Piotr Wojciechowski

 

POLSZCZYZNA I JEJ TRESERZY

 

Piotr Wojciechowski      Język jest jak koń – można z niego zrobić zwierzę pociągowe, można go wytresować do cyrkowej woltyżerki, można go puścić a plener, w las, czy na połoninę – da sobie radę, zdziczeje.

    Polszczyzna, jaką zaprzęgnięto do masowych mediów, kojarzy mi się z nowelą Morcinka „Łysek z pokładu Idy”. Marnieje w oczach i ślepnie, prawdy nie widzi, brudem obrasta.

    Patrzę na poetów jak na treserów koni. Nie każdemu dostaje się na maneż rasowy biały lipnicer, wielu musi  ćwiczyć zabiedzone i ochwacone chabety, co strychują się na cztery kopyta. Nie każdy też potrafi przyuczyć zwierzę do walczyka i huzarskich ósemek.  Widać jednak, kiedy koń słucha jeźdźca, a jeździec nie o zapomina o zgrzeble i nie oszczędza na obroku.

    Sprawdzona jest reguła, w myśl której posiadacz biblioteki liczącej odpowiednią ilość tomów już nie musi martwić się o nowe nabytki – książki płyną do niego same, ze średnią częstotliwością jednego egzemplarza tygodniowo. Tak właśnie jest i u mnie. Pojawiły się ostatnio dwie książki, które są osobliwymi przykładami tresury języka. Pierwsza to antologia złożona przez księdza Jana Sochonia „Modlitewnik poetycki” wydana przez „Frondę” w tym roku. To dzieło nadzwyczajne, łączące w jednej okładce pietystyczne wiersze księży-poetów z utworami autorów szamoczących się z pustką i niewiarą, znajdziemy tam obok siebie poezję, która huczy głębią metafizycznej studni i taką, która jest adresowanym w puste niebo krzykiem obudzonego nagle w środku rozpaczy.

  Świetna robota księdza Jana, dowód rozległego oczytania, serdecznej wiary w poetów,  a także redakcyjnej odwagi i zręczności. Jeśli wrócić do kawaleryjskich porównań, mamy tu galę tresury koni dobrze ujeżdżonych i starannie prowadzonych, różnorodność ogromną myśli, emocjonalności, kunsztu i jedność pełną, krystaliczną kulturowego zakorzenienia. Ten tabun biega razem. Chodzący pośród  stada wierszy czytelnik co chwila doznaje przyjemności spotkania z tymi, których spodziewał się widzieć -  Leopold Staff, Jan Twardowski,  Janusz Pasierb. Co chwila także dokonuje odkryć. Czyta Adrianę Szymańską:

    Ten duży, czarny pies, skomlący w mojej duszy,

   Co noc mnie wiedzie na pustynię świata

Czyta Edę Ostrowską:

Chroń Panie naczynia polerowane

Dzbany ciężkie służebne

I skorupki przesiąknięte pragnieniem nieba.

Odwraca parę kartek i ma wiersz niedawno zmarłego Tadeusza Chabrowskiego: Niech Cię chwali zapach gotującego się

Krupniku, aluminiowe garnki, łyżki i talerze;

Zapach wypranych prześcieradeł,

Wełnianych skarpetek powieszonych na stojaku…

I nagle „Zimową modlitwą” przypomina się nam Joanna Polakówna: Kiedy przyszłość się kurczy jak zimowy liść lekka

Niskiego światła wyostrz moc

Na oścież niech przekroi noc,

Nim domknie ją Twoja Ręka.

Tych dobrych odkryć jest bardzo wiele.

    Inną zgoła książką jest kolejny nabytek na moich półkach ( na razie leży na schodach czekając na miejsce na półce.) To napisane po angielsku dzieło trojga amerykańskich specjalistów „TEACHING THE NEW WRITINGS”. Anna Herrington, Kevin Hodgson i Charles Moran dali swojemu dziełu podtytuł – „technologia, zmiana i ocena w praktyce szkolnej 21 wieku”. Czy ten podręcznik  odnosi się  jakoś do refleksji nad polszczyzną? Tak, niestety. Z naszego punktu widzenia to książka prorocza, ten opis doświadczeń nauczycieli amerykańskich wszystkich szczebli – od nauczania podstawowego aż po uniwersytety.  Dowiaduję się z tej książki, że słowo „pisanie” nabiera nowych znaczeń, że podstawową sytuacją osoby piszącej jest uwikłanie w nowe źródła treści i nowe techniki prezentacji. Tekst może zawierać nie tylko to, co się da ułożyć z liter alfabetu. Tekst może zawierać wszystko, co da się osiągnąć przez klawiaturę komputera podłączonego do Internetu. Codzienną  praktyką amerykańskich szkół i uczelni jest nauka pisania zalecająca włączanie w tekst obrazów, filmów,   nagrań tekstowych i muzycznych, a także ukierunkowań na zasoby cyfrowe, z których czytelnik może – a nie musi skorzystać. Jest w tym coś z magicznej księgi wpisanej między strony  prozy Bruno Schulza, ale jednocześnie jest to ćwiczenie uczniów i studentów w komponowaniu użytecznych hipertekstów. Użytecznych i skutecznych. Nastawienie pragmatyczne jest tu na pierwszym miejscu – trzeba, aby szkoła uczyła, jak zdobyć pracę, zaprezentować się, przystosować, zarobić i wydać. Sprawa innego pisania, takiego, które jest uczestnictwem w tradycji piśmiennictwa, kulturze literackiej – jest otwarcie ograniczana, podobnie jak sprawa wyrażenia siebie przez pisanie, a także takiego pisania, które łączy ze sobą osoby w akcie komunikacji.

   Rozwój komunikacji, awans technologiczny, globalizacja sprawią, że to, co stało się dla Amerykanów codzienną oczywistością,  zobaczymy jutro – a może widzimy już dziś -  na progu polskiej szkoły. Czy to rzeczywiście groźne? Tak, bo musimy sobie powiedzieć, że młodych Amerykanów kształci nie tylko szkoła, college i uniwersytet. Mają dostępne kanałami filmy, seriale, widowiska. Jeśli zdarza mi się oglądać amerykańskie filmy – te produkowane masowo, uderza jakość języka dialogów. Płaski, prymitywny, brutalny, bezwstydny. Osobliwie więc sumują się i przenikają w systemach myśli i komunikacji te dwa strumienie wzorów językowych – szkolny i medialny. Osobliwa kolekcja wzorów słownikowych i frazeologicznych.

   Filmy z Hollywood  mamy już u nas. Dominują na większości kanałów telewizji i w sieciach kin. Są jednym z czynników formujących współczesną polszczyznę. Uczą nam dzieci mowy brutalnej, proponują tematy kloaczne.

   Nie chciałbym występować tu w roli proroka przewidującego językową zapaść polskiego młodego pokolenia.  Mogą szukać wzorów gdzie indziej, mogą im się zdarzać nauczyciele światłego umysłu, językowego mistrzostwa. Nie wszyscy muszą wznosić się na wyżyny, sięgać po poezję. Żal mi tylko reżyserów teatralnych i filmowych, żal prozaików, którzy dali się przekonać, że aby dogonić prawdę, muszą dogonić język rynsztoków. Wierzą nawet, że jak pojadą bluzgami, objawią jakąś moc, złapią kontakt z masowym odbiorcą. Nie, nie dogonią Wieni Jerofiejewa, nie złapią pociągu do sławy jadąc trasą Moskwa – Pietuszki. 

   Z wdzięcznością i zachwytem czytam te książki autorów, którzy czują się odpowiedzialni za losy polszczyzny, z wdzięcznością i zachwytem myślę o spuściźnie językowej Wojciecha Młynarskiego. Ze wzruszeniem słuchałem ostatnio w 2 programie Polskiego Radia Ewy Wiśniewskiej, znakomitej aktorki.

Jak ona ładnie mówiła o tych, którzy ją uczyli dykcji, dialogu scenicznego, piosenki. Mówiła o Bardinim, o Kreczmarze, o Sempolińskim. Mówiła też o pracy z młodym pokoleniem reżyserów, o poziomie języka, wymowy, znaczenia dialogu w polskich serialach – mówiła krytycznie i sprawiedliwie.

   Tak jakoś ciepło, bez ostróg i pejcza. 

 

Pin It