Krystyna Habrat

NASZE MAŁE, KOCHANE, SZCZĘŚCIE

Krystyna Habrat  Przeczytałam książkę, o której ostatnio głośno: "HYGGE. Klucz do szczęścia". Już na okładce jest informacja, że jej autor Meik Wiking jest dyrektorem Instytutu Badań nad Szczęściem w Kopenhadze.

  Czy u nas słyszy się o podobnym instytucie? Może tak zdefiniowany już w nazwie to chyba dla przeciętnego zjadacza chleba raczej nieznany, ale słyszy się o różnych badaniach z tym związanych, o terapiach i mamy słynne dzieło filozoficzne Władysława Tatarkiewicza "O szczęściu" (nie wspominając już o różnych teoriach szczęścia w jego "Historii filozofii") . Ale na mojej półce stoi obok tej druga książka: "O szczęściu",  tylko  Andrzeja Banacha. Obie przestudiowałam kiedyś sumiennie, lecz od lat już rzadko do nich sięgam. Dlaczego? Zwykle miałam na głowie dużo ważniejszych spraw niż poświęcanie się pielęgnowaniu szczęścia.

  I tu jest chyba sedno rzeczy, czym my, Polacy, różnimy się w tej sprawie od Duńczyków.

Oczywiście każdy człowiek jest inny, ale niewątpliwie my mamy nieco inne życiowe priorytety. Inne konieczności za nas decydują. Nam nieustannie wtrąca się historia. Nas wychowano inaczej. Nie dla własnego szczęścia. Dla poświęcania się… I poważnego patrzenia na życie.

  Duńczyk ma gorszy klimat. Przez wiele miesięcy  dni tam ciemne, zimne i wietrzne. Dlatego tak lubi zamknąć się w domowym zaciszu i stworzyć sobie przytulne warunki odpoczynku.  Gdy jest sam zapala dla nastroju świece, owija się kocem i czyta książki, popijając gorącą herbatę. Ale lubi spędzać czas z przyjaciółmi na wesołych pogawędkach, oczywiście przy świecach i z dobrym jedzeniem.

I jeszcze, jak wyczytałam, Duńczycy lubią kontemplować nicnierobienie.

Czy my mamy na takie coś czas?

Pewnie dużo osób i u nas tak żyje, ale chyba większości brakuje na to czasu.

  Można na urlopie obserwować, jak za oknem deszcz pada,  rosną kałuże, a na nich tworzą się od spadających kropel  fajerki jak na dawnym piecu kuchennym. Gdy ulewa się nasila powierzchnia wody bardziej się marszczy i porasta w bulgocące słupki kropel, niczym dzwonki. I kiedy tak zapadamy w poetyczne zachwyty, coś nas podrywa i budzi. To głęboko zakorzenione poczucie obowiązku, jakie nam od dziecka wpajano, że nie wolno marnować czasu, a trzeba robić coś pożytecznego, choćby uczyć się, czytać… coś przeprać, sprzątnąć - myśl kobieca - przyrządzić do zjedzenia. Nawet gdyby z kontemplacji deszczu za oknem wczasowego pensjonatu miał powstać wiersz, wybaczamy to, jeśli stworzy go prawdziwy poeta. Amatorom rzadko się u nas wybacza, nazywając ich pogardliwie grafomanami. Pewnie dlatego najbardziej znanym bajkopisarzem jest Duńczyk Andersen, a my mamy literaturę raczej taką serio, poważną.

  Tak, bo nas wychowywano inaczej. Od dziecka wpajano nam poczucie obowiązku, czyli najpierw naukę, potem pracę. Dalej wpajano nam obowiązek poświęcania się dla ojczyzny, dla bliźniego, i dla kariery. Kiedyś nie używano słowa "kariera", ale pięknego zwrotu: Musisz latać wysoko!, czyli uczyć się by być najlepszym i wyrosnąć na ludzi.

  Kobietom zaczęto wmawiać, że nie mogą być kurami domowymi i zajmować się tylko domem i dziećmi, ale każda powinna zostać na przykład traktorzystką, a nawet dyrektorem fabryki. Zmęczone kobieciny w to uwierzyły, zresztą mąż nie zarabiał za wiele, to skoro świt ciągnęły płaczące dzieciaki do żłobka, przedszkola, by stanąć w fabryce przy maszynie i stać się kobietą nowoczesną. A po ośmiogodzinnej pracy znowu ta zmęczona kobiecina ciągnęła do domu zapłakane dzieciaki i zabierała się do gotowania, prania, sprzątania. Gdzie tam miała czas na kontemplowanie swego dobrostanu. A  już najgorzej było, gdy dzieci przynosiły z przedszkola anginy, świnki i inne choróbska, a szefowa się awanturowała, że matka idzie na L4.

  Ewentualny Instytut Szczęścia nie jest więc u nas przedmiotem westchnień.

Wolelibyśmy, żeby matki mogły mieć więcej czasu na wychowywanie dzieci, rozmowy i zabawy z nimi, żeby szefowe nie były tak okrutne, żeby nie bać się zwolnienia z pracy i żeby już nigdy nie było kartek na  buty, mydło, czy na czekoladę - jedną dla dziecka na cały miesiąc. I żeby wreszcie zwalczyć w sobie lęk, że gdy zniszczę mój śliczny dres, to już innego nigdzie nie kupię, co mi zostało z lat 80-tych.

  Tak, Duńczycy pielęgnują swój dobrostan, przytulność wnętrz, swoje szczęście, bo mają dobrobyt, bezpłatną służbę zdrowia, bezpłatne studia i chyba dużo lepszą organizację codziennego życia. Czy my kiedy to nadgonimy?

   Nam przecież wciąż włącza się w życie historia z wojnami, zaborami, walką o niepodległość. Nam nie wpaja się nauk o szczęściu. Nawet nie mówi się o drobiazgach codzienności, które nam życie uprzyjemniają. Bo my musimy zajmować się sprawami wielkimi: walką o coś, to za naszą i waszą wolność, musimy się  poświęcać, oddawać życie za ojczyznę, a szczęście to coś tak niepoważnego. Zresztą ono ucieka, gdy się za nim goni. To po co gonić, mówić?  Może wystarczy świadomość, że mamy buty i nie przemakają na śniegu. Że jest co do garnka włożyć. A nie za mało to? Zawsze musimy sobie czegoś odmawiać? Oszczędzać? Poświęcać się?

  Dlaczego musimy znosić te straszne dyskusje polityczne w mediach, które szarpią nam nerwy? Dlaczego musimy znosić cierpliwie czekanie w poczekalniach lekarskich, bo niby muszą być kolejki, bo "zdrowie" nie dofinansowane, a zresztą pani doktor musi wypić kawę… Musimy być odporni na wiele, wiele trudów życia, bo u nas od wojny kryzys przechodził w nowy kryzys i nikt  nie ogłaszał jego zakończenia, tylko nadejście kolejnego. I zawsze mówiło się, że nie ma pieniędzy na służbę zdrowia i na wszystko, co ułatwiałoby nam życie. Bieda określała nasz heroizm. A teraz UE szykuje nam kolejne zagrożenia. Aż strach pomyśleć.

  Zaraz, a ja zamierzałam pisać o szczęściu. No cóż , bajki Andersena też nie były pogodne. Poetyckie, ale  nostalgiczne.

  Wolę jednak zapamiętać książkę HYGEE i jeszcze jeden obrazek z mojego pobytu w Kopenhadze. Wieczorem szłam z mężem przez lasek w stronę słynnego wesołego miasteczka Tivoli, a naprzeciw szła, podrygując tanecznym krokiem i nucąc wesołą melodię, elegancka pani lat około czterdziestu. Aż się za nią obejrzałam. Ale dalej podobnie się zachowujących było więcej. A już w samym Tivoli - na każdym kroku. I nie zapomnę, jak przed sceną, na której grała orkiestra, utworzył się z widzów wąż i wyrzucając wysoko nogi w bok, przesuwali się w rytm melodii w przód, to z powrotem - niczym ogromna gąsienica. Potrafili się bawić, a był to 1 lipca 2001r. Nagle na chwilę zrobił się ruch. Przez Tivoli, zaraz koło nas,  przemknęła cicho delegacja  z szefem Unii Europejskiej, sympatycznym profesorem fizyki. Nie zdążyłam się mu przyjrzeć.  Tego dnia Dania obejmowała półroczne przewodnictwo w UE. Poszli i dalej było gwarnie, kolorowo i wesoło. Jeszcze nikt nie spodziewał się 11 września owego roku. Zamachu terrorystycznego w Nowym Yorku.

  Kilka osób, zachęcanych do czytania HYGGE, zbagatelizowało temat, że tam nic nowego,  bo to wszystko wiadomo. I pozostają ponurakami. Może nawet ze skłonnością do politycznych kłótni na każdym kroku.

  A ja będę jednak postulować odwrócenie naszych poważnych priorytetów z wielkimi ideami w kierunku zwykłego, małego szczęścia na co dzień dla każdego.

 Krystyna Habrat

Pin It