Jan Stanisław Smalewski

 

Ich ostatnia defilada (14)

smalewski2Z noco-dziennika: 23. 08. 1990 r. (22.45)

Pogoda zepsuła się. Przez Legnicę przeszła burza z deszczem i rozpadało się; momentami obficie. Wieje też silny wiatr.

Dzisiaj powiadomiłem telefonicznie komisarza Pisarskiego o ustaleniach z księdzem prałatem, umówiliśmy się na piątek. List do kardynała Gulbinowicza napisałem dopiero teraz, po 22.00.

Niemal całe dopołudnie zeszło mi na stadionie i w klubie garnizonowym na Bielańskiej. Odbyliśmy z całym stanem osobowym Ośrodka próbę generalną do promocji. Dograłem szczegóły związane z dekoracją, nagłośnieniem i przygotowaniem klubu garnizonowego. Zredagowałem też dla komendanta treść wystąpienia otwierającego promocję i powitania gości.

 

24. 08. 1990 r. – piątek (po 21.30)

Ostatnie przygotowania do promocji.

O 11.00 na radzieckim lotnisku wylądował samolot z szefem i sześcioma towarzyszącymi mu oficerami Szefostwa Wojsk Łączności MON. Witał go pełniący obowiązki komendanta pułkownik Wyrowski, w obecności przybyłego wcześniej szefa wojsk łączności SOW pułkownika Kubery.

Cała ekipa czas doobiedni spędziła w gabinecie komendanta. Nas – oficerów komendy poproszono jedynie na moment. Sympatyczny moment, bo w krótkich słowach szef podziękował nam za pracę w okresie całego minionego roku (od poprzedniej promocji) i wręczył w kopertach nagrody pieniężne. Wszystkim po równo, po 2.500 zł.

W przerwie oczekiwania na spotkanie z generałem przyjąłem w swoim gabinecie kapitana Dąbrowę. Przekazałem mu zredagowaną przez siebie i przepisaną na maszynie propozycję listu do kardynała, którą zaraz zawiózł do komisarza Pisarskiego. Przed 15.00 komisarz zadzwonił do mnie, informując, że mam u niego kawę z lampką koniaku.

 

O 15.00 odbyło się na auli spotkanie generała (wraz z przedstawicielami szefostwa) z absolwentami. Goście wraz z komendantem Ośrodka zasiedli za stołem prezydialnym, pozostała część komendy w pierwszym rzędzie na sali.

Generałowi zaprezentowano wyniki uzyskane przez absolwentów podczas szkolenia. Pierwszych dziesięciu absolwentów otrzymało upominki. Mieli też oni prawo wyboru przyszłych miejsc pracy. Pamiątkowy medal dla prymusa wręczony zostanie podczas uroczystej promocji.

Przemawiając do absolwentów generał, omówił nowe trendy w wojskach łączności. Wyjaśnił, z czym mogą zetknąć się w swojej pracy, jeśli chodzi o kierunki restrukturyzacji armii i doskonalenia techniki bojowej. Spotkanie zakończyło się po godzinie gestami kurtuazji; general złożył absolwentom życzenia powodzenia w służbie zawodowej, a absolwenci na ręce generała i komendanta Ośrodka podziękowania, wraz z wiązankami kwiatów.

 

Po południu koledzy z komendy spotkali się z oficerami szefostwa. W szefostwie nie ma etatu oficera kierunkowego, który by reprezentował służbę wychowawczą więc pozostawiono mi wolną rękę. Generał z szefem wojsk Śląskiego OW i pułkownikiem Wyrowskim pojechali na wcześniej przygotowane polowanie, a ja autobusem o 18.30 wraz z podległą mi orkiestrą garnizonową do kościoła na mszę w intencji nowo promowanych absolwentów i ich rodzin.

W mszy świętej wzięło udział około 50% absolwentów. Ci, z którymi rozmawiałem, byli mile zaskoczeni moim uczestnictwem, jako przedstawiciela komendy. Tym bardziej, że ze strony ich bezpośrednich przełożonych nie było nikogo. Mówiąc szczerze zawierzyłem intuicji podległego mi wychowawcy szkoły chorążych i z dowódcami na temat ich uczestnictwa nie rozmawiałem. Zawiodłem się.

Msza miała uroczysty charakter; ksiądz prałat zadbał o wszystko. W celebrze pomagali mu proboszczowie z sąsiednich parafii, on sam wygłosił bardzo ładne, emocjonujące rodziny Słowo Boże.

 

Po mszy uczestniczyłem w spotkaniu na plebani przy pączku i herbacie. Księża z sąsiednich parafii wyrażali zadowolenie z „otwarcie się wewnętrznego” wojska. Wspominali swoje młode lata i służbę w armii.

Prałat zaproponował mi udział rodzin wojskowych w parafialnym otwarciu roku szkolnego. Wyjaśniłem, że zgodnie ze swoim harmonogramem pracy mam już zaplanowaną uroczystość w klubie garnizonowym. Komendant, bądź ja osobiście będziemy pasować na ucznia dzieci kadry, które po raz pierwszy rozpoczną naukę w szkole. Jeśli ksiądz prałat znajdzie czas, to będzie na tej uroczystości mile widziany.

- To dobrze. Możemy to połączyć – zaproponował prałat. – To znaczy rozbić na dwie części. Pan swoją część zrobi w klubie, a potem druga część odbędzie się w kościele. Zrobię w ich intencji mszę, poświęcimy tornistry. Jeśli by pan znalazł rodziny, którym należy pomóc, to ja dla ich dzieci ufunduję tornistry – zaoferował.

Po 21.00 ksiądz prałat odwiózł mnie swoim samochodem do domu.

 

25. 08. 1990 r. sobota (22.15).

Pogoda dopisała. Było gorąco. Na trybunach ze względu na betonowe trybuny i zadaszenie, wręcz duszno. Gdybym to ja budował tę trybunę, usytuowałbym ją inaczej; przy ostrym słońcu trudno na niej wytrzymać. A słońce świeci prosto w oczy.

Współczucie należało się żołnierzom, zwłaszcza tym, którzy występowali w hełmach. W hełmie też musiał występować głównodowodzący pododdziałami ( w zastępstwie kontuzjowanego komendanta) podpułkownik Andrzej Gil. Z uwagi na odpowiedzialność za sprawność przebiegu uroczystości i komenderowanie, miał najtrudniejsze z nas zadanie; najbardziej stresujące. Chociaż dla Andrzejka to małe piwo. Wieloletnie doświadczenie dowódcze uczyniło zeń mistrza kunsztu wojskowej musztry i parad.

Całą koronę stadionu oblepiły tłumy; nie tylko rodzin i gości, którzy zjechali z całej Polski do promowanych absolwentów, ale także Legniczan. Obsada gości była raczej skromna; prezydenta reprezentował pan Święcicki, który zaraz po uroczystości gdzieś się zapodział, a urząd wojewódzki wicewojewoda Walkowski. Nie było senatora i posłów, wyłgali się nadmiarem obowiązków.

Wystąpienie generała było krótkie; tak jak je przygotowałem. Jeszcze krócej przemawiali wice wojewoda i ksiądz prałat. Bez wielkiej polityki, z naciskiem na charakter święta, teraźniejszość i oczekiwania. Te ostatnie w odniesieniu do absolwentów to honor i godność żołnierza zawodowego i odpowiedzialna, trudna praca w różnych formacjach wojsk łączności na terenie całego kraju.

Po promocji na koronie stadionu, dla przybyłych do absolwentów gości, wystąpiły zespoły folklorystyczne. Oficjeli przeprowadziłem z trybuny do klubu, gdzie przywitał ich pułkownik Ceglarek, który ze względu na „chorą nózię” – jak mawia Andrzej Gil – nie był obecny na trybunie.

Generała posadziłem między prałatem i wojewodą. Generał szybko się „otworzył”, zaczął opowiadać o swojej głęboko wierzącej matce.

Nie ustalałem scenariuszy na przebieg uroczystego obiadu z lampką wina, byłem przekonany, że to samo wyjdzie. A tymczasem... mój komendant oglądał się na generała. Generał jakby się zapomniał, a szef wojsk łączności Okręgu najwyraźniej do żadnej przemowy się nie palił. Przez moment sam miałem ochotę wstać i coś powiedzieć; choćby podziękować gościom za obecność. Pomyślałem jednak, że skoro nie robią tego zacniejsi i ważniejsi ode mnie, to gdzie mnie, podwładnemu komendanta się wyrywać. Zauważył to chyba ksiądz prałat, bo przerwał zmowę milczenia i wstał pierwszy. Najpierw ładnie podziękował za zaproszenie, kurtuazyjnie podziękował też generałowi za to, co Ośrodek już zrobił dla żołnierzy w zakresie otwarcia na praktyki religijne i... korzystając z okazji krótko przedstawił program zbliżających się obchodów 750. rocznicy bitwy pod Legnicą.

Po wystąpieniu prałata generał wstał i... totalnie wszystkich, a zwłaszcza nas wojskowych, zaskoczył wyjaśnieniem, że jeśli do niego oficjalnie się zwrócimy, to on w kwietniu na te obchody, mszę polową i manifestację, przyśle do Legnicy Wyższą Szkołę Oficerską z Zegrza (?) Ciekawe...

Spotkanie w kasynie trwało niecałą godzinę. Po wypiciu kawy i zjedzeniu ciasta goście rozeszli się. Wspólnie z generałem odprowadziłem do samochodu księdza prałata, generał wrócił jeszcze do naszego komendanta, a ja z pułkownikiem Wyrowskim spacerkiem poszliśmy do koszar.

Czekając na odlot „ekipy z Warszawy”, przyjęliśmy wspólnie kilku byłych oficerów komendy, którzy chcieli powspominać stare – jak mówili – dobre czasy.

Gdy po 16.00 generał opuścił Legnicę, i odjechał także do Wrocławia szef wojsk łączności Okręgu, całą komendą spotkaliśmy się w gabinecie komendanta. Pułkownik Ceglarek poprosił nas, by podziękować za dobrą organizację imprezy. Informując, że szef odleciał do Warszawy bardzo zadowolony, rozlał po lampce koniaku. Kilkanaście minut później także odjechał do domu, do Wrocławia.

W domu szybciutko przebrałem się po cywilnemu i poszedłem do parku, gdzie przy sadzawce z fontannami czekała na mnie żona z dziećmi. Posiedziałem trochę z nimi na słońcu, a potem poszliśmy do „Parkowej” na lody i pepsi.

 

26. 08. 1990 r.

Godzina 10.00; jestem po kąpieli i śniadaniu. Moja córeczka namawia mnie, żebyśmy pojechali na Goślinę, na ryby. Może dam się namówić. Ciasto mam. Robię zawsze kilka porcji na zapas i przechowuję w zamrażarce.

 

J.w. po 21.00

Po 12.00 byliśmy już na Goślinie. Wędkowanie udało się, przez trzy godziny złowiliśmy kilkanaście płoci i dużego leszcza. Łowiłem bez koszuli, w słońcu. I spiekłem ramiona i plecy. Oleńkę uchroniłem, pilnując, by nie siedziała cały czas na słońcu, lecz w cieniu pobliskiej olchy.

 

27. 08. 1990 r. (22. 05)

Przed dziewiątą telefonicznie zapowiedział się (na godzinkę) ksiądz prałat. Umówiliśmy się o 10.30. Ustaliliśmy ostateczny scenariusz przebiegu uroczystości patriotyczno – religijnej na 1 września. Kardynała metropolitę Henryka Gulbinowicza powita przed rozpoczęciem uroczystej celebry siedmioosobowa grupa: senator, wojewoda, prezydent, wojskowy, policjant, nauczyciel i harcerz. Publicznie głos zabierzemy obaj z komendantem policji, a dodatkowo po zakończeniu mszy złożę w imieniu wszystkich podziękowanie.

Zgodziłem się na pomoc w opracowaniu i przygotowaniu zaproszeń dla oficjalnych gości. Zaproponowałem jednak, żeby głównym organizatorem – widniejącym na zaproszeniach - był Kościół, nie wojsko. Prałat był chyba zdziwiony.

- Wprawdzie my wiemy, kto jest organizatorem, ale proszę bardzo, jeśli taka wola... – zgodził się. A ja wyjaśniłem, że chodzi mi tylko o to, by nam nie zarzucono nieskromności. Uroczystość jest przecież inicjatywą Duszpasterstwa Ludzi Pracy.

- Dobrze. Będzie, że Duszpasterstwo i współorganizatorzy mszy polowej za Ojczyznę i Region zapraszają – zgodził się prałat.

Ksiądz prałat poprosił, by uzgodnić w gronie komendy, kto po mszy weźmie udział w poczęstunku z kardynałem. Zaprosił trzy osoby. A ja zaproponowałem wstępnie pułkownika Wyrowskiego (p.o. komendanta) i Jurka Świętochowskiego.

Ustaliliśmy ponadto, że w pasowaniu na ucznia zarówno u nas w klubie, jak i w kościele wezmą także udział dzieci policjantów. Prałat wyjaśnił, że komendant policji już wyraził na to zgodę. Teraz obaj z komendantem ustalimy sobie , o której w sobotę to zrobić, bo w kościele poświęcenie tornistrów odbędzie się w niedzielę o dziewiątej.

Pozostaje mi jeszcze znalezienie osób, którym ksiądz ofiaruje tornistry. Polecenia takie wydałem przewodniczącemu Rady Podoficerów Zawodowych i prezesowi Związków Zawodowych Pracowników Cywilnych.

I nowum - we mszy polowej udział wezmą żołnierze z Głogowa. Będzie to pododdział saperów, który wyznaczono, odpowiadając pozytywnie na zaproszenie legnickiego Duszpasterstwa Ludzi Pracy. Przed południem udzieliłem instruktażu oficerowi przybyłemu w tej sprawie z Głogowa.

 

Po dziewiątej niespodziewany telefon; Wołodia – oficer Armii Radzieckiej ds. kontaktów z Wojskiem Polskim poprosił o spotkanie ze mną. Umówiliśmy się na trzynastą.

- Cóż cię sprowadza do nas, Wołodia? – udawałem zaskoczenie, będąc przekonanym, że chodzi o pominięcie jego przełożonych w uroczystościach publicznych na terenie miasta: uroczystej promocji naszych absolwentów.

Wołodia przywiózł ze sobą starą, zniszczoną teczkę, jakiej żaden z naszych żołnierzy zawodowych raczej do miasta ze sobą by nie zabrał. Otworzył ją i wyjął dużą, wypełnioną czymś papierową torbę.

- A cóż tam przywiozłeś? Nowe odznaki?

- Nie. To cukierki dla twoich dziewczynek – wyjaśnił.

Byłem zdumiony. - A cóż wspólnego z naszą współpracą mają moje córki?

Wołodia wydawał się trochę pogubiony. I taki przesadnie swobodny, że aż chciało mi się z niego żartować.

- Chcesz mnie przekupić cukierkami? A cóż to za ważna sprawa cię sprowadza, że podchodzisz z nią tak słodko?

Nawet nie próbował się obrazić. Tylko się tłumaczył. Że to żadne przekupstwo. Ma też córkę i wie, jak dzieci lubią słodycze. A u nas w Polsce z dobrymi słodyczami krucho.

Byłem zaskoczony, bo... sprawa z jaką przybył, rzekomo dotyczyła jego córki. Wołodia miał prośbę, żeby jego córce pokazać naszą szkołę chorążych. Od wewnątrz. Chciałaby zobaczyć, jak żyją nasi kadeci.

- A ile ona ma lat? – zapytałem.

Dowiedziałem się, że jest już panienką – podlotkiem. Ale jeszcze jest za

młoda, by pójść do szkoły oficerskiej. Jednak interesuje ją wojsko, a w przyszłości praca w dyplomacji, może w jakichś misjach wojskowych. Uczy się niemieckiego i angielskiego.

- A polskiego nie? – wyrwałem się z tym pytaniem, chociaż mogłem się spodziewać, że nasz język już częściowo opanowała, pomaga jej w tym ojciec.

- Miałbym twojej córce pozwolić zwiedzać pododdziały żołnierskie?.. – trochę

mu niedowierzałem. I słusznie, bo wtedy Wołodia wyjawił plan do końca. Nie – jak się spodziewałem – z ojcem, ale... chciałaby je zwiedzić w obecności matki. Oczywiście on byłby przy tym jako pełniący obowiązki oficer współpracujący z nami, co niekoniecznie musiałoby wiązać się z tym, że przypadkowo jest mężem swojej żony (?)

- Czy żona też zamierza pójść do szkoły wojskowej? – zażartowałem. Wołodia wyjaśnił, że to głównie z powodu potrzeby towarzyszenia córce. Ale też interesuje ją wojsko, bo jest nauczycielką, i już pracuje z żołnierzami; uczy radzieckich łącznościowców historii(?)

Nie zgodziłem się, żeby kobiety przyjechały dzisiaj, po południu, ale…

- Nie widzę przeszkód, by nie pokazać im koszar i pododdziałów naszych kadetów w innym terminie. Ustalę to z komendą szkoły chorążych i powiadomię cię, Wołodia. Myślę, że będzie to możliwe w czasie dopołudniowym w środę. Pododdziały są wówczas otwarte, jest w nich tylko służba dyżurna, a cykle przedmiotowe, zwłaszcza te ze sprzętem, też będzie można zobaczyć, w przerwach podczas zajęć. Tam będą w tym czasie kadeci, to też ich zobaczycie - wyjaśniłem.

Jurek, pełniący obowiązki komendanta Ośrodka nie podzielił moich daleko idących przypuszczeń, że Wołodia wypełnia jakąś nieczystą misję; ciekawość jego córki jest tylko pretekstem, a żona może być oficerem kontrwywiadu. Chcą być może zobaczyć, jak obecnie wyglądają sale żołnierskie, co wisi na ścianach... No co jeszcze?..

- Wpuść ich Janek. Niech dowódcy sprawdzą tylko wcześniej porządki, żeby... nie było jakiegoś burdelu. I gołych bab na ścianach.

- A niech będą! – wtrącił obecny przy tym Andrzej Gil. – I niech na tą okazję

wyciągną z piwnicy jakiegoś Lenina – dodał. Wybuchnęliśmy śmiechem.

Sal żołnierskich w Szkole Chorążych nie musimy się wstydzić. Zwiedzali je niedawno (15. 08.) goście z miasta. Są może trochę przepełnione (mamy prawie dwukrotnie przekroczone normy na jednego żołnierza); nasz Ośrodek w tej części miasta zajmuje gorsze warunki niż mają sowieci; zwłaszcza szkoleniowe, sportowe i klubowe.

A jeśli są ciekawi, czy na ścianach wiszą portrety nowej władzy? Mogą być rozczarowani. Nie wiszą. Śladów przyjaźni polsko-radzieckiej też nie znajdą, bo już od kilku miesięcy ich nie ma.

 

O 14.30 przeprowadziłem na auli krótką odprawę z kadrą zawodową Ośrodka. Wziął ze mną w niej udział także zastępca komendanta ds. liniowych pułkownik Gil, który przy okazji omówił potrzebę podniesienia poziomu pełnienia służb dyżurnych.

Przedstawiłem stan przygotowania do mszy na 1 września, scenariusz pasowania na ucznia, sześciolatków – dzieci kadry i pracowników cywilnych wojska oraz... najnowszą inicjatywę Okręgu. Rano otrzymaliśmy bowiem telefonogram zlecający udział w dniu 9 września br. w pielgrzymce kadry zawodowej i żołnierzy na Jasną Górę. W pielgrzymce ma wziąć udział 40 osób; kadry i żołnierzy służby zasadniczej (skład na jeden autobus).

Poinformowałem, że uzgodniłem z komendantem Ośrodka, że wyjazd nastąpi autobusem CSWŁ, dzień wcześniej, do jednostki wojskowej w Lublińcu. Tam uczestnicy pielgrzymki przenocują, a potem wezmą udział w zgrupowaniu centralnym. Dalszym przebiegiem pielgrzymki już na miejscu pokierują organizatorzy z Okręgu.

Poinformowałem też, że chętni mają zgłaszać się do godziny dwunastej dnia następnego do głównego organizatora, na którego wyznaczam pana pułkownika Kromolickiego, co wywołało ogólną wesołość.

Kadrze zawodowej trudno przestawić się w rozumieniu zmiany charakteru zadań; że ludzie, którzy do niedawna realizowali procesy laicyzacyjne, teraz niosą sztandary odnowy.

Franciszek przez moment poczuł się nieswojo, ale nie zaprotestował. Podniesieniem dłoni i powagą spojrzenia uciszyłem salę. Pułkownik Gil preferuje drastyczniejsze metody.

- A co?! Nie podoba wam się „Iksiński” – trafia natychmiast w najbardziej rozweselonego podoficera – że możecie się wyspowiadać z waszego łajdactwa i tego, że swoją mamuśkę okradacie co miesiąc z kasy!, przeznaczając ją na wódę!, zamiast oddać na szynkę dla dzieci?!

Sala natychmiast milknie, podoficer spuszcza głowę; gdyby mógł to cofnąć, z pewnością by się nie odezwał.

- No i dobrze, że czasy się zmieniły! – krzyczy Andrzej. – Bo wielu łobuzów ma

szansę stać się lepszymi! Nie dali im rady oficerowie polityczni, z których się dzisiaj śmieją!, to może wreszcie poradzi sobie z nimi ksiądz kapelan!

Ciekawe podejście – z uznaniem dla refleksu Andrzeja myślę o jego wywodzie, ale on zaskakuje mnie raz jeszcze.

- Panie Janie! – oficjalnie zwraca się do mnie. - Proszę mnie też wyznaczyć! Pomogę pułkownikowi Kromolickiemu! – oświadcza. – I mało tego, wezmę także ze sobą żonę! A jak będzie trzeba, kurwa, to i w Częstochowie walnę na kolana! Też bez winy nie jestem! – dodaje. A kiedy myśl uzupełnia, że oczywiście wobec swojej mamuśki, na salę ponownie wraca wesołość. Jakże jednak inna od tej, którą wywołała moja decyzja wyznaczająca Franka.

Co do pielgrzymki jeszcze, to poprosiłem księdza prałat, żeby wyznaczył jej opiekuna spośród swoich księży. Zgodził się.

 

29. 08. 1990 r. (21.45)

Wołodia ma sympatyczną żonę. To bystra babka i nie sądzę, żeby tylko zwykła babska ciekawość powodowała nią, że chciała zobaczyć koszary i pododdziały naszych kadetów. Ich córka to jeszcze siuśka i w ogóle jej nie biorę pod uwagę. Gdyby o nią chodziło, Wołodia nie robiłby tych ceregieli, tylko od razu zabrał ją ze sobą. Poszedłbym z nimi na pododdział i pokazał jej wojsko.

Najpierw przyjąłem ich na krótko w swoim gabinecie. Niespodzianie wszedł wtedy pułkownik Wyrowski. Po przywitaniu się komendant wyraził chęć towarzyszenia gościom.

- Dlaczego nie poczęstowałeś gości kawą? – zapytał.

- Proponowałem, ale odmówili.

- To na co czekacie?..

- Na wychowawcę Szkoły Chorążych, kapitana Jasińskiego – wyjaśniłem.

Andrzej otrzymał ode mnie wcześniej zadanie, żeby był w gotowości do oprowadzenia gości po swoim rejonie.

- To chodźcie państwo. Pójdziemy z wami. Jasińskiego dorwiemy po drodze –

zaproponował komendant.

Nie wiem, czego oczekiwali goście, ale... podobało im się. Kobieta Wołodii bardzo uważnie przyglądała się wszystkiemu. Zauważyła, że w izbach żołnierskich nie jest tak surowo jak u nich, lecz bardziej po domowemu. Kapitan Jasiński wytłumaczył jej, że to korzystnie wpływa na atmosferę, samopoczucie i naukę wychowanków.

W bloku szkolnym inicjatywę przejął komendant, zwracając uwagę gości na sprzęt, który niemal w całości jest pochodzenia radzieckiego. Jeden z wykładowców zwrócił przy tym uwagę, że od kilku lat mamy kłopoty z uzupełnianiem części zamiennych do najnowszego typu radiostacji, a jego przełożony – podpułkownik Świątczak wyjaśnił, że o nowym sprzęcie w ogóle nie możemy mówić, bo go u siebie nie mamy. Rosjanie oddają nam sprzęt przestarzały, to znaczy taki, który u nich wychodzi już z użycia.

- To prawda, ale nie musicie tym zawracać głowy kobietom, one tylko chciały

popatrzeć, jak żyje nasze wojsko – urwał temat komendant.

Pół godziny później obaj z komendantem pożegnaliśmy gości. Zadowoleni opuścili koszary a Jurek przyznał, że mogłem mieć rację; chodziło im chyba o to, by zobaczyć, jak w rzekomych „czasach odnowy” żyje nasze wojsko.

 

Cdn.

 

 

Pin It