Jan Stanisław Smalewski

 

Ich ostatnia defilada (15)

smalewski2Z noco-dziennika: 29. 08. 1990 r. (21.45)

 

Po trzynastej dzwonię na plebanię, że mam gotowe zaproszenia. Prałat prosi o małą zwłokę, ma gości z kurii biskupiej. O 14.30 proszę komisarza Pisarskiego, by przysłał po mnie radiowóz. Ksiądz prałat odprowadza mnie do wyjścia. - A wie pan co? Jakbyśmy tak obaj złożyli wizytę wojewodzie i wręczyli mu zaproszenie? Radiowozu jeszcze nie ma. Zresztą przyjedzie, to parę minut zaczeka.

Wprawdzie urząd czynny był tylko do 14.30, ale portier informuje nas, że wojewoda jest u siebie. Nasz spacer; pułkownika z księdzem wzbudza lekką sensację wśród kręcących się interesantów.

Okazuje się, że poseł Glapiński pierwszy dzień po nominacji przez premiera pełni obowiązki wojewody. Prałat wiedział o tym, ja nie. Gdy zostajemy przyjęci, składa mu gratulacje. Dołączam się również.

Prałat wręcza wojewodzie zaproszenie i mówi, że jest okazja, żeby już w niedzielę całe miasto zobaczyło nowego wojewodę. Podczas mszy. Zaplanował dla niego udział w delegacji, która powita księdza kardynała. I z rozpędu (ponieważ dobrze mu to idzie) ustala, że wojewoda zabierze głos z mównicy na polowym ołtarzu. - A potem... – uzupełnia – zapraszam pana wojewodę, wraz z innymi gośćmi na plebanię, na uroczystą kolację z kardynałem.

- Ja mam przemawiać z ołtarza?... – wojewoda broni się. – Osobiście jestem

przeciwny głoszeniu mów podczas takich uroczystości - wyjaśnia. - Wystarczy to, co powiedzą księża.

- To szczególna sytuacja. I nie tylko z powodu intencji – podkreśla ksiądz prałat.

- No chyba, że to coś wyjątkowego – pokornieje wojewoda.

- Tak, to naprawdę coś wyjątkowego – potwierdza prałat. – Będzie dotyczyło nas – pokazuje dłonią na mnie i siebie. I wyjaśnia: - wojska i policji.

Wojewoda zgadza się, ale zostawia sobie furtkę; mówi, że musi to jeszcze przemyśleć.

- No to Bogu chwała. Załatwione – gdy opuszczamy majestat urzędu wojewody cieszy się ksiądz.

 

Z urzędu wojewódzkiego ksiądz prałat kieruje kroki prosto do prezydenta miasta. Akurat podjeżdża kierowca komendanta policji. Widzi nas i zatrzymuje się przy chodniku.

- Ponieważ pan pułkownik ma jeszcze do omówienia ważne sprawy z komisarzem policji, trudno, do prezydenta miasta pójdę sam – wyjaśnia ksiądz prałat. Rozstajemy się.

U komisarza przeciągnął spotkanie prokurator. Znamy się obaj. Nie przeszkadzam. Dołączam i daję się poczęstować herbatą. Włączam się też w dyskusję o przemianach społecznych w kraju. Pół godziny później prokurator żegna się, a komisarz zaprasza mnie do bocznej salki. Saloniku, w którym podejmuje gości.

Komisarz napełnia koniakówki, rozpoczynamy rozmowę.

- Ksiądz prałat sugeruje, żebyśmy obaj powiedzieli po parę zdań – wyjaśniam.

Komisarz frapuje się. - Ja nie mam wprawy. I jakoś nie bardzo wiem, co mógłbym przy takiej okazji powiedzieć. Czy ktoś jeszcze prócz nas będzie coś głosił? – pyta, jakby to miało znaczenie. Chyba ma, bo gdy wyjaśniam, że wojewoda, byliśmy właśnie obaj z prałatem u niego z zaproszeniem, komisarz zastanawia się: - Żeby nie było jak na wiecu.

Napijmy się – podnosi kieliszek. A kiedy delektuję się trunkiem, proponuje: - Myślę, że pan pułkownik zrobi to lepiej. W imieniu wszystkich służb mundurowych. To znaczy i wojska i policji.

Proszę komisarza o kartkę i coś do pisania. Wyjmuję z kieszeni szkic swojego wystąpienia. Czytam głośno i wspólnie nanosimy poprawki. Komisarz jest zadowolony. Wyjaśniam, że muszę to jednak skonsultować z prałatem.

- Ja się w pełni z tym zgadzam – mówi komisarz i proponuje uzupełnić koniakówki. Odmawiam, tłumacząc, że obiecałem żonie, że popołudnie spędzę z dziećmi. Przechodzimy do następnego tematu; ustalamy, że wspólne pasowanie na ucznia (u nas na Bielańskiej) odbędzie się w sobotę o 11.00. Komisarz liczy na około trzydzieścioro dzieciaków. Naszych też powinno być tyle.

- Byłbym zapomniał – gdy kończymy ustalenia, przypomina sobie, że ma dla mnie zdjęcia z mszy, która się odbyła 15 sierpnia, i z wizyty gości w naszym Centrum.

Dochodzi siedemnasta, gdy komisarz odprowadza mnie do radiowozu. Żona jest niezadowolona, zjadła już obiad z gośćmi i rodziną. Jest jej siostra Barbara z Gorzowa z dwójką dzieci, czekają na „uwolnienie od dzieciarni”. Spożywam posiłek w pośpiechu, dzwonię do Jurka z prośbą o samochód dyżurny i pół godziny później wyjeżdżam z dziećmi na Goślinę. Są wniebowzięte, dokazują. Dzieci Baśki są starsze od mojej córeczki, kąpią się, łowią ryby, aż dochodzi do... wesołej przygody. Oleńka wpada mi w ubraniu do stawu, musimy wrócić do domu. Mamy jednak kilkanaście płoci i dużego okonia. Wycieczka się udała. Kolacja też.

 

30. 08. 1990 r. (po 22.00)

 

Ciekawe czy 1 września dopisze pogoda? Wprawdzie nadal jest upalnie, meteorolodzy zapowiadają zmianę. Burze i ochłodzenie. Noce już są chłodne; temperatura spada do około dziesięciu stopni. I pchają się do mieszkania komary. Podobno można już dostać elektryczne urządzenia, które wystarczy na noc włożyć w gniazdko prądu i komar ginie. Tylko gdzie ich szukać? Pytałem znajomych, nikt nie wie.

Po porannej odprawie z kadrą komendant usiadł ze mną, żeby doprecyzować sprawy mszy na 1 września. Doszlifowałem z nim wystąpienie, które mam wygłosić w imieniu wojska i policji. Gdy pani Irenka (sekretarka wydziału) przepisała mi go na czysto, podjechałem na plebanię, by zaprezentować tekst prałatowi. Ksiądz prałat zgodził się na moje wystąpienie w imieniu wojska i policji.

Podobała się księdzu treść wystąpienia. Wyrażając pochwałę, dopowiedział: - Mam dla pana pułkownika miłą wiadomość. Zadzwonił wojewoda i potwierdził, że również zabierze głos. Nie będzie więc pan sam.

- To dobrze. Bo powtórne moje wystąpienie z ołtarza w krótkim odstępie czasu

mogłoby przez niektórych zostać źle odczytane – tłumaczę się. I dodaję: – Tym bardziej że będzie tam wiele ważnych osobistości.

 

31. 08. 1990 r. (po 22.00)

 

Do południa dograłem wszystko na jutrzejsze pasowanie na ucznia. Łącznie z opracowaniem nowego tekstu ślubowania.

O 15.00 odwiozłem na dworzec siostrę żony, z dziećmi. Po kilkudniowym ich pobycie Zosia nie chce słyszeć o gościach, jest zmęczona. Wszystko ją denerwuje. Wpadła „w dołek”.

O 18.00 jadę pod kościół. W koszarach oczekuje na mój sygnał grupa żołnierzy, która w razie potrzeby wspomoże organizatorów przy dekoracji ołtarza. Księża ustalają jednak, że wszystko rozpoczną jutro rano. Tylko ksiądz Krzysztof z ministrantami układa podłogę na podium polowego ołtarza, gdzie nazajutrz ma odbyć się uroczysta celebra.

 

1. 09. 1990 r. (po 21.30)

 

Od jedenastej w koszarach. Najpierw spotykam się z kapelmistrzami 1 Bsap i COSWŁ. Orkiestra z Brzegu dojechała zaraz po ósmej. Komendant zarządził dla nich poczęstunek: śniadanie. Po jego spożyciu wspólnie z naszą orkiestrą przystąpili do prób przed planowaną uroczystością.

Kapelmistrze przyszli do mnie wraz z plutonowym Cicheckim, który przywiózł namalowaną przez siebie olejną replikę znanego obrazu „Śmierć księdza Skorupki”. Księdza kapelana opiekującego się polskimi powstańcami w bitwie z sowietami pod Warszawą.

Z plutonowym zamieniam parę słów na ogólny temat „Co słychać?”, interesując się głównie jego niekonwencjonalnym malarstwem; jest świetny, jeśli chodzi o wykonywanie olejnych kopii. Wyrażając zadowolenie z „dzieła”, które – jak podkreślam – ma być upominkiem dla księdza kardynała, wręczam mu 100.000 złotych i grzecznościowo proszę go, żeby w moim imieniu podziękował również swojemu przełożonemu – szefowi wydziału wychowawczego Brygady.

- To był świetny pomysł z tym obrazem – emocjonuję się. – Taki obraz to nie tylko miły upominek, ale na dodatek... liczy się zawarta w nim symbolistyka.

Panowie kapelmistrzowie ustalili wszystkie szczegóły już wcześniej, przez telefon. A teraz ich orkiestry zgrywają się. Ustalili też zasady dyrygentury; niektóre elementy zostaną wykonane oddzielnie, inne zaś wspólnie pod batutą legnickiego kapelmistrza. Nie, nie ja decydowałem o tym. Rad udzielał osobiście mojemu kapelmistrzowi ksiądz prałat Bochnak.

Sprawdzam zatem, czy wszystko jest należycie przygotowane i czy nie należy w czymś pomóc, bądź w jakichś nieprzewidzianych sprawach interweniować? Na szczęście nie ma takiej potrzeby. Uściślamy ostatnie plany przebiegu uroczystości.

- I pamiętajcie – zwracam, się do obu muzyków – macie tak zagrać, żeby

zapamiętało was całe miasto. Pamiętasz Zbyniu? – zwracam się po imieniu do kapelmistrza z Brzegu – jak szokowaliśmy kiedyś w mieście „Pierwszą Brygadą”?

- Szefie, gramy ją, schodząc z placu przed kościołem – wyjaśnia Zbyszek.

- To zagrajcie ją jeszcze przed samym rozpoczęciem mszy. Jak będą się ustawiać pododdziały. Ale nie o tym chciałem... Teraz „Brygada” szoku już nie wywoła. „Bogurodzica”, rozumiecie? To ma być tak od serca, żeby wzruszyć.

Wiedziałem, co mówię. Gdy dwa dni temu Jurek Świętochowski zaprosił mnie na próbę chóru podchorążych rezerwy, który przygotowywał się do jej wykonania, stałem jak oniemiały. Autentycznie ścisnęło mnie za gardło.

No a przy wzmocnionej sile muzyki? A do tego przecież dojdzie przestrzeń; plac przykościelny ma – jak już wcześniej zauważyłem 15 sierpnia – wspaniałą akustykę.

 

O 11.50 jestem już w klubie przy Bielańskiej; dziesięć minut później ma się rozpocząć ślubowanie na ucznia. Opóźniam rozpoczęcie o 15 minut, bo... mam nadzieję, że dojdą jeszcze spóźnialscy; jest tylko jedenaścioro dzieci naszej kadry (na 38 pierwszoklasistów, których udało się wcześniej ustalić i zaprosić).

Niestety, nikt nie dochodzi. Jest mi wstyd. Tym bardziej, że policjanci popisali się świetną organizacją, przywieźli dzieci nawet z Lubina i Głogowa. Zebrali ich łącznie trzydzieścioro dwoje.

Trudno. Gdybym podczas przeprowadzonej wcześniej odprawy służbowej osobiście nie zachęcał kadry Ośrodka do udziału w tej imprezie, mógłbym mieć do siebie pretensje. Może to sobotnie lenistwo wojskowych rodzin przełoży się na jutrzejszą frekwencję w kościele?..

Impreza jest mimo to bardzo udana. Dzieciom przygrywa zespół muzyczny ze Szkoły Chorążych, sala pod orłami została specjalnie udekorowana elementami dowiązującymi do ich święta – rozpoczęcia nauki szkolnej.

Wspólnie z komisarzem Malinowskim (przewodniczącym Niezależnego Samorządnego Związku Funkcjonariuszy) otwieramy uroczystość i przy akompaniamencie muzycznym przeprowadzamy uroczystość pasowania na ucznia. Dzieci otrzymują prezenty: komplety przyborów szkolnych, pamiątkowe notesy i czekolady. Impreza kończy się słodkim poczęstunkiem i zabawą.

Po pasowaniu udajemy się razem z komisarzem i towarzyszącym mu kapitanem Matwiejem (wyznaczonym przez komendanta policji do współpracy z wojskiem) do pokoju gościnnego. Zapraszam ich na lampkę koniaku i półgodzinną dyskusję o najbliższych problemach współpracy.

 

„Pańskie oko konia tuczy”. Przed czternastą zabieram Oleńkę i własnym maluchem udaję się pod kościół, by doglądnąć prac przy urządzaniu ołtarza. Od śniadania pracują tam nasi żołnierze.

Prace dobiegły właśnie końca. Ksiądz prałat siedzi w ławce przed kościołem z księdzem Andrzejem. Wymieniamy poglądy na temat dekoracji i wymowy prezentowanych symboli. Ksiądz jak zwykle jest pogodny. I zadowolony. Prosi mnie na plebanię. Tłumaczy, że to potrwa chwilę; wypijemy tylko herbatę i zjemy po kawałku ciasta.

- Proszę popatrzeć, panie pułkowniku – prowadzi mnie do pokoju gościnnego – wszystko jest przygotowane. Proszę znaleźć siebie – pokazuje na wizytówki widniejące obok przygotowanej zastawy stołowej – ja zaraz wrócę.

Starsza pani (szefowa kuchni?) przerywa szlifowanie sztućców ściereczką i idzie do kuchni, by podać nam herbatę i ciasto.

Prałat wraca z czekoladkami, częstuje Olę, która się trochę wstydzi, ale bierze czekoladkę i ładnie dziękuje.

Ksiądz prowadzi mnie do szczytu stołu, gdzie górują trzy wysokie, wyróżniające się rzeźbiarskim kunsztem krzesła. Pokazuje dłonią na środkowe: - Tu usiądzie kardynał, a po jego prawej stronie, wojewoda. A z boku stołu prezydialnego przy nim, prezydent. Dalej – wyjaśnia – obok prezydenta, wice wojewoda, pan pułkownik, pułkownik Wyrowski, Świętochowski i komendant policji.

Z lewej strony kardynała... (nie zaglądamy do wizytówek, zresztą stojąc po przeciwnej stronie stołu, byłoby to trudne). Z lewej... – powtarza i zastanawia się.

- Rozumiem, że obok kardynała usiądzie gospodarz – wchodzę mu w zdanie.

- Nie, ja sobie usiądę z boczku, skromnie, żeby wszystkiego doglądnąć. Może ktoś z kurii będzie towarzyszył kardynałowi – wyjaśnia. – A dalej (na przeciwko mnie) senator i kurator oświaty. Pozostali będą wymieszani, na przemian z księżmi – wyjaśnia.

- Czy dobrze? – pyta. Nie miałbym śmiałości wtrącać się do ustaleń księdza prałata.

- Jedynie, co mógłbym proponować, to zamianę miejsc mojego z pułkownikiem

Wyrowskim. Najpierw powinien siedzieć komendant – wyjaśniam.

Ksiądz nie akceptuje tego. Wyjaśnia, że z całym szacunkiem, ale na plebani to przede wszystkim ja reprezentuję wojsko. – A przede wszystkim, według zasług – dodaje.

 

Po obiedzie żona usiłuje popsuć mi humor. Obwinia mnie, że mogłem jednak poprosić jej mamę o przyjazd i zaopiekowanie się dziećmi. I każe mi przyznać, że nie chciałem, by mi towarzyszyła w kościele.

- Ja? Twoją matkę? A ty tego nie mogłaś zrobić?..

Dwa elementy jej postępowania wkurzają mnie najbardziej; że w ogóle nie interesuje się moją pracą i że swoje złe humory próbuje wyładowywać na mnie lub na dzieciach, wpierając mi przy tym swoje wyimaginowane racje.

Tym razem krótko zamykam temat; że mogła zdecydować się wcześniej. I przepraszam ją, wyjaśniając, że nie mam czasu na bzdurne polemiki, mój czas jest napięty. Gdy wychodzę, ona też szykuje się do wyjścia (trudno, weźmie udział w uroczystości od strony wiernych). Swoje buczenie pod nosem nagłaśnia nagle.

- Przyznaj, że się nas wstydzisz?! Przecież nic by się nie stało, gdybyś w tej sytuacji zabrał nas ze sobą i usiadł razem z nami!

- O Boże! Przecież już ci tłumaczyłem przed promocją, że na imprezy publiczne, gdzie oficer wykonuje konkretne, ważne zadania, nie bierze się rodziny. Tym bardziej małych dzieci wymagających uwagi. Nie rozumiem tych pretensji? To nie o wstyd chodzi, chociaż nie sądzę, żeby akurat w takich okolicznościach publicznie afiszować się tym, że mam małe dzieci. Nie rozumiesz tego?

- Powinieneś się cieszyć! Nie rozumiem!

- No właśnie, nie rozumiesz. Jakbyś rozumiała, nie wysłałabyś mi podczas promocji na trybunę honorową, Oli. Widziałem, że nawet prałat w tym momencie poczuł się speszony. Czy ty w ogóle myślisz? Wysłać do mnie dziecko, wymagające opieki, kiedy ja akurat mam za chwilę publicznie wystąpić?..

 

Deszcz wisiał w powietrzu; od rana było pochmurno. I duszno, mimo spadku temperatury. Gdy przed siedemnastą podjeżdżałem pod kościół, niebo zaciąga się jeszcze bardziej, szarzeje. Może wytrzyma?.. Nie padało od 15 sierpnia (od poprzedniej mszy polowej).

W zakrystii zebrali się już księża uczestniczący w celebrze. Gdy wszedłem, podszedł ksiądz Andrzej.- Proszę za mną. Przedstawię pana pułkownika. Jest biskup Tyrawa.

Biskup jest młody, i bardzo powściągliwy; nie podejmuje żadnego tematu. Witam się także z pozostałymi księżmi i senatorem. Komisarzowi Pisarskiemu doradzam, żeby się trzymał mnie; razem będzie raźniej.

- Czy to znaczy, że nie będzie kardynała? – pytam księdza Andrzeja.

- Nie wiem. O to trzeba zapytać księdza prałata.

- A gdzie jest? – wśród księży go nie ma.

- Właśnie nadchodzi – ksiądz Andrzej pokazuje na otwarte drzwi.

- Nic się nie zmieni. Tylko zamiast eminencjo, księże biskupie. W wystąpieniu – dodaje i wyjaśnia prałat, wyprzedzając pytania.

Za pięć siedemnasta wraz z grupą gości wychodzę przed kościół. Zajmujemy miejsca w przygotowanych dla nas ławkach. Siadamy z komisarzem w drugim rzędzie, pozostawiając pierwszy dla gości z województwa. Usiądą później w drugim rzędzie razem z rajcami miasta, pierwszy rząd pozostanie pusty.

Niebo obniża się jeszcze bardziej. Nad tłumem wiernych rozkwita las parasolek. Początkowo zaczyna padać mżawka, która stopniowo zamienia się w gęstniejące i rzęsiste krople deszczu. Kilka minut później mam przemoknięta czuprynę, kapie mi po nosie i brodzie. Kolana i ramiona w mundurze robią się ciemne; przemakają.

Młodzi księża biegają, spoglądając na niebo. Osiem po piątej podbiega ksiądz Andrzej. - Prałat pyta, co robić? Czy przenieść nabożeństwo do kościoła?

Waham się. Też patrzę na chmury. Wydaje mi się, że niebo zaczyna się przecierać, deszcz jest przelotny.

- Jurek. Co ty na to? – zwracam się do pułkownika Świętochowskiego, który

przycupnął przede mną, w pierwszej ławce.

- Trudno. I tak już zmokliśmy. Zostajemy na zewnątrz – zawyrokował.

Chwilę później następuje wyjście liturgiczne. Nad księżmi pojawiają się parasole. Jedna ze starszych kobiet podchodzi do nas i wręcza parasolkę komisarzowi. - Ja stoję pod Arkadami – pokazuje ręką. – Potem podejdę i ją odbiorę – przekonuje.

Deszcz rzeczywiście słabnie, pięć minut później zupełnie ustaje. Jesteśmy jednak przemoknięci. Pod koniec mszy czuję chłód, z trudem opanowuję dygotanie ciała.

Z powodu deszczu i opóźnienia wyjścia liturgicznego prałat zadecydował, żeby zrezygnować z przygotowanej przeze mnie oprawy poetyckiej. Poza tym wszystko przebiega planowo. Najpierw wojewoda. Mówi o okoliczności mszy i wita biskupa.

Gdy podchodzę do ołtarza, prałat zapowiada mnie jako reprezentanta wojska i policji. Mówię głośniej niż poprzednio albo po deszczu tak niesie? Dostaję rzęsiste brawa.

- Ty widziałeś? Kiedy przemawiał wojewoda, biskup siedział, a kiedy ty zabrałeś głos, biskup wstał i wszyscy księża stali? – gdy wracam na miejsce, pyta Jurek. Obaj z komisarzem uściskami dłoni gratulują mi wystąpienia.

Chwilę później niespodziewanie pojawia się Ola. Cieszy się, że mnie znalazła i pakuje mi się na kolana.

– Ale ładna wnusia – słyszę z tyłu od kapitana Matwieja. Jestem zaskoczony i trochę zdenerwowany. Moje pouczenie przed wyjściem z domu nie przyniosło żadnego skutku. Ola zaczyna się wiercić. Gdy proponuję, żeby wróciła do mamy, wstaje i siada w pierwszej ławce; prosto w kałużę wody. Dobrze, że nie płacze.

Zaskoczona swoim gapiostwem odchodzi do matki. Dziesięć minut później pojawia się znowu. Pod koniec mszy przekonuję ją, żeby wróciła do mamy, bo ja będę jeszcze musiał spotkać się z księżmi, ale mnie nie słucha.

– To nic, zostanę z tobą – wyjaśnia. Nie mam wyjścia, muszę wstać i przejść przez szpaler mundurowych, odprowadzić ją do matki.

 

Wykonanie „Bogurodzicy” rzeczywiście zaskoczyło wszystkich. Tak, po deszczu akustyka poprawiła się. Chórek podchorążych wykonał ją „na głosy”. Jurek już wcześniej dopilnował jego zgrania z orkiestrą; żeby pieśń dominowała. Chociaż muzyka też miała swoją wymowę. Zwłaszcza wykonana w tak dużym zespole dwóch orkiestr. Później prałat Jóźków zapytał, czy to poszło z taśmy, bo... „niemożliwe, żeby grupka kilku ludzi mogła zaśpiewać tak donośnie. I pięknie”.

Apel poległych też wypadł bez zastrzeżeń. Jurek uważał nawet, że lepiej niż poprzednio, chociaż... nie wiem, czy mogłoby być jeszcze lepiej. Liczy się odczucie. I satysfakcja. Tyle pracy, przygotowań. Musiało być pięknie. Tylko ten deszcz.

Gdy msza się kończy i podchodzą do nas księża, któryś z policjantów głośno zachwyca się: – Byłoby jeszcze piękniej, żeby nie ten deszcz.

Prałat natychmiast rekapituluje. - Trzeba było odpokutować to, co się przez tyle lat nagrzeszyło.

- Coś w tym jest. Nam przecież też poprzednio się dostało – żartuję. Panuje ogólne ożywienie. Jak poprzednio otrzymujemy wiele słów pochwał i podziękowań. Tylko do mnie przyczepia się jakiś kombatant. Upiera się, żebym z nim „odszedł na stronę”.

O co panu chodzi? Mów pan, tu sami swoi – chcę mu dodać odwagi.

- Dlaczego nas panowie nie poprosili na mszę? – wnosi pretensję.

- Nas, to znaczy kogo? Przecież na mszę do kościoła nie trzeba prosić, wierzący przychodzą z własnej woli.

- Sybiracy otrzymali oddzielne zaproszenie - tłumaczy.

- A pan kogo reprezentuje?

- Żołnierzy września.

- Nie wiedziałem, że jest taki związek. Przepraszam. Proszę kiedyś do mnie podjechać do koszar, uściślimy kontakty. – Przestaję się nim interesować, bo jest natarczywy, idziemy (ci, którzy wcześniej zostali zaproszeni) na plebanię. Tak to jest z zaproszeniami, myślę. Zawsze się znajdzie ktoś niezadowolony.

 

Zatem na mszy kardynała nie było. Już wcześniej zastanawiałem się, czy ma powód, żeby aż tak dowartościować wojsko i policję. A zwłaszcza policję? To z jej struktur wywodziły się służby bezpieczeństwa, które mu się narażały.

Spotkanie na plebani rozpoczyna modlitwa. Przed posiłkiem. Odmawia ja biskup. Atmosfera jest ożywiona, serdeczna, wręcz rodzinna.

Na początek jemy trochę wędliny (kiełbasa, pasztet) z pomidorami. I oczywiście z chlebem. Potem młodzi księża zbierają nakrycia i wnoszą duże półmiski z gorącym daniem; osobno ziemniaki i mięsa. Kawałki pieczonych kurczaków i zrazy. W okrągłych, głębokich salaterkach surówki i duszoną kapustę.

Nakładam sobie kawałek kurczaka, łyżkę ziemniaków i trochę gotowanej kapusty.

Trwa ogólna wymiana zdań; podniosła atmosfera kieruje opinie na tematy okazjonalnej uroczystości. Ktoś z księży w głębi sali raz jeszcze zachwyca się głośno wykonaniem „Bogurodzicy”. Zainspirowany patriotyzmem prałat Kiciński, proboszcz parafii świętego Jacka wstaje i zaczyna z pamięci recytować „Redutę Ordona”. Robi to fantastycznie. Siedzący przy mnie wice wojewoda wyjaśnia mi, że to jeszcze nic, ksiądz zna na pamięć niemal całego „Pana Tadeusza”.

Ksiądz prałat kończy recytację i wygłasza śmiałą tezę: - A wiecie kochani zebrani, że nasi wieszcze; Mickiewicz ze Słowackim przewidzieli wybór papieża Polaka?

Opinie zaczynają się różnić. Dochodzi do dylematu, kto to był „czterdzieści cztery”? Pani kurator oświaty wyraża głośno swój sąd: - Nie sądzę, żeby Mickiewicz był aż tak religijny, by doznać Bożego nawiedzenia.

Czuwający nad wszystkim prałat Bochnak (zajmujący miejsce gdzieś w środku stołu, blisko wyjścia) podnosi się z miejsca i prosi księdza biskupa o pozwolenie na zabranie głosu.

- Chcę wygłosić dwa podziękowania. Zanim udzielę głosu pani kurator – wyjaśnia. –  Biskup uśmiecha się i przyzwalająco kiwa głową. - Na początek pragnę, z tej szczególnej okazji niebywałego zresztą w Polsce wyboru, bo wyboru jednomyślnego – podkreśla – wyrazić uznanie i serdecznie pogratulować nowemu naszemu wojewodzie, panu Glapińskiemu. Życzyć mu, żeby urząd ten piastował godnie, dla dobra ogółu obywateli i żeby z tego tytułu – podkreślił z rozbrajającą szczerością - miał jak najwięcej kłopotów. – I nie dopuszczając do rozbawienia, jakie wywołało to stwierdzenie, zakończył: - I żeby mu spełniły się wszystkie jego plany i dobre zamiary, proponuję, żebyśmy wszyscy zaśpiewali mu „Sto lat”.

To też warto było przeżyć: razem z biskupem, stojąc , odśpiewaliśmy wojewodzie dwukrotne „Sto lat”. Wzruszony tym gestem wojewoda podziękował, podkreślając, że do trudności zdążył się już przyzwyczaić wcześniej. Ma nadzieję, że wszystko, co będzie robił, służyło będzie szeroko pojętemu dobru społecznemu. Natomiast kościół zawsze może liczyć na jego przychylność w rozwiązywaniu spraw, które dla dobra ogółu wierzących obywateli podejmie.

- A teraz może pani kurator powie nam, jak to będzie w nowym roku szkolnym z problemami nauki religii? Czy pani kurator przewiduje znaczne perturbacje i jak jej zdaniem możemy pomóc? – zaproponował prałat.

Tak, to na pewno ważniejsze, niż problem: Kim był „czterdzieści cztery”? – pomyślałem. Pani kurator Kopystyńka starała się nie dać poznać po sobie zaskoczenia, ale najwyraźniej potrzebowała czasu, by pozbierać myśli.

- Mam przemawiać, czy mogę mówić – próbowała żartować. – Bo jako świeżo upieczona osoba funkcyjna, wolę na razie mówić. W przemawianiu nie mam jeszcze doświadczenia.

- Proszę czuć się swobodnie. Może pani mówić, pani kurator. Jak pani woli – starał się dodać jej odwagi ksiądz prałat, swobodnie dotykając ręką jej ramienia. Stał za nią, pozostając tak od chwili, gdy zbliżył się do biskupa, wygłaszając życzenia dla wojewody.

Pani kurator zręcznie wybrnęła stwierdzając, że trudno dyskutować już nad tym, co zyskało powszechną akceptację. Na pewno jednak początki z wielu względów będą trudne. Jest jednak dobrej myśli. Ma tylko obawy, jak rozwiązać problem nauki religii przez osoby świeckie, które ciągle jeszcze trzeba weryfikować i co najgorsze, kuratorium nie ma dla nich pieniędzy. Jak wiadomo bowiem, księża pierwszy rok uczyć będą religii za darmo. Trudno jednak żądać tego od osób świeckich.

- Panie wojewodo, co pan na to? – prałat zwrócił się z tym problem do nowego wojewody.

- Będą pieniądze – odparł wojewoda.

- Słyszy pani kurator? – ucieszył się prałat. – Trzymamy za słowo.

- Jeśli tak, nie było sprawy. Ja też trzymam pana wojewodę za słowo – wycofuje się pani kurator.

- A ja proponuję, żeby to pan wojewoda raz jeszcze powtórzył – wyrywa się prałat Jóźków.

- Proszę bardzo – wojewoda jest tym ubawiony. Powtarza. Kanonicy zbierają talerze i wnoszą ciasto. Zbierają zamówienia na kawę. Ja proszę o herbatę. Jest również woda mineralna i pepsi.

- To była pierwsza sprawa – wyjaśnia gospodarz. – Teraz, jeśli ksiądz biskup pozwoli, chciałbym w nawiązaniu do historii, podkreślić ten nietypowy fakt, że od tylu dziesiątek lat możemy po raz pierwszy usiąść w tak reprezentatywnym gronie, wespół z panami oficerami wojska i policji. I przy tej okazji raz jeszcze serdecznie im podziękować za wszystko, poczynając od pierwszego kontaktu naszego u dowódcy w jednostce wojskowej, poprzez uczestnictwo wojska i orkiestry wojskowej w uroczystościach Bożego Ciała, mszy na 15 sierpnia, a na dzisiejszych uroczystościach kończąc.

- Tak. To niezwykły przełom w naszych dziejach. W kraju wiele się zmieniło i zmienia. I należy mieć nadzieje, że służyć to będzie społeczeństwu – potwierdza krótko biskup. Jego powściągliwość nawet mnie zastanawia. Nie znam charakteru księdza biskupa i nie wiem, czy jest taki zawsze, czy tylko ta sytuacja nakazuje mu ją? Brakuje mi także choćby słowa o nieobecności kardynała i sytuacji, w jakiej z nami się znalazł. I choćby jednego słowa podziękowania. Za cokolwiek. Tym bardziej, że zewsząd padało tyle innych podziękowań i pochlebstw pod naszym adresem.

Dzielę się potem tą opinią z księdzem prałatem. Zgadza się ze mną. Że wypadało podziękować.

Tymczasem biskup wstaje i... dokonuje błogosławieństwa. I żegna się z wszystkimi w nietypowy sposób.

- Proszę podać sobie ręce. Połączymy się pierścieniem rąk na znak pożegnania – poleca. – Może wśród nas jest jakiś nieodkryty Kaszpirowski – żartuje – to przy okazji udzieli nam bioprądów czyniących zdrowie. – I dodaje: - Proszę jeszcze pozostać. Gospodarz zaraz wróci.

- Tak – potwierdza gospodarz – zaraz podane zostaną lody.

Lody z bakaliami bardzo mi smakują. Korzystając z powrotu gospodarza na salę, pytam czy udzieli mi głosu. Wyjaśniam, że wprawdzie publicznie podczas mszy świętej wyrażałem zadowolenie, że możemy wspólnie z duchowieństwem współuczestniczyć w budowie społecznego porozumienia, podziękowałem za doznane zaszczyty, pomoc ze strony kościoła katolickiego i władz regionu, i wyraziłem nadzieję na nasz dobry start w nowe, normalizujące się życie społeczne, to chciałbym – korzystając z okazji – gorąco podziękować gospodarzowi za przygarnięcie nas do siebie; po ojcowsku, z troską i dobrocią, zaangażowaniem i oddaniem.

Podkreślam, że jesteśmy świadomi wielu jeszcze trudności i barier, ale jesteśmy gotowi na pomoc i otwarci na wszystko, co służy społeczeństwu, w tym także wszystkiemu temu, co płynie przez Kościół Katolicki.

Dostałem brawa i mimo że moje wystąpienie miało być podziękowaniem za zaproszenie nas wojskowych na poczęstunek, a jednocześnie oznaczać tylko nasze pożegnanie, wstali wszyscy, wykorzystując ten akcent do wspólnego pożegnania się.

Ja zaś, odnajdując złożony wcześniej na plebani obraz z księdzem Skorupką, wręczyłem go w dowód żołnierskiego uznania, księdzu prałatowi. - Może i dobrze, że tak wyszło – pomyślałem – nie przybył kardynał, a ja nie pomyślałem wcześniej, że „naszemu księdzu prałatowi” też należało się godne podziękowanie.

Prezydent Pokrywka oglądając go, zauważył, że nie ma z tyłu dedykacji i wyjął z marynarki pisaka. - Proponuję uczynić to od razu – zaproponował.

Speszyłem się. - Kiedy... – pomyślałem, że prezydent zrozumiał, że ja jestem jego autorem.

- Ja wiem, to miał być obraz dla kardynała? – zapytał ksiądz prałat.

- Jest z całego serca dla księdza prałata. Zamówiłem już identyczną replikę – wyjaśniłem. - Chodzi tylko o to, że ja nie mogę go podpisać. Zrobimy widoczną dedykację na tabliczce, którą się zamocuje na ramie, dobrze?..

Żegnając się z gośćmi, rozmawiałem jeszcze chwilę przed plebanią z komisarzem Pisarskim. Gdy dziękował mi za pomoc, zaproponowałem: - A może wpadnie pan z żoną do mnie w niedziele, na kawę i ciasto?

- Bardzo chętnie, ale... nie wyrobimy się, przepraszam. Zostałem zaproszony do Legnickiego Pola na dożynki wojewódzkie. Znając takie imprezy, wiem, że na pewno tak szybko się nie skończą.

O dożynkach zapomniałem. Nasz komendant też został tam zaproszony; będzie go reprezentował podpułkownik Andrzej Gil.

 

2. 09. 1990 r. niedziela (po 20.00)

 

Ochłodziło się; dziś tylko do 18 stopni. W nocy, a potem rano do dziewiątej padało. Trochę późny ten ratunek dla przyrody; trawniki niemal zupełnie wypalone: brązowe. A liście na drzewach jak w październiku.

O dziewiątej przygotowałem śniadanie. Chciałem go zjeść z rodziną. Zamiast podzięki usłyszałem jednak wymówkę: - Cholera jasna! Nawet w niedzielę nie można sobie pospać!

- Ubrałabyś mi Olę, wezmę ją ze sobą do kościoła.

Dzieci od godziny bawiły się już na dywanie w dużym pokoju.

Zjadłem sam.

– Tato niedługo wróci – powiedziałem do Oli.

Dochodziła dziesiąta, gdy głównym wejściem wszedłem do kościoła. Ksiądz prałat kończył mszę, dla wojska i policji. Usiadłem w jednej z ostatnich ławek.

A teraz poproszę dzieci, które jutro pierwszy raz pójdą do szkoły – zabrzmiało wezwanie księdza. – Proszę tu, do ołtarza. Podejdźcie do mnie razem z tornistrami i przyborami szkolnymi.

Byłem zdumiony. Tak małej liczby dzieci nie spodziewałem się. Zaledwie trzech chłopców podeszło do księdza.

- Chodźcie tu i klęknijcie. Pobłogosławię was – brzmiał ciepły głos księdza. – Jak masz na imię? – Ksiądz zwrócił się do chłopca, który podszedł pierwszy.

- Andrzej Zawadzki.

To syn mojej sekretarki, pani Ireny - pomyślałem.

Po błogosławieństwie i poświęceniu przyborów szkolnych ksiądz polecił rodzicom, by zaczekali na nich w kościele, a dzieci zabrał do zakrystii.

Poszedłem tam. Prałat wyszedł mi naprzeciw.

- Jestem zaskoczony, że tak mało dzieci...

Prałat przerywa mi. – Proszę się nie przejmować, początki zawsze są trudne.

- Odbieram to, jako swoje niepowodzenie wychowawcze - wyjaśniam. Ksiądz jest bardzo wyrozumiały. – To tylko kolejne doświadczenie – uspakaja mnie. - Chłopcy otrzymali ode mnie po katechizmie – wyjaśnia.

Wróciłem do domu. Ola była już na podwórku. Sama. Gdy mnie zobaczyła, natychmiast przybiegła. – Tatusiu, pojedziemy na ryby?

- Nie masz żadnej koleżanki?

- Nie mam – odpowiada. Zastanawiam się, co tak jej się podoba w wędkowaniu? Przecież czynnego udziału w nim nie bierze. Lubi być ze mną. Przyzwyczaiła się do uczestniczenia w moich wędkowaniach, bo jeszcze w Brzegu, gdy była malutka, zabierałem ją nad wodę. Musiałem dzielić przyjemności z obowiązkami. Pakowałem do samochodu koc, zabawki, słodycze i napoje. I jechaliśmy. Bawiąc się na pomoście, wiedziała, że nie należy hałasować, bo płoszą się rybki. Należy być uważną, żeby nie wpaść do wody. Należy też słuchać taty i nie należy łapać za skrzydełka much, których się nie zna. Ważki poznała, ale były zbyt piękne, by im czynić krzywdę. A trzmiele... No właśnie. Kiedyś nie usłuchała mojego polecenia: Nie ruszaj tej muchy, to trzmiel, on cię ugryzie. Chciała to sprawdzić. Chwyt za skrzydełko nie udał się i trzmiel ukąsił Oleńkę w paluszek. Krzyku było co niemiara. Na szczęście szybko pomogła zimna woda.

Czy to nie moja wina, że Oleńkę bardziej interesuje ją przyroda niż koleżanki?

Zobaczymy, jakie plany ma mama – wyjaśniam Oli.

Po obiedzie udaje mi się namówić Jurka. Biorę Olę i jedziemy na cztery godziny na Goślinę. Jurek wciąż nie może opanować moich technik wędkarskich i nie odnosi takich sukcesów jak ja. Gdy twierdził, że stosuję jakieś ukryte metody; łowię na „zaczarowane” proszki i ciasta, podzieliłem się z nim wiedzą na temat nęcenia i sposobu wykonywania przynęty. Teraz mi ufa, ale korzysta z mojego ciasta. Mówi, że jemu nie wychodzi takie „gumowe” jak moje. Mimo to... nie łowi. Nie ma refleksu w zacinaniu białej ryby; płoci. Nie ma też wyczucia, co do ustawiania głębokości przynęty. A w ogóle to nad wodą trzeba być dobrym obserwatorem. Szkoda, że moja córeczka nie jest chłopcem, byłaby kiedyś świetnym wędkarzem, po ojcu. A tak, będzie musiała kiedyś te zainteresowania (lubi zwłaszcza odhaczać i wypuszczać małe rybki) zmienić.

Złowiłem linka, okonia i około dwudziestu płotek. Wszystkie ryby oddałem Jurkowi.

 

Przed 19.00 zadzwonił Andrzej Gil. Z informacją, że dożynki na Legnickim Polu

wypadły znakomicie. Uczestniczył w nich kardynał Gulbinowicz, który dwukrotnie dziękował uczestniczącemu w nich wojsku i wojskowej orkiestrze, oraz dowódcy. Tak, że nawet Andrzej musiał wstawać z miejsca i pokazywać się ludziom.

Uśmiałem się, gdy Andrzejek – z charakterystycznym dla niego humorem – opowiadał, jak wszyscy z władz wojewódzkich i miejskich wzięli udział w komunii świętej. Gdy opuszczali ławkę, zrobiło mu się głupio, że zostaje w niej sam i wtedy... przytrzymał za rękaw Franka Pisarskiego (są kolegami).

- Wiesz? Idę z tobą. Wystawię dzioba, niech się kardynał ucieszy – powiedział do Franka.

Słysząc to, Franek wystraszył się.

- Co ty, stary, zwariowałeś?! Gdybyś to zrobił, popełniłbyś świętokradztwo.

 

Cdn.

 

Pin It