Jan Stanisław Smalewski

 

Ich ostatnia defilada (16)

 

smalewski2Z noco-dziennika: W poniedziałek 3 września (po 21.15)

Rozpoczął się rok szkolny. Nasza Oleńka po raz pierwszy była w przedszkolu. To blisko, zaraz za naszym przydomowym parkiem z topolami. Zaprowadziłem ją o 7.40, dzieląc obawy żony, że nie będzie chciała chodzić. Powędrowała tam jednak ochoczo. Była grzeczna i wróciła szczęśliwa.

Obawiając się o akceptację przedszkola przez dziecko, chyba przeżywałem to bardziej od niej, odświeżając w pamięci swoje niemiłe wspomnienia, gdy to ja byłem dzieckiem.

Wprawdzie niewiele z tego okresu pamiętam, ale ta sytuacja utkwiła mi w pamięci doskonale. Już w pierwszym dniu pobytu, bawiąc się z dziećmi drewnianym samochodem strażackim, zepsułem zabawkę. Samochód rozleciał się. Wokół mnie zaczęły się zbierać dzieci i... coraz głośniej mnie karcić: Oj Januszek! Oj Januszek! Oj Januszek!!. Proszę pani! Januszek zepsuł zabawkę!..

Wpadłem w panikę i... niewiele się zastanawiając, zanim pani przyszła, podbiegłem do otwartego okna, a ponieważ było to na parterze, przeskoczyłem przez parapet i po prostu uciekłem.

Pobiegłem w stronę domu, ale w zagrodzie nikogo nie było. Był to czas żniw a nasza ziemia, w kilku kawałkach, leżała w różnych częściach wsi.

Gdy dotarło do mnie, że zostanę skarcony również przez matkę, schowałem się w przydomowym łanie pszenicy. Nie pamiętam, jak długo tam siedziałem, wiem tylko, że na wołania matki nie odpowiadałem. Wyszedłem znacznie później, gdy usłyszałem głos ojca. Wzywał głośno, żebym wyszedł, jeśli schowałem się gdzieś w pobliżu. Nie pozwoli zrobić mi nic złego. Jeśli natomiast nie wyjdę, sprowadzi policyjnego psa, który mnie znajdzie.

Tak, wystraszyłem się psa bardziej niż ewentualnego lania, jakie mogła mi spuścić matka. A do przedszkola więcej nie poszedłem. Ten uraz, jaki pozostał mi z dzieciństwa, przekładał się teraz na obawy o akceptację tej instytucji przez córkę. Jak się okazało, niepotrzebnie.

 

O ósmej uczestniczyłem (z ramienia Komendy CSWŁ) w uroczystym rozpoczęciu roku szkolnego w Szkole Podstawowej Nr 19, gdzie dyrektorką jest pani Ślęzak żona oficera – wykładowcy Cyklu Przedmiotów Humanistycznych. Ale nie dlatego tam byłem. Szkoła należy do grupy szkół znajdujących się pod opieką wojska. Centrum sprawuje wobec niej tak zwany patronat. Dzisiaj to już prawie puste słowo, kilka lat temu jednak nakładało obowiązki nie tylko merytorycznej współpracy, ale także pomocy materialnej; w remontach, w organizacji pomocy szkoleniowych, pracach fizycznych żołnierzy na rzecz placówki.

Szkoła Podstawowa Nr 19 sąsiaduje z nami przez drogę. Przez ogrodzenie z przedszkolem, które akurat jest z nazwy placówką wojskową, a to znaczy, że funkcjonując na osiedlu wojskowym, zabezpiecza głównie potrzeby rodzin kadry zawodowej WP i pracowników wojska. Co nie oznacza, że nie mogą do niego chodzić dzieci cywili. Mogą, jeśli tylko są miejsca wolne.

Merytorycznie zatem, wypełniając obowiązek współpracy, zabrałem głos, składając życzenia gronu pedagogicznemu, uczniom i ich rodzicom, a potem gościnnie wypiłem w gabinecie pani dyrektor małą czarną.

O dziewiątej byłem już w kancelarii komendanta.

- Ty słyszałeś już coś o tym, co mi tu Andrzej z Jurkiem mówią? – zwrócił się do mnie pułkownik Ceglarek.

- O czym mianowicie?

- Że kardynał na dożynkach, zwracając się do wojska powiedział, iż wyznaczył już nam opiekuna.

- Nic mi Andrzeju nie mówiłeś wieczorem o tym – skierowałem się do pułkownika Gila.

- A ty nic nie wiesz? – Andrzej odpowiedział pytaniem.

- Janek. Trzeba sprawdzić, czy wszystko jest po naszej myśli – zauważył komendant.

- Jeśli prałat był też na dożynkach, a był, prawda?

- Prawda – potwierdził Andrzej.

- To kardynał nie mógł myśleć o nikim innym. Sami nas powiadomią.

- Ale jest sprawa do prałata – wyjaśnił komendant. – Dzwonił właśnie szef wojsk. Generał – dopowiedział, żeby było jasne, że nie szef z Wrocławia. – Właśnie śmiejemy się tutaj, że nasz szef zakochał się w prałacie.

Andrzej jak zwykle czyni sytuację groteskową.

- Nie zakochał, tylko nawrócił się. Jakby był u nas dłużej, to by prałatowi do mszy służył. Ale byłyby jaja!

- Jasiu. Na serio – komendant spoważniał. – Szef chce, żeby mu wysłać książkę, którą mu prałat obiecał. Podjedź, weź od niego i poproś o dedykację.

- O dedykację? A co to za książka?

- Nie wiesz? Podobno jakaś historia, napisana przez prałata.

Nawet dobrze się składa – pomyślałem. Miałem potrzebę oddania tornistrów, których nie pobrali wskazani mi przez przewodniczącego związku zawodowego pracowników wojska, ubodzy rodzice pierwszoklasistów.

Umówiłem się telefonicznie na 14.00. Książkę otrzymałem, a wraz z nią kasetę wideo z nagraniem wrześniowej mszy.

- Mam też egzemplarze dla panów; komendanta i pana pułkownika. Proszę się nie obrazić, że nie wręczę teraz, ale myślę, że niebawem będzie okazja, by uczynić to uroczyście – wyjaśnił prałat, wręczając mi książkę dla generała.

- A właśnie, słyszałem od kolegów, że kardynał wczoraj na dożynkach powiedział, że podjął już decyzję o wyznaczeniu nam kapelana. Nic ksiądz prałat nie mówi.

- Słyszałem to – potwierdził prałat. - Nic nie wiem oficjalnie. Kardynał powiedział, że jeszcze tylko pieczęcie i przyśle dokument, bo jest gotowy. Nie zdradził szczegółów.

- To znaczy, że wszystko jest po naszej myśli, prawda? – Moje pytanie zakłócił dzwonek domofonu. Ksiądz prałat poszedł otworzyć drzwi. Przyjął redaktora Szczecińskiego, który przyszedł z córką i został poproszony do wspólnej herbaty. Chwilę potem, nie chcąc przeszkadzać w sprawach nurtujących redaktora, opuściłem plebanię.

 

Po obiedzie żona przebrała mi Oleńkę i wyszliśmy do samochodu z zamiarem udania się na działkę. Mieliśmy posadzić tulipany. Jednak, gdy wsiadaliśmy do samochodu, zaczął kropić deszcz.

– Zaraz przejdzie, tatusiu – pocieszała mnie córeczka. Jednak chwilę później lunęło. Zdążyliśmy wyjechać z parkingu i dotrzeć do ulicy, gdy zrobiło się zupełnie ciemno.

– Nic z tego, kochanie. Musimy znaleźć sobie inne zajęcie.

- Poczytasz mi bajkę, dobrze?

 

6. 09. 1990 r. - czwartek (po 22.10)

 

– Jasiu, co ty kombinowałeś wczoraj? Wcale nie było cię na działce? – Oczy Jurka chytrze wpatrywały się we mnie. Wiał nieprzyjemny wiatr z północnego zachodu.

– Wieje, jakby się ktoś powiesił – zauważyłem.

– Ty nie zmieniaj tematu – wtrącił Jurek. Przeszliśmy przez biuro przepustek i zatrzymaliśmy się przy jezdni.

– Śpieszy ci się do domu? – zapytałem.

– Nie. Jestem sam. Żona pojechała do Wrocławia, do córki. A co? Chcesz mnie zaprosić? Nie musisz dzisiaj jechać na działkę?

- Nie bądź złośliwy. Z kontrwywiadu jesteś? Wczoraj niespodziewanie odwiedził mnie mój przełożony ze szkoły oficerskiej. Był przejazdem w Legnicy i przypomniał sobie o mnie. A właściwie to o moich pamiętnikach. Był ciekawy, czy ich nie zamierzam wydać.

– Pisałeś pamiętniki?

– I miałem przez nie wiele kłopotu.

– To po co to robiłeś?

– Takie hobby mam od dziecka. Ale gdybym wiedział wcześniej, że tak będzie, odpowiednio bym je zabezpieczył.

– Co to za historia?

– Wiesz jacy są ludzie. Już na sam koniec szkoły, podczas egzaminów oficerskich jeden z kolegów wyniósł moje dzienniki do oficera kontrwywiadu. I zostałem posądzony o zdradę tajemnicy wojskowej. Bo opisywałem w nich wszystko, podając nazwiska przełożonych i kolegów.

– No i czym to się dla ciebie skończyło?

– Przerwano mi egzaminy, wszczęto dochodzenie i… ukarano mojego dowódcę. Za brak nadzoru.

– A ciebie?

– Po trzech dniach psychicznej udręki przywrócono mi prawo złożenia pozostałych egzaminów, a dzienniki opieczętowano, jako tajne i złożono w kancelarii.

Żeby kontynuować pisanie, musiałem za każdym razem kwitować ich odbiór, i przed wyjściem z pracy ponownie je zwracać.

– To nie mogli ich zniszczyć?

– Mogli. Na szczęście uznali, że to może kiedyś być wartościowe; historycznie.

A teraz mój były dowódca boi się, że po ich opublikowaniu, może tam znaleźć się za dużo prawdy o nim i czasach, które nazywałem szkołą strachu.

Ty wiesz? Postraszył mnie, że jeśli je wydam, to nawet po jego śmierci nie mogę czuć się bezpieczny. Jego dzieci wykopią mnie z grobu i rozrzucą kości po cmentarzu.

Zacząłem się śmiać, a Jurek przenikał mnie wzrokiem, jakby czegoś  nie rozumiał.

– To co ty tam za brednie powypisywałeś? – zapytał.

– Rzecz w tym, że to nie były brednie.

– No i co? Naprawdę zamierzasz je wydać?

– Skądże. Ale pan podpułkownik Roman Byłeń wciąż pamięta o nich, i boi się.

A potem, nie pojechałem na działkę, bo… wydobyłem je ze starego kufra i wertując, przypominałem sobie te ciekawe czasy. Ty wiesz, ile już uciekło z pamięci? Byłem zaskoczony.

– A pokażesz mi je?

– Nie sądzę. Po doświadczeniach z tamtego okresu, gdy zagrożono mi więzieniem, a w najlepszym przypadku wyrzuceniem, po trzyletniej szkole oficerskiej, do cywila, nabrałem ostrożności.

– No co ty? Masz mnie za takiego?!. – Jurek z oburzeniem przewrócił oczami.

– To co? Podejdziesz? Jak mi wiadomo, żona smaży naleśniki. Lubisz naleśniki z serem, prawda?

Jurek, mając w perspektywie pichcenie sobie obiadu, nie mógł odmówić. A temat dzienników zamknąłem wyjaśnieniem, że już dawno przestały być tajne. Zdezaktualizowały się. Zresztą zaraz po szkole trafiłem w jednostce w Brzegu na mądrego szefa kancelarii tajnej majora Drozda, który zorientowawszy się, co ta dziwna księga sznurowana na zewnątrz zawiera, doradził mi zniszczenie zabezpieczeń, pieczęci i oddał mi ją do mojej dyspozycji.

Jakby ktoś, kiedyś przez przypadek o nią zapytał, obaj mówimy, że podjęliśmy decyzję o zniszczeniu – wyjaśnił podsuwając mi do podpisania stosowny protokół zniszczenia.

 

– Aaa, wyśmienite. Twoja żona robi świetne naleśniki – zachwalał Jurek, zajadając się przysmażonymi na złocisty kolor naleśnikami, podlewając je sobie słodką śmietanką.

Gdy zaczęła nas ogarniać sytość, ostrożnie mieszając łyżeczką herbatę wypełniającą po brzegi szklankę, zagadnął. – Nie pytasz, o czym wczoraj chciałem z tobą porozmawiać.

– Wiem, że jak skończysz jedzonko, sam mi to powiesz.

– Ty cwaniaku. A ja myślałem, że cię to nie interesuje.

– Mówiłeś mi, że boisz się, iż w kraju szykuje się coś niedobrego. Myślisz, że możemy mieć na to wpływ?

– To nie chodzi o nas, Janeczku. My już się, bracie nie liczymy.

– Jak to nie liczycie się?! – wtrąciła się moja żona, zabierając ze stołu opróżnione talerze. – To już wojsko nie ma nic do powiedzenia?

– Mówić to dzisiaj każdy może. Co chce. Rzecz w tym, że nie może nic zrobić – wyjaśnił Jurek. - Wojsko zostało odpolitycznione, odpartyjnione. Żołnierze zawodowi nie mogą włączać się w politykę. Dzisiaj armia nie jest już ramieniem zbrojnym jakiejkolwiek partii.

– To chyba dobrze – wtrąciła moja połowica. – Bo jakby każda z partii, które mnożą się jak grzyby po deszczu, chciała decydować o armii, mielibyście w niej niezły burdel.

Żona postawiła na stole paterę ze słodyczami i zatrzymała się. – Ale przecież i tak jest po staremu, bo ostateczne decyzje należą do prezydenta, waszego generała. On jest tym, no…

– Zwierzchnikiem Sił Zbrojnych – dopowiedziałem. – Usiądź z nami.

– Który nic nie może – zauważył sarkastycznie Jurek. – A wiecie? Słyszałem, że w Warszawie pojawiły się hasła, że Jaruzelski musi odejść. Oglądaliście wczoraj wieczorem dziennik? – zapytał.

– Byłem zajęty – wyjaśniłem.

– Nie miałam czasu, a co tam było ciekawego? – zapytała moja żona.

Bracia Kaczyńscy wypowiadają się oficjalnie, że Jaruzelskiego trzeba zmienić. Przecież to hańba. Ja bym ich podał do sądu – denerwował się Jurek.

– Za co? Za poglądy? Mamy przecież demokrację. Ale mówiłeś coś wcześniej o Wałęsie – przypomniałem sobie.

– Właśnie. Chciałem cię zapytać, czy nie sądzisz, że Wałęsa jeździł ostatnio do Rzymu po lekcje historii u papieża?

Wzruszyłem ramionami. Moja żona zabrała się za słodycze. Jadła i przysłuchiwała się. A Jurek zapalił się, jak jakiś nawiedzony poseł. – Mówię wam. Papież pokłada wielkie nadzieje w Polsce. Wszystko, co zaszło w naszym kraju, jest jego udziałem. Znaczącym udziałem. I będzie rzutować na całą Europę – podkreślił.

Chcesz mi wmówić, że papież kieruje rozwojem wydarzeń w Polsce? – zaprotestowała moja żona.

– Właśnie tak myślę. Sądzę, że te ostatnie wypowiedzi Wałęsy, kiedy oświadczył, że sytuacja niejako dojrzała do tego, by zostać prezydentem, tego dowodzą.

– Nie. On tak nie powiedział – przerwałem Jurkowi. – Stwierdził tylko, że należy przyśpieszyć, bo nie zadawala go powolność przemian w Polsce.

No i że Polsce potrzebny jest prezydent, który by z siekierą jeździł po kraju i zaprowadzał porządek – uzupełniłem. Zaczęliśmy się śmiać.

Z tego nieprzemyślanego powiedzenia Lecha Wałęsy o wymachiwaniu siekierą narodziło się wiele dowcipów. Wielu ludzi usiłuje naigrawać się z niego. Również pani Niezabitowska posłużywszy się nim podczas ostatniej konferencji prasowej, ironizowała niejako i działalność, i samą osobę Lecha Wałęsy.

– Wałęsa odkrył się. A jego szczerość w wyznaniu, że chce zostać prezydentem, wielu ludzi zaskoczyła – kontynuował Jurek.

– Ja wiem, czy zaskoczyła? Mnie zaskoczył raczej sposób postawienia sprawy – wyjaśniła moja żona.

– A czy ty nie widzisz – zwrócił się do niej Jurek – że to, co robi Wałęsa, to awanturnictwo polityczne?

Jurek był nie tylko podekscytowany, on wyraźnie się denerwował.

– A może tak trzeba? A jak inaczej wyhamować zły kierunek przemian? Przestawić zwrotnice i przyśpieszyć? – moja połowica wyraźnie podniosła poprzeczkę.

Oczy Jurka jeszcze bardziej ożywiły się, a spojrzenie stało się jeszcze bardziej przenikliwe. – Dziewczyno! Co ty mówisz? Ty naprawdę sądzisz, że przyśpieszenie proponowane przez Wałęsę jest słuszne? Przecież to zapowiedź wojny domowej. Radykalnych rozliczeń z nomenklaturą! Awantury ze Związkiem Radzieckim!

– To tylko propaganda i pochopne wyciąganie wniosków, z wypowiedzi, które nie są tak dyplomatyczne u Wałęsy, jak u innych polityków. Nie denerwujcie się. Wszystko się uleży – polemizowała.

– A ja myślę, że to do niczego dobrego nie doprowadzi. On jest niepoważny – kontynuował Jurek.

– Wydawało mi się, że ufasz papieżowi, że go powstrzyma? – wtrąciłem

– Tak. Papież chyba mu nagadał. I przestrzegł go, żeby nie rozrabiał. Zauważyliście, jak po wizycie u papieża uspokoił się? Przestał nawet mówić o prezydenturze.

– Oj Jureczku, Jureczku. Wierzysz w bajki.

– To nie bajki, to fakty – upierał się.

– Jeśli to są fakty, to nie wierz faktom. Pożyjemy, zobaczymy. Ja tam myślę, że przekazane w formie oświadczenia oburzenie Wałęsy na opinie publiczną za to, że podejrzewa się go, iż otrzymał polityczną wykładnię od papieża, było grą polityczną. Próbą zatkania ust społeczeństwu. Jeśli dobrze analizuję sprawy, za tydzień, dwa, nastąpią z jego strony konkretne posunięcia – wyjaśniłem.

 

8 września - sobota (21.10)

 

Zrobiło się chłodno. I na dworze i w domu. Od kilku dni padają przelotne deszcze. Na szczęście dzisiaj nie padało; rozpogodziło się (było 17 stopni C). Na szczęście, bo w koszarach mieliśmy przysięgę podchorążych rezerwy. Komendant zwolnił się wcześniej u szefa wojsk we Wrocławiu. Obsługiwaliśmy ją obaj z Jurkiem Wyrowskim. Ja napisałem wystąpienie i zająłem się gośćmi, Jurek obsługiwał paradę i wygłosił przygotowaną mu mowę.

Na uroczystość zaprosiłem prezydenta Pokrywkę i komisarza Pisarskiego. Prałat wysłał w zastępstwie księdza Andrzeja; przywiozłem go służbowym UAZ–em. Ksiądz Andrzej miał krótkie wystąpienie. Pobłogosławił też z trybuny przysięgających.

Po uroczystym ślubowaniu na placu koszarowym spotkałem się w auli razem z komendantem SPR z rodzinami podchorążych. Moje wystąpienie do nich bardzo się podobało. Razem z Jurkiem Świętochowskim celebrowaliśmy także podpisywanie roty przysięgi wojskowej w sali tradycji jednostki przez dziesięciu wyróżnionych podchorążych. Odbyło się to w obecności ich rodzin. Matki żołnierzy otrzymały od nas po jednej róży.

Wspólny obiad (grochówka wojskowa z wkładką - kiełbasą) odbył się w dużej sali kasyna wojskowego. Uczestniczyli w nim zaproszeni goście i dziesiątka wyróżnionych (przodujących) podchorążych wraz z rodzinami.

 

O 15.00 wyjechał z Ośrodka autobus z kadrą (9 osób) i żołnierzami zsw (9 osób) na pielgrzymkę do Częstochowy. Na opiekunów tych grup wyznaczyłem podpułkownika Kromolickiego i wychowawcę z batalionu obsługi ośrodka kapitana Włodzimierza Seligę.

 

9 września - niedziela

 

W piątek i sobotę od 17.00 do 20.00 pracowałem na działce. Skopałem grządkę i posadziłem nowy zagonek truskawek oraz tulipany, goździki szabo i dimorfotekę.

Od jutra mam urlop. Nie stać mnie na porządne wczasy z całą rodziną w ośrodku wypoczynkowym. Wybieramy się na kilka dni do moich rodziców. Trochę czasu poświęcę też działce.

Dzisiaj pokazali w telewizji fragment uroczystości kościelnych na Jasnej Górze z pielgrzymką żołnierzy WP. Zrobiono z tego śliczną propagandową manifestację. Można było usłyszeć o przywracaniu normalności i otwartości postaw światopoglądowych żołnierzy – katolików.

Co do oczekiwań społecznych, że wojskowi masowo teraz uczestniczyć będą w praktykach religijnych, upowszechniane oceny są zbyt optymistyczne. Moim zdaniem nie jest to takie proste. Kadra zawodowa przyzwyczaiła się do prezentowania postaw laickich i jest jej z tym wygodnie. A żołnierzy służby zasadniczej mamy takich, jak całą młodzież. Też ją ciężko zagonić w niedzielę do kościoła.

Chciałbym, żeby jak najszybciej wyznaczony został kapelan wojskowy, bo przejmie pieczę nad wierzącymi i to on będzie mobilizował wiernych do aktywności w sprawach wiary. Myślę tak, bo na razie z uczestnictwem w niedzielnych mszach świętych dla wojska jest beznadziejnie. A mój komendant, który katolikiem nie jest, uważa, że... podwładni zawsze, gdy tylko będą mogli to czynić, postępować będą na przekór; taka jest mentalność żołnierza. Co nie jest rozkazem, nie musi być wykonane.

Jest w tym pewna psychologiczna zasadność. W tym względzie podzielam pogląd komendanta. Dobrym przykładem jest tylko przykład udokumentowany niepodważalną prawdą i kwalifikacjami. Samo wyjaśnienie, że wszystko zostało odwrócone i teraz już można uczestniczyć w praktykach religijnych, nie wystarczy. Nie wystarczy, bo trudno jest z dnia na dzień uwierzyć, że żołnierz zawodowy – ateista, tak naprawdę ateistą nie był. Skorupa ateizmu będzie jeszcze długo miękła. I samo to nie nastąpi. To znaczy nie z powodu zwykłego przyzwolenia. A ja wychowawca mogę ten proces jedynie wspierać. Kierować nim powinna osoba duchowna; z właściwymi kwalifikacjami.

 

W poniedziałek 10. 09. (po 21.50)

 

W mieszkaniu chłodniej niż na zewnątrz. Noce z temperaturą około 10–ciu stopni. To jeszcze za dużo, żeby rozpocząć sezon grzewczy.

O 18.00, gdy kończyłem z Oleńką na balkonie łuskać fasolę, lunął deszcz. Zerwał się też wiatr. Deszcz już przestał padać, a lodowaty wiatr z północy nadal wieje.

Dzieci przed chwilą zasnęły, zrobiło się cicho. Siedzę w swoim pokoiku, popijam gorącą herbatę. Przede mną leży Śliwonik. Otworzyłem go na Blusie śpiącego z otwartymi oczami. Bardzo lubię blusy Śliwonika.

W polityce pogłębił się rozłam pomiędzy Mazowieckim i Wałęsą. Ostatnie dni dobitnie tego dowodzą. Obaj mężowie stanu – jeśli to również można powiedzieć o Wałęsie – w poprzednim tygodniu spotkali się w Gdańsku. Wałęsa, prawdopodobnie po powrocie z Rzymu (gdzie spotkał się z papieżem) miał pogodzić się z premierem. Sprawa okazała się niełatwa. Drogi obu polityków rozchodzą się. Dzisiaj wszyscy wiedzą, że Wałęsa to przyśpieszenie przemian i rozliczenie do końca minionej epoki, zaś Mazowiecki to oczekiwanie na proces biologicznego wymarcia „starego”.

 

Jutro jadę na wieś. Tam me korzenie. Odcięcie od nich pozbawiłoby mnie życiodajnych soków. Usechłbym: z tęsknoty, braku wilgoci i światła. Jeśli chcesz zobaczyć prawdziwe życie, jedź ze mną – mówię do dziennika i wrzucam go do podróżnej torby. Dobrze, że nie potrafi mówić, zawołałby: Na pipidówkę?!

Nie pipidówka tylko odkrywka; geologiczna: warstwa po warstwie narastająca we mnie. Zejdę do jednej z najniższych, poszukam rajskich jabłek. Wprawdzie nie ma już rajskiej jabłoni. Pniem została, raną w powietrzu po siekierze. Ta, co tam rośnie, to już dziczka po niej. I mój ojciec; przy rajskiej jabłoni wygląda jak sam stwórca. A może bluźnię? Wystarczyłoby go widzieć mężem Ewy? – jak Adama.

Ojciec czeka, że przyjadę i pomogę mu w wykopkach. Tak, będę obsługiwał kombajn. A jak będzie trzeba, będę wybierał z ziemniaków kamienie. A jak starczy czasu, obrywał także jabłka.

 

Do południa byłem w Jaworze. Ojciec poprosił mnie, żebym kupił mu i przywiózł żeliwne drzwiczki do kuchni węglowej. Szwagier, który jest specjalistą od instalacji c.o. wyjaśnił mi, że można je tylko dostać w firmowym sklepie zakładów produkujących tego rodzaju piece; w Jaworze. To miasteczko oddalone od Legnicy około 20 kilometrów.

Rano padał drobny deszcz. Moja córeczka Ola była trochę marudna. – Nie mogę tatusiu pojechać z tobą? Ja nie chcę iść do przedszkola.

– Dzisiaj w przedszkolu zaczynają się lekcje rytmiki. Chcesz ładnie tańczyć?

– Tak, chcę tatusiu.

– To nie możesz opuścić tak ważnej lekcji.

Dla Oli był to argument. Od niemowlaka lubi taniec i muzykę, i od dawna marzy, żeby nauczyć się tańczyć tak, jak niektóre dziewczynki z telewizji.

Wracając z przedszkola, spotkałem Dżordża. – Cześć Dżordż. Dawno cię nie widziałem. Gdzie się wybierasz?

– Do swojej byłej pracy do Wałbrzycha.

– A czym jedziesz?

– O ósmej mam autobus z dworca PKS.

– A ja właśnie wybieram się do Jawora. Chcesz, to podjedziemy do dworca moim maluchem?

Gdy podeszliśmy do samochodu, Dżodż zainteresował się nim. – Ile już go masz?

– Kupę lat. Na Zachodzie dawno nie byłoby po nim śladu. Trzynaście. – Nie wiedziałem, czy wstydzić się tego, czy być z tego faktu dumnym.

– Ale trzyma się jeszcze nieźle – zauważył Dżordż.

– Ty wiesz, ile razy go już remontowałem?

– A ja nawet tego się nie dorobiłem.

Dżordż znalazł się ostatnio w wyjątkowo kiepskiej sytuacji. Podobnie jak mój kolega z Gubina był oficerem politycznym. Ostatnio na stanowisku zastępcy szefa Wojewódzkiego Sztabu Wojskowego do spraw wychowawczych. Kiedy nie powiodło mu się w Legnicy w COSWŁ, zaryzykował i w styczniu przeniósł się do Wałbrzycha. Nie zdążył nawet dobrze się zaadaptować, gdy w Warszawie podjęto decyzję o całkowitej likwidacji w Wojewódzkich Sztabach Wojskowych stanowisk zastępców.

Dżordż trafił na listę przejściową. Lista przejściowa to pozostawanie na wykazie poszukujących pracy, przez pół roku. Jeśli do tej pory nic się dla oczekującego nie znajdzie, będzie musiał on pójść do rezerwy.

Dżordż jest podpułkownikiem. Nie ma jeszcze dwudziestu lat służby zawodowej.

– I jak z twoją pracą? – zapytałem.

– A jak ma być? Czekam. Mówiąc szczerze nie zanosi się, żebym coś dostał. Chciałem przejść do was, na komendanta Szkoły Podchorążych Rezerwy, ale jak wiesz, są opory. Nie zgadza się szef wojsk. Myślę, że i za niego niedługo się wezmą – dodał po chwili. – Widziałeś może w Okręgu? Wszyscy ci pułkownicy, co dotąd chełpili się odznakami ukończonych akademii w Związku Radzieckim, pochowali je gdzieś głęboko. Tylko im dziury na klapach kieszeni w mundurach zostały.

Dżordż wylał z siebie całą gorycz i dopiero gdy dojeżdżaliśmy do Jawora, nieco się rozpogodził. Niebo nie; nadal padało, chociaż temperatura się podniosła.

– A co sądzisz o tym spotkaniu, które ma jutro odbyć się u prymasa? – zapytał, zmieniając temat.

– Okrągły stół? Myślę, że dni prezydentury naszego generała Jaruzelskiego są policzone.

- To już ostatni z obsługi cekaemu spod Lenino – zaśmiał się Dżordż. Po przegranych wyborach w czerwcu ubiegłego roku zdecydowana większość kadry zawodowej oczekiwała, że odejdzie minister Obrony Narodowej, generał Florian Siwicki. Oczekiwano również na inne zmiany, zwłaszcza na szczeblu szefa Sztabu Generalnego i Głównego Inspektora Szkolenia Bojowego WP.

Fakt, że zmiany nie następowały, odbierano wieloznacznie. Część oficerów uważała, że procesy te hamuje prezydent, który potrafił przekonać do siebie premiera – człowieka niedawnej opozycji.

Niektórzy mieli to nawet za złe premierowi Mazowieckiemu oceniając, że dał się on omotać. Wiosną 1990 roku w armii nasiliło się niezadowolenie. Procesy restrukturyzacji poszły bowiem w niewłaściwym kierunku; rozpoczęto je od dołów, od jednostek, zamiast zacząć wszystko od góry, od Warszawy. Było tajemnicą poliszynela, że dopóki nie odejdzie stary – w dosłownym znaczeniu tego słowa – minister, proces ten nie potoczy się prawidłowo.

W miesiącach wiosennych ówczesny minister Obrony dał zgodę na tworzenie związków zawodowych kadry. Dyskusje i spotkania znajdowały się w szczytowej fazie, gdy nagle proces ten przerwano.

Trudno jednoznacznie określić, czy „góra” spostrzegła się, że kręci bat na swoją skórę, czy też to nowe władze zorientowały się, że w wojsku zaczyna się dziać coś szczególnego? Jedno jest pewne; były minister Obrony chcąc wyjść z tej całej sprawy z twarzą, oświadczył na spotkaniu z wytypowanymi reprezentantami środowisk kadry zawodowej w Warszawie, że proces ten zostaje wstrzymany, gdyż rzekomo na związki zawodowe w armii nie zgadza się Lech Wałęsa.

Do jednostek wojskowych częściej niż dotąd zaczęli docierać parlamentarzyści, w tym członkowie Komisji Obrony Narodowej. W krótkim czasie i w tej opancerzonej, a tym samym odpornej na wszystkie wpływy z zewnątrz, machinie, jaką jest wojsko, zaczęło się coś zmieniać. Najpierw na wiceministrów Obrony Narodowej powołano dwóch cywili: Janusza Onyszkiewicza i Bronisława Komorowskiego. Oni też jednak nie chcieli mieć kłopotów ze związkami zawodowymi w armii. Jednoznacznie określono, że wojsko jest nie tylko apolityczne, ale także:” Żołnierze zawodowi nie mają prawa organizować się w związku zawodowym.

Zapewne był to błąd byłego „MON-a”. W końcu zaczęto przecież czerpać z przykładów rozwiązań w innych armiach świata.

Kolejną jaskółką było mianowanie nowego ministra. Jednak jeszcze nie cywila, jak oczekiwali niektórzy. Został nim marynarz – wiceadmirał Piotr Kołodziejczyk. W końcu drgnęło i w Warszawie; restrukturyzacja ruszyła od Centrali.

Wojskowi wiedzieli, że restrukturyzację należy rozumieć jako niezbędne przestawienie armii pod względem organizacyjnym na tory życia w pokoju. Dotychczasowe struktury były nadmiernie rozbudowane i mimo że w kraju społeczeństwo ponad 40 lat żyło bez bezpośredniego zagrożenia wojną, Wojsko Polskie organizacyjnie wciąż jeszcze trwało w strukturach wojennych. Bywało, że dodatkowo nawet jeszcze w latach osiemdziesiątych struktury te w niektórych przypadkach rozbudowywano. Rozwijano.

No tak. Gdyby teraz tylko tak widziało się restrukturyzację i gdyby było możliwe precyzyjne określenie nowej doktryny obronnej, procesy restrukturyzacyjne poszłyby o wiele łatwiej. Mniej byłoby niezdrowych emocji. Póki co jednak przysłowiowe doły, zwłaszcza w jednostkach, które całkowicie rozwiązano, są przekonane, że dotknęła je redukcja, hasło restrukturyzacji wymyślono w Warszawie li tylko po to, żeby z punktu widzenia prawa uniknąć związanych z tym kosztów odszkodowawczych.

Rok 1990 dowiódł również i tego, że Polska doktryna obronna w nowych warunkach, jakie ukształtowały się w Europie, nie jest prostą sprawą dla taktyków i niełatwo jest ją stworzyć.

Problem ten pozostawmy jednak strategom z ministerstwa i Sztabu Generalnego. Pamiętajmy jednak, że właściwego widzenia spraw wojny i pokoju, a tym samym postrzegania wojska, nikt nie nauczy się przez kilka miesięcy zasiadania w parlamencie. Bieżmy pod uwagę również to, że zawsze łatwiej jest coś zniszczyć niż zbudować.

Trudno się dziwić, że przez lato emocje w wojsku opadły. Tylko ci, którzy dostali się na listy przejściowe i ci, których bezpośrednio dotknęła restrukturyzacja, przeżywali nadal głębokie frustracje, zastanawiali się nad tym, czy przy okazji właściwej reorganizacji, nikt z „góry” nie załatwia spraw osobistych, własnych porachunków, bądź nie broni własnych interesów.

Zdaniem Dżordża jego stanowisko pochopnie zlikwidowali ci generałowie z byłego już Głównego Zarządu Politycznego, którzy myśleli, że w ten sposób uratują własną skórę i własne stanowiska. Na szczęście nie uratowali.

– Popatrz, jak to się wszystko popieprzyło – ciągnął Dżordż. – Kapral Wałęsa, z którego na początku lat osiemdziesiątych śmiała się cała nasza armia, zamierza kandydować na prezydenta i zostać zwierzchnikiem Sił Zbrojnych. To się po prostu nie mieści we łbie, wiesz Jasiu?

– A to, że przez cały czas wychowywano nas w kłamstwie, karmiono fałszem i obłudą, mieści się? Byliśmy jak ptaki trzymane w klatce i zmuszane do śpiewu.

– I do tego po rosyjsku – zażartował Dżordż. Zaczęliśmy się śmiać, ale Dżodż szybko spoważniał. Widzisz. Ty starasz się to zrozumieć i tobie jest łatwiej. Ja, gdybym dostał to stanowisko, o które zabiegałem u twojego szefa wojsk, też bym potrafił się przełamać. A tak, czuję się podwójnie oszukany; przez obie strony.

– Nie martw się przedwcześnie. Do końca roku wiele może się zmienić – starałem się go pocieszyć.

– A wracając do spotkania na Miodowej. Czy nie sądzisz, że prymas po to go zaproponował, żeby przeciwdziałać tragedii w Polsce? Podobno Kościół obawia się, że może dojść do rozruchów społecznych?

– Kto ci tak mówił? – byłem zaskoczony.

– Ludzie tak mówią. To nie słyszysz, co dzieje się w kraju? Strajki kolejarzy, górników, chłopów… Potęgowanie bezrobocia. Mamy już prawie milion bezrobotnych. A przestępczość? Rośnie z dnia na dzień.

– Trudno powiedzieć, ale myślę, że skoro został zaangażowany autorytet Kościoła, to znaczy, że sprawa jest na pewno poważna.

– To znaczy, że mam rację? – twarz Dżordża rozpromieniła się.

– To znaczy, że Jaruzelski musi odejść. Teraz tylko rzecz w tym, w jaki sposób to uczyni.

Nie znałem Jawora. Nim rozstaliśmy się, Dżordż objaśnił mi, jak dojść do fabryki. – Przekaż pozdrowienia swojemu komendantowi – myślał o pełniącym obowiązki Andrzeju. – Od pięciu lat jest mi winien połówkę za pozostawioną mu działkę ogrodniczą. - Dżordż uśmiechnął się i w pożegnalnym geście uniósł lewą dłoń, prostując palce. I dodał: – Stary. Toż można tylko pierdolnąć sobie w łeb. Czy wiesz, że jeśli wejdzie ta pieprzona ustawa Kuronia, to ja po tylu latach harówy nie miałbym żadnych uprawnień emerytalnych? I za co? – To ostatnie pytanie było retoryczne.

 

Z dziennika: 21. 09. – piątek

 

Już od wielu miesięcy ciągle się coś zmienia. Przede wszystkim zmienia się moja ojczyzna. Byłbym rad, gdyby zmiany miały tylko pozytywny charakter. Niestety dla wielu ludzi to, co obecnie dzieje się w Polsce, jest szokujące. Szokują nie tylko zmiany polityczne, ale także procesy ekonomiczne, postawy moralne. Jakby tego nie oceniać, wspólnym mianownikiem wszystkich zmian jest niepewność. Ona najbardziej przyciemnia obraz Polski, jaki jawił się w marzeniach rodaków na początku lat osiemdziesiątych.

Niepewność w polityce i ekonomice, a co za tym idzie niepewność robotników o ich byt. Niepewność sprawujących władzę. Niepewność policjantów, a także żołnierzy to mniejsze lub większe części zbiorowej niepewności, która jak mgła zaległa nad krajem dźwigającym się ku nowym czasom. Krajem, który wciąż usiłuje stanąć na własnych nogach, podnieść się z klęczek, chwycić równowagę. Który chwiejnym, kołyszącym się krokiem usiłuje ruszyć w pościg za oddalającą się Europą. Czy ruszy? Czy utrzyma się na nogach ten Polski Absolut upity szczęściem wolności i wycieńczony drogą, którą do niej przeszedł na klęczkach?

Wczoraj dzienniki prasowe podały, że „Spotkanie u prymasa Glempa przebiegło w atmosferze kultury politycznej. Wymieniono poglądy na problemy międzynarodowe, gospodarcze i ułożenia kalendarza wyborczego wyborów parlamentarnych i prezydenckich”.

Rzekomo nie podjęto żadnych konkretnych decyzji. Premier Mazowiecki wyraził opinię, że „nie wydaje mu się, by doszło do zbliżenia stanowisk”. Prezydent Jaruzelski natomiast, podkreślając jego szczerość (spotkania), powiedział między innymi, „że zbliżyliśmy się do rozwiązań, które można uznać w tej sytuacji za optymalne”.

Wynika z tego, że jakieś konkrety jednak były.

Zadowolony ze spotkania prymas Glemp wyraził opinię, że „spotykający się spełnili zamiar służby dla społeczeństwa, narodu. On sam zaś… miał okazję do stworzenia klimatu ku pogłębieniu refleksji”.

Myślę, że najkonkretniej wypowiedzieli się o spotkaniu Józef Zych i Aleksander Hall. Pierwszy z panów powiedział, iż „Dużo miejsca poświęcono wyborom prezydenta i przyszłego parlamentu. Większość opowiedziała się za tym, by wybory prezydenckie odbyły się w tym roku, a parlamentarne w przyszłym”.

Drugi pan nieznacznie wzbogacił tę opinię. Część uczestników spotkania jego zdaniem była za wyborami jednoczesnymi. I co najważniejsze – jak dostrzegłem – że „generał Jaruzelski wykazał swoją otwartość”.

- Co to oznacza „wykazał swoją otwartość”? Czyżby się poddał? – kolega Jurek, który przyszedł do mojej kancelarii, by podyskutować, zaskoczył mnie. – Czy ty zdajesz sobie sprawę, że rząd skupił uwagę na drugorzędnych sprawach?

– Co masz na myśli? – zapytałem.

– A chociażby problematykę ustawy policyjnej, ustaw emerytalnych dla wojska, nauki religii w szkołach, ustawy antyaborcyjnej. Wszystko to bracie po to, żeby odwrócić uwagę społeczeństwa od kryzysu: postępującego bezrobocia, a przede wszystkim od… zainstalowania się w rządzie Żydów.

– A tu cię boli?!.

Naszą rozmowę przerwało wejście pani dyrektor przedszkola wojskowego.

– Panie pułkowniku, przepraszam. Mam do pana króciutką sprawę. Czy można? – Widząc, że nie jestem sam, zatrzymała się w drzwiach, z wahaniem, czy wejść do środka.

– To ja wyjdę – zaoferował się Jurek.

– Ty pij spokojnie kawę, ja wyjdę z panią. – Miałem jeszcze klucz od gabinetu naprzeciwko komendanta Centrum, który musiałem opuścić, gdyż przestałem pełnić funkcję jego zastępcy. Nawiasem mówiąc bardzo podobało mi się zachowanie moich kolegów – zastępców komendanta, z których żaden nie wyraził zgody na przesunięcie się w hierarchii pod samo lewe ramię „najwyższego”, tłumacząc się przywiązaniem do swoich dotychczasowych pomieszczeń.

– A komu to przeszkadza? Żeby zaraz cię przenosić? Przecież jako szef wydziału wychowawczego nadal będziesz odgrywał ważną rolę w Ośrodku. To poniżające – z dozą zażenowania tłumaczył tę sytuację Andrzej.

To była sugestia szefa wojsk – zauważyłem. – Komendant wydał decyzje zaraz po jego wizycie. Zresztą nie to jest ważne; zrobił to nieelegancko.

– No właśnie. Nie rozumiem, jak można było nie mówiąc ci o tym, kazać przenieść cię podczas twojego urlopu – dziwił się Andrzej.

– Widocznie chciał mi zrobić niespodziankę. Dzisiaj modne są niespodzianki – zacząłem się śmiać. W głębi duszy nie było mi jednak do śmiechu. – A wiesz, kancelaria po pierwszym sekretarzu PZPR bardzo mi się podoba, jest słoneczniejsza, skorzystają na tym moje kwiaty.

– Ale skromniejsza. A tobie mimo wszystko zachowano stopień etatowy i grupę uposażenia. To o co chodzi szefowi wojsk. On chyba jeszcze nie myśli, że i do niego niebawem się dobiorą, przestanie być taki ważny – nie dawał za wygraną Andrzej. Chyba mnie nie podpuszczał?..

– Daj spokój Andrzejku. Wiesz dobrze, że mój prestiż upadł. Zastępca (dowódcy) to zastępca, a szef wydziału, to tylko jakiś tam szef, nawet bliskość kancelarii koło komendanta tego nie wyrówna.

Otworzyłem drzwi, na których widniała ciemna plama po zdjętej wizytówce i przepraszając za bałagan, poprosiłem panią dyrektor o wejście do pomieszczenia. Dyrektorka potoczyła wzrokiem po opustoszałym wnętrzu. W pomieszczeniu nie było zasłon, zwinięta w rulon wykładzina leżała pod główną ścianą, a biurko i przylegający do niego stół konferencyjny świeciły pustkami.

Za drzwiami stał dodatkowy, ciężki, żeliwny sejf, który poleciłem wynieść z kancelarii I sekretarza PZPR. Mnie teraz wystarcza mała metalowa skrzynka na dokumenty niejawne; poufny zeszyt pracy i pojedyncze instrukcje, pisma, pobierane doraźnie z kancelarii.

– To pan pułkownik nie będzie tu urzędował? – zapytała pani dyrektor.

– Będę urzędował tam, gdzie pani do mnie trafiła – zauważyłem. A ponieważ speszyła ją moja uwaga, przeprosiłem, że zaproponowałem rozmowę w równie zabałaganionym pomieszczeniu.

– Proszę usiąść – podsunąłem jej krzesło. – Planujemy tu urządzić salę odpraw komendy, właśnie przygotowywany jest remont.

Dyrektorka mimo mojej uprzejmości była bardzo spięta. – Chciałam tylko poradzić się pana, co zrobić, bo dostałam decyzję o wprowadzeniu od 1 października nauki religii.

– W przedszkolu? – zdziwiłem się.

– Tak. We wszystkich przedszkolach wprowadzają religię. Nie słyszał pan?

– Przyznam, że nie zwróciłem na to uwagi. Czy to decyzja kuratorium oświaty?

– Tak. I na dodatek poinformowano nas, że zostaliśmy wyróżnieni, bo będzie u nas uczyć siostra zakonna. W innych przedszkolach naukę religii zamierza się powierzyć katechetom

– To zrozumiałe. Nasze dzieci wymagają gruntowniejszej obróbki. W społeczeństwie uchodzimy przecież za heretyków, bądź niedowiarków. Prawda, pani dyrektor?

Dyrektorka uśmiechnęła się, ale jej mina wyraźnie świadczyła o tym, że nie wie, czy mówię poważnie, czy żartuję. – Tak. Tylko jak ja mam postąpić? Namawiać, pytać, czy jak..?

Zdziwiły mnie obawy doświadczonej bądź co bądź dyrektorki. Naprawdę pomyślała, że to sprawa dla przełożonych?

– Uważam pani dyrektor, że rozwiązanie jest bardzo proste. Kiedy pani planuje najbliższe zebranie rodziców?

– Zaaa… trzy dni.

– To świetnie. Proszę przedstawić rodzicom w formie informacji decyzję kuratorium i oświadczyć, że wszystkie dzieci, których rodzice złożą pisemne oświadczenie wyrażające zgodę na uczęszczanie dziecka na religię, zostaną objęte tą nauką.

– I myśli pan, że nie będzie protestów? – jej twarz jakby nieco rozjaśniała.

– Myślę, że nie będzie. Przecież w ten sposób każdy będzie mógł dokonać wyboru.

Dyrektorka wyszła zadowolona, a ja wróciłem do Jurka, który właśnie dopijał kawę.

– To powiadasz Jureczku, że najpierw należałoby wziąć się za Żydów? – zażartowałem.

– No nie rób ze mnie balona – zaprotestował. – To nie takie proste. Swoją drogą, zauważyłeś, jak Wałęsa wyrwał się niedawno, że niektórzy mogliby wreszcie ujawnić swoje pochodzenie?

– Tak, słyszałem. I zauważyłem, że reakcje z zewnątrz były wobec Wałęsy bardzo nieprzyzwoite.

– A wiesz, że Michnik to czołowy mason? Założył w byłym pałacu prymasowskim delegaturę masonerii na Polskę?

– Serio? Wiem, że z pochodzenia jest Żydem, ale ja nigdy nie byłem rasistą i mnie to ani ziębi, ani grzeje.

– Ja też, ale nie o to chodzi. Żydzi chcą wykupić naszą gospodarkę i jak mówił w 1981 roku docent Geremek „zrobić wszystko, żeby w Polsce Żydom zawsze żyło się lepiej niż Polakom”.

– Słyszałem o tym i dziwi mnie, jak w tak krótkim czasie, wykorzystując „Solidarność”, tylu czołowych teoretyków żydowskich mogło zdobyć tak duże zaufanie społeczne?

– Many, many, rozumiesz? – Jurek wykonał palcami znany gest przeliczania pieniędzy.

– To ciekawe, że Polacy nie posiadają instynktu samozachowawczego. Narodowego instynktu. Nie chodzi mi wcale zaraz o nacjonalizm, ale raczej o tak zwaną rację stanu. Chyba ten problem nie trafia do świadomości ogółu lub dociera w zbyt nikłej skali zagrożenia?

Przejeżdżając ostatnio przez Sołtysowice, widziałem sporo świeżych napisów antyżydowskich na murach budynków, ale to nie wyborcy, tylko młodzież. A w telewizji tylko ze dwa, trzy razy ten problem przebił się publicznie; raz w ustach Wałęsy, drugi raz w programie „Interpelacje”, z Adamem Michnikiem.

– Trudno się dziwić, że jest on skutecznie eliminowany, skoro Radiokomitetem i telewizją też zarządzają Żydzi. Wiesz dobrze, że media to piąta kolumna władzy – zauważył Jurek. I po chwili milczenia dodał: Myślę, że prędzej czy później Polacy kapną się, co im grozi.

– Oby to już było w tej kampanii wyborczej. Na co nie liczę – zauważyłem.

– Wiesz, czego jeszcze nie mogę zrozumieć? – zapytał, zbierając się do wyjścia. – Gdy tak to wszystko analizuję, nie pasuje mi jedno. Że nowy rząd nic nie zrobił w sprawie zmiany konstytucji. Czy ty zdajesz sobie sprawę z tego, że gdyby w Polsce doszło do zamachu stanu i władzę ponownie przejęliby komuniści, to wszystkich, którzy teraz rządzą, można by było skazać z mocy prawa za jej łamanie?

Zacząłem się śmiać więc Jurek szybko wyjaśnił, iż chodzi mu o czysto teoretyczne założenie, a nie o wiarę w to, że byłoby to możliwe. - Chociaż… – dodał po chwili. – Czy kilka lat temu komuniści nie byli pewni, że to oni mają rację? A w ZSRR czy sytuacja jest dzisiaj jasna? Dlaczego Zachód wyraził chęć udzielenia pomocy żywnościowej Związkowi Radzieckiemu? Nie lepiej byłoby poczekać, aż ta totalitarna machina się rozsypie?

Przyznałem mu rację, że jeśli chodzi o pomoc żywnościową, to jest w tym coś niejasnego. Prawdopodobnie spowodowały ją obawy, że pod wpływem buntu mas w ZSRR może dojść do przewrotu i ponownie powróci totalitaryzm.

Powolność, a także systematyczność przemian daje gwarancję skuteczniejszego utrwalania ich w świadomości społecznej, co ma większe znaczenie dla ich trwałości (nieodwracalności).

 

 

Cdn.

 

 

Pin It