Jan Stanisław Smalewski

Ich ostatnia defilada (9)

 

 

smalewski2

4 sierpnia 1990 r. - sobota (po 22.15)

 

W wiadomościach wieczornych TV podano, że jeden ze znanych braci Kaczyńskich zwrócił się z oficjalnym apelem do prezydenta Jaruzelskiego o złożenie przez niego urzędu. Twierdził, że jest za w pełni demokratycznymi wyborami prezydenta przez zgromadzenie narodowe (sejm i senat). Na razie na kilka miesięcy; tymczasowo, do wejścia w życie nowej ustawy konstytucyjnej o wyborze powszechnym na okres pięciu lat. Tłumaczył, że tak do końca trudno przewidzieć, chociaż sądzi, że przyszłe wybory powinien wygrać Wałęsa.

Słyszałem już o tym; w ostatnim czasie głośno jest o zabiegach braci Kaczyńskich, by ożenić naród z nowym prezydentem Wałęsą. Nie sądziłem, że chociażby tymczasowo na kilka miesięcy. Dalibóg, co mógłby takiego szczególnego dla narodu zrobić prezydent Wałęsa..?

Moi koledzy z komendy Ośrodka uważają, że dlatego tak się dzieje, że nie ma kto braci Kaczyńskich i im podobnych sprowadzić na ziemię. Gdybyśmy mieli prężną, odważną armię, a zwłaszcza jej przywódców, żaden z tego typu śmiechołapków nie odważyłby się spiskować publicznie w telewizji przeciwko zwierzchnikowi Sił Zbrojnych, prezydentowi wywodzącemu się z armii.

A tak przy okazji, przekazał to telefonicznie naszemu komendantowi szef wojsk łączności MON, wyjaśniając że po Warszawie ponoć krąży wierszyk: Nie matura lecz bliźnięta, zrobią z Wałęsy prezydenta.

 

Złożyłem szefowi w Okręgu krótki meldunek o wczorajszym spotkaniu kadetów z księdzem i planowanym udziale wojska w uroczystości patriotyczno religijnej 15 sierpnia, o który zwrócił się prałat Bochnak. Szef nie wnikał w szczegóły, zdając się na moje doświadczenie. Bliższych ustaleń, co do ewentualnego święta żołnierza, nie znał.

– Oni tam teraz w MON–ie wszystko na ostatnią chwilę, nie wiesz? Radzą się cywili, to zapewne coś wymyślą. Masz czekać! – polecił.

Mój pomysł, że podczas pielgrzymki kadry WP do papieża mógłbym ojcu świętemu przekazać zaproszenie do odwiedzenia Legnicy, zaskoczył go.

- Po co? – przerwał mi.

- Mamy tu rozległe tereny, na których mogłoby odbyć się spotkanie żołnierzy z całych Sił Zbrojnych...

– Ale po co? – powtórzył.

- Zbliża się 750. rocznica bitwy legnickiej. To doskonała okazja do połączenia spraw patriotycznych i historycznych z duchowymi; pod kątem przywracania normalności w wojsku polskim, jeśli chodzi o praktyki religijne i tworzenie duszpasterstwa wojskowego...

- Nie rozumiemy się. Dobra Jan, masz coś jeszcze pilnego, bo muszę kończyć, dowódca okręgu czeka na mnie.

Nie miałem. Szef nie zrozumiał moich intencji. A szkoda. Czyżbym... wyrywał się przed orkiestrę?

 

 

5 sierpnia 1990 r. - niedziela (po 22.40)

 

Po 21.00 odpoczywałem przez chwilę na balkonie nagrzanym słońcem w ciągu dnia. Gdzieś od zachodu zaciągnęło siarkowym smrodem, a potem dał się odczuć leciutki powiew nocy. Nagrzane do 34 stopni Celsjusza powietrze zaczęło powoli ustępować. Pojawiła się nadzieja na letnią burzę. Od jutra ma być troszeczkę chłodniej.

Wczesnym rankiem byłem zobaczyć działkę. Tego, co ujrzałem, nie oglądałem chyba przez całe 44 lata życia; uprażone, wręcz upieczone na słońcu owoce pomidorów, uschnięte krzewy malin i porzeczek, sparzone krzewinki truskawek. Nawet kwiaty tak spalone, że należy wątpić, czy jest w stanie uratować je porządny deszcz. Floksy, chryzantemy, astry... jakby kto polał gorącą wodą. Nie rozwinęły pąków mieczyki, giną georginie. Pięknie zapowiadające się tego roku fasole i ogórki wyglądają tak żałośnie, jakby rosły na pustyni.

Moim sąsiadom wyschły studnie, a w mojej ręcznej abisynce jest woda, ale to, co z niej leci, nadaje się raczej do baku samochodu. Już chwilę po odstaniu wody w wiadrze, pokrywa ją kożuch tęczowej benzyny. Jak musi być skażona ziemia na sowieckim lotnisku za płotem, że w wodzie gruntowej tyle trucizny? Warto byłoby zbadać poziom ołowiu w roślinach, czy w ogóle nadają się do spożycia? Sądzę, że nie.

Czwartkowy wyjazd do Wrocławia (w celu przekazania pisma o opiekę duszpasterską kanclerzowi kurii metropolitarnej) wykorzystałem do złożenia przyjacielskiej wizyty podpułkownikowi Romanowi Dąbrowskiemu. Od 16.00 do 20.00 gościłem w jego domu; przy alkoholu rozmawialiśmy o polityce i sprawach osobistych. Po ostatniej restrukturyzacji Zarządu Politycznego i przemianowaniu go na Oddział Wychowawczy, a w związku z tym obcięciu 60% etatów i obniżeniu jego rangi, w tym pod względem finansowym, wielu oficerów musiało odejść do rezerwy. Mój przyjaciel, Roman został szefem Wydziału Analiz Dyscypliny. Tak więc objął stanowisko, które ja zajmowałem do 3 kwietnia 1986 roku.

- Ty chyba nie widziałeś moich zdjęć z Bliskiego Wschodu? – zapytał.

- Nie byłem przecież jeszcze u ciebie po twoim powrocie z misji ONZ.

Roman przytargał trzy pokaźne albumy z przepięknymi kolorowymi zdjęciami. Nagle wydało mi się, że na zdjęciach grupowych jest za dużo osób, by wyłuskać wśród nich mojego przyjaciela. Romek przysiadł z boku i ochoczo je objaśniał. Gdy kolejny raz pomyliłem go z kimś innym, wykrzyknął: Co jest stary?!

- Jakieś nieostre te zdjęcia. - Odsunąłem album od siebie.

- Ręki ci zabraknie! Tobie potrzebne są patrzałki! – I podnosząc się, skierował się w stronę szafy.

– Zaraz to sprawdzimy. Proszę. Półtora dioptrii, zobacz – podał mi okulary.

- O matko! Ty masz rację! – wykrzyknąłem. – Teraz co innego, widzę ostro i z bliska?!

- Tak, tak, choroba mężczyzn po czterdziestce – zauważył z zadowoleniem, chełpiąc się, że miał rację. – Nie masz na co czekać. Okulista, i to jak najszybciej! Szkoda oczu. No i póki jeszcze możesz mieć okulary za darmo. Wiesz, że niedługo za wszystkie medykamenty będziemy musieli płacić. I wiesz chyba, ile ta przyjemność kosztuje?

- Wiem. Widziałem wczoraj w sklepie wędkarskim okulary ze szkłami samo ściemniającymi się. Były super. Za 277.000,– złotych.

- No to przesada. Zresztą takich w szpitalu nie dostaniesz.

 

 

6 sierpnia 1990 r. – poniedziałek (22.50)

 

Wreszcie ratunek dla przyrody! Od świtu, aż do 16.00, z różnym nasileniem padał deszcz. Ochłodziło się do 18 stopni, a pod wieczór na krótko ukazało się słońce.

Po obiedzie spotkałem się z księdzem prałatem. Zostałem poproszony na plebanię, by przekonsultować scenariusz uroczystej mszy świętej na 15 sierpnia; podwójne święto, bo i kościelne i 70. rocznica bitwy warszawskiej.

Przed południem przeprowadziłem konsultacje na temat możliwości udziału wojska w uroczystości patriotyczno – religijnej. Komendant całkowicie zdał się na mnie. – Wiesz, że będziesz odpowiedzialnym za całość? No i będziesz reprezentował dowódcę garnizonu, ja mam zaplanowany już wyjazd do Wrocławia – wyjaśnił.

Kierownik cyklu przedmiotów humanistycznych, podpułkownik Franciszek Kromolicki zaproponował odrzucić pomysł prałata, żeby w czasie uroczystości kościelnej głos zabrał oficer. Nie zgodziłem się z nim. Nie zgodziłem się także z kolejną jego propozycją, żeby w ostateczności wystąpił oficer spoza składu komendy Ośrodka. – A dlaczego? – dociekałem.

- Wie szef, jak szef wystąpi choćby z końcowym podziękowaniem, to ludzie powiedzą, że się przefarbował.

- Co znaczy przefarbował?

- Wychowawców kojarzy się przecież z byłymi politycznymi. A mówiąc ludzie, miałem na myśli naszą kadrę – wyjaśnił Franek.

- Nasza kadra powinna już dawno zrozumieć, że odeszliśmy od polityki w armii, a do moich obowiązków należy między innymi współpraca z Kościołem. Skoro zgodziłem się wypełniać tę funkcję, widocznie liczyłem się z tym. Chrzciłeś dzieci? – zapytałem wprost.

Franek zaczerwienił się i spuścił głowę.

- Przepraszam, twoja sprawa. Ja chrzciłem. Na mszy powinien wystąpić dowódca garnizonu. Słyszałeś, nie będzie go. Ja zatem to uczynię... Wystąpię, czy się komuś podoba, czy nie.

 

Czytając poranną prasę, wpadłem na pomysł napisania krótkiego wystąpienia, akcentującego ważniejsze elementy rocznicowe. W jego końcówce umieściłem krótkie podziękowanie dla duchowieństwa za zorganizowaną uroczystą celebrę. By nie pomylić funkcji i tytułów kościelnych, potrzebowałem pomocy prałata.

Ustaliliśmy w komendzie, że po raz pierwszy uroczystość uświetni apel poległych. Podjąłem się również zredagowania jego nowych treści; na bazie starego wzorca. Apel zgodził się poprowadzić komendant Szkoły Podchorążych Rezerwy podpułkownik Jerzy Świętochowski.

 

Prałat był mile zaskoczony, że poszliśmy dalej, niż oczekiwał. Podobał mu się pomysł z apelem poległych. W serdecznej atmosferze omówiliśmy szczegóły uroczystości.

- To dobrze, że pan pułkownik nie podjął akcentów dotyczących stanu wojennego – zauważył. – I dobrze, że nie ma ostrych podkreśleń, by dzień ten uważać za święto żołnierza.

- Delikatnie napomykam o tym, ale rozumie ksiądz prałat?, skoro nie ma ostatecznych decyzji najwyższych władz, nie mogę się pchać przed orkiestrę.

Chyba nie było to powiedzenie znane księdzu, bo poprawił mnie.

- Raczej nie powinien się pan pułkownik narażać.

- To nie chodzi o narażanie się. Skoro słychać ze stolicy głosy, że rocznicę bitwy warszawskiej należy uczynić świętem żołnierza, to zapewne tak będzie. Decyzji na razie jednak nie ma, ale my... poprzez taką właśnie organizację uroczystości, z apelem poległych, dajemy wyraz poparcia dla tej inicjatywy. Będę też myślał nad tym, by w apelu znalazły się stosowne treści dowiązujące do bitwy, a jakby coś jeszcze zmieniło się w ustaleniach z ministerstwa, zdążymy się dopasować – wyjaśniłem.

Ponieważ rozmowa przeciągała się, dałem się namówić na poczęstunek: kawę z mlekiem i ciasto.

Ksiądz prałat ma duży, pozytywny zresztą wpływ na mnie. I nie tylko rozumie wojsko, ale czuje go. Zapewne dlatego, iż podobnie jak ojciec święty wywodzi się z rodziny wojskowej; jego ojciec był przed wojną zawodowym podoficerem. Potrafi być serdeczny, a ma charakter – moim zdaniem – dobrego człowieka wywodzącego się z gór. Chyba, jeśli dobrze zapamiętałem, z okolic Nowego Targu.

- Muszę powiedzieć księdzu, że po maturze też miałem zostać księdzem. Taka była wola moich rodziców, a zwłaszcza mamy. Nie uszanowałem jej. Trochę w tym zapewne było też i winy opiekującego się mną księdza proboszcza z Sycowa. Ksiądz Kazimierz... chyba Świtkiewicz?

- Tak, znam. To znaczy znałem świętej pamięci księdza Świtkiewicza. Co on takiego zrobił?

- Zbyt... jakby to powiedzieć? Natarczywie? A może za wcześnie przystąpił do mojej edukacji w tym kierunku, wspomagając ją linijką i... Nazywał mnie chłopskim filozofem.

Ale nie to było najważniejsze. Zakochałem się wówczas w ateistce i to ona... to znaczy ta dziewczyna sprawiła, że nie posłuchałem się woli rodziców, wybrałem wojsko.

- Sądzę, że wbrew zewnętrznemu osądowi obie te profesje mają wiele wspólnego – zauważył ksiądz prałat. I widząc, że na mej twarzy zarysowało się zdziwienie, wyjaśnił; razem służymy społeczeństwu.

- W tym sensie zapewne ma ksiądz wiele racji. I muszę szczerze wyznać, że wbrew powszechnie teraz głoszonym opiniom o komunistycznym skażeniu polskiej armii, zawsze wypełniałem powinności żołnierza z przeświadczeniem, że dobrze służę ojczyźnie.

I tak na dobrą sprawę, a może raczej należałoby powiedzieć z ręką na sercu, wyznaję, że w aspektach winy, to znaczy wiary i grzechu, niewiele w swoim życiu popełniłem występków, z których powinienem się wyspowiadać.

Z tego, iż zmuszony byłem działać wbrew przekonaniom katolika, próbuję teraz się oczyścić, postępując zgodnie z sumieniem, bo takie wychowanie otrzymałem.

Ksiądz słuchał, zaskoczony chyba moim wywodem. I jakby czekał na potknięcie; kiedy palnę głupstwo. Upadnę, nie znajdując samemu możliwości podniesienia się.

- Związki mężczyzny z kobietą są ludzkimi związkami, Pan Bóg tak nas stworzył. A księdzem, panie pułkowniku... No cóż, na to trzeba...

- Zasłużyć sobie, wiem – dopowiedziałem.

- Nie to miałem na myśli – wyjaśnił prałat. - Do tego trzeba mieć powołanie. Widocznie sama wola matki, ani dążność, skądinąd zacnego księdza proboszcza, nie wystarczyły. Pańskim powołaniem było wojsko i mundur, nie służba Bogu, w sutannie.

I co, rozwiódł się pan potem z tą ateistką?

- A nie, to zupełnie inna historia. Dzięki niej zostałem oficerem. Ale moja matka postarała się o to, byśmy nie zostali razem. Nie byliśmy małżeństwem. Na przeszkodzie stanęły sprawy rodzinne, o których wtedy nie miałem zielonego pojęcia. Mój wujek, mąż siostry mojej mamy był w Sycowie burmistrzem. Dopuścił się jakichś karalnych czynów wobec wysiedleńców i na jakiś czas dostał się do więzienia. A sprawił to – jak się potem dowiedziałem – ojciec tej panny; komendant tamtejszego posterunku milicji. Opisałem to wszystko w pamiętniku, który – będąc już w armii – niebacznie zostawiłem kiedyś ukryty na strychu domu rodzinnego. Znalazły go moje siostry, pokazały matce. I... pamiętnik trafił do pieca, a przeciwko nam został uknuty spisek. Udał się, zostaliśmy rozdzieleni. Ożeniłem się potem z inną kobietą. I mam z nią ślub kościelny. I dwoje ochrzczonych dzieci. Ta kobieta jednak, gdy dzieci dorosły, odeszła ode mnie.

To teraz żyję w grzechu, bo ksiądz wie przecież... tamto małżeństwo w świetle katolickich zasad prawnych nie zostało rozwiązane.

- Tak, takie były czasy – westchnął ksiądz, zamyślając się.

- No cóż, dla mnie to są nadal trudne sprawy. I tak nie sądziłem, że uda mi się tyle księdzu powiedzieć. Może dlatego staram się być dzisiaj inny. Chciałbym, żeby przynajmniej w sprawach wiary ludzie nie przeżywali dramatów: wolno czy nie wolno katolikowi wziąć ślub w kościele, ochrzcić dzieci? Czy wolno publicznie przyznawać się do wiary?

- Jako kapłan mogę stwierdzić, że zetknąłem się z wielu takimi sprawami i potrafię je ocenić – wyjaśnił prałat. Jego twarz nadal była pogodna, a spojrzenie życzliwe.

- Jeśli chodzi o mój pierwszy związek, to... Nie wiem, co powiedzieć. W moim życiu szczyciłem się zawsze tym, że potrafiłem pomagać ludziom. W takich trudnych sprawach też. A potem, gdy przyszedł kryzys w mojej rodzinie, nie potrafiłem pomóc sam sobie.

- Bywa i tak. Chociaż czasem lepiej jest, kiedy sprawa znajduje taki finał, niż by miała przedłużać tragedię i Bóg wie, co jeszcze. Kościół dopuszcza takie sytuacje.

I tu prałat rozpoczął długi wywód, jak kościół ocenia sprawę rozwodów. Przyrównał ją do sakramentu święceń kapłańskich i ich zawieszenia w przypadku porzucenia szat zakonnych i sutanny. Mówił, jak to było za Pawła VI, który dopuszczał zawieszanie tego sakramentu w przypadku chęci zawarcia związku małżeńskiego przez byłego księdza, zakonnika. I jak powstrzymał ten proces Jan Paweł II.

Dowiedziałem się, że w krytycznym dla kościoła roku, jeszcze przed pontyfikatem Jana Pawła II, z tego powodu, głównie w USA, odeszło z kościoła 25 tysięcy księży, zakonników i zakonnic.

 

 

W środę 8 sierpnia 1990 r. (po 22.00)

 

Nie tylko wojsko zostało inspirowane do zmiany postaw wobec wiary katolickiej. Dzisiaj wspólnie z komendantem Ośrodka spotkałem się z komendantem Policji Państwowej porucznikiem Franciszkiem Pisarskim. Ku mojemu zdumieniu nie chodziło wcale o jakieś tam wspólne patrole z wojskiem, czy inne tego typu formy współpracy, ale o...  zorganizowanie wspólnej mszy świętej.

Komendant przyjechał do nas, by omówić możliwości dołączenia swoich pododdziałów podczas mszy w intencji ojczyzny, która miałaby się odbyć 1 września przed kościołem p.w. św. Apostołów Piotra i Pawła. Mój przełożony był przekonany, że coś o tym wiem, zapomniałem mu tylko o tym zameldować.

Nie wiedziałem. Wyjaśniłem, że dotychczas uczestniczyłem jedynie w ustaleniach dotyczących mszy na 15 sierpnia.

Porucznik Pisarski przyznał, że pomysł jest świeży, pochodzi zarówno od prałata Bochnaka, jak i towarzyszących mu przedstawicieli władz miejskich, z którymi rozmawiał wczoraj. Wyjaśniono mu – żartował – że musi odczekać w kolejce. Najpierw wojsko, a dopiero potem policja. A tak na serio, to nie poproszono policji o udział w uroczystościach patriotyczno – religijnych przygotowywanych na 15 sierpnia, bo to ma być święto wojskowe. Jego delegacja będzie jednak uczestniczyć w uroczystościach; będzie w niej jednak tylko on i jeszcze ze dwie, trzy osoby.

Oczywiście, komendant policji przy okazji zorientuje się, jak taka uroczystość powinna wyglądać, ale powiedziano mu, że głównym specem od organizacji będzie pułkownik Smalewski z wojska, w związku z czym ma do nas prośbę, o podjęcie współpracy i moją pomoc.

Komendant szybko przystał na to i przeszliśmy do tematów związanych z sytuacją policji w naszym mieście. Z rozmowy zorientowałem się, że w policji – podobnie jak w wojsku – dokonuje się wiele zmian. Dotyczą one na razie głównie ludzi, struktur i etatów. Za mało myśli się jednak o sprzęcie i logistycznych potrzebach, co utrudnia zwalczanie pospolitej przestępczości; Legnica w tym względzie do przodujących niestety nie należy.

Nie znałem nowego komendanta policji, ale wiele słyszałem już o nim. Kiedyś byłem zaskoczony, gdy mi wyjaśniono, że jest to porucznik.

Komendant w mieście wojewódzkim w stopniu porucznika? – byłem zaskoczony. I wtedy wyjaśniono mi, że porucznik niedawno zmienił na tej funkcji pułkownika. Ta zmiana spowodowana została – jak twierdzono – potrzebą restrukturyzacji organów porządku publicznego. Odsuwano ludzi z „dawnej nomenklatury”, zastępując ich tymi, którzy zasłużyli się dla nowej władzy. Pan porucznik Pisarski działał w strukturach opozycyjnych związków zawodowych.

U nas takie zmiany są niemożliwe, bo w wojsku zakazane były związki zawodowe; nie było więc działaczy sprzeciwiających się starym strukturom.

Takie są fakty. A rzeczywistość? Nowy komendant policji państwowej w naszym mieście to bardzo sympatyczny gość. Aż trudno mi sobie wyobrazić, że tego pogodnego, a jednocześnie błyskotliwego oficera stać było kiedyś na to, by sprzeciwiać się swoim przełożonym. Bo zapewne musiał to czynić.

A może dlatego, że miał otwartą głowę, potrafił się z tym uporać, a dzisiaj – mimo że jest oficerem młodszym – kieruje tak ważną instytucją. A jego dwaj zastępcy to pułkownicy…

Analizując powyższą sytuację, staram się sobie wyobrazić, że na miejscu mojego szefa jest jeden z niesfornych poruczników – pyskaczy, którzy co prawda nie działali w związkach zawodowych, ale wiedli prym w organizacji partyjnej. I... nie potrafię sobie tego wyobrazić. To byłby horror!

Ale komendant policji to wysoka kultura osobista...

 

 

Zapis z pociągu; w drodze do Warszawy: 9 sierpnia 1990 r. czwartek

 

Nie nadążam z notowaniem; tyle nowego. A czas upływa.

Z samego rana zadzwonił szef WSzW pułkownik Korzeniowski; zapraszał na kawę po obiedzie. Podziękowałem, wyjaśniając, że w najbliższym czasie nie zdołam wygospodarować czasu na towarzyskie pogaduszki, tym bardziej, że w nocy wyjeżdżam służbowo do Szefostwa Wojsk Łączności w Warszawie.

Dotychczasowy szef Wojewódzkiego Sztabu Wojskowego przekazuje obowiązki pułkownikowi Zdzisławowi Nawarze. Oficjalne przekazanie ma się odbyć 17 sierpnia.

Pułkownik chciał się jednak pożalić, że w związku z tym, iż odchodzi, nie poproszono go na obrady miejskiego sejmiku, podczas którego dokonano wyboru nowego wojewody. Został nim poseł Glapiński; 30 głosów za i 5 przeciwnych. Kontrkandydata nie było.

 

Przed południem spotkanie z komendantem; dogranie szczegółów uroczystości kościelnej na 15 sierpnia, dopracowanie scenariusza mszy polowej, bo tak ona ma się nazywać, i apelu poległych; w starym tekście brak było akcentów dotyczących bitwy warszawskiej, wyrzucić należało wszystko, co się zdezaktualizowało: jednostronne spojrzenie na II wojnę światową, na Lenino.

 

W samo południe wezwał mnie komendant. Był wyraźnie podekscytowany, może nawet trochę speszony.

– Masz, czytaj – nerwowo podał mi płat telefonogramu z nagłówkiem Sztabu Generalnego. – Najpierw usiądź – dorzucił w trosce, żebym potem „nie usiadł na podłodze”.

Czytając czułem, jak krew napływa mi do skroni. Mogłem się tego spodziewać, chociaż...

– Miałem jednak nadzieję, że... – nie wiedziałem, jak sprecyzować myśli.

Telefonogram dotyczył ustaleń, że z dniem 1 września br. tracę stanowisko zastępcy komendanta do spraw wychowawczych, a co się z tym wiąże, wysoki etat pułkownika i odpowiadającą mu grupę uposażenia.

– No właśnie. W tym naszym Okręgu nic nie wiedzą – inicjatywę przejął komendant. – Niedawno rozmawiałem o tobie z twoim przełożonym, pułkownikiem Nowackim. Twierdził, że w szkolnictwie funkcje zastępców komendantów do spraw wychowawczych powinny być zachowane. Zmienić się miała tylko podległość. To znaczy, przekonywał mnie, że miałeś podlegać bezpośrednio pod Szefostwo Wojsk Łączności w Warszawie i pode mnie.

– Wiem. Mnie też tak łudzili. Tylko w szefostwie w stolicy nie ma odpowiednika, to znaczy oficera kierunkowego, który zajmowałby się wychowawcami w szkołach wojskowych. Stąd kombinowano, żeby jednak w sprawach organizacyjnych pozostawić nas w podległości Okręgu.

Widocznie nie dogadali się. W końcu ile tych szkół jest? Garstka. Nie miał kto się za nami wstawić.

No cóż, boczny tor – westchnąłem, odkładając na bok dokument. – Mogłem się tego spodziewać.

- Przeczytałeś do końca? – zapytał komendant.

– To już chyba szczegóły. Raczej dyspozycje dla komendanta i kadrowca?

- No, nie tylko! Przeczytaj. Twój Franek ma teraz etat wyższy od ciebie, widełki: podpułkownik – pułkownik.

Słyszalny w skroniach rytm pulsu przyśpieszył. Wpatrywałem się w tekst i nie mogłem uwierzyć; podległy mi kierownik cyklu przedmiotów społeczno – wychowawczych, a jednocześnie mój zastępca (szefa wydziału wychowawczego) ma wyższy etat i grupę uposażenia?

- Jak to możliwe?

- No właśnie. Trzeba to wyjaśnić.

- A co tu wyjaśniać? Skoro takie są ostatnie decyzje kadrowe, to zapewne w ministerstwie przemyśleli je dokładnie. A to po prostu oznacza, że przestałem być przełożonym Franka.

- Jak przestałeś być jego przełożonym, skoro przy jego stanowisku tkwi nadal zapis, że jest zastępcą szefa wydziału? Twoim zastępcą. Rozumiesz..?

- Ano, jacy fachowcy, takie decyzje – pozwoliłem sobie na uwagę. Głośne, to znaczy słyszalne dla mnie pulsowanie w skroniach powoli ustępowało, zamieniając się w tępy ból głowy i psychiczną ociężałość.

Trudno. Przecież mogło być jeszcze gorzej; mogli w ogóle zrezygnować z wychowawców. Od kwietnia tyle było straszenia i głupich pomysłów.

Spodziewałem się, że będzie gorzej? Skądże. Zrozumiałem to dopiero teraz, gdy zaskoczył mnie werdykt. Sędziowie zawsze mają swoje, nie zawsze zgodne z odczuciami zainteresowanych, racje. Obecni w gabinecie dwaj koledzy, zastępcy, którym nic nie grozi, raczej tylko podniesienie ich rangi, bo nic w przyrodzie nie ginie; suma strat i zysków powinna wyjść na zero, byli trochę zaskoczeni moim rozumowaniem.

– Nic się Janek nie przejmuj – próbował mnie pocieszyć pułkownik Andrzej Gil (zastępca komendanta do spraw liniowych, komendant garnizonu). – Dopóki pozostaniesz na stanowisku, grupy uposażenia odebrać ci nie mogą.

– Olał ich, Jasiu! – wtrącił Jurek (zastępca do spraw technicznych). – Stopnia też ci nikt przecież nie zabierze. Gorzej byłoby, gdybyś był teraz podpułkownikiem, bo to by oznaczało, że zamknęli ci drogę awansu. A generałem i tak byś nie został.

    – Nie ma co się przejmować, panie Jasiu – odezwał się komendant. – Dla mnie będzie pan i tak w swoim fachu autorytetem.

To miłe – pomyślałem. – I ważne, bo... już wyobrażam sobie reakcje tych, co mi nie są przychylni. W ogóle jakoś tak się dzieje, że hierarchia wojskowa czyni z ludzi niewolników, a co się z tym wiąże: nieprzyjaznych sobie. - Tobie się udało, mnie nie; nie mogę za to cię lubić. A jeszcze ta podległość. Już teraz, odkąd zezwala się kadrze chodzić po pracy po cywilnemu, zdarza mi się spotkać w mieście kogoś z kadry; najczęściej podoficera, który zamiast ukłonić się, woli przejść na drugą stronę chodnika. Udać, że nie poznał. Tak się zdarzało dotąd, gdy byłem zastępcą komendanta Ośrodka, a co dopiero będzie teraz? – Już nie jest zastępcą, nie podlegam mu bezpośrednio, może mi nadmuchać – pomyśli niejeden. I odmówi, jeśli to będzie na przykład jakiegokolwiek szczebla dowódca, a ja do niego zwrócę się o wyznaczenie delegacji na imprezę w mieście.

Utracę też prawo do korzystania ze służbowego samochodu... Zresztą, czy to najważniejsze? Jeśli nie będę już reprezentował komendanta i komendy Ośrodka, nie będę musiał wyjeżdżać w teren, zajmę się sprawami bardziej przyziemnymi, na miejscu w koszarach...

– Zostawimy pana w sztabie. Przejmie pan kancelarię po sekretarzu partii, pułkowniku Łuczaku. A za przepierzenie pomiędzy mną a panem, żeby ludzie nie gadali, damy pułkownika Gila. Już to ustaliliśmy – komendant objaśniał wypracowane przed wezwaniem mnie do swego gabinetu, decyzje.

No proszę, są mi życzliwi. I komendant, i koledzy z komendy. Nie cieszą się z mojej porażki – pomyślałem. Z porażki sekretarza partii tak naprawdę też nikt się chyba nie cieszył. Nawet wszyscy mu współczuli. Z sekretarzami PZRR w wojsku obeszli się jeszcze gorzej; zapadły jednoznaczne wyroki: do cywila. Ich etaty były wysokie, wielu z nich było po prostu zasiedziałych, odeszło już od linii i poprzednich zawodów wojskowych, no i trudno nawet było znaleźć dla nich odpowiednie, równie wysokie etatowo stanowiska.

Większość zatem poszła za przysłowiową burtę, a tylko nieliczni, z najwyższych stanowisk partyjnych we władzach Okręgu lub związków taktycznych załapali się na stanowiska w terenie; zostali na przykład szefami terenowych (wojewódzkich) sztabów wojskowych. Józkowi Łuczakowi takiej możliwości nie dano...

Teraz przyszła kolej na byłych oficerów politycznych. I aktualnych wychowawców, którzy – zdaniem ogółu – pozostawali sukcesorami byłych „politruków”. Od wychowania żołnierzy będą teraz księża – obiecują złośliwi podpowiadacze spośród kadry, ale także wierzą w to, że tak powinno być, niektórzy politycy.

Że też to mnie musiało trafić akurat dzisiaj; przed wyjazdem do Warszawy. A jeszcze o 18.00 mam spotkać się ze znanym w Legnicy mecenasem panem Adamem Jaworskim. Może odwołać to spotkanie? Jego propozycje mogą przecież pozostawać w gestii oficera komendy, a ja takim za chwilę nie będę.

 

Pozbierałem się. I przygotowałem do wyjazdu, zanim poczułem ssanie w dołku. Minął czas na obiad. Wprawdzie nic mi się już nie chciało, ale... zjeść coś trzeba.

W kasynie też rozczarowanie.

– Panie pułkowniku, dzisiaj były tylko łazanki i kluski z serem. Jeśli coś zostało, to tylko łazanki; pójdę, sprawdzę – wyjaśniła jak zwykle uprzejma kelnerka, pani Halinka.

Nie chciałem łazanek. Z dwóch powodów. Po pierwsze, że nie lubię klusek, a po drugie... nie chciałem napychać się kapustą przed podróżą pociągiem. Strzeżonego Pan Bóg strzeże.

Na skróty przez plac apelowy poszedłem do bufetu w bloku szkolenia. Tam też nie było wyboru; zjadłem mdły żurek z drobnymi kawałeczkami kiełbasy i dużą ilością ziemniaków. Za 2.100 złotych.

Pogorszyło się wyżywienie w bufetach i kasynie. I to nie tylko moja opinia, większość kadry tak uważa. Pogorszyło się, gdy kwatermistrz przestał być zastępcą komendanta. Nie ma już takiej siły przebicia jak kiedyś.

A co pogorszy się w mojej służbie?

 

  W domu zapakowałem w torbę mundur, buty, czapkę i papiery: wystąpienie szefa wojsk podczas uroczystej promocji kadetów Szkoły Chorążych 25 sierpnia br. (które napisałem dla niego pod ogólną wytyczną: „Niech posłuży się ubiegłorocznym. Unacześni, doda coś aktualnego z polityki, no i oczywiście nowe dane o absolwentach, bo się zmienili”), dokument na medal pamiątkowy dla prymusa (przygotowany przez kadrowca) i szczegółowy scenariusz przebiegu promocji (obmyślony w komendzie Ośrodka i dopracowany przeze mnie), łącznie z planem wcześniejszych spotkań generała z kadrą i absolwentami, i wszystkimi innymi czynnościami przewidzianymi do realizacji w Ośrodku; od pierwszych minut pobytu generała wraz z towarzyszącymi mu oficerami.

Przed wyjazdem do miasta na wcześniej umówione spotkanie z przedstawicielami administracji rządowej w terenie, zjadłem jeszcze jajecznicę; przyrządziłem ją z 3 jaj i dwóch pomidorów. Zdążyłem też podlać kwiaty; kwiatami w domu zajmuję się sam. Wykonałem też telefon do żony; jest u swojej matki we Wrocławiu.

 

Cdn.

 

Pin It