Wacław Oszajca

 

 

Ziemia i niebo 

Niebo w niebie czy na ziemi?

 

Wacław Oszajca

Długie jesienno-zimowe wieczory z natury skłaniają do wspomnień. Dawniej towarzyszyło temu darcie pierza, przędzenie wełny i lnu, dzisiaj niestety telewizor i komputer. Niestety, gdyż z maszyną trudno się rozmawia. Jakie więc tegoroczne wydarzenie zapadło nam w pamięć? Ja wciąż przed oczyma mam pewne zdjęcie. Oto w mrocznej celi nr 11 bloku śmierci w Auschwitz, na zwykłym krześle siedzi papież Franciszek. Co myśli, chciałoby się zapytać. Za jego plecami drzwi, w rogu bunkra prostokątna skrzynia, czyli ubikacja, po więziennemu kibel. W takim miejscu umierali więźniowie skazani na śmierć głodową. Czasami dobijano ich zastrzykiem. Tak zginął  Maksymilian Kolbe. 

Krystyna Habrat

 

STARA KSIĄŻKA  Z OPOWIEŚCIAMI O MIŁOŚCI


  Czytałam ją dawno temu.

ilia maszkow h  Najpierw, mając 17 lat, jedno opowiadanie w piśmie literackim. Oczarowało mnie. Odpowiadało rezonansem na moje wówczas nieśmiałe drgnienia duszy, tęsknoty, marzenia, fascynacje poetyckie.  W szkole czytaliśmy  akurat poetów młodopolskich z ich tajemniczymi  zamgleniami, w przyrodzie, jak i w uczuciach, i Asnyka, który rozczulał, ale wydawał się naiwny. Za to mniej popularyzowany Liebert wprowadzał  nas w mistyczne niepokoje. I tak nastrojona, może rozstrojona, mając 17 lat,  przeczytałam owo opowiadanie o miłości.

   Bohaterka była zakochana i jej miłość, bardziej wyobrażona niż prawdziwa, utkana była z  mgieł liryki, ale wkradał się w to niebezpieczny zgrzyt, jakieś złe przeczucie.

Jacek Bocheński – Myślenie

 

 bochenski2

 

     Nie można pominąć drzew, naszych dobroczyńców, którzy wysiłkiem bilionów liści wytwarzają dla nas tlen. Tak pracowici i tak piękni! Nigdy nie mogę się im dość napatrzeć, również zimą, gdy w polskim klimacie większość traci liście i zieloność. Ale ich bezlistne na tle nieba, przezroczyste korony, przez które widać lecącego właśnie ptaka, są cudem użytecznej konstrukcji i przyrodniczej estetyki. Póki istnieje tlen do oddychania i ta estetyka do postrzegania w naturze, może istnieć fizyczna i psychiczna istota, zwana człowiekiem. Ogromna w tym zasługa drzew, za którą odpłacamy się im przeważnie w sposób głupi i podły, choć są wyjątki. Jednak od tysięcy lat głownie je mordujemy. Masowo karczowaliśmy całe ich narody, wyrywali z korzeniami, obdzierali z gałęzi i kory, piłowali, cięli na kawałki, tę krajankę jeszcze maltretowali, a to czymś przebijali , a to przewiercali, szlifowali, wreszcie przerabiali na swoje niezliczone, dziwne artefakty. Ale najwięcej rąbaliśmy i palili. Do dziś to robimy. Prawie wszystkie drzewa/drewna kończą w ogniu, idą ostatecznie z dymem, nawet utarte w naszych tartakach trociny. Sadziliśmy to i owo i sadzimy, to prawda. Jednak resztki naturalnych puszcz na globie giną. Sztucznie nasadzone rezerwaty leśne żyją wśród produkowanych przez nas toksyn, w strachu i żałobie po przodkach. Nieliczni ocaleńcy, uwięzieni w środowisku zabudowanym, zwłaszcza miejskim, jednostki poszczególne, często chore, trzymają się bohatersko.

Jan Stanisław Smalewski

 

Ich ostatnia defilada (4)

Z noco–dziennika: 9 marca 1990 r. - piątek (po 21.55)

 

 

smalewski2

            Jestem zaskoczony mój dzienniku, bo właśnie się dowiedziałem, że pierwszym Honorowym Obywatelem Legnicy był… Rokossowski. Coś takiego?!

            Znów wieje jak licho. Rano komendant dał mi służbowego poloneza, pojechałem nim na krótką odprawę służbową do Okręgu. Przy okazji zawiozłem komendantowi dokumenty do szefostwa wojsk. I załatwiłem sprawy społeczne. Odebrałem dla koła w zarządzie wojewódzkim PZF znaczki KS (krajów socjalistycznych); 2 i 3 rzut. W drodze powrotnej przywiozłem do Legnicy teściową, z Oleńką.

Jacek Bocheński – Melancholia, Multitasking

 bochenski2

 

MELANCHOLIA

- Wie pani, ja się cieszę, że już jestem stara. Już nikt mnie głupio nie podrywa, nikomu się nie podobam. Nie muszę się podobać. Nic nie muszę. Nawet myśleć, co inni o mnie myślą. Nie muszę się bać, że się w kimś zakocham. Czuję, że pani chyba też jest melancholiczką, prawda? No, to pani wie - powiedziała do Justyny osoba oznaczona literą E. , ostatnia, która tego dnia zasięgała u niej porady psychologicznej. Ale ta starsza pani postawiła mimochodem diagnozę Justynie. Postawiła i wyszła. A Justyna wróciła do domu "jak w transie".

To było jeszcze przed Charkowem, kiedyś w Chełmie. Ale dawno po ucieczce Justyny z wirtualnej kozetki i już po naszym lubelskim realu, pięknym, czerwcowym, nigdy nie powtórzonym mimo pożegnania, zdawało się, tylko na chwilę.

Krystyna Habrat

RADUJMY SIĘ!

  Jak to dobrze zaczynać Nowy Rok od koncertu Wiedeńskich Filharmoników. Słuchać przez dwie godziny walców Straussów, patrząc na pałacowy wystrój sali, na występy baletu oraz popisy jazdy konnej. Uśmiechnięty, młody dyrygent był uroczy!

  A w przeddzień w TV Rozrywka oglądałam koncert Andre Rieu i jego orkiestry. Jakże się  widzowie radowali! Śpiewali razem znane utwory. Tańczyli, nie bacząc, czy dobrze się prezentują, bo już figura nie ta i strój niedbały.

  I nam, widzom, się to udziela. Zapominamy o troskach, kłopotach, chorobach, terminach do lekarzy, polityce.

Piotr Wojciechowski - O demografii urojonej 

Piotr Wojciechowski    Wspomina się jeszcze czasem o misyjnej stronie aktywności społecznych środków masowego przekazu. Każdy pisarz gotów jest głośno wołać o tym, że Telewizja, którą włada naród, powinna przypominać narodowi o konieczności  czytania książek, bo to jest dla człowieka cywilizowanego równie ważne jak mycie uszu. Nie ma ważniejszej misji niż takie wołanie. A po cichu każdy pisarz marzy, aby przy okazji panowie i panie z telewizora pokazali narodowi książkę, którą pisarz właśnie wydał.

   Patrzę na sprawy realnie i widzę, że chociaż jestem suwerenem, nie mam wpływu na narodową czy jakąkolwiek telewizję. Ale przecież ja, pisarz, też mogę mieć swoją misję. Mam ją, to oczywiste. A jaka jest moja misja poza pokazywaniem narodowi moich książek? To ostatnio robiłem jak potrafiłem. Myślę,  że jest moją misją, abym sam czytał książki, a szczególnie te książki, których już nikt nie czyta.