Jan Stanisław Smalewski

Ich ostatnia defilada (10)

 

smalewski210 sierpnia – w pociągu z Warszawy do Wrocławia (od 16.38)

 

Dochodziła osiemnasta, gdy przekraczałem próg kawiarni WZ. Pan mecenas sprawujący funkcję dyrektora Wydziału Spraw Obywatelskich w Urzędzie Wojewódzkim siedział już przy stoliku nad szklanką parującej herbaty. Spojrzałem na zegarek: – Czyżbym się spóźnił?

– Nie, obaj jesteśmy przed czasem. – Wstał, podał mi rękę, jego okrągłą twarz opromienił łagodny uśmiech. – Jak minął dzień?, bo mój bardzo pracowicie – dopowiedział.

- Mój także. Pan dyrektor był chyba na sejmiku?

- Wie pan już? Mamy nowego wojewodę.

- Tak, wiem.

- A skąd pan wie? – zainteresował się.

- Od kogoś, kogo tam nie było, miał nawet o to pretensje. Od pułkownika Korzeniowskiego.

Popatrzył na mnie, jakby nie zrozumiał.

– Nie zna pan komendanta WSzW?

– Tak się domyśliłem. Ale nie znam. Nie przyjaźniłem się z żadnymi pułkownikami – położył akcent na ostatnie słowa, jakby zapomniał, że też do nich należę. Po co szuka kontaktu ze mną? Nie spodziewałem się przyjaźni, ale wydawało mi się, że od momentu poznania się, kiedy razem z mecenasem Sobolewskim z ramienia jakiegoś tam Komitetu Obywatelskiego (nie mogę jeszcze w tych strukturach połapać się) odwiedzili nas w koszarach, darzy mnie sympatią.

– Bardzo się cieszę, że wojewodą został poseł Glapiński – wyjaśnił. - Zresztą, naprawdę nie widziałem innego kandydata – rozpoczął dłuższy wywód. – Muszę bowiem panu pułkownikowi powiedzieć, że we władzach miasta wytworzyły się dwie przeciwstawne sobie grupy.

- Opcje polityczne – wtrąciłem.

- Tak. I to bardzo rozbieżne. Pan Glapiński, tak jak i ja zresztą, prezentuje całkowicie przeciwstawne stanowisko w stosunku do sposobu rozwiązywania spraw kraju. Słyszał pan o tak zwanym Centrum?

- Oczywiście. Prowałęsowskie, ukierunkowane na ostre przyśpieszenie - wyjaśniłem.

- Tak. I to ze wszystkimi, wynikającymi z tego konsekwencjami. Ostatnio miałem możliwość rozmawiania z Leszkiem Moczulskim. Był u nas. Spotkaliśmy się prywatnie. Wymieniliśmy poglądy. Niech mi pan wierzy, nie ma innej alternatywy.

- Jest – wtrąciłem. – Lewacka.

- No właśnie. Przecież to, co prezentują ludzie grupujący się przy prezydencie, jest nie do przyjęcia. Tadziu Pokrywka jest wyśmienitym kumplem. On był dobry jako szef Solidarności, ale jako prezydent miasta powinien być ostrzejszy. On zresztą jeszcze się nie rozliczył ze starego stanowiska – szefa Solidarności.

Zawahał się.

- Takie, wie pan pułkownik, niezbyt przyjemne sprawy tam zostały. Dysponował pokaźnym funduszem. Były tam dolary. Nie zostało to uczciwie rozliczone.

- To rzeczywiście nieprzyjemne – zauważyłem.

- Ale to drugoplanowa sprawa. Wracając do polityki, oni są za programem liberalnym. Za tym, co proponuje Frasyniuk. To nic nie da. Dogadywanie się ze starą nomenklaturą prowadzi na manowce. Polsce potrzebne jest przyśpieszenie. I to trzeba rozpocząć od prezydenta.

- Myśli pan, że Wałęsa nadal ma szanse? – zapytałem.

- Ludziom to trzeba tłumaczyć. Nie ma innego wyjścia. Mazowiecki jest za miękki. Zauważył pan, że jego akcje spadają? A poprawy sytuacji w kraju żadnej.

Centrum, panie pułkowniku, to także inny stosunek do wojska. Co oni robią? Zapowiadają dalszą redukcję armii o sto tysięcy żołnierzy. A nawiasem mówiąc, co pan myśli o przystąpieniu naszej armii do NATO? Rozważał pan ten problem? – zaskoczył mnie pytaniem z tak zwanej flanki.

Uśmiechnąłem się. Ten posiwiały jegomość po pięćdziesiątce, prawnik z zawodu, o całkiem łagodnych rysach twarzy, ma jeszcze zupełnie gładką, wypielęgnowaną skórę. Łagodność na zewnątrz wcale nie współgra z wilkiem w środku.

Tak, oczy. Jego wzrok był teraz podrażniony i przenikliwy. Czekał, co powiem.

Świadomie przedłużając uśmiech, szybko zbierałem myśli. Moja głowa była już lekka, już opuściły mnie niesione ze sobą stresy po dniu, który był przecież taki nieprzyjemny (upadła ranga mojego dotychczasowego stanowiska), już zbierałem się do odpowiedzi, gdy mecenas położył swoją dłoń na moim przedramieniu i wstrzymując dotychczasową „akcję”, pokazał w kierunku drzwi.

– O, jest Staszek! – niemal wykrzyknął.

Wydawało mi się, że idąc na to spotkanie przeczuwałem, że pan Jaworski nie będzie sam. I nawet się ucieszyłem. Wymiana poglądów na tematy polityczne w większym gronie jest zawsze nie tylko ciekawsza, ale i bezpieczniejsza.

Mecenas nagle jednak jakby się zmieszał. Zaczął usprawiedliwiać się, że nie powiedział mi wcześniej, iż nie będzie sam. - Wie pan pułkownik, postanowiłem zaprosić pana senatora, żeby...

Przerwałem mu.

- Cieszę się, że mogę poznać tak dostojną osobę. Wiele dobrego słyszałem o panu senatorze.

Przywitaliśmy się serdecznie, senator zajął miejsce przy stoliku, a mała przerwa na powitanie pozwoliła skupić myśli mecenasa na wcześniejszym wątku. - Pan senator chciałby przy okazji dograć z panem termin spotkania w koszarach.

- Proszę bardzo. Możemy się umówić nawet na najbliższy czwartek lub piątek. Komendant będzie na miejscu. Przygotowujemy się do promocji absolwentów Szkoły Chorążych.

Senator zawahał się. - Może jeszcze nie w tym tygodniu; mam parę dni wolnego, urządzam sobie mieszkanie – wyjaśnił.

- W takim razie będę oczekiwał na konkretne propozycje – wyjaśniłem i powróciliśmy do polityki.

- Jak już panu pułkownikowi mówiłem – mecenas wprowadzał w temat senatora – rząd Mazowieckiego nie sprawdza się. Za dużo w nim nie Polaków. Nawiasem mówiąc na pana mecenasa Sobolewskiego też niech pan uważa. Pan wie, że on ma rodzonego brata, który działa w komunie żydowskiej w Kanadzie? Sobolewski często do niego wyjeżdża.

Senator obruszył się. – To jeszcze nie dowód, że z mecenasem jest coś nie tak.

- No wiesz... – w bezpośredniej formie próbował usprawiedliwiać się mecenas. – Zostawmy to.

 Ale to, że w rządzie Mazowieckiego jest wielu Żydów!

- No jest. Mnie też drażni, jak na dodatek wypierają się pochodzenia. W Ameryce też Żydzi działają na rzecz narodu amerykańskiego, ale nie wypierają się narodowości. U nas jest to nie do pomyślenia – skonstatował senator.

Odtąd senator tylko przysłuchiwał się naszym polemikom z mecenasem, uśmiechał się, kiwał głową lub się krzywił, gdy jego poglądy zdawały się być odmienne od naszych.

- A sprawa stacjonowania wojsk radzieckich? – wywołał kolejny temat dyrektor. – Pan wie, że pełnomocnik rządu do spraw stacjonowania wojsk radzieckich w Polsce ma cichą siedzibę w Legnicy? Został przyblokowany skromny budyneczek... Wiesz gdzie? – zwrócił się do senatora. Ten niechętnie pokiwał głową, co nie przeszkodziło dyrektorowi w kontynuowaniu tematu.

– Chcemy panie pułkowniku generała Dembickiego z Warszawy ściągnąć tutaj razem z jego ośmioosobową chyba grupą pomocników. Wie pan, kto to jest Dembicki?

- Tak. Były prezydent Warszawy. Podobno dopuścił się jakichś machlojek podczas prezydentury.

- Podobno?! – wykrzyknął dyrektor. – To człowiek wyjątkowo skompromitowany. A ponadto kompletnie źle piastujący urząd. On nic nie zna się na przepisach prawnych. Rosjanie robią, co chcą w Polsce. Przedwczoraj na przykład otoczyli w nocy wioskę pod Legnicą. Sąsiadującą z Rzeszotarami. Uciekł im żołnierz z super tajnej służby. Zrobili na niego zasadzkę. Ale żeby w ten sposób?! Otoczyć wojskiem całą wieś! Przecież to pogwałcenie suwerenności. Myśmy od razu zareagowali. Sprawa przekazana została do Prokuratury Generalnej. Tylko kto ją tam poprze?

A pan pułkownik nie kończył akademii radzieckiej..?

- Nie, nie miałem tego szczęścia.

- No i bardzo dobrze, bo muszę panu powiedzieć, że w przyszłym roku pójdzie kierunek na tych, co skończyli studia u ruskich.

Zauważyłem, że senator sprawia wrażenie lekko zakłopotanego tym, że jego kolega zbyt głęboko przede mną się odkrywa. Na jego twarzy pojawił się grymas, policzki drgały nerwowo. Wydawało mi się nawet, że wydał z siebie także lekki pomruk niezadowolenia.

– Staszek... – znów bezpośrednio zwrócił się do niego dyrektor – powiedz, podzielasz moją nadzieję, że tego generała Dembickiego uda nam się odsunąć jeszcze w tym roku? Nawiasem mówiąc, będzie nam potrzebny na jego miejsce jakiś młody, trzeźwo myślący pułkownik.

Pan Stanisław trwał jednak w swoim zakłopotaniu, a ja przez moment poczułem się niezręcznie. Pomyślałem nawet o dyrektorze, że usiłuje rozdawać karty w grze, do której nie został powołany.

Chociaż?.. Jest przecież dyrektorem od spraw obywatelskich. Jeśli będzie mógł liczyć na wsparcie nowego wojewody, to... kto wie? No i jest przyjacielem senatora, który nie sprzeciwia się jego poglądom. Czy na pewno?..

To nie tylko o umówienie się na spotkanie w Ośrodku chodziło panom. Próbowali wysondować moje poglądy. Przypomniał mi się pierwszy kontakt z generałem Kopyszewem. Jemu wiedza o zmianach w naszej armii potrzebna była do zaprezentowania opinii o polskim wojsku swojemu zwierzchnikowi, a tym panom?

Każdy z polityków na swój sposób próbuje przebudowywać kraj. I uczestniczyć w przemianach. Mało tego, każdy, który nagle dostąpił w tym swojego udziału, usiłuje znaleźć dla siebie miejsce; dobre miejsce, ważne, bo dające mu poczucie władzy.

Mówi się o takich jak ja, że byli politrukami. Tak, przez pewien okres życia pełniłem służbę w dołowych strukturach pionu politycznego, a to znaczy, że nie uczestniczyłem w kreowaniu polityki, jedynie w jej realizacji na najniższych szczeblach dowodzenia. Moją codzienną troską przez wiele lat było to, aby w wojskach Śląskiego Okręgu Wojskowego nie dochodziło do wypadków nadzwyczajnych, nie ginęli w nich ludzie, nie zdarzały się wynaturzenia w stosunkach międzyludzkich, nie popełniano samobójstw, by jak najmniej było nieszczęść, które powodował brak przestrzegania przepisów bhp i zwykła ludzka nieostrożność.

Pisałem nawet na te tematy poradniki, z których korzystano w jednostkach. Teraz, nie tylko deprecjonuje się mój dotychczasowy dorobek, zabierając mi apanaże, ale także straszy się, że mogę ponieść daleko idące konsekwencje. Jacyś panowie z MON, cywile, tacy jak ci panowie, z którymi teraz rozmawiam w kawiarni i którzy próbują mnie kupić dla nowej sprawy, wymyślili, że oficerom politycznym powinno się w ogóle nie zaliczyć lat służby w aparacie politycznym. Tylko szkołę, i to co po szkole odsłużyli w jednostkach liniowych.

Zaliczyliby mi tylko tych kilka lat, gdy byłem dowódcą plutonu, kompanii, oficerem technicznym. Miałbym zapewne kłopoty, aby do tego dołączyć dwa lata służby w warunkach szczególnie niebezpiecznych, gdy byłem dowódcą grupy rozminowania terenów Okręgu, dwa inne lata, gdy byłem technikiem samochodowym u „kamikadze” – to znaczy pięciolatków; młodocianych żołnierzy z ośrodków resocjalizacyjnych.

Miałbym kłopoty, bo pracując tam, zupełnie nie interesowałem się tym, gdzie mnie przełożeni zawieszali na etacie, a ponoć były to zawieszenia na jakichś wolnych etatach w służbach politycznych.

Teraz ci panowie próbują mnie kupić dla swoich spraw, nie dając żadnej gwarancji, że będą to sprawy „jedynie słuszne”, po iluś tam latach nie okaże się, że to była kolejna pomyłka.

- Proszę panów. Interesuje mnie polityka. Zresztą z wykształcenia jestem politologiem. I na tyle, na ile mi pozwala mój status politologa, mogę się wymądrzać na tematy co mi się podoba, a co nie podoba w naszym kraju. Pamiętajcie jednak, że to wy właśnie ograniczyliście rolę armii jedynie do spraw zawodowych. Jako żołnierzowi nie wolno mi się zajmować polityką. A za to, że zajmowałem się nią dotychczas – tak się akurat złożyło – dzisiaj otrzymałem „podziękowanie”. Zabrano mi dotychczasowe stanowisko zastępcy komendanta Ośrodka, obniżono zajmowany etat (obniżono rangę stanowiska) i grupę uposażenia.

Obaj panowie potraktowali to pobłażliwymi uśmiechami. Mecenas potwierdził: – No, armia nie może zajmować się polityką.

Kto nie spędził w niej trochę życia, ten zapewne nigdy nie zrozumie, że polityka, którą uprawiano, dawała jej siłę, tworzyła zwartość żołnierskich szeregów. To nie była tylko indoktrynacja. Owszem, tej należy się wyzbyć.

Może się mylę, bo jak uzasadniać, że się było niepotrzebnym, byłbym naiwny tak twierdząc. Przecież tę potrzebę własnej pracy odczuwałem na co dzień. Na pewno potrzebna jest jakaś weryfikacja dotychczasowego systemu. Lepsze rozwiązywanie spraw wnętrza armii w warunkach funkcjonowania demokracji. Ale nie po omacku i nie na chybił trafił. Przywrócenie uczestnictwa kościoła w życiu armii owszem, jest potrzebne, ale księża nie zastąpią wychowawców wojskowych, którzy znają życie żołnierza od podszewki. Kościół to troska o dusze, a o ciało i o to, by mundur dobrze na nim się prezentował, musi zadbać inny żołnierz – dowódca – wychowawca.

Proszę mi wierzyć, że czuję się mocno oszukany. Doszedłem przecież do stopnia pułkownika, co może panom kojarzyć się z jednoczesnym zdobyciem wszelkiej wiedzy o armii. Tak nie było. Nawet będąc oficerem politycznym w składzie dowództwa jednostki (mówiło się: pierwszym po Bogu, bo taki podpisywał obok dowódcy rozkazy personalne), nie miałem dostępu do operacyjnych dokumentów tajnych. Taki dostęp mieli jedynie specjalnie szkoleni oficerowie pionu sztabowego, szefowie sztabów.

Czuję się oszukany, bo indoktrynacja, o której teraz tak dużo się mówi, dotykała wszystkich łącznie, mnie pułkownika również. To było zacieranie prawd o wojnie polsko – bolszewickiej, o fałszowaniu prawdy o polskim wrześniu, o powstaniu Polski po 1944 roku, o stalinizmie, o Katyniu, o komunistycznej laicyzacji.

Ale to nie wojsko ją narzucało (indoktrynację). Narzuciła mi ją szkoła, środowisko, dom rodzinny, w którym nigdy głośno nie mówiło się, że mogło być inaczej. Narzucił mi ją system totalitarny tak samo, jak panom; mecenasowi – przepraszam, po studiach prawniczych – i panu senatorowi jako z zawodu? Nie pamiętam?.. –  zawiesiłem głos.

- Służba zdrowia – za senatora dopowiedział dyrektor.

- Zatem także, chociaż chyba w tym zawodzie najmniej. Niektórym politykom teraz wydaje się, że wojskowi działali na zasadzie świadomego upowszechniania nieprawdy. To bzdura – wyjaśniłem. – Dla wszystkich w państwie te zakłamania były jednakowe. Nieświadome lub prawie nieświadome, gdyż wpajany latami od dziecka fałsz, stawał się wyznacznikiem nowego. A nowe dyktowała jedynie funkcjonująca w państwie partia – PZPR, i jedyny prawy, narodowy rząd.

Inna rzecz, czy nowe warunki, nowe tworzące się partie i nowi ludzie przy władzy mogą korzystać ze wsparcia tych, którzy wspierali poprzedni, jak to nazywacie, reżim? Tak, o to bym się nie spierał. Nie powinni. To prawda. I niezwykle to skomplikowany problem. Musicie panowie wiedzieć, że kadra zawodowa to ogromny ładunek patriotyzmu i zaangażowania, w tym ideologicznego.

- Spowodowanego przez politruków – wtrącił dyrektor.

- Spowodowanego przez system funkcjonujący w państwie i w jego armii także. System, w którym rzetelnie, z pełnym przeświadczeniem, że czynią dobro, wypełniali nałożone na nich obowiązki także oficerowie polityczni. Ale obok nich był cały wspierający dowódców, aparat partyjny, organizacje i ogniwa społeczne, sądy i prokuratury wojskowe, organa ścigania WSW i służby kontrwywiadu wojskowego.

Zatem, co do winy politruków... – podniosłem dłonie na znak wątpienia – proszę bardzo, przychodźcie panowie do koszar, spotykajcie się z kadrą, rozmawiajcie i sondujcie, a sami zobaczycie. To nie tylko polityczni, ale całe środowiska oficerskie są dzisiaj bastionem starego systemu, minionej epoki. Trudno będzie to zmienić w krótkim czasie, zaniechawszy jakiegokolwiek oddziaływania. Myślę, że po tym, co już zaszło i jest widoczne gołym okiem, najlepsze – prócz dokumentowania się nowego w praktyce – byłoby wyjaśnianie prawdy o starym i mówienie prawdy o tym, co nastąpi. Bo jednocześnie, z powodu dotychczasowego zakłamania, frustracje także wśród oficerów są ogromne.

Myślę, że odrodzona armia; skoro ma być narodowa i prorządowa, nie może być apolityczna. Powinni w niej funkcjonować ludzie, którzy będą wyjaśniać zawiłości władzy. Mówiąc szczerze, ja do takich już bym należeć nie chciał. Moim zamysłem jest jedynie pokazać, że można w wojsku przywrócić normalność, że należy odejść od tego, co było złe, fałszywe, że każdy odpowiedzialny oficer, któremu otworzyły się oczy „na nowe”, potrafi być odpowiedzialny. Bo zawód oficer, to zawód bezpośrednio związany z Polską, patriotyzmem i wolnością kraju.

- Ładnie pan mówi, ale... – dyrektor spojrzał na senatora, który słuchał mnie z opuszczoną głową, nie patrząc żadnemu z nas w oczy. – Ale powiedz Staszek. Przysięgali wszyscy na sojusz z ZSRR.

- No a komu mieli przysięgać? Takie były warunki – senator podniósł głowę i w geście bezradności rozłożył ręce.

- Byliśmy drugą armią w Układzie Warszawskim, po ZSRR. To nie kto inny, tylko państwo zafundowało nam taką przysięgę.

 

Byłem zaskoczony wywodem, jaki wygłosiłem. Chyba wszystko, co przez cały dzień – od zaskakującej decyzji weryfikującej moje stanowisko służbowe – nazbierało się, teraz wylało się ze mnie szeroką lawą żalu i niezadowolenia. I aż dziw bierze, że panowie pozwolili mi na taki długi wywód. Słuchali go zresztą z uwagą i jakby zaskoczeniem. Teraz, gdy wyjawiłem już, co mi na sercu leżało, było mi wszystko jedno. Obrażą się, czy będą buntować?

- A niech mi pan pułkownik powie, ma pan wśród oficerów z komendy przyjaciół, którzy popierają pańskie poglądy? – niespodziewanie zapytał dyrektor. Zaskoczył mnie. - To, co teraz powiedziałem, to moje odczucia, nie poglądy polityczne. Mówiłem już, że ode mnie teraz żąda się, bym w sprawach politycznych milczał.

 – Ale przecież rozmawiacie między sobą – upierał się dyrektor. – Ja nie chcę niczego panu zarzucać, proszę mnie zrozumieć. Ciekawi mnie tylko, czy ma pan przyjaciół, którzy myślą otwarcie i można by im zaufać. Bo widzi pan, myślimy o stworzeniu takiego środowiska, które grupowałoby się wokół naszych założeń.

Senator kolejny raz poczuł się niezręcznie. Tak to odebrałem. Bo chyba nie ustalili wcześniej, że będzie tylko milczał, ewentualnie chrząkał. No i czas płynął nieubłaganie.

– Nawet gdybym poznał do końca wszystkie panów poglądy, to i tak chyba nie powinienem występować poza obowiązujące mnie przepisy. Panie senatorze, niech pan sam powie: przecież ustaliliście panowie, że angażowanie się oficerów w politykę, byłoby przekroczeniem ich kompetencji?

- No ale prywatnie, sam pan mówił, że jako politolog może pan mieć swoje zdanie – upierał się dyrektor. – Zresztą w środowisku, o którym mowa, byliby także prawnicy i nic panu by nie zagrażało z powodu popierania naszych idei.

Ponieważ senator nie zajął stanowiska, starałem się przejść do konkretów, bo jak domyślałem się, o takie panu dyrektorowi chodziło. Nie przypuszczam, że chcieli mnie podejść, by potem to przeciwko mnie wykorzystać.

- Nie mogę i proszę nie liczyć na mnie.

…Nie będę podpisywał się pod jakimikolwiek dokumentami dotyczącymi rozszerzenia garnizonu WP w Legnicy, ani włączał się w akcje antyradzieckie. Są to sprawy ministerstwa, okręgu wojskowego, przełożonych. Nie leżą w moich kompetencjach

Ostatecznie uzgodniliśmy, że zostanę doradcą w sprawach formułowania treści pism i dokumentów, jeśli chodzi o sprawy merytoryczne, wojskowe nazewnictwo i typowanie stosownych osób (co do ich kompetencji).

Obaj Panowie zbierali się do wyjścia, gdy pan mecenas przypomniał sobie jeszcze: – Ależ, byłbym zapomniał, a to takie ważne. Chcieliśmy podsunąć panu pułkownikowi pomysł napisania listu do papieża. Takiego od żołnierzy, w imieniu żołnierzy, rozumie pan, zapraszającego papieża na uroczystości 750 – lecia bitwy pod Legnicą...

Było już późno, chciałem się jeszcze trochę przespać przed podróżą, a tu wszystko takie frapujące. Ponownie na chwilę przysiedliśmy. Powiedziałem im o telefonogramie z ministerstwa oznajmiającym planowanie pielgrzymki kadry zawodowej WP do Rzymu i naszej wewnętrznej decyzji, żebym reprezentował Ośrodek. I o zgłoszonym już przeze mnie pomyśle do przełożonego, zabrania takiego zaproszenia.

Byli zaskoczeni. - To wspaniale – ucieszył się mecenas.

Obiecali poparcie; włącznie z wiceministrem Komorowskim, gdyby zaszła taka potrzeba.

A ja myślę, że połączyłbym dwie sprawy: własnych przeżyć duchowych, ze sprawą przekazania papieżowi intencji władz miejskich, a może i intencji władz wojskowych, gdyby zaakceptowało to ministerstwo?

Z kawiarni wyszliśmy po dwudziestej. Senator odjechał swoim samochodem, a mecenasa odwiozłem na Planetarną, do znajomych – jak powiedział.

Po 22.00 zdrzemnąłem się. Spałem twardo. Dobrze, że poprosiłem oficera dyżurnego, by o 0.15 obudził mnie i przysłał mi UAZ-a, żeby mnie odwiózł na dworzec PKP.

Czułem się zmęczony. Pociąg był przepełniony, tłok był nawet w jedynce. Znalazłem jednak miejsce siedzące. Zdjąłem marynarkę i powiesiłem nad sobą; sadowiąc się pod oknem i wsadzając głowę pod jej poły.

Obudziłem się, gdy świtało. Korzystając z tego, że pozostali pasażerowie nadal spali, mogłem uzupełnić dziennik. A kiedy pociąg zbliżał się do stolicy, wyszedłem do toalety, przemyłem oczy zimną wodą, przyczesałem włosy. Twarz miałem zmęczoną.

Ale sprawy trzeba załatwić dobrze.

 

11. 08. 1990 r. - sobota (po 21.30)

 

„Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia” – głosi znane porzekadło. Skoro od 1 września mam bezpośrednio podlegać pod komendanta, uczę się powściągliwości w działaniu. Tylko sprawy wychowawcze i tylko za wiedzą, zgodą komendanta. Lub z jego polecenia, ale… raczej zawsze staram się być samodzielny. Nie lubię, jak się mnie popycha.

A tymczasem komendant nadal jest rekonwalescentem; chodzi o kulach. Już kilka miesięcy komplikuje mu się gojenie złamanej nogi. Podobno teraz po przeszczepie kości (pobraną z biodra chrząstką kostną uzupełniano mu jedną z kości podudzia), ma wreszcie szansę całkowitego powrotu do zdrowia. Oczywiście w tej sytuacji obowiązki na zewnątrz sztabu wypełnia za niego liniowiec; ćwiczenia, musztry, zbiórki na placu koszarowym.

Gdy wracałem z Andrzejem z porannego rozprowadzenia pododdziałów do zajęć, komendant poprosił mnie do siebie. Miał prywatną prośbę; żebym mu przywiózł od sojuszników skrzynkę wody borżomi. Tej słonawej, ekskluzywnej wody mineralnej nie dostanie się w ich sklepach na terenie graniczących z nami koszar przy lotnisku, do których mamy dostęp przechodząc przez biuro przepustek (mundurowi przechodzą bez problemu, zaś idąc w ubraniu cywilnym, należy wylegitymować się stojącemu na bramie wartownikowi).

Nieważne, czy woda miała być dla niego, czy dla szefa wojsk Okręgu, na wizytę którego od rana oczekiwał; zadzwoniłem do Wołodii, który umówił mnie z kwatermistrzem na obiekcie przy rozwidleniu ulic Chojnowskiej, Działkowej i jakiejś tam jeszcze, i pojechałem.

Liczne magazyny – jak oni nazywają sklepy – z artykułami przemysłowymi i spożywczymi mieściły się na parterze dużego budynku, który przed wojną zapewne był gmachem jakiejś szkoły, a teraz spełniał rolę sztabu kwatermistrzostwa PGW AR, i w obrębie pawilonów w rozległym podwórzu.

Oficer w stopniu majora towarzyszył mi podczas dokonywania zakupów, zapoznając przy okazji z możliwościami wyboru odpowiednich towarów. Gdy wyraziłem chęć przyjazdu prywatnie, kiedyś po wypłacie – jak wyjaśniłem – żeby kupić dzieciom buty i ubrania (mieli m. in. przepiękne, kolorowe, ozdabiane haftami i motywami bajkowymi ubranka dla dzieci), major dał mi swoją wizytówkę, wyjaśniając, że wystarczy, żebym wcześniej do niego zadzwonił.

Wracając od Rosjan, wstąpiłem do biura paszportowego. W telefonogramie precyzującym zasady udziału w pielgrzymce do Rzymu był między innymi zawarty wymóg posiadania paszportu, a ja dotychczas takiego nie posiadałem. Ku mojemu zdumieniu urzędu paszportowego, znajdującego się dotychczas przy ulicy Świerczewskiego, nie znalazłem. Tablice zostały zdjęte, a dwóch młodych pracowników od strony zaplecza ładowało do bagażówki paczki i zdemontowane na części regały. Pomieszczenia biura świeciły pustkami.

Panowie wyjaśnili mi, że biuro przeniesiono tymczasowo do budynku przy ulicy Dworcowej 5. - Prowizorki, zmiany, restrukturyzacje, przemeblowania...

Wokół niepewność. I tymczasowość.

Pojechałem za nimi. Nie wiem, prawda to, czy wybieg? Powiedziano mi, że nie ma paszportu, bo oddałem złe zdjęcie; wykonane na zbyt twardym papierze rzekomo nie odciskało pieczęci.

Kiedy wróciłem z wodą do koszar, szef wojsk łączności był już w gabinecie komendanta. Przywitał się ze mną i lekko zaczerwienił. - Słyszałem Jan, że zabiegasz o etat w Watykanie? – palnął z ironią w głosie.

- Gdyby się dało, czemu nie, szefie. Trzeba jakoś się ratować, skoro tu mnie nie chcą – zażartowałem. Napięcie zostało rozładowane. Komendantowi wyraźnie żart szefa nie spodobał się. Był przecież dowodem na to, że o mnie plotkowali. Spiesznie zatem wyjaśnił, że omówili już moją nową sytuację kadrową, szef nie ma uwag do propozycji, jakie mi wcześniej przedstawił, a teraz, jeśli chcę, mogę pozostać przy omawianiu innych spraw kadrowych kadry Ośrodka. Poprosiłem o pozwolenie zajęcia się swoimi sprawami.

- Dobrze, ale wróć tu za godzinę, no, półtora... Odprowadzisz szefa do samochodu – pokazał na swoje „szczudła”.

 

13 sierpnia - poniedziałek (od 21.55)

 

Z samego rana wykonałem telefon do swojego szefa, w dowództwie Okręgu. Przypadkowo odebrał telefon mój przyjaciel. Roman wyjaśnił, że szef nie może podejść, bo jest zajęty. – A co chcesz od szefa? Mów, przekażę! - krzyczał w słuchawkę. Nie wiem czemu, źle było słychać, a przy pierwszej próbie połączenia zgłosiła mi się radiostacja radziecka.

- Hałło, Bisior?! – dopytywał obcy głos.

- Kakij bisior? Ja dzwaniu na Odru! Wykluczajsa!... – Odra to kryptonim Okręgu i Wrocławia. A Bisior? Wojska radzieckie w Legnicy. Jakim cudem jeszcze oni wchodzą na nasze łącza? To wszystko wina starej centrali wewnętrznej – pomyślałem.

- Chciałem go spytać, na kiedy muszę mieć ten paszport, bo w telefonogramie nic o tym nie ma.

- Paszport? – powtórzył. – W ogóle na razie nie będzie ci potrzebny – wyjaśnił.

- Jak to? – pomyślałem, że nie zaskoczył, co mam na myśli.

- No mówię chyba jasno?!

- ???

- Byłeś w szerokim finale, a teraz jest ścisły. Wiesz, o co chodzi? Zadzwoń później, za godzinę, na mój telefon.

Ze swojego numeru telefonu Roman wyjaśnił: – Mogę ci tylko powiedzieć, że na liście ostatecznej cię nie ma.

- Czy ktoś miał zastrzeżenie do mojego nazwiska?

- Mogę ci tylko powiedzieć, że z Okręgu jedzie 10 osób. Klucz jest teraz taki: 2 podpułkowników, 3 chorążych, 4 podoficerów. I szukają jednego pułkownika, ale to będzie któryś z szefów z Okręgu.

- W telefonogramie było, że po jednym z jednostki. I były też kryteria; ode mnie miał być oficer starszy!

Widocznie mówiłem podniesionym głosem, bo Roman próbował mnie uspokoić.

- Jasiu, co ty?! To do weryfikacji.

- Nie było tam o żadnej weryfikacji. Widzę, że nadal pracujecie starymi metodami! – uczyniłem mu wyrzut.

- O, stary! Przepraszam cię. Ja tylko powiedziałem ci prywatnie, co widziałem.

- Rozumiem druhu. Przepraszam.

- No więc?

- Jeszcze raz dzięki. Trzymaj się! – Pożegnałem przyjaciela. Mówienie w tej sytuacji mu o planach związanych z wyjazdem, mijało się z celem.

No cóż, szkoda. Miałem nadzieję nie tylko na uduchowioną podróż, ale i potrzebę wypełnienia misji. Przyjazd papieża do miasta, w którym stacjonują główne siły wojskowe bloku wschodniego, to byłoby coś.

W południe zapukałem do gabinetu komendanta. Nie było go; zastępował go pułkownik Wyrowski. Jurek rozmawiał z kwatermistrzem, pułkownikiem Madalińskim. Kwatermistrz osiągnął pełną wysługę i szykuje się do odejścia do rezerwy. Przed rozliczeniem jednak musi zrobić niezbędne badania lekarskie, by stanąć na komisji, która ustali jego stan zdrowia w momencie rozstania z armią.

- Siadaj Jasiu. Co słychać? – Jurek pokazał na miejsce obok kwatermistrza.

- Chciałem pogadać z komendantem, bo w Okręgu skreślili mnie z listy kandydatów na pielgrzymkę.

- Skreślili cię? Poważnie? A dlaczego? Komendant pojechał do szpitala do ojca; jest ciężko chory. Mówił, że przed trzynastą będzie – wyjaśnił.

- A co panu pomoże komendant, jak decyzja już tam zapadła? – zapytał z charakterystyczną dla siebie nutą sarkazmu kwatermistrz.

- Nie to miałem na myśli, żeby pomagał. Chciałem go tylko powiadomić. A dlaczego tak się stało? Bo zmniejszyli liczbę osób do dziesięciu. I nie potrzebują pełnego pułkownika z terenu. Jeśli taki pojedzie, to będzie nim któryś z szefów z Okręgu.

- Na dobrą sprawę nie mogą przecież wysłać do papieża kompanii wojska – wtrącił kwatermistrz. – Dziesięciu… Razy tylko trzy okręgi to już jest trzydziestu, a przecież pozostają jeszcze marynarka, lotnictwo i instytucje centralne – myślał głośno i zapewne miał rację. - Wie pan, panie pułkowniku – zmienił ton wypowiedzi, przydając tym zainteresowania – z tym organizowaniem pielgrzymki jest jak z moją komisją lekarską. Trzeba być cwaniakiem albo mieć szczęście.

- Nie rozumiem – przyznałem, gdyż zawiesił głos na dłużej, jakby nie miał zamiaru wyjaśnić, co miał na myśli.

- Przecież pan wie, że wystarczy tylko pochodzić czterdzieści lat w wojskowym płaszczu sukiennym, który waży niemal tyle co worek ziemniaków, by mieć chory kręgosłup, nie mówiąc już o innych przyjemnościach wynikających ze służby.

- To prawda – przyznałem. - Wystarczy, że w nim postoję na placu apelowym godzinę i mam dosyć. Przydeptuję z nogi na nogę, a potem muszę chociaż parę minut posiedzieć, bo promieniuje mi na czachę.

- No właśnie. A na komisji mi powiedzieli, że nie mam najmniejszych szans, by mi chorobę kręgosłupa uznali za zawodową, bo jak dotąd nikt nie wpadł na pomysł, by ją zaliczyć do tej kategorii. Owszem, mogą się o to ubiegać tylko ci, co pracują w przeciążeniach; niektórzy piloci i marynarze.

- I wiesz, co mu zaproponowali w zamian? – nie wytrzymał Jurek.

- No właśnie. Na siłę wypchali mnie do pułkownika Krzeszowskiego – wyjaśnił.

- Kto to taki? – nazwisko niczego mi nie wyjaśniało.

- Nie wiesz? – zdziwił się Jurek – psychiatra.

- On mi panie pułkowniku wpierał wprost:Na pewno ma pan słabą pamięć, wszystko pan musi zapisywać, a i tak pan zapomina. Pamięta pan lepiej rzeczy z młodości, niż ostatnie”.

- Nie, skąd? Pamiętam i tamte i te jednakowo – upieram się.

– „To na pewno pan bardzo się denerwuje. Nieraz to tak, żeby nawet pan zabił”.

- Ależ nie, panie doktorze. Jestem super spokojny człowiek – wyjaśniam. On patrzy na mnie z politowaniem i wybucha:To po cholerę tu pan do mnie przyszedł?!”

Zaczęliśmy się śmiać. I wtedy zadzwonił telefon. Jurek odebrał. – Ciiicho – syknął. – Prezydent miasta.

– Tak. Nie ma. Zastępuję go dzisiaj. Tak. O której? Ze Smalewskim? Jest u mnie, zapytam. Jasiu, możesz ze mną na czternastą pojechać do prezydenta?.. Może, panie prezydencie. Będziemy obaj.

Prezydent miasta już czekał. Poprosił nas do gabinetu urządzonego w starym stylu z meblami z dawnej epoki i polecił sekretarce, żeby mu nie przeszkadzać, na dziś skończył pracę.

Usiedliśmy przy wskazanym nam małym, czteroosobowym stoliku. Przez moment podziwiałem meble. Ich ornamentyka nawiązywała do... czasów piastowskich?

– Ma pan prezydent tutaj takie cenne zabytki, że zastanawiam się, czy wypada z nich korzystać? – pokazałem na ciężkie krzesło ze skórzanym siedzeniem, na którym wypadło mi usiąść.

- Proszę śmiało, nic im się nie stanie – zachęcił prezydent i dodał: – To jest gabinet, w którym przyjmuję tylko gości, a meble wytrzymają i mnie, i zapewne kilku następnych prezydentów.

Weszła sekretarka, wnosząc na tacy kawę i koniak. Z uśmiechem rozstawiła wszystko przed nami i wyszła.

– Pozwoliłem sobie zaprosić panów pułkowników, żeby uczcić święto żołnierza. Dowiedziałem się właśnie, że chyba wejdzie do tradycji na stałe. Propozycja jego akceptacji skierowana została do sejmu.

Przyznaliśmy, że nam miło z tego powodu i zabraliśmy się do słodzenia kawy.

– To jak przygotowania do mszy? Wszystko macie panowie już załatwione?

O to chodzi. Te życzenia tylko przy okazji – pomyślałem. Mimo to miły gest i wyjątkowy.

– Tak, pułkownik Smalewski wszystko dograł już z księdzem Bochnakiem, w koszarach też mamy wszystko ustalone – pospieszył z odpowiedzią Jurek.

- Już jest po trzynastej, koniak możemy wypić. Chociaż – prezydent zawahał się.

- W urzędach w ogóle nie można, prawda? – wtrąciłem.

- No właśnie. Można jedynie wtedy, gdy się przyjmuje zagranicznych gości. Dlatego lubię różne delegacje; Szwedów, Anglików, Niemców... Ale dzisiaj jest wyjątek: święto. Możecie czuć się panowie jak przedstawiciele NATO.

Śmiejąc się z żartu, podnieśliśmy koniakówki, prezydent miasta wzniósł toast za nasze zdrowie i sukcesy w służbie. Gdy sączyliśmy szlachetny trunek, kontynuował: – No właśnie. Wtedy, przed tygodniem, co miałem być u was w komendzie, niespodziewanie musiałem przyjąć delegację z Niemiec, a potem... zatrzymały mnie pilne sprawy z tym wyjątkowo niesympatycznym wypadkiem, kiedy to Rosjanie zabili na drodze trzy osoby.

Mówiąc szczerze nic o tym nie słyszałem.

Korzystając z przywołanego tematu, prezydent przeszedł do wykładni stosunków polsko – radzieckich. – W przeciwieństwie do panów z urzędu wojewódzkiego staram się myśleć kategoriami interesu miasta – tłumaczył. – Przecież wiadomo, że skoro w Europie Zachodniej stoją wojska amerykańskie, tak szybko Rosjan się nie pozbędziemy. Sądzę, że chodzi tylko o uregulowanie tego w zgodzie z prawem. I na zasadach zdrowej ekonomiki.

I tu padły znane mi już oceny, że generał Dębicki źle to załatwia, że na skutek dotychczasowej polityki doszło i nadal dochodzi do skandalicznych postępków; dewastowania mienia społecznego, samowolnych rozbiórek budynków, braku podstawowych zasad higieny i.t.p.

Dowiedzieliśmy się też, że generał Dubynin obiecał do końca przyszłego roku wycofać z Legnicy większość wojsk radzieckich, podkreślając, że wystarczy im tylko „kwadrat” i to co w koszarach. Poligony i to, co porozrzucane po mieście, oddadzą.

Władze miejskie w szczególności liczą na substancję mieszkaniową, która zresztą w generalnej większości wymaga kapitalnego remontu.

- A jakie plany ma pan prezydent w odniesieniu do radzieckiego osiedla za naszymi koszarami? – zapytałem.

- A co, interesuje na nim coś pana?

- Nie, tak tylko pytam. Oglądaliśmy go parę dni temu, z kolegą pułkownikiem – pokazałem na Jurka – jest bardzo zaniedbane. Wiem też, że wojsko nie jest zainteresowane nim, gdyż nie posiada wystarczających środków finansowych.

- Zamierzamy go oddać jako częściowe zadośćuczynienie wszystkim tym, co pozostawili swe dobra na Wschodzie. A było tego sporo – dodał. – Nie wiem, czy to osiedle wystarczy.

- A może by nam pan prezydent powiedział parę słów na temat piątkowej wizyty w kurii biskupiej – zaproponował Jurek.

Prezydent jakby się zawahał, po czym nie podejmując wywołanego tematu, kontynuował informację o Rosjanach. Opowiadał, jak zwiedzając kraje Europy Zachodniej, obserwował bazy amerykańskie w Grecji, Belgii, w Niemczech i we Włoszech. Że nie są tak poodgradzane murami od społeczeństwa, że za wszystko płacą, dbają o swój teren, że dużo mają rzeczy tymczasowych, że chodzą po cywilnemu itd.

Dopiero, gdy podzielił się z nami tymi refleksjami porównującymi sytuację Legnicy pod swoistą okupacją Sowietów ze stanem baz amerykańskich w Europie Zachodniej, przeszedł do odpowiedzi na pytanie Jurka.

- A propos wizyty u kardynała Gulbinowicza, panowie pułkownicy coś wiedzą? – zapytał.

- W telewizji podano tylko w Rozmaitościach (z Wrocławia), że delegacja z Legnicy pod pana przewodnictwem spotkała się z kardynałem Gulbinowiczem i że omawiano ważne sprawy dotyczące miasta – wyjaśnił Jurek.

- Jak podano? – zdziwił się prezydent. – Że niby pod moim przewodnictwem? Przecież to nieprawda. Byli tam przedstawiciele województwa; pan Jaworski, pan Potycz – pełnomocnik rządu, obaj księża prałaci.

- Tak zrozumiałem. A może po prostu dziennikarze uogólnili – tłumaczył się Jurek.

Napiliśmy się trochę koniaku, prezydent kontynuował. - Nie wiem, czy panowie wiecie, że to kościół świętej Trójcy był po wojnie kościołem garnizonowym. I dlatego już dwa lata temu obiecałem prałatowi Jóźkowowi, że garnizon tam powróci. Leży on w obrębie ulicy Świerczewskiego, gdzie stacjonuje wasza jednostka. A do kościoła świętych apostołów Piotra i Pawła za daleko jest i kadrze, która mieszka przecież na osiedlu Kopernika, i żołnierzom. Przyznam szczerze, że osobiście, żeby sprzeczne interesy pogodzić, zaproponowałem trzecie rozwiązanie. Przejęcie kościoła ewangelicko – augsburskiego, którego chyba jednak kardynał nie zaakceptował.

Dlaczego ja to podjąłem? Tak się złożyło, że miałem w przeszłości okazję zaprzyjaźnić się z księdzem kardynałem; kardynał mówił mi nawet na „ty”, chociaż ostatnio coraz częściej podkreśla, że: „No przecież ty jesteś teraz prezydentem więc muszę ci mówić per panie”.

Rozmawiałem także z kardynałem na temat przybycia do Legnicy, ponownie po wielu dziesiątkach lat, kongregacji braci Franciszkanów – kontynuował prezydent. – I też tutaj nasze poglądy się rozeszły – wyjaśnił – za co Adaś Jaworski i Potycz zębami na mnie zazgrzytali. Bo uparłem się, że za obiekty, które im przekażemy, muszą zapłacić miastu 400 milionów złotych. I muszę panom powiedzieć, że kardynał przyznał mi rację. – „Wiesz, ty masz rację. Niech zapłacą”powiedział. Zresztą cóż to jest dzisiaj czterysta milionów? Wprawdzie i tak będą – jak szacujemy – musieli, żeby to wszystko uruchomić, włożyć dodatkowo półtora miliarda złotych, no ale...

Adaś mi wytyka, że ja jestem tym, który chce ponownie wygonić z Legnicy ojców franciszkanów – zaśmiał się. – A ja chcę tylko załatwić to rozsądnie. No bo jakim prawem mieliby nic nie płacić? Wszyscy dzisiaj płacą.

- A przepraszam, panie prezydencie, na temat ewentualnej wizyty papieża w Legnicy rozmawiali panowie? – pozwoliłem sobie przerwać mu ten interesujący wywód.

- Tylko sygnalnie. Tu gra rolę polityka – wyjaśnił prezydent. – Przecież zobaczcie panowie, papież wybrał już na miejsca pielgrzymowania miejscowości położone centralnie; co do których nikt nie rości sobie pretensji terytorialnych.

Wprawdzie pamiętam dobrze, jak dwa lata temu papież obiecał uwzględnić Legnicę – z okazji 750 – lecia bitwy, ale więcej tego nie powtórzył. Kardynał też jakoś jest powściągliwy w tej sprawie.

Nie wiem, czy panowie wiecie, że kardynał z pochodzenia jest Litwinem? Chwalił się nawet ostatnio, że rozmawiał z panią premier Litwy po litewsku i niemiecku.

A co do pielgrzymki... Myślę, że to nie przeszkadza ponowić z naszej strony zaproszenie, aczkolwiek trzeba mieć świadomość, że będzie to gest czysto kurtuazyjny. Zresztą jak tam panowie referowali; chyba pan Jaworski, ktoś z panów wojskowych zamierza przedstawić papieżowi takie zaproszenie osobiście?

- Tak. To ja miałem być, ale sprawa już jest nieaktualna.

- A dlaczego? – zainteresował się prezydent.

- Okazało się, że w sztabie Śląskiego Okręgu Wojskowego, po weryfikacji listy kandydatów na pielgrzymkę do ojca świętego, zostałem z niej wykreślony. Chyba za wysoki stopień wojskowy jak na teren. Pełny pułkownik pojedzie z Okręgu.

- I co pan na to, panie pułkowniku, mam interweniować?

- Do kogo, panie prezydencie?

- Jeśli panu na tym zależy, mogę wysłać telex do wice-ministra Komorowskiego.

- Nie chciałbym sprawiać kłopotu.

- Ale proszę bardzo. Musiałby tylko pan podać mi podstawowe dane – wyjaśnił.

Chwilę później pożegnaliśmy się. Prezydent wyraził nadzieję, że spotkamy się na przygotowywanej przez nas uroczystej mszy świętej.

Cdn.

Pin It