kariera wojskowa i dostęp do najwyższych godności, bądź co bądź w państwie, w którym od samego początku budowy socjalizmu nikt pieczołowicie nie sprawdzony nie mógł zająć i piastować jakiegokolwiek poważniejszego urzędu (stanowiska).

Mam przed sobą dokument ze stanu wojennego, z którego dowiaduję się szczegółów życiorysu Wojciecha Jaruzelskiego. Pisze się w nim, że pochodzi on z rodziny wielko-obszarniczej, posiadającej majątki ziemskie na terenach: wołyńskiego, białostockiego i lubelskiego.

W latach, gdy ludziom wytykano klasowo obce pochodzenie, tym, którzy stali się godni „aby im to wybaczyć”, dorabiano życiorysy. Dlatego Jaruzelski odcinał się od swoich korzeni; od tego, jakoby jego ojciec był właścicielem majątku. Podawał, że jedynie zarządzał nim w imieniu swoich sióstr.

Podobnie tym, którzy zasłużyli na to, by sięgnąć wyżej od innych, zwłaszcza działaczom partyjnym, nie wypadało wierzyć w Boga i chodzić do kościoła. Nawet na pogrzeby z obrządkiem katolickim. Dlatego Jaruzelski odciął się od swych korzeni również w tym względzie. Demonstracyjnie nie wziął udziału w pogrzebie matki, która zmarła w Lublinie i pochowana została z pełnym ceremoniałem kościelnym.

Pamiętam w związku z tym i takie przypuszczenia, że to mogła nie być jego matka, a on… po prostu nie był tym, za kogo uchodził.

Jako młodzieniec Jaruzelski wychowany został w duchu antykomunistycznym w Gimnazjum Ojców Marianów na Bielanach koło Warszawy. W jego sposobieniu się na księdza uczestniczył ksiądz Stefan Wyszyński, późniejszy prymas Polski. Wojciech nauki nie dokończył, gdyż wraz z wybuchem wojny, w obawie przed hitlerowcami, Jaruzelscy przenieśli się do swoich posiadłości na Wołyniu (nieopodal Kochanówki). Tu po napaści 17 września 1939 roku wojsk sowieckich na Polskę, znaleźli się na terenach zagarniętych przez ZSRR.

Wiosną 1940 roku władze radzieckie, w ramach tak zwanego oczyszczania regionów przygranicznych, wywiozły rodzinę Jaruzelskich na Syberię. Po aresztowaniu Jaruzelskich, ojciec Wojciecha został stracony przez NKWD. Istnieją przypuszczenia, że śmierć ojca miała związek z pozostawieniem przy życiu syna i stała się powodem do zerwania stosunków rodzinnych z matką (aż do jej śmierci) i siostrą.

Pobyt na Syberii Wojciech Jaruzelski przeżył dzięki rodzinie Obiedzińskich (Obiedziński doszedł później przy pomocy Wojciecha do wysokich funkcji służbowych w armii i do stopnia generała bronii), która po kryjomu dożywiała i pielęgnowała słabowitego Wojciecha. Obiedzińscy odpracowywali za niego wyznaczoną mu działkę wyrębu drewna, ratując go przed karą i głodem (niewykonanie normy groziło nieotrzymaniem racji żywnościowej).

Podczas mobilizacji Polaków w ZSRR prowadzonej przez pułkownika Berlinga na polecenie Kremla, Wojciech Jaruzelski trafił do I Korpusu WP, a później do I Armii. Z Sielc skierowano go na kilkumiesięczne przeszkolenie do Oficerskiej Szkoły Piechoty w Riazaniu, po ukończeniu którego otrzymał stopień podporucznika.

Ponieważ był wątłego zdrowia, nie nadawał się do walki na froncie. Wyznaczony więc został na dowódcę plutonu zwiadu i przeniesiony do sztabu. Ci, którzy przejęli opiekę nad nim, zadbali o to, by nie musiał wąchać frontowego prochu.

Po zakończeniu wojny Wojciech Jaruzelski skierowany został do Wyższej Szkoły Piechoty w Rembertowie, którą ukończył w stopniu kapitana. Był już wówczas żonaty. Swoją karierę związał wtedy z generałem Popławskim, który wprawdzie zabrał mu żonę, ale w rewanżu pomógł w dalszej jego karierze na kierowniczych stanowiskach.

Popławski był Rosjaninem delegowanym do WP, tak jak Rokossowski, Bordziłowski i inni.

Wojciech Jaruzelski, mimo iż nigdy nie sprawdził się jako dowódca jednostki wojskowej, doszedł do najwyższych stanowisk i stopnia generała armii.

Proponowanego mu stopnia marszałka (przez grupę członków KC PZPR) nie przyjął z pobudek – jak to określił – osobistych.

Po pracy w Inspektoracie Szkolenia Bojowego na krótko przyjął – w ramach tak zwanej praktyki dowódczej niezbędnej do dalszego awansowania – dowodzenie 12 Dywizją Zmechanizowaną w Szczecinie. Często potem fakt ten wykorzystywano propagandowo.

Pełniąc obowiązki dowódcy Dywizji zajmował się głównie „pico lakiernictwem: koszeniem trawy, malowaniem na biało krawężników i zamykaniem żołnierzy w piwnicach na czas częstych wizyt różnej maści delegacji, które celowo kierowane tam były, by dowieść, że jest on wyjątkowym organizatorem i dowódcą.

Dowodzenie dywizją było także niezbędne w celu uzyskania stopnia generała. Teraz generał Jaruzelski nadawał się już na każde stanowisko służbowe. Był więc kolejno Szefem Głównego Zarządu Politycznego, Szefem Sztabu Generalnego, a wreszcie przejął schedę Ministra Obrony Narodowej, po wcześniejszym agencie Dymitrowa, Marianie Spychalskim.

Druga żona Jaruzelskiego wywodzi się z Siemianowic. Jej ojciec Bergfried był Niemcem, a matka w czasie okupacji wpisała się na listę Volksdeutchów. Podczas wojny teściową generała łączyły zażyłe stosunki z komendantem obozu zagłady w Treblince. Pod koniec wojny rodzina Bergfriedów ewakuowała się z hitlerowcami za Zachód, ale utknęła w rejonie Szczecina.

Czy generał Jaruzelski z własnej inicjatywy, czy na polecenie Kremla współpracował u schyłku swej kariery z Kościołem, tego zapewne się nie dowiemy. Z tego okresu wiadomo jedynie tyle, że o przygotowaniach do wprowadzenia stanu wojennego informowany był przez Jaruzelskiego na bieżąco kardynał Wyszyński. Wiadomo również, że jego wprowadzenie nie stanowiło zaskoczenia dla Stanów Zjednoczonych I to wcale nie tylko dzięki pułkownikowi Kuklińskiemu pracownikowi Sztabu Generalnego, który szpiegował na rzecz Ameryki, i który bezpośrednio przed stanem wojennym zdołał zbiec, a właściwie to został wywieziony przez mocodawców z Polski.

Jaki związek ma karta kariery generała Jaruzelskiego z funkcją prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej wiadomo. Generał, o prezydenturze którego zadecydował jeden głos w parlamencie, nie może dalej sterować tonącym statkiem. Zbyt cenny to ładunek, by pozwolić mu zatonąć.

Może właśnie w takim momencie przejęcie steru pozwoli go uratować. I to bez hańby dla sternika, którego załoga już dawno pogrążyła się w otmętach historii.

 

25. 09. - wtorek 1990 r.

17 września Lech Wałęsa postawił swoją kandydaturę na prezydenta pod akceptację społeczną. Uczynił to w przeddzień zapowiedzianego spotkania u Prymasa. Wybór tej daty nie jest przypadkowy. W historii wiąże się ona jednoznacznie z agresją Związku Radzieckiego na Polskę. Mój kolega, Jurek był zaskoczony.

– Wiesz, nie spodziewałem się tego. To niemożliwe, żeby ten krok nie był uzgodniony z Kościołem. Cały czas byłem skłonny sądzić, że Prymas będzie zmierzał do wyhamowania prezydenckich zapędów Wałęsy. Teraz dopiero się zacznie cyrk – wyrokował.

Był późny wieczór. Siedzieliśmy w gronie kilku osób, popijając kawę i herbatę. W pokoju było mglisto od papierosowego dymu. Zwykle w takich warunkach dostaję chrypki i pieką mnie oczy. Tym razem dopiero gdy wszyscy się rozeszli, uświadomiłem sobie, że mam tytoniowego kaca.

Nasza dyskusja nie toczyła się jednak wokół oczekiwanego spotkania u kardynała Glempa, to był tylko margines. Poseł Grabowiecki, członek komisji MON podrzucił nam nową ustawę emerytalną opracowaną przez rząd. Żebyśmy się z nią zapoznali. Powiedział, że Jacek Kuroń zabiega, żeby weszła w życie z nowym rokiem.

Początkowo Franek ze Zbyszkiem Świątczakiem odczytywali głośno jej obszerne fragmenty. Przy niektórych akapitach niektórzy podrywali się z miejsc i podchodzili do tekstu, żeby zobaczyć na własne oczy, czy czytający ich nie okłamują.

Ustawa była kolejnym atakiem na rzekome przywileje wojskowych. Rąbała w nie ze wszystkich stron, równając wszystko, jak przysłowiowy walec drogowy. W myśl tych założeń Kuroń zmierza do stworzenia jednej ogólnej ustawy emerytalnej obowiązującej całe społeczeństwo, likwidując tym samym dziesięć odrębnych ustaw, w tym dla wojska.

– Przecież tak nie można! – krzyczał doktor Wojtek Łuszcz. – Takie decyzje można zaskarżyć do sądu, gdyż łamią prawo w oparciu, o które decydowałem się służyć w wojsku, a nie na przykład zostać szewcem, czy piekarzem!

– Jak można porównywać służbę w wojsku z pracą w cywilu?! To dlaczego nam nie płacą za służby, poligony, uciążliwe warunki, nadgodziny?! – wyliczał Franek.

– Ty nie rozumiesz, że to próba odegrania się na wojsku za stan wojenny?! – zapytał go Jurek. – Popatrz tylko, kto to opracował! Byli in ter no wa ni! – szyderczo wyakcentował sylaby.

– Odegrania się za co?! Że siedzieli w ciepełku, żarli lepiej niż społeczeństwo, spijali flachy wódy za dolary?! Za to, że nie dostali w dupę, tak jak na pewno dostaliby na tym miejscu w każdym innym kraju! – irytował się Andrzej Gil.

– A wiecie, jak społeczeństwo ocenia teraz niektórych naszych polityków? – wyrwał się Józek. Nikt go jednak nie słuchał więc zaczął uspakajać kolegów – słuchajcie, powiem wam dowcip! Jak mówią o Wałęsie, premierze i Kuroniu.

Oczy kolegów skierowały się w stronę Józka.

- Wałęsa wniebowzięty, Mazowiecki z krzyża zdjęty, a Jacek Kuroń... pierdolnięty!

- Cha, cha, cha! – wszyscy ryknęli śmiechem. – Świetnie to ktoś zauważył! – cieszył się Andrzej. Do pomieszczenia wszedł Janusz, który wcześniej musiał nas opuścić, by załatwić pilną sprawę służbową.

– To co, doczytaliście się, ile teraz trzeba będzie służyć, żeby otrzymać pełną emeryturę?

- Tak! Stary, słuchaj! 59 lat i 7 miesięcy! Rozumiesz?! – poinformował go Andrzej.

- A to chuje! – wyrwało się Januszowi. – Przecież tego mało kto z nas dożyje!

- A pamiętacie z ostatnich badań IBS średnią wieku wojskowego? – zapytałem.

- No ile, powiedz? – zainteresował się Jurek.

- Właśnie dokładnie tyle – oznajmiłem, na co znów wszyscy wybuchli śmiechem.

- A to chytrus! Widzieliście? – chichotał, aż do zakrztuszenia się Andrzej.

- Wy się nie śmiejcie. Służyliście komunie, to teraz macie! – próbował ironizować Janusz.

- A ty kutasie komu służyłeś?! – Andrzej obruszył się. Janusz, którego najwyraźniej zdenerwował fakt, że Andrzej nazwał go kutasem, zaczął krzyczeć. - Ja służyłem ojczyźnie i mnie gówno obchodzi, kto w niej wtedy rządził!

- Jak to gówno cię obchodzi?! A do partii nie należałeś? Nie byłeś żarliwym komunistą? – tym razem to Andrzej ironizował.

- Wszyscy! Albo prawie wszyscy należeli w armii do partii. Ale to miało takie znaczenie jak fakt, że każdy chłop był rolnikiem!

- Ale ty nie należałeś, ale jej służyłeś. Co nie pamiętasz, kutasie! – wykrzykiwał Andrzej.

- Tak samo jak ty!

- Dzisiaj znowu stawia się sprawy na głowie. Partia, tak jak teraz Solidarność stworzyła nowy ład społeczny i nie ode mnie, nie od ciebie, ani od nas tu siedzących zależało, jak on będzie kształtowany – próbował historycznie uzasadniać Franek.

- No właśnie – wtrącił się Jurek. – Przecież to nie my budowaliśmy system komunistyczny. Jeśli dzisiaj osądza się nas za to, że go broniliśmy, to równie dobrze można osądzić całe społeczeństwo. Rolnik go żywił, robotnik utrzymywał, lekarz leczył... Nawet ci, co mienią się jego burzycielami, wyrośli na jego ciele.

– Oczywiście! – poparł Jurka Franek. – To tylko splot warunków zewnętrznych i wewnętrznych, czas jaki upłynął od prawnego wejrzenia w dokumenty, pozwalał dokonać historycznego zwrotu! Przyjdzie kiedyś i czas, że społeczeństwo zrozumie, że to nie Solidarność uchroniła kraj w 1981 roku od wojny domowej. I nie wszystko, co dzisiaj dobre jest jej wyłączną zasługą.

– Myśmy służyli Polsce. I służyliśmy jej tak, jak potrafiliśmy najlepiej – kontynuował ten wysoki ton Jurek, ale Andrzej znów mu przerwał: O już ty nie mów, że zawsze byłeś taki pracowity! Opierdalałeś się nie raz, sam widziałem! – Znów zrobiło się wesoło, ale Jurek nie dał się zbić z tropu.

– A co, kurwa, zdrowie straciłem! Wielu z nas nabawiło się chorób. A dzisiaj za to pluje się na nas! – z wyczuwalnym żalem dokończył swój wywód.

Trudno przelać na papier całą tę żółć i gorycz, jaką odczytywałem w słowach i twarzach kolegów. Dyskusja zaczęła przeradzać się w ogólny rozgardiasz. Panowie przekrzykiwali się nawzajem. Nawet Janusz, który dotąd mało co się odzywał, zaczął mówić podniesionym głosem.

– Tak! Niech Lenina osądzą, że stworzył ten system! – Twarz jego poczerwieniała. Oczy nabrały żywego blasku. Najwyraźniej był zadowolony, że udało mu się trafić tak wysoko. Nie na długo jednak. Riposta Franka była natychmiastowa. W jego oczach w ułamku sekundy zapalił się alarm. – Raczej Stalina, że przewrócił go do góry nogami! Mógł mu się ktoś przeciwstawić?! Ci, co próbowali się sprzeciwiać, wypełnili swoimi nazwiskami tablice ofiar, a ciałami lody Syberii i cmentarne doły łagrów. Czy ci ludzie (tworzący ustawy) tego nie pojmują?!

– Ale żeby wszystko było jasne Franeczku, musisz dodać jeszcze, że ty podpułkownik wiesz o tym dopiero od niedawna – wtrącił trafnie Andrzej, którego najwyraźniej denerwowały akademickie wywody Franka.

- No nie! Nie przesadzaj. Niektórzy wiedzieli – obruszył się Franciszek.

- Ty nie bądź teraz wielki historyk! Niektórzy co wiedzieli?! Jak wiedziałeś, to czemu żeś o tym milczał? – zaatakował go Andrzej.

- Franek pieprzy, że wiedział! – włączył się Zbyszek. – Owszem, coś nie coś się słyszało, ale to były domysły, o których nikt głośno nie mówił. Nawet w rodzinach. Te prawdy to nam tak po kolei odsłaniają od końcówki lat siedemdziesiątych, nieprawdaż?!

- Właściwie masz rację – przyznał z zażenowaniem Franek. - A w ogóle jeśli to prawda, że Kuroń to pijaczyna i nawet na obrady sejmu chodzi z butelką wódki w kieszeni, to taki pan nie demokrację powinien budować, ale komunizm!..

 

27 września - czwartek (po 22.15)

Po co dyrektor Wydziału Spraw Obywatelskich UW chce spotkać się z komendantem? Dopiero w drzwiach, przy pożegnaniu, udało mi się zasięgnąć języka. - Miał może wątpliwości?, czy wykorzystał sytuację, iż rzekomo znalazłem się na wykazie pielgrzymów do ojca świętego? A może i jedno, i drugie?..

- A co by pan pułkownik powiedział, gdyby 12 października u komendanta CSWŁ padła propozycja pańskiej kandydatury na funkcję społeczną przewodniczącego Rady Duszpasterstwa Wojskowo - Policyjnego? – zamiast odpowiedzi, zapytał niespodziewanie.

- Chcecie panowie powołać taką radę? A co na to ksiądz prałat?

- Gdyby pan zgodził się jej przewodniczyć, byłby bardzo z tego zadowolony.

- Jeśli tak, przyjąłbym tę propozycję.

- To właśnie chciałem usłyszeć – moja odpowiedź wyraźnie go usatysfakcjonowała.

Teraz, gdy o tym myślę, mam wątpliwości, czy nie pośpieszyłem się z odpowiedzią. Bo... czyj to był pomysł? Kto miałby sprawować opiekę nad radą?

Prałat, to znaczy nowy kapelan chciałby swoją pracę rozpoczynać od dzielenia się władzą z jakąś radą? Żeby nie było dublowania funkcji?..

 

Wieczór spędziłem na zabawie z dziećmi. Od piątku Oleńkę odprowadzam do przedszkola, chodzi tam z ochotą, ale moja żona wcale nie czuje się z tego powodu swobodniejsza. Bardzo obciąża ją teraz drugie dziecko. I nadal kombinuje, jak na soboty, niedziele pozbyć się, odwieźć, przekazać dzieci matce.

Niespodziewanie podczas urlopu zwierzyła się też mojej siostrze, że inaczej wyobrażała sobie małżeństwo ze mną. Z pułkownikiem. Myślała, że będzie miała więcej swobody, a tymczasem zrobiłem z niej kurę domową. I wyjawiła, że... coraz mniej jej się podoba rola żony i matki (?)

A teraz ma pretensje do mnie, że nie zgadzam się, by od października poszła na półroczny kurs języka angielskiego. Akurat taki, gdzie zajęcia odbywają się nie tylko w soboty, ale i w tygodniu.

Nie mogę zrozumieć, jak ona wyobraża sobie w tym czasie opiekę nad dziećmi? No i tego, że nie potrafi pojąć, że czas pracy oficera jest czasem nienormowanym. Czasami zaczynam się zastanawiać, czy ja tę starą pannę niepotrzebnie nie uszczęśliwiłem małżeństwem?

 

Z noco-dziennika: 2 października - wtorek (po 20.00)

Znowu w domu. Na razie sam. Żona z dziećmi została jeszcze we Wrocławiu u matki. Po niedzielnej zmianie czasu na zimowy o 18.00 robi się ciemno. Niewiele więc na działce można po południu zrobić. Toteż po wsadzeniu sadzonek jesiennych kwiatów przywiezionych ze wsi, wróciłem do mieszkania. W naszym mieszkaniu jest wreszcie ciepło. (Tydzień temu, gdy wróciłem na jeden dzień, by załatwić dla ojca sprawę zakupu w pobliskim Jaworze drzwiczek do pieca grzewczego i podlać w mieszkaniu kwiaty, było jak w lodówce; +9 stopni Celsjusza). Z przyjemnością więc wykąpałem się, zjadłem kolację i... zamierzam porządnie się wyspać.

 

Ostatnie tygodnie przyniosły duże zmiany w polityce. Najważniejsze to podpisanie przez prezydenta poprawki do konstytucji umożliwiającej sejmowi nowelizację ustawy o wyborach powszechnych. Dzisiaj marszałek Sejmu podpisał ustawę wyznaczającą termin wyborów powszechnych prezydenta na 25 listopada br. Doszło do tego po przyśpieszeniu, jakiego nadało sprawie spotkanie sprzed dwóch tygodni czołowych polityków kraju u prymasa Glempa.

Trudno nie odnotować też historycznej daty dla Europy. Jutro 3 października oficjalne zjednoczenie Niemiec!!!

 

W niedzielę 7 października

Dostałem od Jurka projekt nowej ustawy emerytalnej; przysłano go kilka dni temu telefaksem, z MON. Podobno całe koszary (kadra, pracownicy cywilni wojska) żyją tym wydarzeniem. Ministerstwo Pracy i Polityki Socjalnej przedstawiło całościowy projekt, który uzależnia nabycie uprawnień emerytalnych bez jakiegokolwiek wnikania w specyfikę służby wojskowej. Poza tym nabycie uprawnień uzależnia się od łącznego spełnienia dwóch warunków, to jest: osiągnięcia wieku emerytalnego 65 lat (przy czym wiek ten podlegałby obniżeniu za każdy rok służby o 3 miesiące) i obowiązku 25 lat służby.

Aktualnie nabycie uprawnień następuje po 15 latach służby (w niektórych państwach zachodnich, na przykład Anglii po 10–ciu).

Jeszcze bardziej niekorzystnie w stosunku do aktualnie obowiązujących zasad kształtowałoby się naliczanie jej wymiaru. Nie byłoby to już po 35 latach 100% podstawy wymiaru świadczenia, ale składałaby się ona w 25 % z przeciętnego wynagrodzenia w gospodarce narodowej w kwartale przejścia na emeryturę, a w pozostałej części byłaby wynikiem powstałym z pomnożenia lat służby odchodzącego na emeryturę przez 1,5 % ze średniej płacy osiągniętej za ostatnie 3 lata.

Poza tym weszłoby szereg uwarunkowań, w tym że emerytura nie mogłaby przekroczyć 250% średniej płacy krajowej. Zawieszana byłaby w przypadku osiągnięcia przez emeryta dodatkowych zarobków powyżej jej 60%.

Ustawa nie przewiduje jakichkolwiek dodatków do świadczeń z tytułu otrzymania odznaczeń państwowych.

Planuje się także zniesienie uprawnień do pobierania renty inwalidzkiej z tytułu wypadku przy pracy lub choroby zawodowej.

Projekt nie ujmuje dotychczasowych uprawnień świadczeniobiorców do świadczeń niepieniężnych; ulg w przejazdach, prawa do kwatery i bezpłatnego leczenia.

Wreszcie projekt rządowy zakłada, że gdyby świadczenie naliczane według nowych zasad okazało się niższe od aktualnie wypłacanego, emeryt nie otrzymałby żadnej rewaloryzacji, aż do czasu wyrównania się poziomu świadczeń.

Nic bardziej skomplikowanego zapewne nie można było wymyśleć. Przyjęcie tego projektu byłoby swego rodzaju ewenementem w skali światowej. Jego wprowadzenie wymagałoby gruntownej przebudowy systemu prawnego w wojsku; odejście od pragmatyki, dyscypliny, rozkazu, itp.

Z uwagi na istotne różnice między służbą wojskową a pracą, systemy emerytalne żołnierzy zawodowych są w innych państwach świata odrębne, korzystniejsze od systemów pracowniczych i są finansowane z budżetu państwa.

 

8. 10. 1990 r.

Pierwszy po urlopie dzień w pracy rozpoczął się od niespodzianki. Jak się okazało dzisiaj przypada 380 rocznica wejścia wojsk polskich na Kreml do Moskwy. Z tej okazji pan Jaworski podjął naciski na komendę CSWŁ, by rocznicę uczcić uroczystą zbiórką stanu osobowego i mszą z udziałem wojska i orkiestry w kościele.

O takiej rocznicy nie wiedział nawet były Zarząd Polityczny Okręgu. Rano, po ogólnych powitaniach pourlopowych, komendant poprosił mnie do siebie, by mi opowiedzieć, jak pod moją nieobecność musiał ten problem sam rozwiązywać.

Najpierw zadzwonił do pułkownika Nowackiego (szefa oddziału wychowawczego SOW). On konsultował sprawę z Departamentem Wychowania MON. Departament dopiero opracowuje wykaz rocznic do uwzględnienia w pracy wychowawczej na przyszły rok. Na ten rok wykazu takiego nie mieli i nie chcieli się wypowiadać.

– Była, wie pan, panie Janku sugestia, żeby odpowiedzieć, że nic nie robimy. Ale rozumie pan. Dyrektor Jaworski przysłał w tej sprawie pismo. Dzwonił do mnie osobiście. No i prałat też był u mnie. Wprawdzie oświadczyć, że został powołany naszym duszpasterzem, ale aprobował przy okazji pomysł dyrektora. Zaproponował, żeby wyjść z tego dyplomatycznie. To znaczy przy okazji niedzielnej mszy dla wojska nawiązać do tego faktu.

Przyznałem, że nie znam tego historycznego epizodu.- Czy to niezbyt ryzykowny gest święcić tak odległą rocznicę, teraz, gdy staramy się o wycofanie wojsk sowieckich z Polski? – wzruszyłem ramionami.

– My też nie znaliśmy sprawy bliżej. Chociaż Franek Kromolicki wyjaśniał mi, że uczyli o tym na historii naszych kadetów. No cóż, postanowiliśmy, że w końcu Okręg wszystkiego nie musi wiedzieć, a władze – skoro tego chcą – trzeba im to umożliwić. Kazałem dać orkiestrę, wyznaczyłem delegację. I rocznik kadetów w szyku zwartym poszedł do kościoła. A dzisiaj rano pułkownik Kromolicki przygotował sześciu oficerów, którzy w ramach pierwszej godziny szkolenia obywatelskiego poszli do pododdziałów z poleceniem uwzględnienia tego tematu w pogadankach.

Słuchałem z uwagą. Nie wiem, jakbym postąpił. Skoro mamy już duszpasterza, zapewne zdałbym się na niego.

- No i jak to się odbyło? – zapytałem.

- Franek mi meldował, że miał mieć wystąpienie pełnomocnik rządu, ale się nie stawił. Prałat długo na niego czekał. I był niezadowolony. No i brakło tego ostatecznego akcentu, na którym tak im zależało.

Jak dowiedziałem się później w rozmowie telefonicznej z panem Jaworskim, brakło im mnie. „Było szereg spraw, które z konieczności musieli rozwiązywać przy udziale innych oficerów, a to nie było łatwe. No i w kościele podczas mszy w intencji wojsk, które w 1610 roku opanowały Krym, nie miał kto zabrać głosu i ładnie wystąpić”. Tak mi powiedział.

Może to próżność, ale myślę, że czasami warto jest oddać inicjatywę innym; choćby po to, by docenili to, co robisz. Inna rzecz, czy naprawdę należy popierać wszystkie inicjatywy miasta? Czy ci panowie nie wydziwiają..?

 

Gdy wróciłem od komendanta, do mojej kancelarii wszedł Andrzej Gil. - Ty wiesz, że załatwili twoją sprawę? Jedziesz do Rzymu.

- Co ty mówisz? Przecież termin wyjazdu już minął – zdziwiłem się.

- No, to nie wiesz. Termin wyjazdu został przesunięty.

- Nie, nic nie wiem, bo podczas urlopu w ogóle się tym nie interesowałem.

Podsunąłem mu krzesło.

– Dopiero byłem u komendanta, nic mi nie mówił.

- Staremu to chyba nie po myśli. Nie wiem. – Andrzej usiadł i z zadowoleniem wyjaśnił, że kiedy spotkał się z dyrektorem Jaworskim, był u niego senator Obertaniec. Dyrektor powołując się na niego, wyjaśnił, że senator osobiście załatwił to z wiceministrem Komorowskim, dopisując mnie do listy zatwierdzonego już składu uczestników pielgrzymki.

Senator to potwierdził. I powiedział, że wyjazd do Ojca Świętego nastąpi dopiero po wyznaczeniu biskupa polowego, to znaczy prawdopodobnie w końca listopada.

Byłem ciekawy, co na to powie dyrektor. Oczekiwałem, że chętnie się ze mną spotka. I nie myliłem się. Na mój głos w słuchawce zareagował z ożywieniem.

- O, wreszcie jest pan pułkownik! Już w pracy? Zapraszam na kawę.

Umówiliśmy się o 14.30. Zatem z konieczności rozmowa trwała krótko, o 15.00 dyrektor kończył pracę i nie zamierzał pobytu w biurze przeciągać.

Dyrektora już nurtowała jakaś nowa sprawa, której tematu nie wyjawił. - Umówiłem się pod pana nieobecność na spotkanie z komendantem na dwunastego października. U was w Centrum. Okazuje się, że będę musiał wyjechać, ale weźmie w nim udział mój zastępca, pan Dróżka. Mam nadzieję, że będzie pan pułkownik przy tym obecny?

- Komendant już wie w jakiej sprawie? – próbowałem dowiedzieć się czegoś więcej.

- No właśnie. Przy okazji – podkreślił – chciałbym wyróżnić organizatorów ostatnich uroczystości z 15 sierpnia i 1 września. Mógłby mi pan podać, kogo?

- Wyróżnić? W jaki sposób?

- Zostaną zredagowane specjalne pisma – wyjaśnił.

Podałem Jurka Świętochowskiego i kapelmistrza.

- No i oczywiście pan pułkownik – podkreślił dyrektor.

- Dla mnie osobiście największym wyróżnieniem jest poparcie, jakie poszło od panów do wiceministra Komorowskiego – próbowałem zręcznie wykorzystać sytuację.

- A właśnie. Skoro o tym mówimy... – otworzył drzwi i poprosił sekretarkę. – Pani będzie uprzejma powtórzyć panu pułkownikowi, jak została załatwiona jego sprawa wyjazdu do Rzymu.

I wówczas pani Skóra wyjaśniła: Pan senator Obertaniec załatwił osobiście dopisanie pana do listy, która była już u wiceministra, z jego sekretarką.

Według relacji Andrzeja wyglądało to inaczej. - Z ministrem, czy jego...?

- Wiceminister nie miał czasu i senator telefonicznie zlecił sprawę sekretarce – wyjaśniła. Przyznam, że byłem zaskoczony. Zostawiłem to jednak bez komentarza. Pani Skóra musiała zauważyć moje niezadowolenie...

– Dla potwierdzenia sprawy rozmawiałam potem osobiście z tą panią z departamentu. Powiedziała mi nawet, że pana zna. Sprawdzała i potwierdziła mi, że figuruje pan na wykazie osób mających wziąć udział w pielgrzymce. Poinformowała też, że termin pielgrzymki uległ przesunięciu na koniec listopada. Konkretny dzień jest jeszcze ustalany.

– A jak ta pani się nazywa? – Byłem ciekawy, któż to powoływał się na znajomość ze mną, ale pani Skóra nie zapamiętała jej nazwiska.

- No widzi pan? Chce pan pułkownik porozmawiać jeszcze o tym z senatorem? Ma od piętnastej dyżur przy ulicy Skarbowej w biurze poselsko – senatorskim. Telefon 203–47.

Podziękowałem. A do senatora nie wybrałem się, bo... nie chciałem mu zawracać głowy. A Poza tym byłem głodny i bolał mnie żołądek. Mam od kilku dni dziwne objawy, jakby wrzodowe; ssący nieregularny ból brzucha w godzinę, dwie po posiłkach.

 

Cdn 

 

 

Pin It