Jan Stanisław Smalewski

Ich ostatnia defilada (11)

smalewski214. 08. - wtorek (po 21.30)

Znów powiało historią. O godzinie dziesiątej w Urzędzie Wojewódzkim zebrało się reprezentatywne grono osób, by dyskutować nad sprawami jednoczenia społeczeństwa. Jak zaznaczył gospodarz: „nad przywróceniem normalności w stosunkach społecznych”. W spotkaniu udział wzięli: wojewoda, senator Stanisław Obertaniec, pełnomocnik rządu mecenas Andrzej Potycz, obaj księża prałaci, dyrektor Wydziału Spraw Obywatelskich UW Adam Jaworski, prokurator, przedstawiciele Komendy Wojewódzkie Policji Państwowej, przedstawiciele Komitetu Obywatelskiego Solidarności, ojciec Franciszkanin i ja – przedstawiciel wojska.

 

- Czy mogę usiąść koło pana pułkownika? – zapytał ksiądz prałat Bochnak.

- Będę zaszczycony.

Z lewej mojej strony usiadł pan Jaworski, który przejął kierownictwo obrad. Przedstawił porządek spotkania i niespodziewanie udzielił mi głosu, prosząc, bym na wstępie omówił sprawy przygotowania do mszy polowej na pierwszego września.

Wstając, próbowałem wnieść poprawkę, że chodzi zapewne o jutrzejszą mszę dla garnizonu WP, z okazji podwójnego święta; historycznej rocznicy bitwy i święta kościelnego.

Wojewoda uśmiechnął się dwuznacznie i zaproponował, bym omawiał sprawy na siedząco. Jego propozycję zaakceptował również prowadzący, który zaznaczył, że nie pomylił się, miał na myśli mszę planowaną za dwa tygodnie, w intencji ojczyzny i regionu.

Byłem przekonany, że propozycja jest lekko przedwczesna. Spojrzałem na prałata, który potakując głową potwierdzi. – Pan pułkownik ma rację, o mszy na pierwszego września dopiero dzisiaj mamy tutaj dyskutować - wyjaśnia.

Szanowni panowie – kontynuuję. – Podjęliśmy już w komendzie Ośrodka decyzje o wspólnym udziale wojska i policji w przywołanej przez pana dyrektora uroczystości. Obecny tu pan komendant spotkał się z nami, mój komendant wydał wstępne dyspozycje dowódcom pododdziałów, ja zablokowałem termin dla orkiestry garnizonowej, ale pozostałe sprawy organizacyjne postanowiliśmy sobie dograć po doświadczeniach mszy, która odbędzie się w dniu jutrzejszym.

- Słusznie - zauważył wojewoda.

- Oczywiście, tak będzie – potwierdził siedzący koło mnie prałat.

Omówiłem przygotowania do uroczystości planowanych w dniu 15 sierpnia, podkreślając, że widzimy potrzebę wspólnej jej organizacji z różnymi środowiskami i społeczeństwem z dwóch powodów: - Historycznie pozwoli to na wyzwolenie ładunku patriotyzmu, który powinien służyć jednoczeniu społeczeństwa. Organizacyjnie cel uzyskamy podobny, ale dodatkowo wzbogacimy się o doświadczenia, które przydadzą się w innych, podobnych sytuacjach.

Co do naszych możliwości w dniu pierwszego września, będą one ograniczone. Po uroczystej promocji 25 sierpnia nie będzie już absolwentów, a większość kadetów wyjedzie na przysługujące im urlopy. Pozostanie tylko młody rocznik. Dobrze więc, że – skoro taka wspólna uroczystość została zaplanowana – w lukę po naszych pododdziałach będą mogły wejść pododdziały policji państwowej.

Z naszej strony gwarantujemy orkiestrę, kompanię honorową i dwa plutony wojska w szyku zwartym.

Na twarzach słuchających mnie notabli zarysowało się wyraźne zadowolenie, a komendant policji wręcz promieniał uśmiechem. Pana Jaworskiego jednak to nie zadowoliło. Zaproponował, żeby w tej sytuacji powołać wspólną komisję wojskowo – policyjną, która by działała pod moim przewodnictwem i rozpoczęła obrady od zaraz.

Byłem uprzejmy się z nim nie zgodzić. - Nie ma pośpiechu, panie dyrektorze, to niczego nie zmieni. Pozostałe sprawy organizacyjne, jak już umówiliśmy się z panem komendantem policji, omówimy sobie 16 sierpnia po uroczystości ślubowania policjantów, na które zostałem zaproszony.

– Byłbym spokojniejszy jednak, gdyby pan komendant porucznik Pisarski wyznaczył teraz osobę do kontaktów z wojskiem – upierał się dyrektor. Zapadło chwilowe milczenie. Na twarzy komendanta dostrzegłem wahanie.

- To nie takie proste. U nas nie ma, tak jak w wojsku, oficerów wychowawczych – wyjaśnił.

Zaproponowałem imiennie, żeby ewentualnie był to przewodniczący związku zawodowego. Miałem okazję poznać go już i byłem przekonany, że potrafimy się porozumieć.

- Przewodniczący? – komendant zawahał się. – Jeśli chodzi o... przewodniczącego związku zawodowego, to nie wiem, czy będzie mógł reprezentować interesy większości – wyjaśnił, co zabrzmiało, jak swoiste wotum nieufności. Na bladej z natury twarzy przewodniczącego pojawił się lekki rumieniec.

- Ja prosiłbym panów o cierpliwość – włączył się prałat Bochnak. – O wyrozumiałość, czas i cierpliwość dla rodzących się więzów współpracy tych instytucji z kościołem.

- Panowie pozwolą, że wyrażę swój pogląd – włączył się wojewoda. – Wojsko zrobiło już pierwszy ruch. Poszło nawet dużo dalej. Teraz taki pierwszy ruch powinna uczynić policja. Oczekujemy, że obecni tu panowie policjanci mają świadomość ciążących na nich powinności wobec demokratyzującego się społeczeństwa.

- My, panie wojewodo, jesteśmy gotowi, by podobnie jak wojsko... – przerwał wojewodzie przewodniczący związków zawodowych policjantów. Przerwał rozpoczęty przez niego wywód i... zawieszając głos w połowie zdania, najwyraźniej szukał w głowie stosownych określeń. Znalazł tylko przypadkowe: – by... nawiązać bliższe układy, to znaczy... stosunki, z kościołem. To znaczy... – powtórzył – jeśli nam pan wojewoda pomoże.

A co tu ma do pomocy wojewoda – pomyślałem. Na szczęście do dyskusji włączyli się inni uczestnicy spotkania. Wszyscy byli zgodni, że wojsko wytyczyło dobrą drogę, i że przy naszej – wojska i osobiście mojej pomocy, uda się wrócić także i policji do normalności w życiu społecznym; zarówno mundur żołnierza jak i policjanta w kościele przestaną ludzi dziwić, staną się normalnością.

Wojewoda, kończąc wywód przerwany przez przewodniczącego związku zawodowego policjantów, zaapelował o pilne wyznaczenie kościoła garnizonowego, co – jego zdaniem – miałoby przyśpieszyć, a potem skutecznie utrwalać więzy służb mundurowych z kościołem.

Widocznie ksiądz prałat Jóźków apel ten odebrał jako skierowany do Kościoła, bo odpowiedział troską, akcentując widzenie w perspektywie i kościoła i duszpasterstwa wojskowego, wojskowo – policyjnego.

Pan Jaworski zaskoczył mnie w tym dniu po raz drugi. Przecież brał udział w wizycie u kardynała, mógł sam coś na ten temat powiedzieć?

- Proponuję, żeby pan pułkownik Smalewski przedstawił nam działania wojska w tej kwestii. Co robi wojsko w sprawie kościoła garnizonowego?

Przecież dyrektor uczestniczył w spotkaniu z kardynałem? Zna sytuację i mógł sam do niej się odnieść?.. - Dyrektor jawi mi się w tym momencie, jako człowiek narzucający swoją wolę pozostałym. I metody jakby nie te; forsowanie wytyczonego kierunku siłą faktów dokonanych.

–Zgoda, rocznica września to dobra okazja do realizacji kolejnego etapu przywracania normalności w życiu społecznym, powrotu żołnierzy do świątyń ojczyzny. Z głęboką rozwagą wybrano kolejność postępowania; najpierw wojsko, jako instytucja ciesząca się większą akceptacją społeczną, potem policja. Ale nie oddzielnie. Skromnie, razem z żołnierzami. Intencja za ojczyznę i region, wymownie podkreśla sens tych działań; sprzyja jednoczeniu.

Gdy to wszystko się stanie, dokona się pierwsze zespolenie ludzi w mundurach (których wiąże wyznanie) wokół ich wiary chrześcijańskiej, potrzebne będą i duszpasterstwo i kościół garnizonowy. Ale czy nie pozostawić tego księżom i normalnemu biegowi historii? Ma w to włączać się tyle osób?..

Plotę więc dalej, że... „Nie chciałbym być świętszy od papieża”, dziękuję za zaufanie i wyjaśniam, że „W sprawach kościoła garnizonowego, szanowni panowie, nie pozostaje nam nic innego, jak oczekiwać, aż eminencja ksiądz kardynał Gulbinowicz podejmie stosowne decyzje”.

Wyjaśniam, że z tego co wiem, kardynałowi znane są zarówno stanowiska władz kościelnych, jak i miejskich. My, ze swojej strony – podkreślam – wystosowaliśmy pismo, w którym zwróciliśmy się do eminencji ze stosownymi propozycjami.

- I o to mi właśnie chodziło – zauważa dyrektor. – Co to za propozycje?

- To reasumpcja sugestii obecnych tu władz, duchowieństwa i czynników społecznych, a także przemyśleń oficerów komendy Ośrodka po spotkaniach i rozmowach na ten temat z podległymi nam środowiskami wojskowymi.

Czuję wewnętrzne zadowolenie z dyplomatycznego wybiegu i spokojnie dodaję: – Sądzę, że po piątkowym spotkaniu u kardynała ksiądz prałat Bochnak mógłby na ten temat powiedzieć nam więcej.

W krótkich wystąpieniach obaj prałaci opowiedzieli o dotychczasowych spotkaniach z wojskiem, omówili przesłanki określenia właściwego kościoła.

- Mimo, że już dwa lata temu problem ten podjęty był przez kościół i Solidarność, i optowano wówczas za kościołem Świętej Trójcy, przystałem na późniejsze sugestie prezydium rady narodowej, żeby to był kościół Świętych Apostołów Piotra i Pawła – wyjaśnił prałat Jóźków. – Na pewno skłania do takich przemyśleń jego centralne położenie. Tak się domówiliśmy z księdzem prałatem Bochnakiem. – I taka jest chyba – dodał – wola żołnierzy. Chociaż blisko koszar i osiedli mieszkalnych kadry on nie jest. Wola żołnierzy – podkreślił raz jeszcze, co jakby za tę decyzję odpowiedzialnością obarczało także wojsko. Ja domyślam się ustępstwa ze strony prałata Jóźkowa.

Aby rozwiać wątpliwości, co do odległości wiernych od swojego kościoła, prałat Bochnak dopowiedział: To niczego nie zmieni. Ci spośród kadry, co związani są swoją parafią, nadal w niej pozostaną. Ci zaś, co nie mieli swojego kościoła, mogą wybrać teraz Świętego Piotra i Pawła. Głównie natomiast dotyczyć to będzie żołnierzy. No i... – tak myślę – organizacji imprez o charakterze centralnym.

Na zakończenie prałat Bochnak wyjawił, że kardynał nadal rozważa sprawę; prawdopodobnie do Bożego Narodzenia sprawa kościoła garnizonowego dla wojska w Legnicy powinna się skonkretyzować. I wyjawił też przypuszczenie, że do jesieni powołany zostanie biskup polowy WP, w Warszawie.

- Jak tam pańskie przygotowania do pielgrzymki, panie pułkowniku? – zagadnął dyrektor Jaworski, gdy wychodziliśmy z sali konferencyjnej UW. – Wpadnie pan jeszcze do mnie na kawę?

Księża prałaci opuścili salę obrad przed ostatnim punktem organizacyjnym. Wyszedł też wcześniej senator Obertaniec. Dyrektorowi towarzyszył jego przyjaciel z czasów tworzenia struktur Solidarności, pełnomocnik rządu pan mecenas Potycz.

- A wie pan pułkowniku? Dla mnie to wszystko jest nie tak – zwrócił się do mnie. – Policja się wyspowiada, a karuzela kręcić się będzie dalej.

- Sadzę, że podobnie myśli pan o wojsku. Czy zatem nic nie należy robić? Przecież kościół przygarnia zbłąkane owce i szerzy idee przebaczenia. – przytrzymałem go wzrokiem.

Wojsko to co innego - wyjaśnił mecenas. - Ja zresztą bardzo szanuję wojsko i nie zamierzam niczego panu zarzucać – próbował się tłumaczyć. – A w przypadku policji chodzi mi jedynie o to, czy powinno się sprawy wiary rozwiązywać administracyjnie?

- To wcale nie jest administrowanie – wtrącił jego przyjaciel – lecz społeczna pomoc w powrocie do normalności.

 – Nie przeszkadzaj panu pułkownikowi, chcemy jeszcze omówić jedną ważną sprawę - zgasił go dyrektor. - Wiem od kardynała, że wizyta papieża w Legnicy jest raczej niemożliwa. Co nie znaczy, że obchody 750 – lecia bitwy pod Legnicą możemy zlekceważyć. Dlatego chciałem, żeby na zakończenie dzisiejszego spotkania w urzędzie – próbował się tłumaczyć – ustalić, kiedy będziemy mogli spotkać się w tym gronie ponownie i dograć wszystkie szczegóły. – Spojrzał na zegarek, jakby w przeświadczeniu, że nadmiarem spraw przeciągnął spotkanie, czego zapewne wyrazem było wcześniejsze wychodzenie niektórych uczestników. Nie podjąłem tematu, przeszedłem do wcześniej zadanego pytania.

Moje obawy, że chęć pośredniczenia w misji przekazania papieżowi zaproszenia do odwiedzenia Legnicy nie spodobają się przełożonym, potwierdziły się. Wykreślono mnie z listy uczestników – wyjaśniłem.

- Taki był powód?! – zapytał z oburzeniem.

- Tak tylko się domyślam, bo zgłosiłem to przełożonemu. Oficjalny powód to potrzeba zmniejszenia wcześniej planowanej liczby uczestników.

- Musimy coś z tym zrobić – wyjaśnił.

- Rozmawiałem już z prezydentem miasta. Chce wysłać telefax do wiceministra Komorowskiego.

- Proponuję, żeby pan nie fatygował prezydenta. Uważam, że pewniejsze będzie, jeśli to uczyni senator Obertaniec albo wojewoda. Zgadza się pan? Napiszemy co trzeba i porozmawiam z nimi.

Zgodziłem się, zredagowaliśmy tekst, który po aprobacie któregoś z wymienionych panów zostanie wysłany do ministerstwa. Pan Jaworski przywołał sekretarkę, panią Skórę. – Proszę to napisać na maszynie i zaczekać. Zaraz podejdę do wojewody, poproszę o podpis i wyśle pani ten dokument do wiceministra Komorowskiego.

 

Gdy wróciłem do swojej kancelarii, odezwała się centrala. – Panie pułkowniku, dzwoniono z biura paszportowego, że może pan odebrać swój paszport, jest gotowy.

No właśnie, po raz pierwszy w życiu otrzymałem paszport. Będę mógł wyjechać za granicę. Żyjąc w czasach, gdy autorytet ojca świętego decyduje o losach świata, mieć okazję spotkać się z nim twarzą w twarz i nie skorzystać z tej okazji?

Po wyjściu z urzędu wojewódzkiego podszedłem pod kościół. Zamierzałem sprawdzić, jak przebiega montaż ołtarza polowego i przygotowanych przez księdza prałata dekoracji. Duża i silna konstrukcja ze stalowych kratownic była już gotowa, całość zdobiły wojskowe ochronne maski w różnych odcieniach khaki. Nasi żołnierze uwinęli się nadzwyczaj sprawnie, nie było już nikogo. Zamysł, że zabiorę się z nimi samochodem ciężarowym, stał się nieaktualny.

Podszedłem pod plebanię i nacisnąłem przycisk domofonu. Odezwała się gospodyni.

- Dzień dobry. Wojsko. Czy jest ksiądz prałat? Chciałem zapytać, kiedy będą montowane flagi i pozostałe dekoracje?

- A konkretnie kto pyta? – usłyszałem z drugiej strony. Gdy się przedstawiłem, polecono mi poczekać. Chwilę później w drzwiach stanął ksiądz prałat. - Proszę uprzejmie na górę, panie pułkowniku – gościnnie wskazał na schody.

- Nie będę przeszkadzał. Wyszedłem dopiero z urzędu i jestem zaskoczony, że tak szybko poszło z ołtarzem. Ksiądz prałat ich odprawił, czy sami się zwinęli?, bo...

- Tak, ja ich zwolniłem. Ustaliliśmy, że jutro rano flagi, obraz i nagłośnienie założymy sami przy udziale księży. Po co kusić licho?, panie pułkowniku. Dopiero się skończyła ta narada? Uprzejmie zapraszam, proszę wejść na chwilę.

- Zatrzymałem się jeszcze u pana Jaworskiego – wyjaśniłem, nie podając powodu. – Jeśli mogę wejść, to chciałbym zadzwonić do oficera dyżurnego, by przysłał po mnie samochód.

Kiedy prałat otworzył ciężkie drzwi na piętrze, moim oczom ukazał się widok spożywających posiłek kapłanów. Byłem zaskoczony.

Smacznego. Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus. Bardzo przepraszam, nie wiedziałem, że przeszkadzam w posiłku.

- Wcale pan pułkownik nie przeszkadza. Proszę, proszę... - Przy ogólnym ożywieniu ksiądz prałat poprowadził mnie na środek sali i posadził obok siebie. - Zje pan z nami skromny posiłek?

Nie wiedziałem, że o trzynastej księża jedzą obiad. Miałem świadomość, że oto stałem się nieproszonym gościem, ale serdeczność, jaką mnie otoczono, szybko sprawiła, że poczułem się swobodnie. Byłem zaszczycony ogólną akceptacją munduru w tym nieznanym mi środowisku. Gospodarz nie omieszkał zresztą napomknąć, że w młodości o mało co nie zostałem księdzem. Ostatecznie jednak przypadło mi w życiu wypełniać inne zadania, niezwykle ważne z punktu interesu obrony ojczyzny.

Zjadłem krupnik i kilka wybornych pierogów.

Nawiązała się dyskusja na ogólne tematy; dwóch spośród księży opowiedziało mi o swojej służbie w wojsku; u alumnów.

Nie wiedziałem wcześniej, że wcielanie alumnów do wojska przerwano w 1980 roku, akurat wówczas, gdy ze sztabu Śląskiego Okręgu Wojskowego powędrowałem na stanowisko do 1. Brygady Saperów w Brzegu. W naszej Brygadzie alumnów nigdy nie szkolono, ale te specjalne pododdziały mieściły się tam obok, po sąsiedzku w 10 Dywizji Pancernej; dosłownie przez płot.

Nie było sposobności porozmawiać z księdzem o pielgrzymce. Zaraz po obiedzie, grzecznościowo do koszar odwiózł mnie swoim samochodem przesympatyczny wikary, ksiądz Andrzej. W samochodzie kontynuowaliśmy jeden z tematów podjętych na plebanii.

– Wojsko, moim zdaniem, jest także powołaniem – mówił wikary. – Nie każdy może i nie każdy chce przez całe życie służyć ojczyźnie. Mam rację? Nie mówię już, że zostać pułkownikiem to wyjątkowy honor. To jak u nas zostać biskupem.

Podobało mi się to. Pewnie ksiądz Andrzej miał rację.

- A ja powiem panu pułkownikowi szczerze – kontynuował ksiądz Andrzej – że w przeciwieństwie do pana, w młodości marzyłem o zostaniu wojskowym. Po maturze jednak rodzice namówili mnie na politechnikę.

- I co? To skąd wzięła się ta godność kapłańska?

- No widzi pan, jakie jest życie? Jak czasami potrafi płatać figle. Byłem już na drugim roku. Mało tego... grałem na perkusji w zespole muzycznym i byłem chyba rozrywkowym facetem, jak to się mówi. Zabawy, nawet dziewczynki... aż tu nagle objawienie.

To było jak sen. Nie uwierzy pan. Jak grom z jasnego nieba. Wtedy doznałem tego, co tajemniczo nazywa się powołaniem. Nawet nie potrafię tego wyjaśnić. Było tak silne, i tak długo mnie męczyło, aż zostawiłem wszystko; dwa lata studiów, zespół muzyczny, dziewczynę... I powiedziałem: Kochani rodzice, myliłem się, nie będę magistrem budownictwa, chcę zostać księdzem. I jak pan widzi, udało się.

Przyznam, że zrobiła na mnie wrażenie ta opowieść księdza. Nawet nie zapytałem, czy żałuje tego kroku, bo to zapewne byłoby tak, jak by ktoś zapytał mnie o to samo?

Mogę żałować czasu. Że nie trafiłem na inny. Ale powołania, by zostać żołnierzem? Nigdy. Tych żołnierskich, prawdziwie męskich doznań, które są dzisiaj we mnie, nikt nigdy już mi nie zabierze.

 

W koszarach dograłem z pełniącym obowiązki komendanta Jurkiem Wyrowskim pozostałe sprawy, związane ze świętem. Ponieważ zamierzamy uczestniczącym w uroczystej mszy świętej notablom pokazać Ośrodek, wyznaczyliśmy osoby odpowiedzialne za oprowadzanie gości po obiektach koszarowych i ich prezentację, poleciliśmy też kupić wiązankę kwiatów do złożenia w katedrze, ustaliliśmy miejsca i sposób oflagowania, sprawdziliśmy, jak przebiegają przygotowania wyznaczonych pododdziałów do jutrzejszego wymarszu na uroczystości.

Telefonicznie z komendantem (na zwolnieniu w domu), ustaliliśmy, że obaj z Jurkiem weźmiemy w poniedziałek udział w ślubowaniu policjantów, które ma się odbyć w naszym klubie garnizonowym. Stosowne polecenia dotyczące przygotowania klubu wydałem swoim podwładnym już kilka dni wcześniej. Wziąłem też na siebie obowiązek wystąpienia (przemowy) na tej uroczystości.

 

Dochodziła piętnasta, gdy zadzwoniła sekretarka dyrektora Jaworskiego z pytaniem co ma zrobić, telefax do MON jest zastrzeżony. Chwilę potem pan Jaworski zaproponował zmienić dokument na telegram, a ja na to podsunąłem mu pomysł, żeby niczego nie zmieniać, tylko fax wysłać od komendanta Pisarskiego. Nawiasem mówiąc, to wstyd, żeby nasze wojska łączności nie dysponowały jeszcze takim urządzeniem jak telefax.

Po konsultacji z policją, pan Jaworski poinformował mnie, że pani Skóra pojechała wysłać telex z Komendy Wojewódzkiej.

Od 16.40 do 18.50 zaliczyłem z dziećmi długi spacer do parku. Kasiula ma uczulenie na ukąszenia komarów, dostaje ropnych zapaleń skóry, musieliśmy wstąpić do apteki po maść i spirytus salicylowy do przemywania. A komary?.. Zawsze gdzieś jakiś się uchowa. Najgorzej jest nad ranem.

O 20.00 odebrałem z dworca teściową; będziemy mogli jutro wspólnie z żoną uczestniczyć w uroczystej mszy świętej. Jest 23.40; ja kończę, a żona jeszcze z matką przy szyciu spódnicy; ale też kończą.

 

Z dziennika: 15 sierpnia 1990 r. środa (po 22.00)

 

Święto Matki Boskiej Zielnej, 70. rocznica zwycięstwa nad sowietami pod Warszawą. Jakby niedziela, chociaż tylko środa.

Sukces wieńczy dzieło! Ale od początku... Żona późno poszła spać, a na dodatek o czwartej nad ranem ganiała komary, bo znów dokuczały dzieciom. Rano miała zaczerwienione oczy. – Idę z tobą. Może Bozia pomoże – zażartowała z uśmiechem, gdy ją obudziłem o siódmej. Jadłem już śniadanie, zrobiłem jej kawę.

Dziesięć po ósmej byliśmy przed sztabem jednostki. Podjechał nasz wojskowy autobus, przygotowany by zawieść oficerów do kościoła. Byli już panowie kierownicy cyklów przedmiotowych, komendanci Szkoły Podchorążych Rezerwy i Podoficerów Zawodowych oraz dowódca batalionu obsługi. Tym, którzy nie znali mojej żony, przedstawiłem ją.

Podszedł oficer dyżurny. - Panie pułkowniku, pułkownik Pokora prosił, żeby panu zameldować, że jest chory.

- Dziękuję – odparłem, a stojący obok mnie mój oficer wychowawczy głośno zauważył: Każdy pretekst jest dobry.

- Leszku, idź lepiej i spowoduj przesunięcie spod klubu żołnierskiego (w głębi obiektu) kosza z flagami przed bramę jednostki. – Pomyślałem, że na zewnątrz koszar w ogóle nie widać, że obchodzimy święto.

- Ale komendant pułkownik Ceglarek zaakceptował wczoraj taki układ.

- Przecież go nie było?

- Był po południu w internacie i wpadł na chwilę do siebie, żeby zabrać jakieś dokumenty.

- To było wczoraj, a dzisiaj... Nie znał moich intencji. Proszę przestawić kosz z flagami tak, jak powiedziałem.

- Rozumiem, szefie!

Panowie z żonami; Jurek Wyrowski i Franek Kromolicki spóźnili się dziesięć minut, czekaliśmy na nich z odjazdem. Gdy weszli do autobusu, Andrzej Boryczko zauważył niegrzecznie: Im starsza kobieta, tym potrzebuje więcej czasu na makijaż.

Lenka była podenerwowana. – Nie powiem. Jestem wierząca, ale nie lubię takich imprez na rozkaz. Jakichś pokazówek, manifestacji. Nie lubię kleru za to ich wydziwianie.

- Lenka, przestań. Co ty wygadujesz? Od kogo dostałaś rozkaz? Od męża? – spytałem.

- No a co, sami to wymyśliliście?

Pomyślałem, że może Jurek coś zawalił: zabrał ją z domu na siłę. Wczoraj powiedziałem i jemu i Frankowi, że idę do kościoła z żoną więc postąpili podobnie. Słysząc narzekanie Lenki, mrugnąłem porozumiewawczo do żony. Zrozumiała i na chwilę przysiadła się do niej.

- Nie narzekaj, Lena. Nie wyczuwasz? To historia. Ważne święto. Znaleźliśmy się na przełomie nowych dziejów, ktoś musi dać przykład. Sami żołnierze by tego nie podjęli.

- Kogo to obchodzi, stopniowo każdy sam by to zauważył – upierała się Lena.

– Chyba ją Jurek czymś zdenerwował – moja żona wracając na miejsce, szepnęła mi do ucha.

Czekaliśmy trochę na wymarsz pododdziałów. Zanim to nastąpiło, kompania honorowa raz jeszcze przećwiczyła salwę honorową.

Wyruszyli punktualnie. Pod dowództwem niezwykle sumiennego i zdyscyplinowanego kapitana Migdała. Na czele szyku tambur major z orkiestrą, a za nią pododdziały Szkoły Chorążych prowadzone przez samego jej komendanta. Przez park, na skróty.

Gdy dojeżdżaliśmy do kościoła, zaczęło padać. To niedobrze – pomyślałem – deszcz może nam popsuć paradę. Opad był drobny, ale intensywny. Spojrzałem w niebo.

– To przelotna chmura – powiedziałem do Jurka Świętochowskiego.

- Przelotna, ale... nie taka mała – dopowiedział.

Delegacje oficjalne z miasta zbierały się przy zakrystii. Panował odświętny nastrój, wojskowym udzielała się trema, niektórzy nie bardzo wiedzieli, co ze sobą zrobić. Podszedłem do tłoczących się przy zakrystii kolegów, udzieliłem im wyjaśnień, co do najbliższych czynności i przeciągnąłem w stronę nadchodzących od strony plebani przedstawicieli duchowieństwa i władz regionu.

- Jak dodatkowo Bozia pokropi – pokazał na niebo ksiądz prałat Jóźków – to nie zaszkodzi. Trochę się przez lata tych grzechów nazbierało – zażartował.

Zgodnie z ustaleniami parę minut przed dziesiątą zebrane w zakrystii delegacje przeszły pod płytę pamiątkową z popiersiem marszałka Piłsudskiego i złożyły kwiaty. Z uwagi na charakter uroczystości delegacja wojskowa zrobiła to pierwsza. Stojący przy popiersiu wartownicy wyprężyli się jak struny.

Moja żona była wzruszona. Nic to chyba jednak w porównaniu z tym, co przeżywał senator Obertaniec. Kiedy spojrzałem na niego ukradkiem, ocierał łzę, jaka zakręciła się mu w oku. Przypomniało mi się, jak wcześniej mi mówił: „Wmurowaliśmy tę płytę z poprzednim księdzem proboszczem potajemnie. Czułem radość, że udało nam się wówczas w stanie wojennym tego dokonać, ale żebym kiedykolwiek pomyślał, że doczekam czasu, że przy tej płycie staną niebawem żołnierze z białym orłem na czapkach, nie mogę po prostu w to uwierzyć”. – Już wtedy był wzruszony; podobał mu się bardzo mój pomysł złożenia wiązanek kwiatów pod popiersiem marszałka.

Po złożeniu hołdu „staremu marszałkowi” poczty sztandarowe wraz z delegacjami wyszły przed kościół, na plac, gdzie frontem do ołtarza ustawiono dwa rzędy ław kościelnych. Orkiestra wojskowa grała utwór „Z tej biednej ziemi”. Deszcz jeszcze siąpił, ale niebo przecierało się.

Gdy podeszliśmy do ław, by zająć w nich zarezerwowane dla nas miejsca, w zagłębieniach siedzeń stała woda. Wyjąłem z kieszeni chusteczkę i ostrożnie wygarnąłem ją na zewnątrz, starając się w miarę osuszyć miejsce. Kto tego nie zrobił, siedział potem na samej krawędzi ławy, a jego poły munduru wpijały wilgoć z ławkowej kałuży.

Zająłem miejsce w pierwszej ławie; pierwsze z lewej strony. Obok mnie żona, a dalej dwóch Jurków; Wyrowski i Świętochowski, z małżonkami. Nasze panie były jedynymi kobietami w składzie wojskowej delegacji.

Mimo poprzedzającego uroczystość deszczu na placu zebrały się tłumy ludzi. Trudno było ich ogarnąć wzrokiem nawet z podwyższenia polowego ołtarza; sięgały poza plac Słowiański. Później dowiedziałem się, że szacunkowo we mszy wzięło udział około sześciu tysięcy ludzi.

Deszcz ustał. Orkiestra wojskowa zadziwiająco pięknie grała melodie kościelne, które w świeżym powietrzu niosły się dźwięcznie, unosząc się nad tłumem. Doskonale prezentowały się stojące z lewej strony ołtarza w szyku zwartym pododdziały podchorążych rezerwy, kadetów i żołnierzy. Imponująco prezentowała się ustawiona wzdłuż arkad kompania honorowa ze sztandarem.

Tak, jak ustaliłem wcześniej z księdzem prałatem, pod koniec uroczystej celebry zabrałem głos. Gdy po komunii świętej rozlegały się słowa pieśni dziękczynnej wiernych, stojący z boku ołtarza najmłodszy spośród księży, ksiądz Tomasz, dał mi znak ręką.

Przez moment poczułem przyśpieszenie rytmu serca, usłyszałem puls w skroniach. Zosia delikatnie trąciła mnie w ramię. – Trzymam kciuki – szepnęła. Zrobiłem głęboki oddech i ruszyłem w stronę ołtarza.

Czy kiedykolwiek wcześniej, choćby rok temu, nie mówiąc że więcej, byłbym w stanie uwierzyć, gdyby mi powiedziano, że nadejdzie niebawem taki czas, iż będę zabierał głos w kościele? Podczas uroczystej mszy świętej? Na dodatek w mundurze wojskowym?

Dawno temu, gdy byłem jeszcze porucznikiem, kapitanem, wracałem często w myślach do kościoła i wiary. Prosiłem nie raz: Panie Jezu, wybacz mi, że obrałem drogę bez Ciebie. A potem – pamiętam – bardzo denerwowałem się na siebie za to, iż przeżywam, że jestem taki wrażliwy.

Z upływem czasu przestało mnie to tak trapić. A później, kiedy stykałem się z wierzącymi, mówiłem sobie: właściwie to ja już nie jestem katolikiem. Odcięty od wiary jak od powietrza, po prostu się udusiłem.

A może... może ja należę do tego gatunku, który jak karaś w mule, potrafi się zasklepić, otoczyć resztką wilgoci i przetrwać? Bo, czy czynię zło? Żyję godnie, jak potrafię. Najważniejsze, że zmuszając mnie do wyrzeczenia się wiary, nie zmuszano mnie do tego, bym z nią walczył, bym czynił zło, krzywdę tym, którzy ją wyznają.

Dzisiaj wiem, że nie udusiłem się całkiem. Na nowo żyję i oddycham. I to pełną piersią.

 

Moje wystąpienie było krótkie. Ksiądz prałat zapowiedział mnie jako zastępcę dowódcy garnizonu. Ustępując mi miejsca przy mównicy stojącej z lewej strony ołtarza, ujął mnie za ramię, dodając mi odwagi. Już nie zdążyłem odpowiedzieć choćby gestem, że jest dobrze. Bardzo dobrze.

Naładowany pozytywnymi emocjami płynącymi z uroczystej celebry i podniesiony na duchu widokiem kłębiącego się przede mną nabożnego tłumu, mogłem przemówić z głowy; mój umysł był jasny i lotny. Sięgnąłem jednak za pazuchę po kartkę; jeśli miałbym czymś niezgrabnym w tej nieskażonej żadnym błędem uroczystości zaskoczyć, niech to już będzie jedynie głos ustalony wcześniej z kapłanem.

Mówiłem płynnie, właściwie rozkładając akcenty na charakter uroczystości, motywy duchowe i historyczne wartości chwil, jakie wspólnie ze społeczeństwem Legnicy przeżyli dzisiaj wojskowi. Na podziękowanie za ową inspirację ze strony kościoła i władz. Inspirację, która wcześniej nie podobała się Lence, żonie mojego przyjaciela.

Dostałem brawa. I już wiem, że wystąpienie bardzo się podobało. Wszystkim. Myślę o tych, którzy zaangażowali się w uroczystość.

Wybierając Jurka Świętochowskiego do odczytania apelu poległych, powiedziałem do księdza: Zobaczy ksiądz prałat, nikt tego lepiej nie zrobi. Nawet ci z Warszawy.

Pułkownik Świętochowski ma wspaniały głos; i melodyczny i wojskowy. Wystarczy powiedzieć, że jego córka odziedziczyła go po nim i śpiewa we wrocławskiej operetce.

I nie myliłem się. To był najdobitniejszy akcent całej uroczystości. Jurek z pełnym zaangażowaniem i wyczuciem sytuacji odczytał cały apel. Stary żołnierz. Wiedział co robi. Nie pozwoliłby sobie na stres, że jemu wyjdzie, a zawalą coś żołnierze. Przećwiczył wszystko od początku do końca. Gdy niosło się w tłumy, powtarzane co fragment tekstu gromkie żołnierskie zawołanie – memento: „Polegli na polu chwały!” – ludzie ocierali chusteczkami oczy. Osoby starsze płakały bez skrępowania. Czasem ktoś nieprzygotowany na taką dawkę emocji uronił łzę w rękaw.

 

Kapitan Migdał też nie zawalił salwy honorowej, choć mógł przecież z emocji któryś z kadetów przycisnąć spust broni o ułamek sekundy za wcześnie. Mógł kapitan w którymś momencie zawahać się, na ułamek sekundy zawiesić głos. Albo z powodu tremy schrzanić meldunek. Miałem to też na uwadze. W przeszłości byłem już świadkiem takich parad, gdy meldunek lub nieudana salwa honorowa psuły uroczystość. Dlatego, gdy po raz pierwszy rozmawiałem z kapitanem Migdałem o udziale kompanii honorowej w uroczystościach kościelnych, na pytanie czy ma składać komuś meldunek, może biskupowi?, odpowiedziałem krótko: Wszystkim dostojnikom, którzy podejdą do kompanii honorowej, a podejdą do jej czoła, przed sztandar, do ciebie, oddajesz honory poprzez opuszczenie sztandaru. Sztandarem, jasne?!

Podczas salwy honorowej, ani kapitana Migdała, ani kadetów nie speszyło nawet to, iż tuż za ich plecami w budynku BGŻ włączyły się syreny alarmowe. Pozostałe dwa wystrzały były równie bezbłędne, a rozlegający się (na długo zresztą) sygnał alarmu przydał jedynie atrakcji i emocji kończącej się uroczystości.

Gdy po uroczystości padły komendy do wymarszu, odchodzącym z placu przykościelnego pododdziałom nie tylko grała orkiestra wojskowa, ale i buczała syrena, a nade wszystko wtórowały im brawa wielotysięcznego tłumu. To było piękne. Warto było się urodzić, żeby to przeżyć.

Czasem trzeba życie przeżyć, żeby zrozumieć prawdę – przebiegło mi przez myśl. Żona była również wzruszona. – Cieszę się, że mnie wziąłeś – powiedziała.

Bezpośrednio po mszy zaczęli do nas, do mnie podchodzić ludzie. Dużo ludzi. I składali gratulacje. Podziękowania za głębokie doznania wewnętrzne. Najpierw przedstawiciele władz. Dziękowali za organizację. Podszedł senator, a z nim poseł Kosmalski, i pełnomocnik rządu, a za nimi prezydent Pokrywka z komendantem policji, mecenas Sobolewski i kombatanci: podeszło dwóch, a potem jeszcze pojedynczo trzech przedstawicieli AK i Związku Inwalidów Wojennych. Wszyscy powtarzali to, o czym już napisałem; że warto było tego momentu doczekać. Momentu, w którym, jak to rozpoczynał apelem poległych Jurek Świętochowski: „Ojczyzno, dzisiaj znowuż żołnierze wrócili do twych świątyń!”...

Gratulował mi dyrektor urzędu wojewódzkiego pan Jaworski. – Nie sądziłem panie pułkowniku, że wyjdzie aż tak pięknie, że aż tak wszystko doskonale dopracujecie. Gratuluję!

Było mi miło. Moje zadowolenie pogłębiło się, gdy po złożeniu szat liturgicznych do grona stojących z nami przed kościołem osób dołączyli kapłani: prałaci Bochnak z Jóźkowem i dziekan z Lubina. A także inni księża uczestniczący w uroczystej celebrze. Ksiądz prałat Bochnak powtórzył, a raczej wzmocnił dopowiedzeniami od siebie, to, co już wcześniej powiedział z ołtarza, dziękując wojsku za przygotowanie uroczystości. Chyba był szczęśliwy.

Wszyscy goście, bez wyjątku, wyrazili chęć przejazdu z nami do koszar i uczestniczenia w oficjalnym podziękowaniu żołnierzom na placu koszarowym. Uczynił to poseł Grabowiecki oraz prałat Bochnak i dziekan z Lubina. Serdeczna atmosfera towarzyszyła wszystkim podczas zwiedzania koszar; jednego z pododdziałów Szkoły Chorążych, bloku szkolenia i sali tradycji jednostki. Zwieńczeniem tej wizyty  u nas była tradycyjna żołnierska grochówka w kasynie. Gości pożegnaliśmy o 13.30.

Ponieważ bezpośrednio po mszy świętej ksiądz prałat wręczył mi kasetę wideo z nagraniem uroczystości, mówiąc, że jest to kaseta matka, a czyni to w dowód wdzięczności, żebym pierwszy mógł ją obejrzeć oraz przegrać dla jednostki, po krótkim odpoczynku poszliśmy całą rodziną do klubu garnizonowego, gdzie u kierownika klubu porucznika Jurka Janasa mogliśmy zobaczyć, co zarejestrowało oko kamery i raz jeszcze przeżyć to, o czym tu napisałem, ale przede wszystkim zaprezentować uroczystość mojej teściowej, która przecież w tym czasie pilnowała w domu naszych dzieci.

 

 

Cdn.

Pin It