Krystyna HABRAT

 

PIĘKNA  KOBIETA  I  JEJ  SZALONA  POWIEŚĆ

 

Krystyna HabratOstatnio coraz częściej wracam do starych książek. No, nie tak bardzo starych, bo jeszcze współczesnych, ale często zapomnianych. Wzięłam tak, na czas choroby,  "Statek szaleńców" Katherine Anne Porter. Czytałam ją dość dawno, jak i jej dwa tomy opowiadań,   ale mam je wszystkie na półce, więc powracam.

Cykl: „Piórem przechery”

 

Zbigniew Niedźwiecki Ravicz

WSZYSTKIEMU WINNE TE PIERDOŁY…

 

Filip Wrocławski

 

            Mój sąsiad to niespotykanie grzeczny człowiek. Można odnieść wrażenie, że jego maniery pochodzą z czasów gawota i menueta. Gdy widzi mnie na ulicy, z daleka się uśmiecha, pierwszy do mnie mówi dzień dobry. W zajmujący sposób prowadzi konwersację o pogodzie i świeżym powietrzu. I w ogóle nie można mu niczego zarzucić.

Jan Stanisław Smalewski

 

Pół na pół

 

Jan StępieńMalowałem kiedyś obrazy. Oglądając moje dzieła, ktoś z fachowców powiedział, że jestem pacykarz. Wiedziałem, że nie jestem profesjonalistą, uważałem się za amatora posiadającego takie właśnie hobby. Ale pacykarz? Sprawdziłem w słowniku, by upewnić się, że to określenie mnie obraża.

            Tandeciarz, szmirus, bazgracz… No nie?! – Pseudoartysta… Czy takim chcę pozostać? Nie chciałem. Chociaż przecież dotknięty palcem jakiejś tam muzy miałem swoje wizje artystyczne, chciałem je realizować, żyć w kolorowym świecie baśniowego malarstwa.

Krystyna Habrat

 

TĘSKNOTA  ZA KSIĄŻKAMI  Z  DZIECIŃSTWA

 

Krystyna Habrat  Dziś w TV znowu film o Patagonii. Oglądałam już fragment z flamingami, ale co najważniejsze wraz z nim powróciły mi wspomnienia z ulubionej w dzieciństwie książki Juliusza Verne'a: "Dzieci kapitana Granta", bo właśnie w Patagonii działa się akcja I tomu.

   Jak ja ją lubiłam! Przeżywałam bardzo poszukiwania, zaginionego w katastrofie statku, kapitana, prowadzone wzdłuż 37 równoleżnika, co podpowiadał list znaleziony w butelce, którą połknęła ryba. Szukali najpierw w Ameryce południowej, potem w Australii i wreszcie w Nowej Zelandii. Jakież ci poszukiwacze mieli przygody! To olbrzymi ptak porwał chłopca w górę, to wpadli w  ręce opryszków udających zacnych przewodników, to trafili do ludożerców i byli o krok od śmierci. Zresztą nie raz. I kiedy już ciarki przechodziły mi po plecach z lęku, czy się tym razem wywiną, wydarzało się coś, co wyrywało ich z   opresji. Czasem nawet  wiecznie roztargniony, niepraktyczny,  profesor geografii, Paganel, ratował ich dzięki swojej ogromnej wiedzy z geografii i nauk pokrewnych. A ileż ten  nader poważny uczony wnosił humoru! Właśnie poprzez kontrast jego sztywnej powagi ze śmiesznością wydarzeń, jakie powodował przez  roztargnienie.

Jacek Bocheński

 

Piwo

 

Jacek BocheńskiPolska. Wieś jest komórką macierzystą Polski. My wszyscy z tej komórki, koniec końców lub raczej początek początków. Usiadłem ze wszystkimi nami-Polakami tam, gdzie siadają we wsi mężczyźni po pracy i powrocie z miasta. Bo pracują przeważnie w mieście, we wsi mieszkają. W mieście nachodzili się po rusztowaniach i dachach. W dół lepiej nie patrzeć. Ci, którzy wyjątkowo pracują na wsi, dorywczo tylko, nawozili się ciągnikami i nawrzucali widłami siana. Z pola do przyczepy, z przyczepy do dmuchawy. Upierdolił się człowiek, kurwa. Ale szuka się takich. Robota jest. Ludzi do roboty, kurwa, nie ma.

Krystyna Habrat

 

WYMUSZONY PACIERZ

 

Krystyna Habrat Byłam raz przypadkowym świadkiem przykrej sceny. Wchodząc do sekretariatu pewnej szkoły, spotkałam znaną mi, starą nauczycielkę. Właśnie przeczytała na drzwiach imię i nazwisko sekretarki i bardzo się ucieszyła. Opowiedziała, że uczyła kiedyś jej dzieci i ta pani była bardzo miła.

  - Ona mi pomoże! szepnęła, otwierając drzwi.

  Weszłam za nią, bo też miałam sprawę i szybko tego pożałowałam. Sekretarka, co miała być tak miła, a znałam ją z innych okazji, że prawie taka była, choć bez przesady, tym razem okazała się chłodna. Roześmianą na powitanie nauczycielkę nie objęła ramionami, nawet   się nie uśmiechnęła. Nie kazała starej osobie usiąść. Owszem, wstała na jej widok i teraz patrzyła na przybyłą z góry.

Jacek Bocheński

 

Misja

 

Jacek BocheńskiRozglądam się za Duchem Bieluchem. To ten podarunek od Justyny, kredowy talizman, który spełni życzenie, ale tylko jedno. Taka była umowa z nim, zawarta wśród różnych słownych lub milczących porozumień i obietnic, gdy żegnaliśmy się z Justyną na Dworcu Autobusowym w Lublinie. Gdzie jest Duch Bieluch? Będę go potrzebował. Przez rok był tu zawsze naprzeciw mnie, przypięty, jak alpinista do haka w ścianie skalnej, do kluczyka małej biblioteczki w pokoju, gdzie pracuję. Dzień w dzień patrzyliśmy sobie w oczy, obaj z pewnym napięciem. On, powiernik Justyny, w oczekiwaniu jakiegoś mojego, być może, ambarasującego życzenia. Ja skupiony nad komputerem i biegiem zdarzeń, które same z siebie, w sposób naturalny nastąpią, albo może to tylko nad pełznięciem moich pustych słów po ekranie komputera, bo zdarzenia, prawdę mówiąc, nie nastąpiły.