Andrzej Walter

 

Łaźnia klątwy

 

Toulouse Lautrec
Toulouse Lautrec

 

   Polski teatr ma się świetnie. Jakkolwiek by to zabrzmiało po wojence medialnej wywołanej warszawską „Klątwą”, do której za chwilę powrócę. Nie, nie będę się znęcał. Zakpię. Tylko kpina nam bowiem zostaje w obliczu „odwagi” demontażu kultury judeochrześcijańskiej. Wszyscy ci „odważni” powinni się teraz zabrać za demontaż „Koranu”. Szczerze polecam. Przyjadę w razie czego na pogrzeb. Kwiatki położę. Kondolencje złożę. Obiecuję. A ileż to media będą miały lodów do skręcenia przy tej okazji. Iście nęcące.

 

   Zatem powtórzę – polski teatr ma się świetnie, ale nie dzięki klątwom rzucanym na mało wyrobioną publikę kształtowaną zoologicznym antyklerykalizmem czy demontażem kultury i tradycji… Polski teatr ma się świetnie dzięki takim teatrom jak przykładowo Teatr im Juliusza Słowackiego w Krakowie czy chociażby wyjątkowemu projektowi ożywienia sceny jakim jest nowohucka Łaźnia Nowa. Przykładów polskiego teatru na najwyższym światowym poziomie jest więcej. Warszawska Montownia, Scena Prezentacje, Krakowski Teatr Scena STU czy choćby Teatr Ludowy Jerzego Fedorowicza. Spektakle tam wystawiane zajmują się z werwą i zaangażowaniem kondycją współczesnego człowieka, jego dylematami, rozterkami oraz dążeniami w coraz bardziej skomplikowanym świecie za oknem. Teatry te – przepraszam niewymienione – zadają ważne pytania, stawiają pod osąd kondycję ludzkości oraz stan ducha jednostek. „Klątwa” w Powszechnym to tylko nieudolna próba nowoczesnego marketingu inicjowana przez wypalonych artystów, dla których „wszystko już było”. Nie byłem na tej sztuce i iść nie zamierzam – dość już mam bowiem wciągania mnie w wojenki światopoglądowe. A tym to właśnie pachnie na kilometr. To mam na co dzień w każdej telewizji. Po cóż więc marnować drogocenny czas wolny?

   Z niekłamaną przyjemnością obejrzałem natomiast sztukę Plastiki. To polska prapremiera (z grudnia 2016) najnowszego dramatu Mariusa von Mayenburga – cenionego niemieckiego dramatopisarza. Opis spektaklu na stronie internetowej Słowackiego dobrze oddaje to, czego to przedstawienie dotyczy:

   „Mayenburg znany jest on w Polsce z takich sztuk jak na przykładOgień w głowie, „Brzydalczy „Kamień. Jego mocne, zaangażowane, a jednocześnie inteligentnie śmieszne dramaty stanowią ważny punkt do artystycznej dyskusji o otaczającym nas świecie. Nie inaczej jest w Plastikach – ostrej, przenikliwej i opowiedzianej z humorem opowieści.

 

   Autor opisuje w niej współczesną rodzinę z niemieckiej klasy średniej: Michael jest zagubionym życiowo lekarzem internistą, jego żona Ulrike jest niespełnioną artystką i osobistą asystentką ekscentrycznego, bardzo modnego i pogrążonego akurat w depresji artysty – Serge’a Haulupy, a ich syn Vincent – przechodzącym okres dojrzewania nastolatkiem, który ogląda i poznaje współczesny świat poprzez obiektyw kamery. Przytłoczona nawałem pracy i nieradząca sobie z codziennymi obowiązkami rodzina zatrudnia pomoc domową – prostą, szczerą i twardo stąpającą po ziemi Jessikę Schmitt. Jej pojawienie się sprawia, że zastane relacje, układy i sojusze zaczynają się chwiać, a może nawet całkowicie zawalać. Jest ona zapalnikiem uśpionych konfliktów, obcym ciałem, które wymusza ruch i zmianę perspektywy, a jednocześnie wybawicielką z sytuacji pozornie bez wyjścia.

Mayenburg niezwykle sprawnie, ostro i dowcipnie bada nasz dzisiejszy świat. Nakłuwa to co puste, obdarza ciepłem to, co słabe i odrzucone, ale też punktuje to co zepsute, sztuczne i zakłamane. Zabiera też bardzo interesujący głos na temat współczesnej sztuki i tworzących ją artystów. Nie boi się jej krytykować i wyśmiewać, jednocześnie szukając tego, co w niej ważne, wartościowe i kruche. Plastiki to lustro przystawione naszemu światu. Lustro wciągające i efektowne. Takie, w które nie chce się patrzeć i od którego nie można się oderwać.

 

   Prapremierę polską tego tekstu – na otwarcie Międzynarodowego Festiwalu Boska Komedia – przygotował powracający po latach do Teatru im. Słowackiego niezwykle ceniony, uhonorowany m.in. Nagrodą im. Swinarskiego, reżyser Grzegorz Wiśniewski. Ten specjalista od budowania na scenie gęstych, złożonych psychologicznie, niezwykle wysyconych emocjami i dialogujących z naszą rzeczywistością światów wydaje się być idealną osobą, by pokazać polskiej publiczności po raz pierwszy tak ciekawą, mocną i zaprawioną gorzkim humorem sztukę jak Plastiki.”

   Plastiki pokazują jednak o wiele więcej. Pokazują stopień naszej degradacji moralnej, intelektualnej oraz mentalnej. Pokazują stopień pogardy jaką wobec siebie żywimy, pogardy wywoływanej dążeniami, aspiracjami, złudzeniami i materią. Ukazują całą naszą nędzę egzystencjalną, nasze klatki i demony, naszą kondycję ducha programowanego gdzieś na zewnątrz nas samych, a jednocześnie jakże mocno drażnią zagłaskiwanym samopoczuciem. Przedstawienie prowokuje w sposób powiedziałbym wykwintny, w odróżnieniu od tych fragmentów „Klątwy”, które dano nam było obejrzeć w przestrzeni publicznej. Stąd być może skojarzenie, gdyż ten dramat, dramat współczesności ukazany przez nowoczesny teatr nie musi zaraz sięgać po tak drastyczne środki wyrazu.

   Wniosek jest banalny. Jedni walczą z rodziną i religią, z tymi wszystkimi rytuałami, pomnikami i zabobonami – inni nie chcą z nikim i niczym walczyć stawiając na rezonans namysłu, refleksji i analizy samoświadomości. Kontrastuje tu miałkość intelektualna owych klątw wraz z brakiem mądrej alternatywy naprzeciw ledwie szkicowanej, acz jak dojmująco zaprezentowanej plastikowej pustki, będącej właśnie jaskrawo pokazanym efektem – zdającym się właśnie konsekwencją owej prowokacji – wykwitem ponoć elitarnych, oświeconych i wyzwolonych postępowców. Tygiel teatru zaprzęgnięty w nowoczesność i reprezentujący diametralnie odmienne tezy, diagnozy czy środki wyrazu. Jednakże … jednocześnie, o ironio, w obydwu przypadkach teatr efektowny – tyle, że naprzeciw siebie, tak jak w realiach życia stają dziwnie antypody tych efektów - obscena kontra estetyczna prowokacja. Trudno o większe spięcie i dlatego zdecydowałem się zabrać jednak ów „teatralny” głos w debacie jak najbardziej światopoglądowej.

   Wszystko powyższe sprowadza się bowiem do debaty światopoglądowej. Wszystko kręci się wokół zeświecczenia sacrum. Polska wojenka, wzniecone emocje, poddawane osądom „poglądy”. To żadna mielizna sporów politycznych, żadna walka o demokrację, którą zabrano nam już u zarania tworu jakim jest demontowana obecnie Europa. To żadna próba psucia Polski. To po prostu jedna wielka heca medialna, w której program w telewizji jest produktem jak każdy inny i trzeba go najzwyczajniej w świecie dobrze sprzedać – a dobrze sprzedać w tym przypadku, to ubić pianę i mieć sporą widownię, a później wianuszek jakże cennych reklamodawców. I biznes się kręci. Obojętnie jakim (społecznie odczuwalnym) kosztem.

   Tak się „kreuje rzeczywistość”. Czego nie ma w telewizji – tego w ogóle nie ma. A co w niej jest, ma czemuś służyć, ktoś lobbuje, ktoś za czymś stoi, ktoś pociąga za sznurki – ktoś „inwestuje”. Książka nie istnieje, poezja nie istnieje, a teatr istnieje w postaci … klątwy – najlepiej rzucanej na polski kościół, bo najprościej sprowokować „obrońców krzyża”… 

   Szkopuł w tym, że to wszystko jest jedna wielka hucpa. Wkręcanie nas w ideologiczną wojnę na emocje. To marksizm oświecony. Wersja XXI wieku. Gombrowiczowskie przyprawianie „gęby” a to temu, a to tamtemu, byle dalej, byle do przodu, byle kasa się zgadzała. A jak jest prawda realiów? – wszyscy widzimy to na co dzień. Tylko czy jeszcze mamy siłę i chęci to konfrontować?

   Powie ktoś, że wypowiadam się a „Klątwy” nie widziałem. Po zrobionej reklamie sądzę, że nie widzę sensu w oglądaniu sztuki, w której ktoś kopuluje z jakimkolwiek pomnikiem, albo inny ktoś podciera się jakąkolwiek flagą – i to w jakimkolwiek kontekście. To po prostu głupie i … po prostu – szkoda mi na to czasu. Takie tanie efekty, aby nie rzec tanie efekciarstwo jest dla mas. Można, jak już wspomniałem, się nim nasycać każdego dnia w każdej telewizji. Tylko po co? Do świata oglądu niewiele to wniesie. Do przeżyć estetycznych wynikających z obcowania ze sztuką również. Piękna w tym nie ma żadnego, prowokacja najgorszego sortu. Och przepraszam. Nie mieszajmy w to sortu. Jakiegokolwiek sortu. Słowo dziś już przecież wyklęte. W każdym kontekście. To, kochani moi, nawet już nie są czasy na kabaret, gdyż po nim ludzie mogą zacząć sobie dawać po mordach – nie urażając nikogo w honor. Oj, nędzne to czasy… nędzne.

   Kończąc kpinę. Pomimo klątw i zniewag, pomimo upokorzeń zdrowego rozsądku i pomimo jakże łatwego nazywania mnie faszystą zakończę ową dziwną tezą – polski teatr ma się świetnie. Mamy fantastycznych aktorów, świetnych reżyserów, mamy wielu mądrych dyrektorów i właścicieli teatrów i zapewniam Was – pełne sale na większości spektakli. Abstrahując od „publicznie wyrażanych poglądów politycznych” przez tych ludzi sztuki. To system wprzęga ich w to bagno. System medialny, który woli ładną buźkę „znaną” i nie mającą na tematy polityczne nic do powiedzenia, w miejsce jakiegoś mało znanego profesorka, który by akurat miał. (akurat - coś do powiedzenia). Ten biznes wymaga „show”. Ten biznes wymaga „krwi”. A któż jeśli nie  aktor mu jej dziś dostarczy. Nawet obnażając się z „poglądów”, które ma również zaczerpnięte (jak my wszyscy) z właśnie wizytowanych i odwiedzanych mediów. To jest błędne koło. Jak czytam co o Schetynie czy Kaczyńskim sądzi pan Szczur wyłączam tę skrzynkę – a cóż mnie to obchodzi? Bardziej ciekawym cóż on sądzi o swojej roli, o spektaklu, o najnowszej wystawie Indyka. I czy indyk gulga jak indor czy bardziej jako indyczka?

   Tak kochani. Kaczki zostawmy kaczkom, faszyzm faszystom, a teatr widzom. Ostatecznie jest jeszcze na co pójść w Polsce do teatru. Nie miałbym z tym problemu praktycznie co tydzień – spokojnie znajdę w roku 55 świetnych spektakli wartych swojego czasu i swej przestrzeni. Świetny teatr przestał być też domeną warszawki i Krakówka – powędrował „pod strzechę” i dziś na prowincji również możemy zostać zaskoczeni świetnym teatrem. Nie będę wymieniał już nazw, aby nie wkładać kija w mrowisko, ale doprawdy – przestrzeń polskiego teatru rozwija się bardzo dobrze. Choć jak wiem zdania na ten temat są podzielone. Komercja bowiem dociera wszędzie. Cóż czynić? Na to chyba dziś nie ma lekarstwa. Komercja przyciąga jedną widownię, spektakl trudny – inną. Tak było zawsze, jest i dziś i zapewne będzie w przyszłości.

   I zakończę faszyzmem. Hasełkiem dziś bardzo modnym. Ten renesans zawdzięcza nomen omen medialnie wywoływanej histerii po wszelakich zmianach tu i tam. Powiem Wam, że ciężko powstrzymać walec historii. Jeśli się szermuje hasłem faszyzmu trzeba najpierw znać jego definicję, historię i społeczny kontekst. Trzeba mieć elementarną choćby wiedzę w tym zakresie, a potem mieć rzetelne i prawdziwe porównanie do dzisiejszych postaw. Ja jakoś tego faszyzmu nie widzę. Jego konotacje lansują dziś jednak pewni dziennikarze chyba jedynie po to, aby ładnie i efektownie brzmiały ich słowa i show, który prezentują. Skusili się na łatwy wytrych pojęć w celu mocniejszego błyszczenia, a są przy tym groteskowi i śmieszni. Oczywiście w oczach ludzi świadomych pojęć, zdrowego rozsądku i ściśle ugruntowanej wiedzy. Bez tego można uwierzyć doprawdy – we wszystko. Systemowa i medialna paranoja to właśnie taka łaźnia klątwy. Czujemy się zbrukani i oczyszczeni. Jednocześnie. Lunatycznie sięgając po pilota następnego dnia. Szkoda tylko, że ten czas się już kończy. Obecna młodzież wiedzę o świecie czerpie tylko, albo w większości z Internetu. Czarno zatem widzę ową przyszłość telewizji. Ową postwładzę rządu dusz – czarno widzę ich nacisk i przyszłość nas przez nich zniewalania. XXI wiek może nas jeszcze mocno zadziwić. Nie tylko Donaldem Trumpem. Dokąd zmierza ta łódź? A któż raczy to dziś prorokować?

Andrzej Walter

   

Pin It