Krystyna Habrat

 

 

CO  W CZŁOWIEKU CENIĘ NAJBARDZIEJ

Krystyna Habrat  W czasach szkolnych, studenckich  i jeszcze długo potem  wiedziałam to doskonale.   Co  w człowieku cenię najbardziej? Kto mi może zaimponować? Jaką cechę należy w sobie najusilniej pielęgnować? Moim kryterium oceniania ludzi była mądrość. No, inteligencja, ale też rozumowanie intuicyjne, tak zwana chłopska mądrość.

  Już na I roku studiów usłyszałam na wykładzie dr Strzembosza, że w starożytności wielu filozofów było wcześniej pasterzami. Kiedy nocami pilnowali stada owiec i patrzyli w niebo z gwiazdami, snuli  rozważania nad światem, bytem człowieka, prawami natury. Z tego snuli potem różne teorie filozoficzne. 

 

  Spotykałam i ja ludzi nie specjalnie wykształconych, których  cechowała  intuicyjna mądrość, oparta na obserwacji  świata dookoła. Mieli oni duże rozeznanie w prawach przyrody. Znali się na ziołach i zwierzętach, potrafili przewidzieć pogodę. Orientowali się w historii i polityce. Trafnie też oceniali innych ludzi, na przykład: czy ta dziewczyna jest odpowiednią kandydatką na żonę.

  Tak w tamtych latach mądrość ceniłam najbardziej. Nie przychodziło mi do głowy, że może coś bardziej imponować. Wkrótce na studiach uczyłam się: co to jest inteligencja i jak ją rozwijać. Potem o pamięci, wyobraźni i innych cechach umysłu. Szalenie mnie to pasjonowało. Robiłam wszystko, by rozwijać umysł.

  Z młodzieńczą bezczelnością ogłaszałam, że nie zaimponuje mi ktoś, kto nie czyta przynajmniej 25 poważnych książek na rok. Po dwie na miesiąc z biblioteki, jak wówczas wypożyczano, i coś kupionego w księgarni - to nie za wiele. A te "poważne książki" to: naukowe, popularnonaukowe lub powieści o wysokich walorach artystycznych, np. z Biblioteki Arcydzieł. Wtedy zresztą czytali wszyscy i to dużo więcej. Kupowało się książki, chodziło w maju na kiermasze książek, a były one w każdym mieście na ulicy. Zamawiało się pełne wydania. Stąd mam 27 tomów mego ulubionego Conrada oraz "Historię estetyki" w trzech tomach - Tatarkiewicza. Tylko to było w czasach przedkomputerowych. Książka, teatr, koncert, kino, muzeum - wypełniały zapotrzebowanie intelektualne. Ale komputery oczywiście już były. Zwiedzałam raz ich ośrodek w biurze projektów, gdzie pracowałam. Stało ich w sali kilka, a każdy  wielkości  olbrzymiej szafy. I mało kto potrafił je obsługiwać.

 

  Teraz już inaczej oceniam ludzi. Najczęściej biorę pod uwagę czyjś poziom szlachetności i jej przeciwieństwo: wredność.  

  Staram się zanadto nie oceniać, a już nigdy nie wymuszać, aby ktoś przystawał do moich kryteriów. Mówię  czasem: niech każdy będzie sobie jaki chce, byle innym nie  wyrządzał nic złego. I tu się zaczyna problem. Często musimy oceniać innych. Ostatnio nawet jakby częściej. Oceniamy bohaterów książek i filmów, kandydatów na posła czy radnego przed wyborami. Wpajając dzieciom pewne zasady, też pokazujemy im wzorce na abstrakcyjnych postaciach (by nie obgadywać tych prawdziwych), żeby  wiedziały, co jest dobre, co złe, do czego dążyć, czego się wystrzegać.

  Teraz łapię się na tym, że najwyżej cenię w człowieku jego szlachetność. To nie musi być zaraz bohater na miarę historii, ale zwykły, poczciwy obywatel, cicha sąsiadka z mieszkania obok, krewny, lub znajomy, którego wspaniałe przymioty odkryliśmy dopiero podczas  wspominków na jego stypie.  Tak, był szlachetny, ale my tego nie zauważyliśmy. Cichy, dobry, uprzejmy, ale nikt o nim nie pisał. Nie robiono z nim wywiadów. Umarł cicho. A był naprawdę szlachetny, bo…

  Szlachetność to wysokie standardy moralne: uczciwość, życzliwość dla bliźnich, skłonność do pomagania innym, prawdomówność, patriotyzm, bezinteresowność,  przestrzeganie zasad  dekalogu... Kultura osobista, uprzejmość. Ale to jeszcze coś więcej ponad zwykłą poprawność. To   dawanie z siebie innym czegoś ponad to. Może poświęcanie się?

 

  Tu muszę się namyślić i dopowiem może później.

   Po jakiejś godzinie wracam tu, bo już wiem, jak to zdefiniować! Szlachetność to coś, o czym mówimy: wielkie serce. Człowiek o wielkim sercu.

 

 

  O wrednym tego nie powiemy. Uważamy raczej, że ci mają ciasne serca, bo brakuje w nich miejsca dla bliźnich. Dla miłości. Wredni nikogo tak naprawdę nie kochają, a wszystkim zazdroszczą i szkodzą, wtykając takiemu kij w szprychy.

A   więc teraz o drugiej stronie medalu, czyli o wredności.

   Wredność to niskie standardy, czyli same obrzydliwe wady kogoś, z kim się nie daje wytrzymać. Nawet tych wad jest tyle, że w jednym człowieku by się nie pomieściły. Podobno każdy, nawet największy  bandyta ma w sobie  jakąś cząstkę dobra.

  Przed laty słyszałam w radio nagranie, jak skazany na karę śmierci przestępca przyjął to w milczeniu, ale zawył boleśnie i krzyknął: Nie! Nie!, gdy zaraz taki sam wyrok ogłoszono jego młodszemu koledze, z którym się w celi zaprzyjaźnił i usiłował go bronić i ocalić. W tym momencie ujawnił swoje człowieczeństwo, nić empatii dla współtowarzysza zbrodni.

  Pomijając ten litościwy wtręt, wiemy dobrze, czym jest wredność. Musimy unikać takich ludzi, bronić się przed nimi, odtrącać ich - niestety, bo to jest poza kategorią miłosiernego wybaczania. Zresztą tacy bywają do słabszych psychicznie przyczepieni i nieraz na nich żerują. Bywają wredni, gdy mogą sobie na to pozwolić, gdy nie muszą się do innych dostosować.

  Ogólnie mówiąc, są to ludzie wyrządzający innym krzywdy. Ale w różnym stopniu. Pomijam przestępców, psychopatów i ludzi jakich unikamy, a opisuję  przeciętnych, co są pośród nas.

  Wredny to ten, co wysłucha czyichś ufnych zwierzeń, a  za jego plecami opowie to innym i wyśmieje. To człowiek agresywny, który z każdym się wadzi o byle co, a głosi, że to jego krzywdzą, bo on taki biedny, chory i ma kompleksy. To  cwaniak,  zakłamany, nieuczciwy, chytry, zawistny, egoista, chcący każdego wykorzystać.  Wredniak ocenia innych według kryterium: na co mu się kto przyda. Ktoś ma wujka w ministerstwie, inny pieniądze. Warto takich znać i skorzystać z okazji - myśli interesowny wredniak.

  Taki sam nic nikomu nie da, nawet dobrego słowa, ale wymaga od innych. A zazdrości każdemu wszystkiego i zawsze umniejsza czyjeś sukcesy, wynajdując dziurę w całym. Wchodzi dziewczyna w pięknej sukni, a zazdrosna koleżanka udaje, że nie zauważa, a wreszcie krzyczy z satysfakcją: ale masz tutaj plamę! I  to się nie spierze! Innym razem zazdrośnica  zgasi czyjąś opowieść o odniesionym sukcesie: "ale się chwalisz".  

  I wredny to taki, co o wszystkich mówi źle. Kiedyś sądziłam, że to przywara płci pięknej, takie sobie ploteczki dla rozryweczki, ale mężczyźni bywają w tym równie zajadli, a nawet bardziej okrutni. Widzimy to czasem w telewizji w wypowiedziach niby-dżentelmenów wobec wybitnych kobiet.

  I jeszcze agresja. Wredny nikogo nie lubi i łatwo wybucha agresją. Obrzuca o byle co wyzwiskami, wszczyna kłótnie, operuje nieparlamentarnym językiem, jest głośny i nieobyty. To zresztą, jak i wiele innych cech wcześniej wymienionych, odnosi się do obu płci po równo.

   Na koniec  podsumuję cechy wrednego osobnika płci tej lub tej:  zakłamanie, chytrość, chciwość, nieuczciwość, skrajny egoizm, nieżyczliwość, agresywność, zawiść, mściwość, złośliwość, cwaniactwo, negatywne nastawienie do wszystkich, karierowiczostwo, obgadywanie za plecami, umniejszanie innym powodzenia poprzez aluzje typu: "ale się chwalisz", brak zasad... Wystarczy.

  Ale są osoby na których wredny żeruje. Są to na przykład potulne żony. I zakochany mąż pantoflarz znoszący żonine humory i histerie. Albo ludzie szlachetni, którzy usiłują wrednemu pomóc, nawet go wychować. Przynoszą takiemu sąsiadowi kawałek placka na niedzielę i starają się go udobruchać, żeby nie wrzeszczał tak za ścianą, że uszy puchną. I poniechał brzydkich słów, bo dzieci słyszą.

 

  Najdziwniejsze, iż negatywnych wyznaczników osobowości przeciętnego obywatela można wymienić dużo, dużo więcej niż pozytywnych.

  Ja mam jednak szczęście znać wiele osób szlachetnych. I wielu takich życzę każdemu.

 

Krystyna Habrat

 

 

Pin It